Dodaj do ulubionych

na szafot ;)

27.01.09, 14:26
www.guardian.co.uk/business/2009/jan/26/road-ruin-recession-individuals-economy



Twenty-five people at the heart of the meltdown ...The worst
economic turmoil since the Great Depression is not a natural
phenomenon but a man-made disaster in which we all played a part. In
the second part of a week-long series looking behind the slump,
Guardian City editor Julia Finch picks out the individuals who have
led us into the current crisis
Obserwuj wątek
    • hasz0 nie mogły se obrazki powisiećdo wieczora baranie 1 27.01.09, 14:28
      ?

      Komu przeszkadzały pod sufitem?
      • hasz0 Komisji Bankowej nie chcieliście - gdzie zyski wyw 27.01.09, 14:40
        Mirosław Dakowski i Jerzy Przystawa pt. Via bank!

        I FOZZ. O rabunku finansów Polski, wydana w 1992 r. przez
        Wydawnictwo Antyk w nakładzie 5000 egz

        wszystkie wytłumaczenia sprowadzane są do chciwości i
        nieodpowiedzialności bankierów, czasem tylko pojawi się zarzut, że
        jednak państwo zbyt prosto pozbyło się kontroli nad rynkami
        finansowymi. Uspokajają się – jak Leszek Balcerowicz – że w każdym
        razie to na pewno nie kryzys systemu, za który odpowiada sam
        kapitalizm, a dokładniej jego współczesna zglobalizowana i liberalna
        wersja.

        Taką wersję przyczyn kryzysu podważył jednak najnowszy raport na
        temat konkurencyjności, opublikowany 8 października przez Światowe
        Forum Gospodarcze. Okazuje się, że mimo kryzysu finansowego, to
        Stany Zjednoczone nadal mają najbardziej konkurencyjną gospodarkę na
        świecie.

        A może trzeba by pominąć słowo mimo i odwrócić tok myślenia – a
        gdyby to superkonkurencyjność, a dokładniej otwartość na żądania
        biznesu, Stanów Zjednoczonych okazała się przyczyną kryzysu?
        Wynikałoby z tego, że kryzys nie jest spowodowany wypaczeniami
        systemu, ale właśnie samymi jego mechanizmami.

        System ten pozwala bogacić się nielicznym kosztem większości. I to
        właśnie udowodnił kryzys. Uprawiana w całym świecie od ponad 20 lat
        polityka blokowania płac, deregulacji rynku pracy, prywatyzacji,
        skończyła się tym, że realne płace większości pracowników niemal
        stały w miejscu, podczas gdy zyski rosły skokowo. A rosły dlatego,
        że były kierowane nie do realnej gospodarki, gdzie co najwyżej można
        liczyć na kilkuprocentową rentowność, a właśnie na rynki finansowe,
        gdzie 15-procentowe zyski nie były rzadkością. Aż 2,9 biliona euro –
        półroczny PKB Europy – wymieniany był co dzień w międzynarodowym
        handlu walutami i akcjami. Prawdziwe eldorado... dopóki system nie
        nawalił.

        Trudno więc dziwić się choćby temu, że tylko w ciągu dwóch lat –
        między 2005 a 2007 r. – wartość bogactw posiadanych przez milionerów
        w całym świecie wzrosła z 33,5 do 40,7 biliona dolarów! (za: Merill
        Lynch, cyt. w "The Guardian"). Czy w ciągu tych dwóch lat tak szybko
        rozwijała się też realna gospodarka, czy w tym czasie tak samo
        skokowo wzrosły dochody reszty ludzkości? Oczywiście nie.

        Ten nienormalny rozwój sfery finansowej miał więc swoich wyraźnych
        beneficjentów. Wtedy, gdy w całym świecie zaciskano pasa
        pracownikom, fortuny światowych elit rosły w tempie niespotykanym w
        dotychczasowej historii.

        Szumnie przyjęte kilka lat temu Milenijne Cele Rozwoju Narodów
        Zjednoczonych postawiły zadanie zmniejszenia w świecie nędzy,
        śmiertelności dzieci, zagwarantowania wszystkim dostępu do wody
        zdatnej do picia itp. Potrzebne byłoby na to od 121 miliardów
        dolarów w 2006 r. do 189 miliardów w 2015. Cała kwota niezbędnej
        pomocy jest szacowana na 1,2 biliona dolarów. To o wiele mniej niż
        państwa wpompowały teraz w ratowanie banków, nie mówiąc już o tym,
        jak niewielka część bogactw globalnych milionerów wystarczyłaby, aby
        uczynić ziemię bardziej przyjazną jej mieszkańcom.

        Współczesny kapitalizm w tym świetle jawi się jako system przede
        wszystkim odrażający – skazujący jednych na zdychanie z głodu,
        zaciskanie pasa, wyrzucanie z mieszkań, podczas gdy inni bez
        problemów mogą się bogacić, licząc przy tym na wsparcie z państwowej
        kasy.

        Jak sobie poradzić z kryzysem? – tu już pada więcej odpowiedzi, niż
        w przypadku przyczyn. Ale tak na prawdę wszystkie sprowadzają się do
        jednego mianownika – ratować instytucje finansowe, które swoimi
        ryzykownymi posunięciami doprowadziły się na skraj katastrofy,
        pieniędzmi publicznymi, czyli naszymi – podatników.

        Komisja Europejska czepiała się o pomoc publiczną dla polskich
        stoczni, ale lekką ręką wydała miliardy dolarów na pomoc dla banków.
        Administracja Busha w ubiegłym roku odrzuciła pakiet pobudzający
        gospodarkę, obejmujący m.in. podwyżkę zasiłków dla bezrobotnych,
        jako zbyt kosztowny, ale potem bez problemów wyasygnowała 700
        miliardów dolarów.

        Unia Europejska wobec kryzysu okazała się niemal bezbronna, nie
        potrafiąc wypracować wspólnej polityki antykryzysowej. Jak
        stwierdził Stanisław Kluza, szef Komisji Nadzoru Finansowego: –
        Jednomyślność między nadzorami z różnych państw europejskich panuje
        tak długo, jak długo sytuacja jest spokojna. Gdy dochodzi do
        sytuacji konfliktowej, państwa bronią własnych interesów, interesów
        nadzoru – interesów tych państw.

        Traktat lizboński, który zdaniem niektórych komentatorów mógłby
        dopomóc w przezwyciężeniu tego paraliżu, byłby jednak przykładem
        gaszenia pożaru benzyną, bo też jego fundamentalną zasadą była
        nieskrępowana swoboda przepływu kapitału. To właśnie pod tym wpływem
        tej zasady Komisja Europejska zażądała od Polski zniesienia 5-
        procentowego limitu inwestycji polskich OFE za granicą. Stąd również
        bierze się projekt unijnej dyrektywy ubezpieczeniowej Solvency II (z
        angielskiego "wypłacalność"), która pozwoliłaby transferować środki
        z filii wielkich firm ubezpieczeniowych do ich spółek matek. Tak
        więc Polacy mogliby swoimi pieniędzmi wspierać brytyjską AVIVA
        (właściciel Commercial Union), czy niemiecki Allianz. Przebąkuje się
        zresztą, że to dopiero pierwszy krok, bo dalszym etapem miałaby być
        zgoda na transfer środków między centralą a filiami banków.

        Dogmatyzmu Komisji Europejskiej nie zmienił nawet fakt, że przed
        bankructwem amerykańskiego banku inwestycyjnego Lehman Brothers z
        jego brytyjskich filii przetransferowano do spółki matki 8 miliardów
        dolarów.

        Czy kapitalizm jest racjonalny? A dokładniej, kto kieruje
        jego "niewidzialną ręką"? – Zagraniczni inwestorzy mają jeden
        przycisk na klawiaturze z napisem: Budapeszt, Warszawa, Praga –
        mawiał ponoć jeden z polskich finansistów pracujących w londyńskim
        City, komentując wpływ problemów węgierskiego forinta na złotówkę. –
        Straszenie obywateli, że grozi im jakiś kryzys, jest wysoce
        nieodpowiedzialne – grzmiał 2 października z trybuny sejmowej
        minister finansów Jan Rostowski. – Mimo zawirowań na rynkach, polska
        gospodarka jest w dobrej kondycji.

        Skoro więc komuś myli się Budapeszt z Warszawą, a o stanie
        gospodarki może zdecydować jeden paniczny artykuł, to czy ma to coś
        wspólnego z racjonalnością?

        Ten system sam się nie zmieni. Niech no tylko giełdy odbiją, w
        wyniku jakiegoś owczego pędu inwestorów, a zacznie się to samo.

        Już teraz szacuje się, że w Europie rozwinie się kolejny lukratywny
        dla świata finansów rynek – ubezpieczeń od utraty pracy.

        I trzeba być oderwanym od świata, by twierdzić, jak poseł Palikot: –
        Kryzys to wielka szansa dla milionów Polaków, by kupić tanie
        przedsiębiorstwa amerykańskie, tanie domy amerykańskie z basenami...



        ---------------------------------------------------------------------
        -----------



        Kryzys subprimes – kropla, która przelała czarę

        Jak marzenie stało się koszmarem

        Dla Nancy i Guillermo Garci wszystko zaczęło się w 2003 r. Młoda
        para z Massachusettes – z dzieckiem – zdecydowała, że przyszedł
        czas, aby zrealizować amerykański sen: stać się posiadaczami domu.
        Problem w tym, że ich dochody nie były zbyt wysokie. Nie mieli
        prawie oszczędności. Doradca od pożyczek hipotecznych, który ich
        przyjął, zaproponował kredyt hipoteczny na sfinansowanie zakupu
        domu: kredyt subprime. Pozwalał on na zakup nieruchomości przez
        osobę o słabych dochodach przy oprocentowaniu bardzo niskim przez
        dwa pierwsze lata. W przypadku Lancy i Guillermo miało to być tylko
        1,45 proc. Potem mieli przejść do zmienne oprocentowanie,
        zawierające 8-procentową opłatę od ryzyka. Ale kredyt nie był oparty
        na ich zdolności kredytowej, ale na wartości domu, który chcieli
        kupić. A chodziło o dom w dzielnicy Bostonu o wartości 250 tysięcy
        dolarów.

        Problemem było to, ż

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka