swiatlo
06.11.03, 02:30
W ogole cala ta sytuacja jest jakims oxymoronem, czyli wewnetrzna logiczna
sprzecznoscia. Niech ktos mi to wyjasni, bo ja nie rozumiem.
Otoz duchowny anglikanski glosi ze jest gejem i w zwiazku z tym nastepuja
pewne konsekwencje.
Otoz ja nie rozumiem logicznego sensu w tym wszystkim.
Wpierw podam przyklad: pewiem ksiadz katolicki oglasza ze jest gejem.
No wiec chwileczke. Ja rozumiem ze ksiadz zyje w celibacie, wiec wedlug
doktryny ma prowadzic zycie bez seksu. Takie jest jego powolanie.
Wiec jak on moze byc gejem? W fantazjach? Jezeli uprawia seks na boku
(niezaleznie z kim), to wtedy narusza podstawowy dogmat kosciola o
rozwiazlosci seksualnej. Czyli nie powienien byc ksiedzem z tego powodu.
A zatem zakladamy ze nie uprawia on seksu. A wiec jak on moze byc gejem?
Wracajac do owego pastora anglikanskiego, to jego kosciol pozwala na
malzestwa pastorow. No ale rozumiem ze ow pastor jest kawalerem, wiec jako
pastor nie mogl miec jakiegokolwiek seksu przedmalzenskiego, wiec jak mogl
byc gejem, skoro nie mial seksu.
Chyba ze mial seks pozamalzenski z facetem, wiec powinien byc ekskomunikowany
za pogwalcenie zasady o czystosci przedmalzenskiej jakie chyba jest
fundamentalna czescia kazdego kosciola chrzescijanskiego.
Zatem pytanie moje jest: na jakiej zasadzie doszedl on do wniosku ze jest
gejem? Bo jakakolwiek zasada ta byla, to aby dojsc do tego wniosku, czy nie
musial on pogwalcic ktoras z fundamentalnych zasad koscielnych?
Zatem o co ten halas?