emes-nju
05.07.10, 11:40
Rzutem na tasme, doslownie przytrzymujac zamykane drzwi, udalo mi sie wejsc do Komisji Wyborczej. Oddalem jedynie sluszny glos, a potem z powodu ostrego dygotu mialem klopoty z odjechaniem autem, ktore "zaparkowalem" jak amerykanscy policjanci ;-)
A wszystko zaczelo sie slicznie. Wiedzac, ze mam do przejechania trase, ktora nie zajela mi nigdy dluzej niz 3 godziny (jak znacza czesc jechalem po litym lodzie), wyjechalem 3,5 godziny przed zamknieciem Komisji. Pierwsze 80-90 km bylo niezle, choc jazda odbywala sie skokami od jednej sunacej 40 km/h kolumny do innej sunacej 60 km/h (rekordzista, ktory faktycznie mial niedaleko - wszystkiego z 5 km - nie przekroczyl 25 km/h i tego nijak nie udalo sie wyprzedzic, bo jechal lewymi kolami po kresce co chwila panicznie uskakujac przed jadacymi z przeciwka). Na szczescie kampanie speedofobiczne robia swoje i malo kto odwazal sie wyprzedzac, a wiec dawalo rade takie kolumny "lyknac" skokami po kilkanascie karnie sunacych w wielokilometrowej kolumnie samochodow.
Dopiero jakies 10 km przed Gora Kalwaria zrobilo sie "pochylo" - mikrorondo. Stalem do niego w korku o dlugosci ok. 10 km! Na szczescie wczoraj nie jezdzily TIRy, a wiec korek jechal szybko i te 10 km pokonalem w nieco ponad 30 min. Potem spokojna jazda przez Wisle (na DK 50 nie udalo mi sie przekroczyc 60 km/h - to chyba spokonie?), kolejne rondo (tam korek byl tylko od strony Kazimierza i Minska Mazowieckiego), a potem... Potem to juz bylo niedaleko, a wiec po-wo-lut-ku. Czyli spalanie 12 l/100 km w trasie, bo non stop pedal w podlodze, zeby wyprzedzac tych, co maja niedaleko i 50 km/h w szczerym polu nie przekrocza. Potem objazd mostu na Swidrem przez Karczew i sliczne, nikomu niepotrzebne mikrorondo w Otwocku - tu spedzilem tylko 10 min. Potem, juz po wyjezdzie na "glowna", kompletnie niezrozumialy korek do mikroronda juz w Warszawie (niezrozumialy, bo praktycznie wszyscy jechali na wprost, bezkolizyjnie - byc moze "klopocik" sprawialo to, ze malo kto sygnalizyje zamiast zjazdu z ronda) - kolejne ok. 20 min.
A potem emes musial zdazyc przejechac cala Warszawe w 25 min... I zdarzyl. Mimo zdarzajacych sie na praktycznie wszystkich skrzyzowaniach dwu-trzypasmowych wyscigach "kto wolniej". No, znaczy sie miejscami jechalam jak kompletny pirat :-) (Bardziej dlatego, ze skakalem z pasa na pas, niz dlatego, ze pedzilem)
A pod sam koniec jazdy jeden klient sprawil, ze po raz pierwszy od wielu lat zaczela mi podskakiwac pokrywa na bani. Nie dosc, ze na jednojezdniowym kawalku nie przekroczyl 30 km/h, to jak zaczal sie kawalek dwujezdniowy, to zaczal "scigac sie" z autobusem. To znaczy dawal mu sie powolutku wyprzedzac jadac ponizej 20 km/h... Pierwszy raz od nie pamietam kiedy wlaczylem jednoczesnie wszystkie swiatla i klakson. Ale to nie kierowca osobowki przyspieszyl, a kierowca autobusu zwolnil...
Jak dojezdzlaem do Komisji, to w radiu odliczali sekundy do zamkniecia. 10, 9, 8... A ja jeszcze mam 300 m! Zdarzylem, bo "zapomnialem" zaparkowac samochod ;-)
Masakra. W najczarniejszych snach nie spodziewalbym sie, ze w sliczny letni dzien bede jechal zdecydowanie wolniej niz po lodowisku w gesym opadzie marznacego sniegu...