Dodaj do ulubionych

Pierwszy raz....

03.12.06, 16:26
Pierwszy papieros, pierwszy pocalunek, pierwsze oszolomienie.....i wiecej,
jesli ochota zechce.
Cos na ten temat?

Moj pierwszy papieros, a raczej dwa pociagniecia, mialy miejsca w krzakach za
szkola. Mielismy chyba 11, 12 lat, bylam sama z chlopakami, dwu, trzech?
Doswiadczenie totalnie paskudne, kaszel, smrod, szczypanie jezyka.

Czy wy wiecie ze ja mam w moich archiwach zdjecie mojej pierwszej prawdziwej
milosci, zolto-wyblakle? Mielismy wtedy 12 lat. I lapie sie nawet teraz, od
czasu do czasu, co sie z nim stalo w zyciu?
Jednym z naszych zajec bylo jezdzenie tramwajem godzinami i wpatrywanie sie
sobie w oczy. Ja na te "wycieczki" nakladalam na ramiona taka duza chuste w
kwiaty ktorej kolor mi sie strasznie podobal, wlosy na ramionach, z
przedzialkiem z lewej strony (do dzis), ze spinka.
On regularnie w bialej koszuli (gdzie on sie opalal?). Kochalam te momenty.
Ciotce klamalam ze mamy zajecia w Agrykoli...
Obserwuj wątek
    • leosi Re: Pierwszy raz.... 03.12.06, 17:32
      Moj pierwszy raz - jazda na cycku ???
      - ten szum wiatru w uszach
      - strach w oczach
      Kto wie o czym mowa ??
      • asia.sthm Re: Pierwszy raz.... 03.12.06, 21:56
        Leosi tramwaja sie czepial ;))
    • jutka1 Re: Pierwszy raz.... 03.12.06, 20:46
      Musze pomyslec :-)))

      A demain :-)
    • asia.sthm Re: Pierwszy raz.... 03.12.06, 22:03
      Nie specjalnie dobrze wspominam swoje pierwsze razy..wiem wiem sentyment, z
      czasem sie ma wybielic, uidealnic... chetnie zamienie pierwszy raz na ten
      drugi ;)

      Ostatnio pierwszy raz trzymalam ster samolotu....na drugim razem bede miala
      mniej spocone dlonie..to gwarantowane.
      ;)
      • jutka1 Re: Pierwszy raz.... 03.12.06, 22:05
        Nie zamieszczalas gdzies czasem ostatnio w necie zdjecia? :-))))))))
    • chris-joe Re: Pierwszy raz.... 03.12.06, 22:07
      Pierwszy acid. To byl odjazd! Za onem narastala koszmarna burza, a my z
      kumplem dlugo wpatrywalismy sie w kwiat na parapecie, bo sie ruszal na wietrze.
      Powiedzialem, ze czuje sie jak "popcorn just about to pop" i wilismy sie ze
      smiechu nad tym wyznaniem na dywanie.
    • jutka1 Re: Pierwszy raz.... 04.12.06, 09:35
      Pierwszy "prawdziwy" pocalunek byl przezyciem raczej nieprzyjemnym, i nie
      wiedzialam dlaczego ludzie z tego robia takie wielkie halo. Zrozumienie przyszlo
      z czasem ;-)))
      Pierwszy papieros tez bleeee.
      Pierwszy lot samolotem - mialam 6 lat i do dzis pamietam fascynacje, z jaka
      patrzylam w dol na pola i poletka, byl sierpien, pola wygladaly jak
      wielokolorowy patchwork upstrzony malenkimi "guziczkami" snopkow siana.

      Pierwszy komputer - 88 rok, stare "jabluszko", ktore sluzylo wlasciwie jako
      maszyna do pisania, bo innych funkcji nie mialo. :-)
      Pierwszy raz samodzielnie za kierownica (87 r.) - spocone rece, trzesace sie
      kolana, i poczucie, ze kazdy kierowca wokol mnie dal sobie jedno jedyne zadanie:
      wykonczyc i rozjechac. ;-D Pierwszy samochod: zdezelowany ford escort koloru
      piaskowego, mialam go przez rok i opchnelam te cytryne dalej. :-)

      Pierwsze ksiazki, ktore zaparly mi dech w piersiach: Mistrz i Malgorzata, Gra w
      klasy, i Opowiadania Cortazara. Pierwsze przeczytane wiersze (z wlasnej i
      nieprzymuszonej woli): Galczynski, Tuwim i Pawlikowska-Jasnorzewska.
      Pierwsi ukochani malarze: El Greco i Modigliani. Teraz jak o tym mysle, to ich
      forma miala wiele cech wspolnych.

      Zabawne, tak grzebac w przepasciach pamieci.
      Fajne "cwiczenie". Dzieki, Lucjo. :-)))
      • maria421 Re: Pierwszy raz.... 04.12.06, 10:16
        Nie dopisze sie, bo moje mysli ciagle kraza wokol "ostatnich razow".
        • lucja7 Re: Pierwszy raz.... 04.12.06, 11:36
          Okazuje sie ze te pierwsze razy sa nie tak latwe do odnalezienia.
          Czesto sa to sytuacje w ktorych nie jestesmy "mistrzami ceremonii" i umyka nam
          przez to wiele doznan zacierajacych sie pozniej.
          Te pierwsze ktore sie pamieta okazuja sie byc ktorymis tam, wcale nie
          pierwszymi.
        • kan_z_oz Re: Pierwszy raz.... 04.12.06, 11:39
          Mój pierwszy raz krąży wokół nauki jazdy samochodem. Nie zapomnę jak mój luby,
          pewniego dnia gdy byliśmy na nie utwardzonej drodze w górach, w dużej Toyocie
          4WD na 11 osób z ręczną skrzynią biegów, powiedział; - możesz zacząć się uczyć.
          Zaczęłam i do tej pory nie wiem jakim cudem nie zjechałam z tej drogi prosto w
          przepaść poniżej.
          Normalni ludzi sobie ułatwiają życie. Tym z gór ten koncept jest niestety obcy.

          Kan
          • lucja7 Re: Pierwszy raz.... 04.12.06, 11:50
            Jazda samochodem....pamietam.
            Moja pierwsza jazda, bylam sama w wynajetym samochodzie, z nowiutkim prawem
            jazdy, w piatek wieczorem na srodku zapchanego samochodami placu Republiki w
            Paryzu. I wtedy zrozumialam ze zeby posuwac sie do przodu, nie wystarczy znac
            przepisy, kierownice, kierunkowskazy i nie wiem co jeszcze, ale ze nalezy sie
            pchac i szantazowac innych.
            Ale wtedy nie umialam tego robic i nigdy, nigdy nie zapomne grzmotu klaksonow
            za moimi plecami, kiwanie z politowaniem glowami, inwektywy, lby pelne
            nienawisci.
            U skraju nerwowego wyczerpania, ze strachu, odpuscilam, wysiadlam z samochodu,
            a wyciagnela mnie z tego burdelu policja, po dwu godzinach walki.

            To byl z pewnoscia moj pierwszy raz.
            • kan_z_oz Re: Pierwszy raz.... 04.12.06, 12:19
              Mój następny pierwszy raz to były skoki ze spadochronem;
              Pierwszego nie pamiętam, nic zupełnie.
              Pamiętam drugi - ogromna buro-brązowo-zielona czasza wojskowego spadochronu
              ponad Moją głową.
              Ponieważ byłam 'najlższejszą' z całej 9-tki to wyrzucono mnie na końcu
              z 'Antka'.
              Wiatr się zmienił i lecąc sobie ponad lasem, stawem i domami myślałam; jak Ja
              kurna chata ominę te linie elektryczne?
              Ominęłam, przypadkowo co doprowadza mnie do wniosku - co ma wisieć nie utonie.

              Przyjechał ambulans i całe lotnisko było w pogotowiu. Wylądowałam na polu z
              bobem ku przekleństwom rolników. Cała Moja rodzina okrzyczała mnie; No dałam
              sobie spokój. Pojechałam żeglować na Mazury.

              Kan

              • kan_z_oz Re: Pierwszy raz.... 04.12.06, 12:46
                No Łucjo otworzyłaś 'puszkę' Padnory.
                Następny pierwszy raz Kana na kajaku w Oz.
                Lato, na Thredbo rzece. Kupiliśmy kajak i postanowiliśmy sprawdzić czy działa.
                Thredbo rzeka nie nadaje się do kajakowania, ponieważ jest to górska rzeka 5-
                stopnia trudności.

                No więc przepłynęliśmy, bo nie mieliśmy pojęcia.
                Zagineliśmy co prawda na trochę i poszukiwania trwały. Dwa helikoptery oraz
                cały odział policji. Ponieważ bylismy cały czas w kanionie, ponad którym był
                nasamowicie silny wiatr, nie było szansy na zbliżenie się do Nas ani na próbę
                uratowania. Przenocowaliśmy na rzece, okryci gałęziami z 'christmas beetlaes',
                uprawiając 'abseiling' w dół rzeki.

                Tak się zastanawiam - fakt że żyję to chyba jest naprawdę cud? Jak w przypadku
                tego kota te moje 7 żyć już dawno się wyczerpało.

                Bla, bla bla, Byliśmy na stronach wszystkich gazet, ukrywajac się oczywiście bo
                wstyd jak cholera. Mamusie do tej pory nie wie.

                Kan
                • jutka1 Re: Pierwszy raz.... 04.12.06, 13:02
                  Tak czytam, i zdaje sobie sprawe ile jeszcze "pierwszych razow" przede mna...
                  Spadochron (chyba jednak sie nie zdecyduje :-)), kajakowanie, prowadzenie TIRa,
                  pilotowanie samolotu etc.
                  Wielu rzeczy w zyciu sprobowalam, oprocz ciezkich narkotykow bo jakos mnie nigdy
                  nie ciagnelo, i pare "pierwszych razow" sobie dzis z usmiechem przypomnialam.
                  Takich naprawde pierwszych. :-)))
                  Fajne wspomnienia :-)
                  • kan_z_oz Re: Pierwszy raz.... 04.12.06, 13:08
                    Nio, właśnie dokończyłam pojemnik z lodami kawowymi. Nie pierwszy i nie ostatni
                    ale bosko było...
                    Ze sportów to Ja wyczerpałam mój limit.
                    Chociaż, zaraz , zaraz; czy przepłynięcie Bass Straight przy silnej chorobie
                    morskiej to wyczyn?

                    Kan
                    • jutka1 Re: Pierwszy raz.... 04.12.06, 14:08
                      Zabralo mi net na godzine :-)

                      To nie wyczyn, to katorga :-)))

                      Ze sportow zostalo mi jeszcze wiele, choc wiekszosci nie bedzie mi dane. Ale nie
                      szkodzi, nie szkodzi. :-)
    • xurek Re: Pierwszy raz.... 05.12.06, 15:41
      Pierwszy zab –64.
      Pierwszy chlopak –77.
      Pierwszy pocalunek –78.
      Pierwszy stosunek –83.
      Pierwsza lampka wina –84.
      Pierwszy joint –85.
      Pierwszy papieros –87.
      Pierwszy slub –91.
      Pierwszy rozwod –00.
      Pierwszy porod –00.
      Pierwszy utracony zab –04.

      Reszta detali zbyt intymna jak na forum.

      W przyszlosci pewnie bedzie wyliczanka typu :

      Pierwsze zmarszczki
      Pierwsza operacja plastyczna
      Pierwsze sztuczne zeby
      Pierwszy sztuczny staw

      Eh, to beda czasy, kiedy znajac sie przyslownie i doslownie jak lyse konie
      zaczniemy sobie opowiadac o naszych pierwszych doswiadczeniach ze sztucznymi
      zebami :)))). Juz sie nie moge doczekac na to forum seniorum :)).

      PS: do tych nieco dziwnych zamyslen sklonil mnie dzisiaj moj ginekolog, ktory
      to po wymianie mojej 6-letniej spirali powiedzial „no, to juz chyba ostatnia
      bedzie“ :)))).

      Dodaje wiec:
      Ostatnia spirala – 06 :)).
      • lucja7 Fajnie 05.12.06, 16:33
        Fajnie ze napisalas, Xurek, dawno cie tu nie bylo.

        :)
        • lucja7 Pierwsza zdrada 05.12.06, 17:01
          Zdrada jest odpowiedzia na cos czy momentem slabosci?
          Zeby zdradzic trzeba sie przygotowac?
          Przyznaje tu, przed ogolnym zgromadzeniem ze zdradzilam, nieraz, ale rowniez
          pierwszy raz. Mysle tez ze sytuacje sa zbyt skomlpikowane by moc je
          kategorycznie klasyfikowac jako negatywne czy pozytywne.
          Chyba zawsze trzeba to zobaczyc w kontekscie i calosci i sytuacji ;)

          No bo gdyby nie, to wszyscy tutaj bylibysmy obzenieni na zycie z kolegami z
          przedszkola, nespa? czyli z tymi ktorzy juz wtedy zadzierali nam spodniczki...
          • jutka1 Re: Pierwsza zdrada 05.12.06, 18:19
            Kazda zdrada to pierwszy raz, nieprawdaz? "Pierwsza zdrada z..." :-)

            To chyba sie kwalifikuje jako temat na osobny watek, ale i tutaj mozna.
            Jest odpowiedzia, jest momentem lub paroma slabosci - lub sily, nie podlega
            klasyfikacji, jest lub nie ma. Zalezy od wielu rzeczy.

            Podp. niecz.

            :-)
        • jutka1 Re: Fajnie - ditto :-))) ntxt 05.12.06, 18:15

    • ewa553 Xurku, 05.12.06, 18:46
      ubawilas mnie jak zwykle:))))) dwie uwagi odnosnie tego co piszesz:
      pisze na forum seniorum od paru miesiecy i nikt jeszcze nie wspomnial o swoich
      sztucznych zebach (ja nie mam, zapewniam Cie). Dzien w ktorym takie wpisy tam
      sie znajda, bedzie dniem pozegnania z nimi, bo tego poziomu bym nie zniosla:)))
      Poza tym: bylam dzis na terapii i pan przed podlaczeniem mnie pod prad zapytal
      m.in. czy mam spirale (chodzi o metale). Rozesmialam sie przypominajac mu ze
      mam 62 lata, na co on powaznie ze rowniez panie w moim wieku miewaja. Tak wiec
      skresl prosze date Twojej ostatniej spirali, Twoj ginekolog to palant:))))
      • lucja7 pierwsze szczescie na nartach 08.12.06, 10:56
        Pamietam moja pierwsza prawdziwa przyjemnosc na nartach, kiedy to po raz
        pierwszy dotarlo do mnie ze panuje nad nimi. Wszystko co bylo przedtem stalo
        sie niewazne, przestalo istniec: te za dlugie dechy, przyszczypywanie palcow
        noszac je, kawalki sniegu w butach i za kolnierzem, ciagla "walka" z nartami,
        muldy, snieg zawsze zly, mokre i lodowate rekawice, czerwone zmrozone
        dlonie...te tortury). Stalo sie to pieknego slonecznego dnia w Pirenejach i
        pozniej juz dni wydawaly mi sie za krotkie, cale zimy za krotkie, kolejki do
        wyciagow za dlugie i to poczucie nieograniczonego szczescia......
        Chyba cos niepowtarzalnego.
        • jutka1 Re: pierwsze szczescie na nartach 08.12.06, 11:01
          Ten pierwszy raz tez przede mna. ..
          Ciesze sie. :-)))
    • prawdziwystarywiarus Moje pierwsze wyjście z życiem 17.12.06, 14:07
      Za dwa tygodnie Serbowie zaczna oblegac Vukovar, ale swiat tego jeszcze
      nie wie, a ja mam akurat pilny interes do Zagrzebia. Samoloty nie lataja,
      ale dowiaduje sie, ze chociaz na szosie 'Bratstvo i jedinstvo' z Belgradu
      do Zagrzebia sa zapory drogowe i kontrole dokumentow, to ruch samochodowy
      trwa dalej, choc rzadszy, a cudzoziemcow nie ruszaja, wiec jak komu pilno,
      to moze jechac. Ha, coz, mnie pilno, wiec siadam w samochod i jade,
      pocieszajac sie tym, ze pojazd jest bialy, widoczny z daleka jako cywilny,
      wiec moze mi nic nie odstrzela.

      Na podlodze przed pustym przednim fotelem pasazera Nikon FM2 z motorem,
      zoomem 70-210 i filmem 400 ISO, przyrzucony kocem, bo moze cos po drodze
      bedzie ciekawego. Ale nic nie ma. Przez kontrole przejezdzam bez klopotu,
      droga pusta, pare ciezarowek tylko, pochmurno, nic sie nie dzieje, wiec
      pedal do dechy, Audi idzie jak burza, z kasety idzie nastrojowa mroczna
      muzyka z filmu science-fiction 'Bladerunner'.

      Stacje benzynowe pozamykane na cztery spusty, ale mam w bagazniku dwa
      pelne kanistry na taka wlasnie okolicznosc. Trudno powiedziec czy to
      jeszcze Serbia, czy juz Chorwacja. W czasach pokoju czytalo sie napisy na
      stacjach benzynowych, jak na manometrze kompresora do nadmuchiwania opon
      bylo napisane 'pritisak vazducha' to Serbia, a jak 'tlak zraka' to
      Chorwacja, a co ja teraz, w tej ani wojnie, ani pokoju, przeczytam, jak
      wszystko zamkniete?

      Pora w kazdym razie stanac, zeby sie odlac pod krzakiem. Staje przy
      jedynym krzaku na dluzszym prostym odcinku, aparat dalej lezy na podlodze,
      gasze silnik, wychodze, przeciagam sie, z rozmachem trzaskam drzwiami,
      siegam do zamka blyskawicznego w rozporku, i w tym momencie wciska mnie w
      ziemie niesamowity basowy grzmot.

      Nisko nad glowa wychodzi z nurkowania samolot, wyrownawszy do lotu
      poziomego natychmiast ostro skreca z duzym przechylem na skrzydlo,
      zawracajac w moja strone. Mysl pracuje dziwnie - zamiast uciekac do rowu,
      stoje jak wmurowany, patrze na sylwetke samolotu w ostrym zakrecie i
      kombinuje - odrzutowiec, dolnoplat, jednosilnikowy, proste skrzydla,
      kroplowe owiewki na koncach skrzydel, naturalny kolor aluminium, mala
      owiewka kabiny pilota. Identyfikacja nie nastrecza klopotu, ale jest malo
      pocieszajaca: Soko Galeb albo Super Galeb, szturmowy, czy szkolny?; mala
      oslona kabiny, wiec jednomiejscowy, wiec wersja szturmowa, nie treningowa;
      zle. Niewatpliwie federalny, bo Chorwaci swoimi nie lataja, jeszcze
      gorzej. Mam nawet czas pomyslec, ze 'galeb' to po polsku golab. Golabek
      pokoju, kurwa!

      Nie wiem chwilowo, czy pokojowy ten golabek, bo widze go pod takim katem,
      ze nie widac czy ma podwieszone pod skrzydlami uzbrojenie, ale sytuacja
      blyskawicznie sie pogarsza. Samolot zawraca sporym lukiem na wysokosci
      moze dwustu metrow, pilot wyrownuje do osi prostej jak strzala, idacej po
      rowninie jak stol szosy, jakies dwa kilometry za mna, schodzi bardzo
      nisko, zaczynam miec zle przeczucia. Stoje obok samochodu, tylem do
      kierunku jazdy, twarza do niego, sylwetka rosnie w oczach, teraz widac pod
      kadlubem srebrny dodatkowy zbiornik paliwa, dwa zaczepy pod kazdym
      skrzydlem, na zaczepach od zewnetrznej strony wisza zasobniki z
      niekierowanymi rakietami powietrze-ziemia, od strony kadluba jakies
      zielone ustrojstwa, nad ktorych natura nie mam czasu sie zastanawiac.

      Idiotyczna refleksja: 'skoczyc do samochodu po aparat? taka okazja!'
      Natychmiast inna mysl: 'ty idioto, zdjecia ci w glowie, lepiej zdrowaske
      zmow!'

      Na strach nie ma czasu, wszystko trwa moze kilkanascie sekund, samolot
      przechodzi moze trzydziesci metrow nade mna, caly czas idealnie nad
      srodkiem szosy, widze go lekko z boku, jak w zwolnionym tempie z
      koszmarnego snu. Niezwykla ostrosc szczegolow, nieslychane nasycenie
      koloru: bialy helm pilota, niebieski numer taktyczny z przodu kadluba, sam
      kadlub troche brudnawy, matowy, zacieki z kurzu i paliwa na dolnej
      powierzchni skrzydel, czarna lufa dzialka 20 mm, czerwone dzioby rakiet w
      srebrnym zasobniku-wyrzutni pod skrzydlem, na drugim zaczepie
      ciemnozielona bomba 250 kg, na kadlubie znaki rozpoznawcze, zgodnie z
      przewidywaniami federalne - Ratno Vazduhoplovstvo Jugoslavije, czerwona
      gwiazda w niebieskim kole z czerwona obwodka.

      Gwizd, huk, lomot, fala goracego powietrza smierdzacego nafta, fruwaja
      liscie, kurz, trawa i smiecie - przelecial. Stoje i patrze za oddalajacym
      sie samolotem i mysle sobie w zwolnionym tempie, ze jak jeszcze raz
      zawroci, to wtedy juz na pewno mam klopot. W tym momencie pilot pochyla
      samolot dwa razy ze skrzydla na skrzydlo, a ja nie od razu zdaje sobie
      sprawe, ze ten skurwiel pokiwal mi skrzydlami w charakterze zolnierskiego
      pozdrowienia. Nie zawraca, zwieksza wysokosc i znika na mglistym
      horyzoncie. A ja zostaje, miotany mieszanymi uczuciami i wlasna adrenalina
      - z jednej strony nie zrobilem mu zdjecia, ale z drugiej strony zyje i
      nawet sie nie zesralem, zapewne z powodu zbyt szybkiego rozwoju wypadkow.
      Zycie jest piekne, do diabla ze zdjeciami!

      Sikam wiec pod krzakiem, co mialem zamiar zrobic zanim mi tak
      niedelikatnie przerwano, wsiadam do samochodu i jade dalej w fantastycznym
      humorze, czujac sie prawdziwie niesmiertelny.
      • jutka1 Re: Moje pierwsze wyjście z życiem 17.12.06, 14:46
        Dobre. Dzieki! :-)))
      • lucja7 Re: Moje pierwsze wyjście z życiem 17.12.06, 15:55
        Byl film Hitchcocka z Cary Grantem, z samolotem ktory wracal i wracal...
        Nie pamietam tytulu.

        :)
        • jan.kran Re: Moje pierwsze wyjście z życiem 18.12.06, 06:49
          North by Northwest
          • jan.kran Re: Moje pierwsze wyjście z życiem 18.12.06, 06:52
            Po francusku : La Mort aux trousses
            • lucja7 Re: Moje pierwsze wyjście z życiem 18.12.06, 08:39
              Dluga, prosta droga wsrod pol, drewniane slupy telegraficzne, wszystko to w
              perspektywie na wprost, Cary Grant i zblizajacy sie samolot.
              w w w w WWWWWWRRRRRRRRR,
          • lucja7 Re: Moje pierwsze wyjście z życiem 18.12.06, 09:17
            Dzieki za tytul,
            :)
            • jan.kran Re: Moje pierwsze wyjście z życiem 18.12.06, 20:47
              Nie ma za co , ja mam świra na punkcie kinematografii i dobrą pamięć.
              A film jest fajny :))))
              • lucja7 Re: Moje pierwsze wyjście z życiem 20.12.06, 10:40
                Leosi pisze:
                "Moj pierwszy raz - jazda na cycku ???
                - ten szum wiatru w uszach
                - strach w oczach
                Kto wie o czym mowa ??"

                Doskonale :-))))))

                Strzelam: pierwszy raz w burdelu? ;)))))))

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka