edek40
10.10.06, 11:30
W sobote moja kobieta postanowila porobic lans u nas na wsi i wziela pontiaca. Dojechala w te i spowrotem w glorii, chwale i w calosci. Zaparkowala tak blisko ogrodzenia (przodem i lewym bokiem), ze musiala wyjsc prawymi drzwiami. Nie wiem dlaczego. Potem znowu chciala poszpanowac, ale auto nie odpalilo. Zawiodl immobilizer. W sobote. W weekend nie mialem czasu, aby sie tym zajac oraz nie mialem zgody na wyciecie parkanu sasiada w celu ulatwienia serwisowania dranstwa, ktorego immobiliser umieszczono po lewej stronie i latwiej sie do niego dostac przez lewe drzwi niz wyginac sie we wnetrzu, podchodzac od prawej. Oczywiscie serwisowanie mialo polegac na wycieciu dranstwa i przywroceniu stanu mniej wiecej fabrycznego. W poniedzialek do pracy zabralem sie z kumplem, ktory o usterce wiedzial i trenowal ja w swoim pontiacu. Jadac do pracy uzgadnialismy jak wyciagniemy auto z pulapki, przeholujemy do niego do garazu. I ze w ogole bedzie piekna impreza w poniedzialek. Juz pod praca zadal mi pytanie, czy odlaczylem akumulator, po w drugim jego pontiacu taki zabieg pomogl. Oczywiscie nie odlaczylem, bo po pierwsze nie wpadlo mi to do glowy, a po drugie dostep do aku byl utrudniony przez fachowe zaparkowanie. Jednak zabralem sie wczoraj wieczorem do pracy. Otworzyme maske, polozylem sie na silniku i siegnalem do baterii. Odlaczyle, zjadlem obiad i potem podlaczylem. I odpalilem auto. Zupelnie jak windows. W sumie to pierdola jestem, bo laptop czasem wiesza mi sie tak, ze musze wyjac baterie. Na usprawiedliwienie mam tylko tyle, ze pontiac jest wiekszy i nie skojarzylem.