kuba#
07.07.02, 12:24
Zachęcony kampanią medialną wokół filmu (którego jeszcze nie oglądałem)
postanowiłem przeczytać sobie książkę H.G. Wellsa i... zawiodłem się.
Mikropowieść (zależnie od wydania ledwo ponad 100 stron) ta jest absolutnie
pozbawiona akcji czy jakiegokolwiek napięcia. Praktycznie brak tu dialogów, a
większa część książki poświęcona jest nawet nie opisom, lecz rozmyślaniom
bohatera nad kondycją ludzkości, tudzież nad swoim losem. Cokolwiek archaiczna
jest też ramowa formuła, polegająca na tym, że pierwszoosobowy narrator
opowiada swoją historię grupce przyjaciół (wśród których znajduje się kolejny
pierwszoosobowy narrator - tym razem ten główny, opowiadający już
czytelnikowi). Muszką trąci nie tylko forma, ale i treść, używane słownictwo -
choć tu i tak mile się zaskoczyłem, spodziewałem się czegoś dużo gorszego, a
tutaj po lekkim "przestawieniu" da się czytać absolutnie bez problemów.
A jakie są plusy tej książki? Przede wszystkim pomysł i to nie jeden lecz cała
ich masa: podróż w czasie, społeczeństwo przyszłości (wraz z przeróżnymi
hipotezami jakie snuje bohater, aż w końcu trafia w tą właściwą, wyjaśniająca
jego strukturę i powstanie) no i wreszcie zakończenie, wizja dogorywającej
Ziemi, godna przyszłych mistrzów sf.
Dlaczego się zawiodłem na tej książce? Szczerze mówiąc, nie wiem. Może
spodziewałem się zbyt wiele bo Wellsa otacza nimb kultowości (zresztą naprawdę
słuszny - on był prekursorem w swoich książkach nakreślił ramy gatunku i
wykorzystał bodaj po raz pierwszy sztandarowe tematy sf, jak właśnie podróż w
czasie, wojna z obcymi, czy eksperymenty genetyczne)? Ktoś może powiedzieć, że
nie wziąłem poprawki na wiek książki, napisanej w 1895 roku. Nieprawda, wiem
jak wygląd XIX-wieczna literatura i wcale mnie ona nie odrzuca, dość wymienić
lektury szkolne, albo z naszego podwórka Verne'a - po którym mam jak najlepsze
wspomnienia (bo właściwie niewiele pamiętam, czytałem go dość dawno, w
dzieciństwie - może zresztą dlatego w pamięci zapisał mi się pozytywnie, może
teraz odebrałbym go tak jak Wella). A "Wehikuł czasu", no cóż... jako fan sf,
zaliczyłem lekturę obowiązkową, ale nie powiem żeby to była przyjemność. Do
Wellsa się nie zniechęcam - dziś zaczynam "Wojnę światów".