Roztocze to lato u dziadków było. A teraz ciągła fascynacja jest. I ciągłe
tam powroty.
Opowiem historię, którą przeżyłem na wakacjach między 7 a 8 klasą szkoły
podstawowej. Na cmentarzu musiałem grób wykopać. Polazłem tam wieczorem bo
rano był pogrzeb. Miałem łopatę, kilof i latarkę. Ściemniło się, ale wziąłem
się do roboty. Kopię ten grób latarką przyświecając. Kopię i kopię, aż tu
nagle... słyszę głuchy odgłos uderzenia łopaty. Skrzynia jakaś... Skarby,
myślę sobie. Wziąłem kilof i wlazłem do grobu. Lup z całej siły. Wydziabałem
otwór w tej skrzyni. Zaczęło się robić niesamowicie bo pruchno z tej skrzyni
świeciło. Świecąc latarką zaglądam w wydziabany otwór, skarbów wypatrując.
No, to co tam zobaczyłem, spowodowało, iż... lepiej nie mówić. Powoli,
pomalutku, wyszedłem z grobu, nieoglądając się za siebie, zachowując spokój
całą siłą woli, szedłem wzdłuż grobów. Dopiero przy bramie wpadłem w panikę.
Uciekałem tak, że jestem pewien, iż rekord świata pobiłem w sprincie.
Po prostu, po ciemku pomyliłem się i wykopałem grób na innym grobie. A ta
skrzynia z rzekomym skarbem to trumna była. To co tam zobaczyłem, to chyba
nie muszę pisać.
Świtem przyszedł grabarz i na szczęście poprawił wszystko. A ja kilka nocy z
głowy miałem