typson
12.03.05, 22:33
czyli o tym jak jechalem dzis na sniadanie miedzy cwiczeniami a wykladami.
Najpierw jadac banaha, zwirkami i lazienkowska obserwowalem interesujace
zachowanie nissana jadacego po mokrej, plynacej wrecz nawierzchni na oponach
typu slick.
I w takim zadumanym stanie wyjechalem na wislostrade i podazylem w kierunku
sadyby. Zblizajac sie do skrzyzowania z bartycka jak zwykle bylem juz
przygotowany - noga nad hamulcem, kcik na klaksonie, pacen na dzwigni od
swiatel drogowych. W tym miejscu jest zwezenie jezdni o lewy pas. Zolte pasy
sa tam od pol roku a moze i dluzej a ludzie jezdza tam tak jakby 90% z nich
jechalo tam poraz pierwszy. Tak wiec poruszajac sie prawym pasem zauwazylem,
ze inny nissan po mojej lewej jedzie po bialych pasach a nie po zoltych czyli
ja jestem spychany na chodnik. Uzylem klaksonu - dotarlo. Niestety w tym samym
miejscu wylatuje z prawej uliczka. Wytoczyl sie z niej polonez z Nowego Dworu
zmuszajac mnie do gwaltownego hamowania. Wyhamowawszy tuz za zderzakiem
poloneza skontrolowalem co sie dzieje po lewej - czy nissan mnie staranuje czy
nie (w przekonaniu, ze jezdzi sie po bialych pasach a nie po zoltych) - jedna
moze 1,5 sekundy. Odwrocilem glowe i...
...Polonez, ktory najpierw wolno sie wytaczal wymuszajac pierwszenstwo,
pozniej zaczal przyspieszacz, zatrzymal sie w miejscu bo.... przed miesnym
bylo wolne miesce na chodniku. Nie wiem jakim cudem drugi raz na mokrej
nawierzchni udalo mi sie wyhamowac jadac na slikach. I ciekawe czyja bylaby
wina...
W ogole ten tydziej jakis pochrzaniony jest. W srode na wawelskiej jakis
pieprzony garniturowiec dwa razy wjechal na chama przede mnie w taki sposob,
ze gdybym nie hamowal do dechy to rozwaliby mi cabriosa, a tego bym chujowi
nie wybaczyl. Po drugim razie na swiatlach zaciagnalem reczny, wysiadlem i
ruszylem do idioty. Koles widzac mnie w lusterku zaczal zatrzaskiwac drzwi -
znaczy sie wiedzial, ze postapil jak totalny cham i to dwa razy z rzedu.
Jednak ja chcialem postapic kulturalnie i nie szarpalem sie z jego drzwiami
tylko zapukalem w szybe i poprosilem gestem, by ja uchylil. On widzac, ze
karkiem nie jestem nabral nagle odwagi, wypial sie z pasow i wylaz z samochodu
stajac 2 centymetry ode mnie i mowi:
- cos cie synku boli??!!
- (ja) prosze pana, jade z zona oraz z jej przyjaciolka, ktora jest w ciazy.
Gdyby cos sie im stalo z pana winy to nie ręcze za siebie
- wszystko?? To idz SE plakac do samochodu!!
no i miarka sie przebrala, nie wiem jakim cudem nie pobilem go odrazu, bo tego
dnia staralem sie ze wzgledu na pasazerow jechac bardzo ostroznie i jak na
zlosc mialem mase dziwnych akcji. Do tego ten kutas dwa razy ewidentnie z
premedytacja probowal zepchnac mnie z pasa ruchu. Mialem we krwi tyle
adrenaliny, ze podarlbym fiuta na kawalki. Ale zachowujac spokoj znizylem sie
do jego poziomu (przepraszam, wulgarne bedzie)
- (ja, zblizajac sie na styk) ty kurwo, ty chyba nic nie kumasz, ze ci zaraz
napierdole na leb, ty pier.... kut... itd. Bo jakby im sie co stalo to jakbym
cie ch.. pie... itp
I o dziwo pojal o co mi chodzilo. Ciekawe, dlaczego prostak nie zaskoczyl za
pierwszym razem, kiedy bylem bardzo uprzejmy, zwazywszy na okolicznosci.
Dodam, ze palant jechal Avensis1 kombi z kratka a rejestracje mial z Radzynia
Podlaskiego (LRA xxxx). To tak przy okazji chamskiej warszawki i tego, ze w
swoim miescie nie czuje sie jak u siebie