xurek
12.07.04, 10:40
Pojechalismy na weekend do Tessina i Wloch (Ascona + Como). Szok braku
komunikacji trwal u Piranhii mnw. pol godziny, w czasie ktorej to wyczail, ze
rozmowe nalezy zaczynac od “dütsch? enlish?” po czym kontynuowac nawet przy
otrzymaniu dwoch negatywnych odpowiedzi. Piranha wozila winda gosci
hotelowych naciskajac wlasciwe pietro, “podawala” do stolu z kelnerka od
sniadania, znalazla od razu “instruktora plywania” na hotelowym basenie,
zalapala sie na ponton z wloska rodzina, wydebila od facetow obslugujacych
taki rodzaj “trampoliny na linach” dodatkowe skakanie za darmo, olala nas w
restauracji prowadzac godzinna dyskusje z “babciami i dziadkami” przy
sasiednim stole, przejechala sie po rynku w Como na Harleyu (rodzaj wystawy i
promocji) wszystko to “zalatwiajac sobie sama” bez zadnej pomocy z naszej
strony. A ja sie przygladalam i zastanawialam, czy tez kiedys taka bylam (nie
moge sobie przypomniec) i dlaczego im czlowiek robi sie starszy, tym trudniej
mu “podejsc do kazdego i zagadac”. Jakiez zycie byloby latwe i piekne, gdyby
czlowiek wciaz potrafil wzac swoja szklanke z cola, podejsc do stolika obok,
powiedziec “hoi, was trinkst Du”, sie dosiasc i zaczac opowiadac byle co,
obojetnie jak….Albo podejsc do znudzonego i samotnie plywajacego faceta i
powiedziec, ze teraz bede skakac a on ma mnie wylawiac, bo nie umiem plywac…
Kiedy i dlaczego “gubimy” te umiejetnosc?
Xurek