chris-joe
09.05.12, 22:34
Wrocilem w sobote. I zaraz sie przeziebilem. Dzis pierwszy dzien bez jet lagu, drugi dzien pracy.
Wrzucam streszczenie podrozy w odcinkach.
Paryz
Gdy wyjezdzalem z Montrealu, pogoda byla obrzydliwa. Po wyladowaniu na CDG dowiedzialem sie, ze przegapilem samolot do Mediolanu, przebukowalem sie na kolejny i natychmiast wybieglem na szluga.
A tam wiosna radosna, slonce swieci, ciesza sie dzieci, zieleninka swiezutka jak rzezuszka. I stanalem przed tragicznym dylematem: obmacywac telefony publiczne, biegac za nowa karta sim, kombinowac bolesnie, by Jutke moc pozdrowic, czy tez brutalnie ja olac i oddac cialo zima zmizerniale sloncu na wyzerke. Stanelo na opcji drugiej, co –ufam- Jutka mi wybaczy w swej wspanialomyslnosci. Zwlaszcza, ze w promieniach slonca nie omieszkalem myslec o niej intensywnie i zarliwie.
Wenecja
Z mediolanskiego lotniska Linate dojazd do Mediolanu, krotki spacer z walizka na smyczy i rzutem oka na Duomo, skok na Stazione Centrale i pociag do Wenecji. Juz na dworcu Santa Lucia anielski zapach morza i ryby, zas wyjscie z dworca na samiuski Canal Grande. Trase do hotelu opracowalem sobie wczesniej za pomoca google maps i mialem opisana krok po kroku, zakret po zakrecie, kanal po kanale, mostek po mostku, sotoportego po sotoportego, wiec mimo szalonego zmeczenia uparlem sie, ze spacer ten od razu zalicze, choc moglem latwiutko dotrzec na Piazze San Marco wodnym vaporettim, a hotelik byl tuz przy Piazzy. Wiec toczac za soba waliche wlazlem od razu w labirynt archipelagu. Tam zas oddalem sie natychmiast kwikom radosnym, bo watpliwosci nie bylo, miast nie pomylilem- jestem w Wenecji.
Przez blisko trzy dni snulem sie po Wenecji gubiac sie nieustannie wsrod Tycjanow i Tintorettow, kanalow i kanalikow, kosciolow i milionow turystow. Wenecja ma jednak to do siebie, ze w swym labiryncie pozwala zawsze uciec, sie schowac przed hordami takich jak ja, przysiasc gdzies w ciszy na schodkach ktoregos z kanalikow ledwo kilka metrow od ludzkiej nawaly, ktora tuz za rogiem; przycupnac na lunch i kawe na jakiejs malej, zagubionej piazzetcie. Poznym zas wieczorem nawet na Piazzy San Marco latwo udawac, ze jest sie samemu. Chyba tylko przy moscie Rialto nawala trwa nieprzerwanie, choc i tam raz udalo mi sie zjesc wczesne sniadanie we wzglednym spokoju od cizby.
Ktoregos zas poludnia doznalem nawet ekstazy przy kawie i lodach na Campo San Stefano, ludzi jakos niewielu, drzewa okwiecone, zapachy rajskie i powietrze jakos wiosennie rozrzedzone. Tak mi bylo dobrze, ze po uszy sie zakochalem i w sobie, i w swiecie, i w zyciu, i w bycie wszelkim. Amen.
Ostatniego dnia z Wenecji musialem sie dostac na lotnisko w Treviso rannym autobusem, wiec na pozegnanie zaznalem Wenecji niemal bezludnej i sennej. Spod Piazzy San Marco (gdzie tylko trojka mlodziezy konczyla piwo z zeszlej nocy) wsiadlem o 5:30 na prawie puste vaporetto, na ktorym drzemalo dwoch robotnikow plynacych najpewniej do pracy i w ciszy (nie liczac warkotu vaporetto) plynalem kanalem Grande chlupiacym o brzegi will i palacow jakby opuszczonych, ich tarasy puste, okna zaciemnione, ich przystanie jak odciete od rzeczywistosci urwiska.
Wenecje naprawde docenilem jednak znacznie pozniej, pod sam koniec podrozy, w zderzeniu z Rzymem i Florencja.
Granada
Balsamiczna pogoda wenecka dotrwala do pierwszego dnia w Hiszpanii.
Wyladowalem w Maladze, z ktorej autobusem dotarlem do Granady. Jeszcze w znizajacym sie samolocie wiercilem sie w fotelu podekscytowany pejzazem Andaluzji, po czym w autobusie rozplaszczylem facjate na okiennej szybie sliniac ja sowicie. W drodze do hotelu natychmiast utknalem w wielkanocnej procesji: lektyka z Madonna, donny w czarnych woalach zawieszonych na grzebieniach wbitych w potylice, orkiestra deta, ministranci i kadzidla, swiece jak wlocznie, faceci czubaci poukrywani w kostiumach ze szparkami na oczy. Okna i balkony domow udekorowane solemnie. I nie wiedzialem jeszcze, ze tak bedzie codziennie i wszedzie! Cudowisko!
Cztery pelne dni lazilem po Granadzie.
Alhambra mnie niemal ominela, bo gdy tam dotarlem nastepnego ranka, dowiedzialem sie, ze bilet nalezy zarezerwowac z wyprzedzeniem, od reki dostalem tylko bilet do ogrodow. Troche zrozpaczony pogodzilem sie niemal, ze nie obejrze palacow.
Przysiadlem na lunch i kawe na tylach katedry, gdy rozpadal sie pierwszy deszcz. Musialem wiec uciekac od swego bezparasolowego stolika i dosiasc sie do parki mlodziezy. Sie rozgadalismy: o Hiszpanii i jej kryzysie, o ich studiach, o mojej postradanej Alhambrze, o Kanadzie. Po godzinie niemal gadatliwych igraszek dopytalem sie, czy sa z Granady, on ze tak, ona ze z... Poland, tu na Erasmusie. Cha cha! A ja tez Polak! Mlodziez zatkalo. Wiec zaraz i o Polsce, i o ich planach zyciowych, chlopak polszczyzna zaczal sie zabawnie popisywac, bo bywa w PL czesto z dziewczyna. Beczka smiechu, pelna sztama i uciecha. I nie po proznicy, bo mowia, ze powinienem sprobowac kupic bilet do Alhambry w... bankomacie. Otoz okazalo sie, ze tutejsze bankomaty dzialaja tez jak spatif vel ticketmaster. Pod ich eskorta udalem sie wiec do bankomatu pobliskiego: dzis Alhambry niet, jutro podobniez, ale pojutrze jest! Wiec ostatecznie w Alhambrze bylem tym fuksem, i palace obejrzalem pelen zachwytu.
Nie wyszlo jednak z pokazem flamenco (tu do Jutki pije). Do samej Sacromonte sie nan udalem, czyli do kolebki. I zawod straszny. To znaczy kobieta sie bosko uwijala i byla wspaniala, ale pokaz byl krociuchny i polaczony z kolacja w taki sposob, ze miedzy mna a scenka wiecej bylo kelnerow z talerzami, niz flamenco. Pozniej sie dowiedzialem, ze na flamenco trzeba czatowac, bo wybuchaja czesto niezapowiedzianie w kilku miejscach, w ktorych trzeba po prostu bywac az sie trafi.
Po pierwszym dniu slonca pogoda zeszla na psy. Ranki szare i chmurne, w popoludnia deszcz. Mimo, Granady nie mozna nie lubic. Albaicin jest wspanialy, Sacromonte nurtujace, pejzaze kojace. I smutek wielki nad Maurami wsrod cudow, ktore musieli porzucic.
W procesjach kilku jeszcze wpol-uczestniczylem, niekiedy ich szukalem, czasem unikalem. Dekoracje miasta na ten sezon Semany Santej to odjazd zupelny: salon fryzjerski, a w witrynie buch! Jezus Krwawiacy; tu sklepik z obuwiem, a na obuwiu Madonna Bolesciwa.
W telewizorni zas obejrzalem transmisje z procesji w Maladze (sam Antonio Banderas z USA sie pojawil): normalny porniszon! Hiszpanscy marines tradycyjnie uczestnicza w procesjach, a kazdy chlop recznie dobrany, spodzien obcisly w kroczu, koszulka z marynarska na klacie rozwarta, miesien pod krotkim rekawkiem naprezony. Tom of Finland, mowie wam!
W Andaluzji posiedzialbym chetnie dluzej i wroce tam z pewnoscia kolejnego razu, zwlaszcza ze (to do Bluesa) Hiszpania staje sie moim krajem of choice, czuje sie tam swietnie, lubie ludzi, pejzaze, atmosfere.
Tymczasem jednak musialem ja porzucic (aby pozniej znow zajrzec), bo Braz wlasnie do Lizbony dobijal.