Dodaj do ulubionych

I'm back! 1

09.05.12, 22:34
Wrocilem w sobote. I zaraz sie przeziebilem. Dzis pierwszy dzien bez jet lagu, drugi dzien pracy.
Wrzucam streszczenie podrozy w odcinkach.


Paryz

Gdy wyjezdzalem z Montrealu, pogoda byla obrzydliwa. Po wyladowaniu na CDG dowiedzialem sie, ze przegapilem samolot do Mediolanu, przebukowalem sie na kolejny i natychmiast wybieglem na szluga.
A tam wiosna radosna, slonce swieci, ciesza sie dzieci, zieleninka swiezutka jak rzezuszka. I stanalem przed tragicznym dylematem: obmacywac telefony publiczne, biegac za nowa karta sim, kombinowac bolesnie, by Jutke moc pozdrowic, czy tez brutalnie ja olac i oddac cialo zima zmizerniale sloncu na wyzerke. Stanelo na opcji drugiej, co –ufam- Jutka mi wybaczy w swej wspanialomyslnosci. Zwlaszcza, ze w promieniach slonca nie omieszkalem myslec o niej intensywnie i zarliwie.

Wenecja

Z mediolanskiego lotniska Linate dojazd do Mediolanu, krotki spacer z walizka na smyczy i rzutem oka na Duomo, skok na Stazione Centrale i pociag do Wenecji. Juz na dworcu Santa Lucia anielski zapach morza i ryby, zas wyjscie z dworca na samiuski Canal Grande. Trase do hotelu opracowalem sobie wczesniej za pomoca google maps i mialem opisana krok po kroku, zakret po zakrecie, kanal po kanale, mostek po mostku, sotoportego po sotoportego, wiec mimo szalonego zmeczenia uparlem sie, ze spacer ten od razu zalicze, choc moglem latwiutko dotrzec na Piazze San Marco wodnym vaporettim, a hotelik byl tuz przy Piazzy. Wiec toczac za soba waliche wlazlem od razu w labirynt archipelagu. Tam zas oddalem sie natychmiast kwikom radosnym, bo watpliwosci nie bylo, miast nie pomylilem- jestem w Wenecji.

Przez blisko trzy dni snulem sie po Wenecji gubiac sie nieustannie wsrod Tycjanow i Tintorettow, kanalow i kanalikow, kosciolow i milionow turystow. Wenecja ma jednak to do siebie, ze w swym labiryncie pozwala zawsze uciec, sie schowac przed hordami takich jak ja, przysiasc gdzies w ciszy na schodkach ktoregos z kanalikow ledwo kilka metrow od ludzkiej nawaly, ktora tuz za rogiem; przycupnac na lunch i kawe na jakiejs malej, zagubionej piazzetcie. Poznym zas wieczorem nawet na Piazzy San Marco latwo udawac, ze jest sie samemu. Chyba tylko przy moscie Rialto nawala trwa nieprzerwanie, choc i tam raz udalo mi sie zjesc wczesne sniadanie we wzglednym spokoju od cizby.
Ktoregos zas poludnia doznalem nawet ekstazy przy kawie i lodach na Campo San Stefano, ludzi jakos niewielu, drzewa okwiecone, zapachy rajskie i powietrze jakos wiosennie rozrzedzone. Tak mi bylo dobrze, ze po uszy sie zakochalem i w sobie, i w swiecie, i w zyciu, i w bycie wszelkim. Amen.

Ostatniego dnia z Wenecji musialem sie dostac na lotnisko w Treviso rannym autobusem, wiec na pozegnanie zaznalem Wenecji niemal bezludnej i sennej. Spod Piazzy San Marco (gdzie tylko trojka mlodziezy konczyla piwo z zeszlej nocy) wsiadlem o 5:30 na prawie puste vaporetto, na ktorym drzemalo dwoch robotnikow plynacych najpewniej do pracy i w ciszy (nie liczac warkotu vaporetto) plynalem kanalem Grande chlupiacym o brzegi will i palacow jakby opuszczonych, ich tarasy puste, okna zaciemnione, ich przystanie jak odciete od rzeczywistosci urwiska.

Wenecje naprawde docenilem jednak znacznie pozniej, pod sam koniec podrozy, w zderzeniu z Rzymem i Florencja.


Granada

Balsamiczna pogoda wenecka dotrwala do pierwszego dnia w Hiszpanii.
Wyladowalem w Maladze, z ktorej autobusem dotarlem do Granady. Jeszcze w znizajacym sie samolocie wiercilem sie w fotelu podekscytowany pejzazem Andaluzji, po czym w autobusie rozplaszczylem facjate na okiennej szybie sliniac ja sowicie. W drodze do hotelu natychmiast utknalem w wielkanocnej procesji: lektyka z Madonna, donny w czarnych woalach zawieszonych na grzebieniach wbitych w potylice, orkiestra deta, ministranci i kadzidla, swiece jak wlocznie, faceci czubaci poukrywani w kostiumach ze szparkami na oczy. Okna i balkony domow udekorowane solemnie. I nie wiedzialem jeszcze, ze tak bedzie codziennie i wszedzie! Cudowisko!

Cztery pelne dni lazilem po Granadzie.
Alhambra mnie niemal ominela, bo gdy tam dotarlem nastepnego ranka, dowiedzialem sie, ze bilet nalezy zarezerwowac z wyprzedzeniem, od reki dostalem tylko bilet do ogrodow. Troche zrozpaczony pogodzilem sie niemal, ze nie obejrze palacow.
Przysiadlem na lunch i kawe na tylach katedry, gdy rozpadal sie pierwszy deszcz. Musialem wiec uciekac od swego bezparasolowego stolika i dosiasc sie do parki mlodziezy. Sie rozgadalismy: o Hiszpanii i jej kryzysie, o ich studiach, o mojej postradanej Alhambrze, o Kanadzie. Po godzinie niemal gadatliwych igraszek dopytalem sie, czy sa z Granady, on ze tak, ona ze z... Poland, tu na Erasmusie. Cha cha! A ja tez Polak! Mlodziez zatkalo. Wiec zaraz i o Polsce, i o ich planach zyciowych, chlopak polszczyzna zaczal sie zabawnie popisywac, bo bywa w PL czesto z dziewczyna. Beczka smiechu, pelna sztama i uciecha. I nie po proznicy, bo mowia, ze powinienem sprobowac kupic bilet do Alhambry w... bankomacie. Otoz okazalo sie, ze tutejsze bankomaty dzialaja tez jak spatif vel ticketmaster. Pod ich eskorta udalem sie wiec do bankomatu pobliskiego: dzis Alhambry niet, jutro podobniez, ale pojutrze jest! Wiec ostatecznie w Alhambrze bylem tym fuksem, i palace obejrzalem pelen zachwytu.

Nie wyszlo jednak z pokazem flamenco (tu do Jutki pije). Do samej Sacromonte sie nan udalem, czyli do kolebki. I zawod straszny. To znaczy kobieta sie bosko uwijala i byla wspaniala, ale pokaz byl krociuchny i polaczony z kolacja w taki sposob, ze miedzy mna a scenka wiecej bylo kelnerow z talerzami, niz flamenco. Pozniej sie dowiedzialem, ze na flamenco trzeba czatowac, bo wybuchaja czesto niezapowiedzianie w kilku miejscach, w ktorych trzeba po prostu bywac az sie trafi.

Po pierwszym dniu slonca pogoda zeszla na psy. Ranki szare i chmurne, w popoludnia deszcz. Mimo, Granady nie mozna nie lubic. Albaicin jest wspanialy, Sacromonte nurtujace, pejzaze kojace. I smutek wielki nad Maurami wsrod cudow, ktore musieli porzucic.

W procesjach kilku jeszcze wpol-uczestniczylem, niekiedy ich szukalem, czasem unikalem. Dekoracje miasta na ten sezon Semany Santej to odjazd zupelny: salon fryzjerski, a w witrynie buch! Jezus Krwawiacy; tu sklepik z obuwiem, a na obuwiu Madonna Bolesciwa.
W telewizorni zas obejrzalem transmisje z procesji w Maladze (sam Antonio Banderas z USA sie pojawil): normalny porniszon! Hiszpanscy marines tradycyjnie uczestnicza w procesjach, a kazdy chlop recznie dobrany, spodzien obcisly w kroczu, koszulka z marynarska na klacie rozwarta, miesien pod krotkim rekawkiem naprezony. Tom of Finland, mowie wam!

W Andaluzji posiedzialbym chetnie dluzej i wroce tam z pewnoscia kolejnego razu, zwlaszcza ze (to do Bluesa) Hiszpania staje sie moim krajem of choice, czuje sie tam swietnie, lubie ludzi, pejzaze, atmosfere.
Tymczasem jednak musialem ja porzucic (aby pozniej znow zajrzec), bo Braz wlasnie do Lizbony dobijal.
Obserwuj wątek
    • jutka1 Re: I'm back! 1 09.05.12, 23:09
      Welcome back, Sweetums! :-)
      Przeczytałam z przyjemnościa i nutą nostalgii za Andaluzją. Ech.
      Szkoda, że na flamenco poszedłeś do knajpy z żarciem, kelnerami etc. Chodzi się do klubów. :-)
      A Paryż i lotnisko wybaczam. W swej wspaniałomyślności. Hehe. :-)))
      Czekam na następne odcinki. :-)
      • chris-joe Re: I'm back! 1 09.05.12, 23:27
        Terefere! Googlowalem "best flamenco show Granada", a nie "kotlety", ale mi wyplulo wlasnie TO, z kotletami. No i te uwagi o czatowaniu. Anywho, teraz to juz musztarda po kotlecie :))
        • jutka1 Re: I'm back! 1 09.05.12, 23:44
          Ale guglowałeś po angielsku, right? hehehehe :-)))
        • iwannabesedated Re: I'm back! 1 09.05.12, 23:48
          Wcinając w Wasze migdalenie, też powituję (powitywuję? powitywam?) spowróconego. A Pytonu nie wierz. Nie wybaczy. Nigdy. HAHAHA.
          • chris-joe Re: I'm back! 1 09.05.12, 23:57
            Pytonu nie wierze, bo jak powiem ze po hiszpansku, bedzie kazala po andaluzyjsku, albo po azersku i znow mnie olomoci.
            Wannie zas sciele sie u obrzydliwych stop i wspominam lubieznie w rozrzewnionej duszy jak rechocze mi do ucha. Bo tesknie po tobie.
            Co z Fedo? Pyton ja pozarl i wydalil?
            • jutka1 Re: I'm back! 1 10.05.12, 00:05
              Fedo się zajmuje przyjaciółką daleko poza Paryżem. I Pytun jej ani nie zeżarł, ani nie wydalił, świntuchu jeden, skatologu! :-P
              • chris-joe Re: I'm back! 1 10.05.12, 00:12
                Sis, I adore you... ;)
                • chris-joe Re: I'm back! 1 10.05.12, 00:15
                  I sobie podlewam przyszmuglowana zubroweczke, choc jutro do roboty, hospody pomyluj...
                  • jutka1 Re: I'm back! 1 10.05.12, 00:17
                    Nopaczpan, a ja na diecie i nic nie piję... :-)))
                • jutka1 Re: I'm back! 1 10.05.12, 00:17
                  M2... :-)))
                  • iwannabesedated Re: I'm back! 1 10.05.12, 00:27
                    Mnie się jednak wydaje, że pożarł Fedo Pytonu i wydalił. Bo otrzymałam od Fedo raport co brzmiał jak odgłosy dobywające z kloaki. Niedobrze.

                    Ponadto nie rozumiem CJ czemuż się upierasz tarzać pod nogami, myślałam że ustaliliśmy że to moja na czas jakiś działka. To plus lizanie Twoich butów, bo jakieś anse do mnie miałeś wytykając mi zaniechania w tym obszarze.
                    • chris-joe Re: I'm back! 1 10.05.12, 00:39
                      Wylizywac paluchy u stop ja proponowalem, chyba zaraz po tatarze, wiec nie aneksuj. Anse zapomnialem po pierwszym kwiczacym rechocie, wiec tez sie odwal.
                      Leje kolejna zubrowke za jutczyna diete tymczasem, bo mnie suszy.
                    • jutka1 Re: I'm back! 1 10.05.12, 00:48
                      U mnie Fedo 10 godzin była, z czego 7 spała, więc odwalta sie od Pytonu. Niom. :-)
                      • iwannabesedated Re: I'm back! 1 10.05.12, 01:01
                        Nie możema się odwalić od Pytonu bo Cię wielbimu lubieżnie.
                        • jutka1 Re: I'm back! 1 10.05.12, 01:12
                          A Pytonu Was, zarówno tysz, i równie lubieżnie pełzając u stóp małych i dużych.
                          I tym lubieżnym akcentem, Pytonu odpełzywuje kroczonc, w stronę sypialni i łoża, gdzie zwinie się w spiralowy kłębuszek i pośpi do rana. :-)))
                          Dobranoc, sweetumsy. :-)
                          • chris-joe Re: I'm back! 1 10.05.12, 02:01
                            Tez sie zwijam. Night night to all.
    • blues28 Re: I'm back! 1 10.05.12, 07:21
      Dzizas, Chris!! Musze leciec na randke z dochtorem w moim centrum zdrowia La Paz i zaczelam czytac i sie zatchnelam. Urwalam wpól Wenecji, bo spieszno mi, ale piszesz cudo, no cudo!
      Ja wróce to sie dorwe do reszty dzienników z podrózy. Moze beda zdjecia?
      • maria421 Re: I'm back! 1 10.05.12, 08:40
        Przeczytalam z przyjemnoscia.
        Ty naprawde dotarles w Wenecji ze Stazione na S.Marco na nogach z walizka? Gratuluje:)

        Czakam na ciag dalszy.
        • chris-joe Re: I'm back! 1 13.05.12, 10:02
          Maryska- ja planete moge zlezc po rowniku z zakretami :) Z tym jednak laczy sie taki problem, ze rzadko mi sie zdarza osoba, z ktora moge lazic pospolu; mam swoj rytm i dosc szybkie tempo. Braz jest meczarnia do wspolnych marszow, wiec gdy jestem sam oddaje sie z luboscia pieszym orgiom solo :)
          Od S.L. do okolic San Marco w Wenecji marsz z walizka na smyczy zajal mi ok. 30 min. i byl czysta rozkosza. Moze z trzema wyjatkami, gdy walizke musialem przeniesc przez mostek :))
    • roseanne Re: I'm back! 1 10.05.12, 13:54
      tydzien jestes i nic nie mowisz?

      dzieki za kartke, mlodz zachwycona

      co do przeziebien - fala wirusowa panuje - polowa u mnie juz lezala

      daj znac kiedy sie spotykamy

      a teraz do czytania memuarow podroznych
    • blues28 Ciag dalszy??? 11.05.12, 10:19
      Przyszlam chetna do poczytania, a tu nic! I owszem, padanie sobie do nózek, ale dzienników niet. Poprosze o ciag dalszy, bo lubie ogromnie czytac Twoje reminescencje podróznicze.
      Ach, chyba dobrze, ze zaliczyles Hiszpanie w deszczowym kwietniu, a nie naprzyklad teraz jak mamy pierwsza fale upalów saharyjskich. Dzis w Madrycie +34, a w Andaluzji +36. W cieniu!! Kolejne dni idem.
      • iwannabesedated Re: Ciag dalszy??? 11.05.12, 12:32
        No właśnie, przylazła Księżniczka, łaskawie cośtam pierdnęła. I oddaliła się. Pewnie poleruje paznokietki.... Pfffff...
    • chris-joe I'm back! 2 12.05.12, 01:38
      Lizbona

      Ktos kiedys opisal Montevideo jako miasto “upadle”. Dla mnie Montevideo jest miastem, ktore kiedys przezylo krotkotrwaly zryw, po czym wrocilo do bezruchu i w tym bezruchu juz zastyglo, murszejac z lekka. Upadek natomiast odczulem w Lizbonie, ktora z Montevideo dzieli jedynie niekreslony nastroj melancholii.

      Dosc skwapliwie obeszlismy to miasto, ktore ma fragmenty olsniewajace. Obok nich jednak, tuz tuz, ledwo za zakretem, zyja dniem codziennym kwartery oblazle grzybem i plesnia, jak Cyganka z wiersza Mendelsztama, co siedzi na poscieli, raz raz zalotnie okiem strzeli. Rozmemlana, niedomyta, niechlujna.
      Lizbona zyjaca w cieniu dawnej glorii, jakby sie do tej glorii nawet nie przyznaje, ze to nie ona wcale tak upadla, ze to nie jej te klejnoty zwiezione z dawnego imperium. Skad to zloto? A bo ja wiem?
      Niedaleko Lizbony odwiedzilismy absolutnie przepiekny monastyr w Belem ze slynna wieza tuz obok. Szalony renesans-nie-renesans manuelianski z arabskimi-nie-arabskimi koronkami. Szalenstwo bieli i swiatla. Bylismy w dawnym arystokratycznym wypoczywisku w Sintrze polozonej na bajecznych wzgorzach-kotlinach z szalonym palacykiem Pena. W cieniu arabskich fortyfikacji wysoko nad miasteczkiem. Wszystko to troche nieme i puste sie zdawalo, choc w pelni portugalskiego slonca mrugalo pozorami zycia.
      Prawdziwa Lizbona, ta zyjaca, to chyba te uliczki w gore i w dol, po ktorych terkocza staroswieckie tramwaje i funikulary, z sypiacym sie tynkiem pokrytym grafitti, z bielizna i posciela suszaca sie w oknach.
      Lizbonczycy zas tez lekko niemrawi, malo kontaktowi. Braz sie do nich podlizywal swa brazylijska portugalszczyzna, jednak sluchali jej jakos niechetnie, z irytacja i niecierpliwoscia. Gdy zadalem jakies proste pytanie po angielsku bileterce promow przez Tag, ta wrzasnela na mnie „Fala portugues!”, „Mow po portugalsku!”. Jeden jedyny barman w przyportowej knajpce sie do nas usmiechal, pogawedzil z Brazem i skwapliwie dogladal, czy nie brakuje nam piwa.

      Mialem momenty zniecierpliwienia wobec Lizbony i jej mieszkancow, zlosci wrecz: Wielkie wojny 20 wieku cie nie dotknely, unijny cycuszek ssiesz od kilku dekad, ogarnij sie, wez sie w garsc wreszcie!

      Jednak ta melancholia Lizbony, jej nieokreslonosc, nieprzejrzysta tozsamosc, jakies odwrocenie sie od swiata- czyni ja bardzo ludzka i kaze ja lubic na dystans, obdarzac empatia i zrozumieniem, jakim sie darzy czlowieka, ktoremu ciagle wychodzi nie tak.

      Romawialismy o tym z Brazem w piwnym ogrodku przy pokazowej (i martwej) avenida da Liberdade, gdzie mlodociana kapela grala mieszanke portugalskiego i swiatowego bluesa, gdzie do sikalni trzeba bylo sie dopraszac o klucz i eskorte.
      A nastepnego dnia w niegdys arabskiej fortyfikacji Sao Jorge na wzgorzu nad miastem natknelismy sie na wyryty w kamieniu wiersz Sophii de Mello Breyner Andresen:



      Digo:
      "Lisboa"
      Quando atravesso - vinda do sul - o rio
      E a cidade a que chego abre-se como se do meu nome nascesse
      Abre-se e ergue-se em sua extensão nocturna
      Em seu longo luzir de azul e rio
      Em seu corpo amontoado de colinas -
      Vejo-a melhor porque a digo
      Tudo se mostra melhor porque digo
      Tudo mostra melhor o seu estar e a sua carência
      Porque digo
      Lisboa com seu nome de ser e de não-ser
      Com seus meandros de espanto insónia e lata
      E seu secreto rebrilhar de coisa de teatro
      Seu conivente sorrir de intriga e máscara
      Enquanto o largo mar a Ocidente se dilata
      Lisboa oscilando como uma grande barca
      Lisboa cruelmente construída ao longo da sua própria ausência
      Digo o nome da cidade
      - Digo para ver


      I say ‘Lisbon’
      When I arrive from the south and cross the river
      And the city opens up as if born from its name
      It opens and rises in its nocturnal vastness
      In its long shimmering of blue and of river
      In its rugged body of hills – ...
      Lisbon with its name of being and nonbeing
      With its meanders of astonishment insomnia and shacks
      And its secret theatre sparkle
      Its masklike smile of intrigue and complicity
      While the wide sea stretches westward
      Lisbon swaying like a sailing ship
      Lisbon cruelly built next to its own absence ...
    • chris-joe I'm back! 3 12.05.12, 07:31
      Katalonia

      Na lostnisku w Barcelonie odebralismy samochod i udalim sie do miasta tylko na chwile, by wytarzac sie w La Sagrada Familia juz bez wewnetrznych rusztowan, w calej swej oszalalej krasie. Stamtad zas do znanego juz Figueres odwiedzic polsko-amerykanska parke przyjaciol, ktorych uwielbiamy w drabiazgi.
      Tamze domowo obchodzilismy urodziny Braza. I udalismy sie w kilka ekskursji. Do Girony, po ktorej paternalistycznie Braza oprowadzalem. Nastepnie gorska droga do Portbou i przez dawna granice z porzucona graniczna straznica do francuskiego Cerbere, niemal najbardziej na poludnie wysunietego francuskiego miasteczka. Droga slicznosci wijaca sie w gorach tuz nad Morzem Srodziemnym, obie miejscowosci dziwacznie do siebie podobne. Po czym do Carcassonne, ktore robi szalone wrazenie mimo, ze jest doszczetnie podbite i pokonane przez nawale turystow. Tam tez spozylismy obowiazkowa cassoulet, ktora calkiem calkiem, choc fasol oblakanym milosnikiem nie jestem, ale to pewnie dlatego, ze Braz ryz i fasole podaje bez ustanku.
      O ile pogoda w Lizbonie byla wymarzona, w Katalonii szyki sie pomieszaly, poszarzalo, tu i owdzie spadl deszcz. Niemniej Hiszpania to przyjemnosc. Ludzie jacys kontaktowi. Pejzaze niebianskie i tylko moglismy zazdroscic naszym przyjaciolom, ze taki kawalek niebios zlapali za nogi.
      Trzy dni tam spedzilim raczac sie kraina i przyjaciolmi, po czym w droge powrotna do Barcelony sie udalim. Drogi maja Katalonczycy wyborne (Andaluzja podobnie), choc myto u nich znacznie drozsze niz w USA (w Kanadzie drogowych myt niemal-niemal nie ma). I tak dumalim na glos w drodze, ze mimo obecnego kryzysu (i co bedzie dalej?) Hiszpanie poki co potrafili kraj urzadzic. Unlike nieszczesna Portugalia, serce bolesciwe, szczesc im boze.
      A i lotnisko barcelonskie od mego ostatniego pobytu przed dwoma laty imponujace sie stalo. A i to w Maladze Lizbonie moze imponowac.

      Praga

      Z Barcelony lot do Pragi krotki jakis, taki maly ten stary kontynent od konca do konca. I Praga sie nam rozpostarla dotad nieznana. Wanna i Fedo sie juz nasluchaly, ale powtorze: Praga jest najpiekniejszym miastem swiata, obwieszczam!
      Co chwile, nazarlwszy sie jakims nieludzko pieknym zakamarkiem, o wytchnienie blagalismy, by zaraz za rogiem wpasc w zakamar jeszcze piekniejszy, i jeszcze, i znowu. Ludzie kochane, dajcie zyc! Slyszalem, ze tam dosc ladnie, ale to co ujrzelismy, to byl obled jakis dla stepialych zmyslow. Kosciolow w Europie zlazilismy moc, jednak katedra Sw. Wita na Hradczanach plasac niemal kazala, bo cala jasna jakas, rozwidniona dniem zywym wlewajacym sie przez sredniowieczne i secesyjne witraze (tam sie tez dowiedzialem, ze francuski Guy to wlasnie Wit).
      I kosmopolityczna niezwykle Praga sie stala, ta turystyczna od Vaclavskich Namesti po Mala Strane i Hrad przynajmniej. Knajp wysyp z obsluga jezykowo otrzaskana, wiele tych biznesow prowadzonych jest przez nie-Czechow. Obsluga mila i bystra, ale i nie tania.
      Nocami jedynie szalenstwa mlodocianych pijakow z Zachodu doskwieraja strasznie, a wladza oczy na to chyba przymyka z lekka zadna dochodu.

      Pod dworcem Hlavnym wtarabanilismy sie w przejscie opanowane zupelnie przez narkomanow walacych w zyly jawnie i bez ogrodek, tlumek ich caly az drzelismy o swoje skory. I pijakow ulicznych sporo, lokalnych menelikow. Jednak z wyjatkiem owego pasazu narkomanow niebezpieczenstwa nie czulismy.

      Do dworca zas sie udalismy po bilety kolejowe do Warszawy, gdy jednak zaspiewali nam 160 euro na twarz, udalismy sie do internetu, by zakupic bilety LOTowskie za $250.
      A i apartamencik, ktory zabukowalismy na internecie „okazyjnie” okazal sie swyklym hostelem i zbieramy sie zrobic im kolo ogona na booking.com.

      Poza tem same boskosci i estetyczna ekstaza. I palic mozna w wielu przybytkach! Pogoda takze sluzyla. Do czasu jednak.
      • maria421 Re: I'm back! 3 12.05.12, 09:37
        Widze za jakos zyg-zakiem po Europie jezdziliscie.
        Carcassonne tez mnie zachwycilo.

        Czekam na c.d.
      • jutka1 Re: I'm back! 3 12.05.12, 10:14
        Za Katalonią nie przepadam, Gaudiego nie lubię, w Figueres i Gironie też byłam, i nic. Teraz mnie zabijcie i rozszarpujcie, prońciebardzo, że takie herezje wygłaszam. :-))) Nic nie poradzę, że mam andaluzyjskie skrzywienie i nawet ich akcent bardziej mnie rusza, niż espanol castillano. :-) No coż... De gustibus etc. Ale Twoje wrażenia jak zawsze czytam z ochotą, ciekawością i przyjemnością. :-)

        Cieszy mnie, że Langwedocja-Rousillon (a przynajmniej ten mały odcinek, który widzieliście) Ci się spodobała. To chyba mój ulubiony region we Francji. A propos Carcassonne, a właściwie cassoulet, to pewnie nie wiesz, że potrawa jest przeflancowanym śladem żydowskiej bytności w tamtych stronach, przed wiekami. Czulent zgapili i cassoulet zrobili. :-)

        O Pradze aż tak entuzjastycznie to nie, ale przyznaję, że piękna i urocza. Niestety, moja ostatnia do Pragi wycieczka została zepsuta przez gozyliony turystów z Niemiec i ze Stanów. Były tak dzikie tłumy, że przejście przez most Karola zajęło nam 15 minut! Irytujące.
        Masz tutaj kilka zdjęć z mojego albumiku, souvenirs souvenirs...
        www.pbase.com/as12d4/jutka_in_prague
        Czekam na dalsze relacje. :-)))
        Bisous
        • blues28 Re: I'm back! 3 13.05.12, 09:05
          Mam podobne wrazenie z Lizbony. Miasto smetnawo-melanjolijne. I z duzymi kontrastami. Wychuchane, dopieszczone barrio Belem z wieza i przecudownym monastyrem de los Jerónimos mocno kontrastuje z calkowicie zapuszczonym barrio La Alfama (tez starym). Domy z zabytkowymi azulejos moglyby byc piekne a sa zmurszale, pokryte plesnia i zaciekami. Teraz moze nawet wieksza dekadencja, bo ja ostatni raz bylam w Lizbonie w 2000. Ale Portugalia to kraj fado. A fado jest melencholijne. Oporto jest takie same. Piekna architektura wyczuwana pod warstwa sniedzi i zaniedbania i kluby ze sciskajacym serducho fado.

          Cieszy mnie, ze podoba Ci sie Hiszpania. Ja w Hiszpanii lubie niemal kazdy zakatek i to, ze mimo kryzysu i tragicznej wrecz sytuacji, ludzie wciaz sa pogodni i wciaz weseli. I otwarci na innych/na nowe. No, ale co ja mam mówic jak to mój kraj adopcyjny?
          Teraz akurat obrazam sie mocno na Hiszpanie, bo gruchnelo lato i od razu z grubej rury. Ludzie, +35 w cieniu w pierwszej polowie maja? To nawet tutaj takie numery sa dziwaczne.
          Ale, ale musze koniecznie wrócic do Pragi, Budapesztu i Berlina, bo ja te miasta widzialam za komuny. A to, jak sadze, byly jakby calkiem inne miasta. Te same, ale jednak inne.
          Jutka, sliczne zdjecia Pragi sliczne :-)
          CJ, bedzie kontynuacja podrózy?
          • chris-joe Re: I'm back! 3 13.05.12, 09:43
            Bluesie, relacje dokoncze powoli :)
            Co do Portugalii: nim przybylem tam, nie chcialem jej widziec poprzez fado (zreszta fado nie uslyszalem tam ni razu), tak jak bywajac w Buenos Aires, traktuje tango jako jedynie czesc tamtejszego folkloru. Jednak w Lizbonie ta melancholia rzeczywiscie wisi w powietrzu. Stad i moj wzdech nad wierszem Sophii de Mello. Bo i trafny, i lokalny, i poetycko wspanialy. Pozniej we Wloszech mialem podobne (calkiem nie poetyczne) spotkanie sumujace moje wloskie doznania. Ale o tym pozniej.
          • blues28 Za duzo slicznosci mi wyszlo, ntx :-)) 13.05.12, 09:44
            Z ta Praga :-))
        • chris-joe Re: I'm back! 3 13.05.12, 10:23
          A za co szarpac, possum? :) Strony byly urocze, choc pewnie bywaja urokliwsze. Czesto musi zaistniec kombinacja stron i stronnikow, a taka zaistaniala. Wiec i skok kwantowy jakis takze. Grunt, ze posluzyl bardzo pozytywnie.

          Co do hord turystow (nous deux inclus)- nie wiem doprawdy jak w EU wyglada high season, bo ten "low" nam wystarczyl w zupelnosci. Co sie musi dziac w takiej Pradze w sierpniu dajmy na to, nie chce sobie nawet wyobrazac :)
          • chris-joe Re: I'm back! 3 13.05.12, 10:25
            ps. lubie bardzo twoje detaliczne foty, wiele 'kawalkow' poznaje.
    • chris-joe I'm back! 4 14.05.12, 21:25
      Warszawa

      O ile, z wyjatkiem Katalonii, pogoda byla dotad spolegliwa, to w Warszawie wyuzdala sie zupelnie: deszcz, szaruga, zimno. Ohyda. Wiec po slonecznej i bajecznej Pradze Warszawa wygladala jak uboga przemoczona kura na grzedzie. Zwlaszcza, ze w goraczce przed Euro byla tez rozgdakana wszechobecnymi robotami drogowymi, zamknietymi ulicami, kaluzami i blotem.

      Wyczekuje tego Euro w napieciu i zabawiam sie wylicznka zdaza-nie zdaza-zdaza-nie zdaza, bo na pare tygodni przed impreza w goraczce babraja sie w okolicach Stadionu, dworzec Wschodni nadal w powijakach i na gwalt glancuja perony, dworzec Powisle zas jakby zywcem z brazylijskiej faveli.
      Teoretycznie nie winno mi to bylo przeszkadzac, bo skupilismy sie na domowych pieleszach z mama i ciotka, wyprawami do sklepow, spotkaniami z przyjaciolmi. Jednak caloksztalt nie sluzyl ogolnemu poczuciu estetyki i samopoczuciu.

      Sposrod trzech grup przyjaciol, ktorych spotkalismy, dwie byly narodowo-pisowskie, wiec trzeba sie bylo wygibywac od polityki, panie, by bylo milo.

      Za to w sklepie kosmetycznym Inglota, gdzie kanadyjska psiapsiolka nakazala zakupic worek cacuszek, promieniem slonca okazala sie boska ciota, krzykliwa, dowcipna, barwna i zabawna. Jak najwiecej takich zyczymy Warszawie.

      I zdzwonilismy sie z Fedo i Wanna. Dziewczyny zawlekly nas do jakiejs koszmarnej speluny, gdzie wyjadalismy rozmaite swinstwa popijajac sowicie bogwico, by uniknac zatrucia. I jedna i druga jest glupia i brzydka i do konwersacji nierozgarnieta.
      Ok, moze lekko przasadzam, bo knajpa byla jedna z lepszych w stolicy, zas dziewczeta boskie. Braz zakochal sie w Fedo i jej rajskiej francuszczyznie dozgonnie, Wanna zas napastowala mnie namolnie i lubieznie rechoczac mi glosno do ucha. Zdaje sie (bo z roznych przyczyn nie wszystko chyba pamietam) ze dzwonilismy tez do Paryza. Jutka, prawda to?
      Poznalismy takze przeprzystojne mlodsze pokolenie Fedo, jak i cala galerie roznych fascynujacych postaci przewijajacych sie po okolicy speluny. Takim to sposobem przebiesiadowalismy wieksza polowe doby zdaje sie i sporo po polnocy rozpelzlismy sie do taksowek.
      Wspominajac to spotkanie odbijam pyfko i za wasze, Wanna i Fedo, w siebie wlewam. Mua.
      • jutka1 Re: I'm back! 4 15.05.12, 10:48
        Potwierdzam, darling, że do mnie dzwoniliście. Hehehe. :-)))
    • chris-joe I'm back! 5 14.05.12, 22:40
      Egipt

      Dotarlismy tam z turnusem polskiego biura podrozy i zabawa, oczywiscie, rozpoczela sie juz w samolocie. Z podrecznego bagazu pazazerow smigaly flaszeczki wody, lyskacza i koniakow, z pokladowego sklepiku lalo sie piwsko i przynajmniej dwie osoby zarzygaly sie doszczetnie na pokladzie. Jedna taka nieszczesnice zaloga domywala w fotelu, bo nie byla w stanie do klopa dopelzac i sprejowala poklad zabijaczem odoru.
      Na miejscu zas sie okazalo, ze planowany przez nas tydzien nicnierobstwa przerywanego snorkelingiem (po polsku, jak sie dowiedzialem, to- snurkowanie) byl anything but. Wpierwej okazalo sie, ze z powodu wiatrow i fal plaza wiekszosc czasu byla niedostepna, wiec by wyprobowac zakupiony w Warszawie sprzet musialem zakupic calodzienna wycieczke jachtem na rafy. I byla to jedyna okazja do nurkowania. Za to fuksem, bo rzadkosc to wielka, udalo mi sie napotkac krowe morska w kipieli tlumu podnieconych wspolsnorkowiczow.

      Wykupilismy tez wycieczke do Karnaku w Luxorze. Wyjazd wczesnym rankiem ok. 5, trasa w jedna strone 6-godzinna, bo z wybrzeza Morza Czerwonego trzeba pokonac pustynie po doline Nilu, po czym wzdluz Nilu jeszcze kawalek. Jakies 40-50 kilometrow od Luxoru, czyli prawie u celu, w miejscowosci Esna, utknelismy przed barykada na drodze. Otoz dnia poprzedniego byly tam jakies zamieszki, aresztewano kilka osob, wiec mieszkancy zablokowali droge (glowna arteria Egiptu) zadajac uwolnienia aresztowanych. W tlumie migaly sierpy, motyki, strzelby, bylo dosc nerwowo. Tkwilismy tam w autobusie ok. 2 godzin tuszac, ze sprawa sie rozmyje, ale sie nie rozmyla i musielismy wracac na wybrzeze. Czyli caly dzien do tylu.
      Do niedawna jeszcze autokary turystyczne byly w Egipcie eskortowane przez oddzialy militarne, dzis dotyczy to tylko wycieczek do Kairu. W naszym autobusie mielismy tylko jednoosobowa obstawe z karabinem.
      Z zobaczenia Luxoru nie zrezygnowalismy i dwa ni pozniej zapisalismy sie na kolejna wycieczke, tym razem z Wlochami. Tym razem sie udalo. Odwiedzilismy wiec swiatynie w Karnaku (egipskie Teby) i Doline Krolow. Wrazenie szalone. Przed jedna ze swiatyn stoja dwa obeliski, z czego jeden tylko jest oryginalny, drugi zastepuje kopia. Oryginal zas Jutka moze obejrzec na Placu de la Concorde.

      Kolejnego dnia pojechalismy na ekskursje do pobliskiego miasteczka El Quseir, gdzie w obstawie dzieciarni udalem sie do cyrulika na ostrzyzyny, pewien zas handlarz, ktoremu nie pozwolilem sie zaciagnac do jego sklepu, zakrzyknal: “You broke my heart!”.

      Na wczasowisku zas oddawalismy sie z Brazem podgladactwu i obrabianiu turnusowej dupy. Przewazaly nastepujace plemiona: Polacy, Rosjanie, Niemcy, Wlosi, Czesi. Po dlugich deliberacjach ustalilismy ranking plemion: najgorzej wypadli Rosjanie i Polacy (generalnie glosni, zapici, malo estetyczni), kiepsko bardzo wygladali Wlosi (odwaleni na wczasach jak na mediolanskim wybiegu, niekomunikatywni tak wobec ‘obcych’, jak w obrebie plemienia; a mielismy okazje podgladac ich takze na wycieczce do Luxoru), Niemcy takze zamknieci w sobie, nieprzemakalni (pamietam ich takimi i z Teneryfy), najlepiej zas wyszli Czesi- spokojni, lecz komunikatywni, ubrani dobrze, lecz bez wloskiej pretensji. Czesi takze najlatwiej mowili po angielsku, bo reszta generalnie jezykowo niekumata. Zakolegowalismy sie z pewna zwariowana Polka oraz z mloda Wloszka, ktora miala rosyjskie korzenie i mowila swietnie po francusku. Byla i pewna przepiekna Rosjanka, bardzo gustowna, w naszym wieku z grubsza, jednak wygladajaca na lat 30, ciekawa, dojrzala, enigmatyczna, niestety moj rosyjski nie wystarczal na blizsza znajomosc, a ona tylko po rosyjsku. Wot.

      I tyle bylo tego Egiptu, gdzie wiekszosc czasu, zdawalo sie, spedzilismy w autokarach raczej, niz na nicnierobieniu. Dalsza czesc urlopu spedzilismy wiec na niedoladowanych z lekka bateriach.


      Warszawa znowu

      Tym razem Warszawa powitala nas pelnia lata. Wspaniala slonecznosc, lipcowe upaly. What a difference the weather makes! Nagle miasto bylo przepiekne, rozkopy i roboty drogowe niemal niezauwazalne, bez w ogrodku mamy prawie-prawie zaczynal pachniec. Wiekszosc czasu mamie tez poswiecilismy. Tatusia odwiedzilim z galeziami wisniowego kwiatu ucietymi z jego ogrodka. Braz jedynie cierpial na straszne dokuczliwosci alergiczne od tego roslinnego rozpasania i nawet ja, generalnie na pylki-smylki odporny, zaczynalem kichac.
      Wkrotce jednak, po raz czwarty, musielismy jechac na okeckie lotnisko.
      • blues28 Re: I'm back! 5 15.05.12, 09:09
        Zyczliwie zazdraszczam spotkania z Mossadem warszawskim :-))
        Ale wycieczka do Egiptu, to troche jak zmora all inclusive :-) Albo nie troche a calkiem :-)
        Po paru takich atrakcyjnych lotach LOTem Madryt-Warszawa i zurick (to prawie 4 godz lotu i wszystkim mocno sie chce napic), zapalalam gleboka miloscia do Lufthansy. Love story trwa do dzis.
    • ewa553 Re: I'm back! 1 15.05.12, 22:04
      z zapartym tchem czytalam jak zwykle cudowne opisy ce-jota. zgrzytajac zebami przeszlam przez liczne babskie wtrenty (zam). i teraz prosze o reszte! Czy jest jeszcze jakas reszta?
      Jutro sobie wyciagne mape Europy i zrobie kreski po lionii Waszych lotow, bo skakaliscie faktycznie jak kangury fteiwefte.
      PS I moje wspomnienia z Portugalii wogole i Lizbony w szczegole to smetni, niekomunikatywni ludzie, jakby stale zmartwieni czymstam...
      • iwannabesedated Re: I'm back! 1 15.05.12, 23:25
        Zazdraszczaj zazdraszczaj Ewa. Sama sobie zazdraszczam upojnego wieczoru, chociaż niestety Warszawa się wtedy nie popisała, zimno było jak na Syberii.

        Co do Pragi, to potwierdzam, obaj Panowie byli zauroczeni, zakochani, zmieceni, zmierzwieni i zbulwersowani. Braz na miękko, CJ na zajadle :) Ponadto jak słuchałam co zrobili oraz co mają zrobić zamiar, to mnie rozbolało od razu wszystko włącznie z nogami oraz głową i się poczułam zmęczona mniej więcej tak jak po przeczytaniu o poczynaniach Luizy z ogrodem.
    • chris-joe I'm back! 6 16.05.12, 23:30
      Jaki zaraz koniec?

      Kopenhaga

      Wlasniem do Wloch sie wybierali. Z przystankiem w Kopenhadze. W tej Kopenhadze ponad 4 godziny mielim biwakowac na lotnisku, ale patrzymy sobie uwaznie, a tu metro do samego miasta tuz obok. To sie w to metro wpakowalim i do dunskiej stolicy pojechalim.
      Powiem tak: Kopenhaga to odlot zaden, takie sobie w miare mile prowincjonalne miasteczko. A schodzilim sporo, bo 4 godziny chyba na to miasto starczy: i starowke obeszlim, i o Tivoli zahaczylim, i na zamek krolewski sie napatoczylim, i wsrod kanalow pokrazylim, i deptaki handlowe wydeptalim, i lunch zdjedlim po grecku. Tylko kopenhaskiej syrenki nie widzielim, bo ona z boku jakos usadowiona.
      Natomiast gebysmy i uszy radowali, slyszac ze kazdy w tej osadzie po angielsku biegle nawija, od indagowanych przechodniow po robotnikow, co chodniki kladli. Bo wszedy, gdziesmy nie skrecili, jakies roboty byly w toku. I tak myslelim smetnie i przesmiewczo o Quebecu naszym zalosnym w serce ludow anglosaskich przez historie rzuconym, gdzie z patriotycznym i antyanglosaskim animuszem tak wielkie rzesze po angielsku ledwo co wymamrocze, albo i nic wcale lo lo. A ci, panstwo drodzy, najpewniej nie tylko po angielsku gremialnie i z ochota, to najpewniej i po niemiecku, ze o szwedzkim nie wspomne. Ach, Quebecu ty nasz malutki, dziurko ty nasza gleboko prowincjonalna w splocie kompleksow najciemniejszych wychodowana... Takesmy wzdychali na kopenhaskim bruku.
      Dopoty dopoki jednak, bo lotnisko nas wkrotce wzywalo i samolot do Romy prastarej juz silnik rozgrzewal.


      Rzym

      A w samolocie przygody. Bo byla tam i mama pewna z dwojka milusinskich pociech tuz za Brazem usadowiona (my zwykle siedzimy osobno, jedno za drugiem, bo kazden w okno lubi sie gapic, jak dzieci). A dzieci te natomiast, jak dzieci, harce i swawole, berki wzdluz aeroplanu i gonitwy szalone dzieciecem smiechem perlistem suto okraszane. Wte i wewte, i na odwyrtke, na pasazerow wpadajac, miedzy nogami obslugo niemal furkoczac. A gdy umordowane igraszkami temi niewinnymi wpadaly w swe fotele na chwilke zziajane, dawaj za loki Braza szarpac przez fotelowe oparcie, i kopac w nie dla zabawy rozkosznej pacholecej. Braz jak skala do Rzymu niemal emocje tamowal, ze dwa razy dyskretnie mamie uwage zwrocil, mama jednak matczynie usmiechem odpowiadala, ze takie energiczne te urwisy i jak je tu upilnowac. Obok Braza zas siedziala urwisow babcia, mama ich mamy, z pieskiem w pudeleczku podroznym. A ze przy przejsciu byla usadowiona, z pieskiem pod nogami, gdy samolot lot obnizal ku Rzymowi juz kolujac, stiuardesa zarzadzila, ze Braz ma jej miejsca ustapic, bo piesek w pudeleczku nie moze przejscia miedzy rzedami foteli zagracac przy ladowaniu, co najwyzej tuz pod oknem, gdzie Braz wlasnie siedzial. Miejsce ustapil bez slowa. Gdy jednak ziemi wloskiem juz dotknelismy i z siedzen sie poderwalim po czemodany, Braz juz nie pozwolil swym emocjom sie tlamsic i zrobil paniom wyklad, zwlaszcza mamie urwisow, na temat etykiety na statkach powietrznych. Obie panie szalenie sie oburzyly i pyskowka wynikla, do ktorej i ja sie zwawo przylaczylem. Ten i ow pasazer mamy poparl, ze dzieci to dzieci, ze kazdy z nas dzieckiem bywal i wartosciami rodzinnymi zostalismy zmiazdzeni. Panie nadto orzekly, ze jestesmy „inni” (dyskretnie do naszej orientacji pijac, bystro ja wypatrzywszy), i stad wlasnie i dzieci i pieski nienawidzimy chorobliwie. Przy odbiorze bagazu dopiero ten i owa dyskretnie i niesmialo nam szeptali, ze mamy swieta racje, ze skandal, ze reklamacje pisac do linii lotniczych za zaniechanie strzezenia standartow podrozy. Milo bylo szalenie.

      Alesmy do Rzymu dotarli. W pociagu z Fiumicino, nie powiem, wygodnym, na powitanie smrod kalu i uryny nas powital. Nic to. Przesiedlismy sie do metra, gdziesmy sie przerazili: syf niemal jak w Montrealu. Nic to. Do hotelu dotarlim i zaraz na pyfko sie udalim, bo wieczor sie zblizal i w miasto sie juz nie wybieralim.

      Rano dzien boski sie przed nami rozpostarl i przez dwa nastepne dni miasto zwiedzalismy. Starocie podziwialim, uliczki, place, fontanny, koscioly, Fora i Kolosea, kanaly i palace. W kolejke raz tylko sie wbilim, do Swintego Piotra. Tam zas na przewielebnego i beatyfikowanego Ojca Swietego sie natknelim (o naszym polskim, rzecz jasna, mowie, a nie o tym nowym imposterze), i to fuksem calkiem. Bowiem w Rzymie po wloskim polski chyba najpopularniejszy i gdzie okiem nie siegnac grupki rodakow za swymi przewodnikami karnie podarzali, a to turysci ciekawscy, a to delegacje parafialne, autokarow PL zatrzesienie. Wiec w bazylice Piotra wystarczylo za polskimi peletonami podazac, a wszystkie jak w lejku w jednym kierunku podazaly. A dokadz to, dokadz, w duszy pytalismy? A do kaplicy Swietego Sebastiana, bo tam wlasnie, jak sie dowiedzielismy niechcacy, szczatki jego spoczely po beatyfikacji.

      Do Muzeow Watykanskich tez chcielismy na gwalt, wiec raniutko do bram sie ich udalismy, jednak konca kolejki nie wypatrzywszy chyba po kwadransie wedrowki w tyl tlumow ubitych, z rozkoszy tych estetycznych zrezygnowalismy i kaplicy sykstynskiej nigdy pewnie nie ujrzymy, bo ja w takich kolejkach zycia trawil nie bede. Chyba ze los do Rzymu nas jeszcze rzuci i okaze, sie bilety do Muzeow mozna jakos przebiegle najsamprzod sobie zaklepac. Ale chyba nie rzuci, bo nas wcale nie ciagnie.
      Spiesze z wyjasnieniem: mimo skarbow i cacek Rzym serc nam nie podbil, miasto jest rozhukane, glosne, ruch uliczny nieokielznany, bzykanie Vesp wszechobecnych jedynie zametu przyczynia. Glowy nam puchly i pekaly.
      Tu zamieszczam niechcacy kolejny hymne a Paris: w Paryzu bowiem takze atrakcje sa rozrzucone i trzeba docierac od A do B przez miasto, jednak w Paryzu te wedrowki same w sobie sa rozkosza, bo te trasy ‘pomiedzy’ ciekawsze niekiedy od celu, bo bistrotow i cafe zatrzesienie, bo skwerki i placyki tu i owdzie wyhynaja niespodziewanie litujac sie nad zadem zdrozonym i czasem juz nawet sie wstawac nie chce, jeno siedziec i patrzec jak Paryz sie przed geba saczy. Unlike Rzym, niestety, przed ktorym czesto trzeba uciekac jak najdalej i leczyc sie wieczorem od huku i zametu.

      Nadto: po Mediolanie, a i Wenecji takze, a nawet wspolzyciu z Wlochami w Egipcie przez tydzien, i ja i Braz wyrok surowy wydalim- Wlosi to nie nasz lud. Jacys zatkani sie zdaja, mostow miedzyludzkich budowac niezdolni, usmiechy rzadkie swietowalismy wrecz, jak podarki niechetnie i skapo udzielane. Nie i nie!


      Florencja

      Ach! Po Rzymie to oaza spokoju! Starowka wydzielona od ruchu kolowego, wiec nawet tabuny szalone turystow daja sie przelknac dosc bezbolesnie. I pieknie tam niebywale. Juz okolice same rajskie niemal z okna pociagu podziwiane w drodze i z Rzymu i –pozniej- do Mediolanu. Slyszalo sie o tej Toskanii wiele i slusznie, bo przepiekna.
      Florencja polozona rajsko w kotlinie Arno miedzy pagorkami wonnymi zielem i cyprysem. Domki zniewalajace, cuda niewidy niewidziane! I makarony przeboskie z sosami grzybowymi nakazujacymi umierac wsrod westchnien rozkoszy. Nawet wolowine (Braz mogl przysiegac, ze z Brazylii sprowadzana!) potrafia wspaniale przyrzadzic. I choc win amatorem wielkiem nie jestem, tu i owdzie podpijalem jakies nektary chlodne szczytujac bezwstydnie. Pogoda takze sluzyla. I gdy patrzylismy na miasto ze wzgorza w Oltrarno z Piazzale Michelangelo (tak jest, to obowiazkowy gwozdz florenckiego programu), to lzy niemal lykalim.

      Ale i chwile grozy przezylem w Duomo, bo do serca nie wzialem ostrzezen, by z lekiem wysokosci na kopule sie nie wdzierac. Schodkami kretemi pod sama kopule zwawo sie wspialem, lecz gdy na „parapet” we wnetrzu kopuly wstapilem, by widokiem na miasto ze korony Duomo sie napawac, po krokach kilku dostalem ataku katatonii niemal przerazliwej, paralizu strachu doznalem, vertigo i omdlewajacej zacmy ofiara padlem. Udalo mi sie szybko wycofac, by odkryc jedynie, ze odwrotu juz nie mam, po schodkach waziutkich ruch jednostronny jedynie i droga z parapetu tylko przez
      • chris-joe I'm back! 7 16.05.12, 23:33
        ... i droga z parapetu tylko przez parapet prowadzi! Wiec oczy zawarlem i po omacku wtulony w sciane cal po calu lekiem sie dlawilem, wspolzwiedzajacy Amerykanie delikatnie mnie na duchu podtrzymywali, ze jeszcze dziesiec stop, jeszcze piec, juz prawie... W drodze nazad podobnie. Jezusie litosciwy, ki szatan mnie opetal, ze z wlasnej woli na katusze sie wydalem, ze lek chorobliwy do szczetu mnie omotal?! Mnie, ktory z samolotu skakal w czelusci powietrzne! Ach, jak wino toskanskie smakowalo pozniej, gdy stopy me na bruku ulicznym wreszcie sie oparly!

        Wiec z Wloch mych dotychczasowych Wenecja i Florencja serce me podbily. Choc tu jeszcze o Wenecji rykoszetem wspomne: dopiero, gdym ja porzucil, w Granadzie dopiero, gdym przestrzen otwarta pelna piersia chlonal, zrozumialem, jak klaustrofobiczny jest wenecki archipelag, utkany wsrod waskich kanalow i uliczek. Jednak chetnie tam wroce, jak i do Florencji.

        I do Hiszpanii. Bo droga sie zdaje zdrozonemu sercu memu, bo ma je ne sais quoi, przestrzen i dusze ludzka, co czlowieka dostrzeze i zrozumie.


        PS. Pierwszej nocy w Montrealu wstaje ci ja do sikalni, zalatwiam potrzebe i do sypialni na powrot kieruje senne kroki, i mieszkanie okiem obejmuje, i pytam sie w duszy mojej: a co to za hotel znowu, co za kraj, miasto jakie? I w lozku spoczywam i na chwile przed zasnieciem eureki doznaje: lozko toz to wlasne i wlasne pielesze! A rano Braz mi mowi, ze toz samo przezyl. Po czym rapsodujemy, ze chetnie jednak w Rzymie jeszcze do naszej knajpy bysmy sie udali. I zalosc popodrozna w dusze nam sie wkradla, oj wkradla. Amen.
        • jutka1 Re: I'm back! 7 17.05.12, 08:56
          Boskość, Inc. :-)

          A wiesz, ja Rzym po raz pierwszy odwiedziłam w sierpniu, kiedy nie było rzymian i vesp i smrodu, i zakochałam się i już. :-)

          "Słodkie dzieciaczki" w samolotach tępię i nie czekam na koniec lotu, bo zaciśnięta szczęka damie nie przystoi. :-)
          I tak jak się rozczytałam, to mi się boleśnie szwędacz włączył i na Bergamuty mi się zachciało... Tylko skąd uścibić forsę na bilety? Ot, zagwozdka...

          Dzięki, BratSister, za reportaż! :-D
          • blues28 Re: I'm back! 7 17.05.12, 09:24
            Równiez dzienks serdeczny za kartki z podrózy :-)
            Zatchnelam sie tempem (te 4 godz w Kopenhadzie!) i usiadlabym zeby odpoczac, gdybym juz nie siedziala :-)
            A Firenze, ach, cudo nad cudami. Ja pod kopule sie nie wdrapalam, bo lata temu atak paniki nad urwiskiem w Szwajcarii uswiadomil mi, ze mam lek wysokosci. Ale stalam z zadarta glowa do zwichniecia karku. A na Ponte Vecchio byli? Dawida pewnie nie zdarzyliscie. Mnie na zawsze to dzielo kojarzyc sie bedzie z mlodymi Hamerykanami, którzy wkradli sie w moja kontemplacje porównujac rece efeba z jego przyrodzeniem. Fakt, rece mocno wygrywaja.
            • jutka1 Re: I'm back! 7 17.05.12, 09:36
              Oj, Bluesie, przecież przyrodzenie się porównuje tylko w stanie odmiennym, a nie jak u Dawida! :-)))
              • blues28 Re: I'm back! 7 17.05.12, 09:56
                Excuse moi! Jaki stan odmienny?? Tu chodzi o proporcium, mocium panie :-))
                Stan wyjsciowy daje pojecie o stanie odmiennym :-))
                • jutka1 Re: I'm back! 7 17.05.12, 10:02
                  Oj Bluesie, Bluesie... Byś się zdziwiła... ;-)))
                  Już przestaję świntuszyć od rana. :-)
                  • blues28 Re: I'm back! 7 17.05.12, 10:26
                    A ja wychodze w upal i bochorno.
                    I nabieram wody w usta, bo populacja statystyczna poddana osobistym ogledzinom niby teorie potwierdza, ale nijak jej do wniosków ogólnoswiatowych :-))))
                    • jutka1 Re: I'm back! 7 17.05.12, 10:41
                      Również nabieram wody w usta. :-))))))))))
                  • chris-joe Re: I'm back! 7 17.05.12, 17:16
                    Jutka ma cos na rzeczy, bluesie... nie na darmo facetow sie dzieli na growers and showers :))
                    • jutka1 Re: I'm back! 7 18.05.12, 09:30
                      No to jak już SiDżej mnie poparł, to znaczy Bluesie, że coś jest na rzeczy. :-)))
                      • blues28 Re: I'm back! 7 18.05.12, 10:06
                        W mniejszosci bedac, nabieram zatem... wody w usty :-)))

                        Ale porzucajac zberezienstwa, David to ponad 4 metry klasycznego piekna, kwintesencja doskonalosci i absolutnej perfekcji. And yet... cos jest na rzeczy:
                        https://4.bp.blogspot.com/-LMLwrEfWRJQ/TVOzIgIU3wI/AAAAAAAACKc/K9C0ZZ4-oRM/s1600/david.jpg
                        • jutka1 Re: I'm back! 7 18.05.12, 10:14
                          Bluesie, świntucho jedna. Hehehe. :-)))))))
            • maria421 Re: I'm back! 7 17.05.12, 09:50
              Czytajac Chrisa reportaz kojarzy mi sie film "If It´s Tuesday, This Must Be Belgium" :)

              Pewnie Ewa, milosniczka Rzymu zaraz na nas naskoczy, ale ja sie z Chrisem zgadzam- jest to strasznie meczace miasto. Natomiast Rzymianie sa o wiele sympatyczniejsi niz Fiorentini.

              P.S. Rozwydrzone dzieciaki to zmora, rozwydrzone dzieciaki na pokladzie samolotu to zmora do kwadratu.

              • blues28 Re: I'm back! 7 17.05.12, 09:59
                Pelna zgoda odnosnie dziatwy na pokladzie i nie tylko.
                • morsa Re: I'm back! 7 17.05.12, 12:31
                  C-J! Swietne obrazki z podrozy - dzieki!
                  Zgadzam sie prawie w wiekszosci;-) Szkoda, ze byliscie tak krotko w Kopenhadze.
                  Ja osobiscie b. lubie, a nawet kocham to miasto, a szczegolnie ludzi - mieszkam
                  wlasciwie tylko pol godziny jazdy do tego miejsca. Bywam czesto i za kazdym razem
                  odkrywam cos nowego. www.youtube.com/watch?v=hO59P1ipbr4&feature=related
            • chris-joe Re: I'm back! 7 17.05.12, 17:14
              W Galerii Akademii byli jak najbardziej- rece zdecydowanie gora! :) Nawet zdjecie Dawida komorka skradlem potajemnie, mimo groznych zakazow fotografowania:

              https://fotoforum.gazeta.pl/photo/2/cd/kj/u2vx/apFvziiaUI1dNbRULB.jpg

              I Amerykanow, w istocie, wszedzie zatrzesienie, jak w zadnym innym odwiedzanym wloskim miescie. Chyba przez to, ze Toskania silnie zaistniala w anglosaskiej literaturze. Anglicy cmentarz we Florencji wlasny maja.
      • maria421 Re: I'm back! 6 17.05.12, 12:58
        Chris, podejrzewam, ze ta wspaniala wolowina we Florencji to nie jest jednak zaden import z Brazylii tylko bistecca alla fiorentina, a to sie uzyskuje z bialych toskanskich krow rasy chianina pasacych sie swobodnie na toskanskich wzgorzach.
        Poza Toskania raczej nie do uzyskania.

        Natomiast mozesz Brazowi przekazac moj trwajacy do dzisiaj zachwyt nad steakiem zapiekanym w soli, skonsumowanym w brazylijskiej restauracji w Lizbonie (gdzies w okolicach portu) w odleglym roku 1996. Niebo w gebie!
        • iwannabesedated Re: I'm back! 6 17.05.12, 21:38
          Łomatko.... Dobrze, a ode mnie przekaż buzi za parę brazylijskich butów które miałam jako nastolatka, oraz liścia za tzw brasilian wax, który nie używałam ale koleżanka sobie robiła i twierdzi że jest doświadczeniem nieziemskim in minus...
          • chris-joe Re: I'm back! 6 17.05.12, 22:31
            Nie omieszkam przekazac i za steaka, i za obuwie, i za wax. Ucieszy sie bardzo, gdyz ci co znaja go blizej, wiedza swietnie, ze on ma braz. monomanie i dla niego wszystkie drogi (i tematy) prowadza do Brazylii. W podrozach on zawsze brazylijskie akcenty wypatrzy, a jest co wygladac, bo tematy modne, choragiewki braz. w kazdym miescie swiata sie znajdzie ot tak, bo chodliwe; kraje swiata rankingujemy popularnoscia i osiagalnoscia caipirinii (i w Warszawie zawitalismy do braz. knajpy, przy Marszalkowskiej, tuz obok Domu Harcerza, ale niezbyt polecam, chyba ze dla zbytu); o koszulkach zolto-zielonych z nazwiskami braz. gwiazd futbolu nie ma nawet co wspominac.

            Tylko nikt jeszcze nie wspomnial kolejnego wielkiego eksportu Brazylii- transseksualnych i transwestyckich kurewek, ktore wlasnie we Wloszech sa przebojem i tam gremialnie pielgrzymuja. Trzy takie nawet wypatrzelismy na rzymskim lotnisku.

            Do waxu jeszcze wracajac- w tym Egipcie cyrulik mi z zaskoczenia twarz z wloskow czyscil (miedzy brwiami, na czole) nitka do zebow. Robil to niezwykle przebiegle ulozywszy nic w trojkat, ktorego dwa katy dzierzyl w dloniach, trzeci zas w zebach i tym mi twarz walkowal. Wloskow bylo pare zaledwie, lecz wyobrazam sobie co by bylo, gdyby go do lona dopuscic, bojcie sie boga!
            A pozniej po naradzie z kolega zazyczyl sobie 7 euro, dalem 13 (100 egipskich funciakow) wiedzac, ze mnie naciagnal i zarobil sobie trzynastke :)
            • iwannabesedated Re: I'm back! 6 17.05.12, 23:02
              Hehehe, słyszałam o tej metodzie depilacji nitkami. Do łona absolutnie w podróży nie należy dopuszczać dziwnych typów, czyto egipskich depilatorów, czy transseksualnych kurewek, to jako wytrawny globtrotter powinieneś wiedzieć, bo bógwie jakie tam szkody poczynić mogą. Włosy na czole, czyteż w uszach - to inna historia. Przypomina mi się jak ojciec opowiadał, że kiedyś w kubanoskiej dzielnicy w Miami poszedł do fryzjera i ten po ostrzyżeniu głowy znienacka wziął i mu włosy w uszach oraz nosie szybko przyciął czyteż - wyrwał... Ja sądzę, że te 13 EUR się należało chłopu za ryzyko jakie podjął. Bo przecież nigdy nie wiadomo jak kto może zareagować na nagłe wyrywanie włosów skądkolwiek, mogło być krwawo..
              • chris-joe Re: I'm back! 6 17.05.12, 23:40
                O szkodach w lonie podroznym dlugo by rozprawiac, ale (juz) nie dopuszczam, wiec byloby po proznicy :)
            • roseanne Re: I'm back! 6 18.05.12, 00:39
              na regulacje brwi nitka chodze do pobliskiego salonu fryzjerskiego prowadzonego przez hinduski - zdecydowanie mniej bolesne niz wosk
              • jutka1 Re: I'm back! 6 18.05.12, 09:32
                Pierwsze słyszę o tej nitce. Próbowałam to sobie wyobrazić i takie mi karkołomne operacje wyszły, że aż się z tego wyobrażania zmęczyłam. :-)
                • maria421 Jutka 18.05.12, 10:03
                  tak ta depilacja nitka wyglada :

                  www.youtube.com/watch?v=y-F51AAAPGs
                  • jutka1 Re: Jutka 18.05.12, 10:13
                    Ojej, Mario, zupełnie inaczej to sobie wyobrażałam. :-)
                    Dzięki. :-)
                • blues28 Re: I'm back! 6 18.05.12, 10:13
                  Tez pierwsze slysze. I jawi mi sie to jako wymyslna tortura :-) Brrr,brrr :-)

                  A podbechtujac Brazowa brazylijskosc, to ja, osoba malomiesozerna, wspaniale wspominam wolowine ze slynnej churrasqueria w Rio de Janeiro. Nazwy churrasquerii nie pomne, bylismy w kilku i wszedzie bardzo samcznie, ale ta najlepsza byla dosc blisko slynnego warsztatu-ekspozycji kamieni szlachetnych. Tam jako rasowa turystka nabylam piekna akwamaryne, o której tutejszy (madrycki) jubiler rzekl: no, piekna, ale przeplacila pani mocno :-)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka