27.04.17, 14:35
Kochane.
Zgodnie z tytułem - prezencik ode mnie dla Was. No, wstępik do prezenciku.

To będzie szło duzo wolniej niż "Budowlani" (chyba, ze zostane przez Was uciszona, to w ogóle nie będzie szło smile ), ale postaram się, żeby szło w akceptowalnym tempie.
Trupa na razie nie ma.

"Suchy dok"
Wszystko wydarzyło się dlatego, że naspawałam się butaprenem. I nawet nie mam argumentu, ze przypadkiem albo niechcący – ponieważ zdarzenie nastąpiło z klasycznej, kodeksowej wręcz winy nieumyślnej, w tym wypadku z tak zwanego niedbalstwa, które, jak wiadomo, ma miejsce wtedy, kiedy sprawca nie przewiduje oczywistego skutku swoich działań, choć ewidentnie powinien. Ja tez nie przewidziałam, chociaż powinnam.
Kwiecień nastał bardzo piękny, słoneczny i wyżowy, ale jednocześnie zimny potwornie, temperatura rzadko przekraczała 5 stopni, w nocy spadając poniżej zera. Nikt się tego nie spodziewał, marzec wyglądał całkiem normalnie i wystawienie łodzi z hangaru odbyło się zgodnie z planem, zwolniliśmy miejsce następnym i zaczął się dramat.
Przy tych nieszczęsnych pięciu stopniach powyżej zera nic – ani poliuretanowe farby, ani żywice do laminowania, ani kleje i lakiery nie wiązały tak jak powinny. Na puszkach stało jak wół – używać w temperaturze 10-20 stopni - i legalistyczne materiały remontowe za nic nie chciały się dostosować do okoliczności przyrody. Pomysł, żeby przeczekać całą anomalię i zabrać się do pracy, kiedy zrobi się choć trochę cieplej, padł, ale został szybko odrzucony – nie było czasu na przeczekiwanie, bo na pierwszego maja mieliśmy zaplanowane wodowania, a na trzeciego hol Wisłą i inne atrakcje, wymyślone wspólnie przez władze miasta i hufca i nie było jak negocjować. Sam Najgłówniejszy Komandor uzgodnił z miastem, ze tegoż trzeciego popłyniemy Wisłą spowici w galę flagową, Anka dostawała drgawek na samą myśl, a ja zastanawiałam się, czy jeśli wstawimy do naszej Nadziei farelkę, to raczej spowodujemy pożar - czy raczej nie.
I tak przeczekaliśmy pierwszy tydzień najgorszego zimna, zajmując się szyciem żagli i wożeniem końcówek lin stalowych do zawalcowania. Potem Bogdan przyniósł prognozy Admiralicji dla Europy Środkowo-Wschodniej i uznaliśmy, ze skoro Admiralicja nie żywi nadziei na rychłe ocieplenie, to my też nie powinniśmy. W efekcie klejenie elementów dywanikowych, to jest wewnętrznych okładzin burt w mesie i podsufitki w dziobie oraz montaż drewnianych ramek, zasłaniających bardzo mało efektowne i nader agresywnie ostre wkręty w pleksie bulajów, nastąpiło w chwili, kiedy temperatura na zewnątrz wynosiła równo dwa stopnie na plusie, ręce grabiały, żeby szczękały, a żeby doprowadzić kleje i laminaty do konsystencji roboczej, trzeba było wepchnąć je sobie za dekolt.
Przyszłam do pracy przy łodzi w porze najstosowniejszej, po jedenastej wieczorem, bo wcześniej studiowałam, co zajmowało mi masę czasu i pracowałam zawodowo, co tego czasu zajmowało mi jeszcze więcej, ale przynosiło choć trochę środków na zakup na przykład wykładziny dywanowej na podsufitkę. Planowałam ją przyciąć i przykleić w dziobie. Przycięcie załatwiłam szybko, bo szablony Bogdan zrobił znakomite, poza tym do rozłożenia się z przycinaniem wykładziny można było użyć niewielkiego kawałka wolnej podłogi w hangarze, gdzie panowała luksusowa temperatura ośmiu stopni. Ale potem trzeba było ją przykleić.
Żeby ją przykleić, trzeba było rozwiązać dwa problemy. Po pierwsze, podnieść temperaturę wewnątrz łodzi do niezbędnych dziesięciu stopni, po drugie, sprawić, żeby ta temperatura utrzymała się przez co najmniej kluczowe dwie godziny, żeby klej załapał. Potem już sobie mogło być chłodniej, tempo, w jakim spoina planowała uzyskać pełną wytrzymałość było mi całkowicie obojętne, miała na to w końcu niemal trzy tygodnie i powinna zdążyć.
Problem pierwszy rozwiązałam przy użyciu luksusowego termowentylatora, wyniesionego z domu ojcu spod serca i nieco mniej luksusowego przedłużacza przemysłowego, który po zwinięciu kabla, jako całość ważył prawie 15 kilo i który osobiście przywiozłam z budowy. Przedłużacz rozwiązywał zresztą także kwestię oświetlenia – dopinałam kabel z oprawką i żarówką i miałam światło. Wprawdzie kabel ten nie był tak elegancki jak ten od przedłużacza i wtyczka słabo siedziała, ale zamierzałam umocować całość raz a dobrze i już jej nie ruszać, więc była szansa, że będę cos widzieć. Problem drugi – i tu właśnie nastąpiło kodeksowe niedbalstwo – zlikwidowałam wstrząsająco prosto i równie inteligentnie, starannie zamykając luk dziobowy i zejściówkę na rufie i w ten prosty sposób uszczelniłam się w środku jachtu razem z ciepłym powietrzem, podsufitką i butaprenem.
Po podpięciu do sieci wszystko zadziałało zgodnie z planem, żarówka świeciła, grzejnik dmuchał ciepłem, zaczekałam, aż termometr pokaże piętnaście stopni, wyłączyłam go, żeby mi nie podpalił rozgrzaną spiralą oparów kleju, sprawdziłam, czy mam gaśnicę w zasięgu ręki i zabrałam się do roboty.
Trochę nawet sobie pośpiewałam, skoro nikt mnie nie słyszał, mogłam sobie pozwalać. Kilka dni wcześniej udało mi się śmiertelnie zdziwić Zbyszka, który, podobnie jak ja, był pewien, że został na HOW-ie sam i który przechodząc obok burty naszej Nadziei został znienacka zaatakowany pieśnią rewolucyjną i dowiedział się, ze krew naszą długo leją katy. Jakoś przy tych klimatach zawsze najlepiej mi się pracowało rękami.
Po godzinie przestawiłam grzejnik pod samą zejściówkę i odpaliłam go ponownie, bo wprawdzie spowita w plandeki i zabezpieczona czym się tylko dało od zewnątrz łódź stygła niezbyt szybko, ale jednak stygła. Wyłączyłam go dopiero, kiedy czarowny smród kleju połączył się z podejrzanym aromatem tlącego się laminatu – ale wtedy w środku panowała już atmosfera jak w dobrze ogrzewanej kuchni podczas gotowania obiadu dla ośmiu osób. Zrobiłam się głodna, zastanowiłam się przez chwile, dlaczego niczego jadalnego ze sobą nie zabrałam, nie doszłam do żadnych wniosków i uznałam, ze w najgorszym razie zeksploruję szafkę stolarza Jurka, który suszył sobie w niej chleb dla królików. Potem całkiem zapomniałam o jedzeniu, bo cholerna podsufitka w jednym miejscu w ogóle nie dawał się utknąć pod listwą, musiałam tę listwę oderwać a potem na nowo przykleić, wszystko to w pozycji częściowo leżącej, w samym dziobie, gdzie straszliwie brakowało miejsca na wszystko, a najbardziej na moją prawą rękę.
Po jakichś trzech godzinach jednak skończyłam pracę i dopiero wtedy zorientowałam się, że chyba trochę dziwnie się czuję. Jacht nawet po zamknięciu go od środka nie był doskonale szczelny, ale wystarczająco, żeby klej zadziałał i na podsufitkę i na mój umysł.
Najpierw poczułam, że mi niedobrze. Potem, próbując opuścić wnętrze jachtu (nawet nie ze względu na pragnienie tlenu, bardziej na myśl, ze sama będę musiała sprzątać) zorientowałam się, ze kierunki jakoś się poprzestawiały i nie wiem, gdzie jest góra, potem nie umiałam odsunąć klapy w wejściu a potem, kiedy wreszcie wylazłam do kokpitu, prawie się zabiłam o kłąb kabla z przedłużacza, przy okazji wyrywając nogą wtyczkę od żarówki i z ulga witając chłodną ciemność. Jeszcze tylko walnęłam piszczelem o falochron i padłam na zimny i mokry laminat pokładu.
Obserwuj wątek
    • berrin Re: Prezencik 27.04.17, 14:36
      c.d.

      Noc była piękna i bezksiężycowa, gwiazdy świeciły jak dzikie i z mojego punktu obserwacyjnego doskonale widziałam gwałtowny i niepowstrzymany obrót sfery niebieskiej, przy czym przysięgłabym, ze oś obrotu przechodzi przez moją głowę. Na dodatek raz tę głowę zadarłszy nie byłam w stanie zmienić jej położenia i leżałam tak sobie na wilgotnym pokładzie łapiąc oddech, ciesząc się, ze mam kompletnie pusty żołądek i gapiąc w te gwiazdy. Oczywiście, że już wiedziałam, co mi jest i świadomość własnej tępoty tym bardziej mnie ogłuszała, a jedyną pociechą była mi myśl, ze zrobiłam to wszystko bez świadków i że do rana zapewne zdążę wytrzeźwieć. Zastanawiało mnie tylko, czy będę miała kaca, co biorąc pod uwagę planowane zajęcia na Oczki mogłoby się okazać fatalne w skutkach.
      Cicho było zupełnie, odgłosy Wisłostrady nie przebijały się przez osłonę drzew, już delikatnie (i w zaistniałej sytuacji pogodowej chyba nadmiernie optymistycznie) ulistnionych, Wisła też milczała. W hangarze chyba od dawna nikogo nie było, już kiedy walczyłam z przedłużaczem, bosman Józio akurat zamykał szopę z osprzętem, co oznaczało, że wszyscy inni wyszli wcześniej. Józio próbował nawet zniechęcić mnie do pracy po nocy, nie lubił, kiedy na HOW-ie ktokolwiek zostawał bez jego osobistego nadzoru, ale ostatecznie byłam dorosła i machnął ręką. Teraz miałam cały plac roboczy dla siebie i gdyby nie było tak straszliwie zimno, pewnie wcale nie czułabym potrzeby zmiany pozycji.
      No ale było. Widziałam parę, buchającą mi z ust przy każdym oddechu i czułam się jak bardzo nietrzeźwa lokomotywa. Nade wszystko chciałam się ruszyć po kurtkę, która została w środku, ale osiągnęłam tylko tyle, ze świat zatańczył, a ja sama ledwo zdążyłam wychylić się za burtę i jeszcze raz podziękować sobie za niezjedzenie kolacji.
      No dobra, kurtka była mi niedostępna. Dałam sobie spokój i starając się nie poruszać głową spowiłam się w zwój dakronowej plandeki, zdecydowana byłam bowiem nie zamarznąć i udać się rano na zajęcia z medycyny sądowej. I nigdy, nigdy nikomu nie przyznać się do tego, ze na ochotnika kleiłam cokolwiek butaprenem w zamkniętym i kompletnie niewentylowanym pomieszczeniu o kubaturze ciasnego wucetu.
      Plandeka nie stanowiła może idealnej izolacji termicznej, ale była wielka i mogłam używać jej kłębów i warstw, co znacząco poprawiało jej funkcjonalność grzewczą. W każdym razie przestałam zamarzać, gwiazdy kręciły się wolniej, zaczęłam nawet czuć zapach czegoś innego niż aceton, klej i zwęglone trociny i uznałam, ze w zasadzie mogę sobie tak leżeć do rana. Temperatura powietrza była dodatnia, pogoda bezwietrzna, nie leżałam na ziemi, nie byłam pijana i naprawdę sypiałam już w zimniejszych miejscach. Zresztą powrót do domu, nawet, gdyby przyjąć, ze jestem do niego zdolna, wcale nie wydawał mi się zachęcający, zwłaszcza, kiedy wyobraziłam sobie siebie po butaprenie w nocnym autobusie. Umiałam dostać choroby morskiej w tramwaju stojącym na przystanku, już widzę moją jazdę bez trzymanki z Cypla Czerniakowskiego na Sielce…
      Jedyne, czego nie musiałabym się obawiać, to reakcja rodziców. Przywykli, że w kwietniu remonty międzysezonowe naszych łodzi wchodzą w fazę krytyczną a obie córki zaczynają wracać do domu całe w farbie, do tego robiąc wrażenie lekko zawianych. Moja kochana matka swego czasu na dość rozpaczliwe pytanie swej młodszej córki, zadane po tym, jak Milka spędziła dzień na myciu wnętrza bakist acetonem: „Mamo, czy ten żyrandol się huśta?” bujnęła lekko lampą w dużym pokoju i spokojnie odrzekła: „Huśta się, dziecko, huśta”. Czasami tez ojciec, który swoje w życiu wyszlifował i wylaminował, przyjeżdżał po którąś z nas i luksusowo odwoził do domu, nie robiąc nawet żadnych szczególnych uwag na temat brudzenia tapicerki rozmaitymi substancjami chemicznymi, a następnie obficie poił nas mlekiem. Ale dziś przed udaniem się na HOW sama im wszystkim powiedziałam, że pewnie tam zanocuję i wrócę dopiero jutro po zajęciach na uczelni, więc ojciec zapewne od dawna spał.
      Wykonałam ćwiczenie godne mistrza survivalu i popatrzyłam na zegarek. To znaczy zamknęłam jedno oko a drugie przemocą zmusiłam do akomodacji i zdołałam ustalić, że dochodzi trzecia. No to ok., zimniej już nie będzie. Przyrzuciłam drugim końcem plandeki zejście do wnętrza jachtu, żeby zachować w środku jakiekolwiek ślady ciepła i ułożywszy się wygodnie, bardzo w gruncie rzeczy zadowolona i z gwiazd, i z nocy, i z podsufitki, postanowiłam zignorować nieustające mdłości i szaleństwa ekliptyki i chyba zapadłam w drzemkę.
      Z błogiego niebytu wyrwało mnie coś, czego oczywiście nie umiałam na początku sprecyzować. Uznałam, ze jakieś ptaszę się rozdarło i poczułam, ze kompletnie zdrętwiałam w partiach odwłoka. Chciałam się ruszyć, ale zwoje i kłęby dakronu jakoś mnie pętały i zanim cokolwiek zrobiłam, odgłos się powtórzył.
      Minęła chwila, zanim złapałam oddech i sama siebie sklęłam w myślach za nadmiar wyobraźni. Nic specjalnego, naprawdę. O bladym świcie każdy dźwięk rozlega się ogłuszająco i strasznie. To był po prostu chrzęst butów na żwirze, dodatkowo brzmiący tak, jakby ktoś próbował zleźć ze stromej skarpy i nie wyhamował na pochyłości. Potem szybki oddech i kroki, ktoś biegł wzdłuż szeregu łodzi, minął moją Nadzieję, chyba się potknął, bo usłyszałam trzask, odgłos upadku i zduszone przekleństwo, poderwał i pobiegł dalej, już szybciej, bo przy topolach żwir się kończył, a zaczynał asfalt. Kiedy minął Wolną Sobotę, pojawił się na moment w moim polu widzenia, zdążyłam dostrzec wysoką, szczupłą sylwetkę na tle szarej ściany hangaru, zrobił jeszcze dwa kroki i zniknął za kontenerem za śmieci. Wyglądał trzeźwo i chyba dość porządnie, ale nie byłam pewna nawet jego płci. No dobra, po tym seansie klejowym nie byłam jeszcze pewna nawet własnej…
      Zaczekałam, ale nic się nie działo. Wylazłam spod błękitnych zwojów dakronu, sprawdziłam, jak się mają moje błędniki, skrzywiłam się, bo małostkowo nie umiały mi wybaczyć, spojrzałam na zegarek, zdziwiłam się, ze tak doskonale odświeżyły mnie ledwo dwie godziny snu. Potem przemogłam się i zajrzałam kontrolnie do środka jachtu sprawdzić, jak ma się podsufitka.
      Miała się znakomicie. Ucieszyłam się niezmiernie, gdyż po nocnych przeżyciach byłam zdecydowana nie powtarzać eksperymentu z hermetyzacją wnętrza. Niestety, silny aromat kleju trwał w powietrzu i nie zrobił mi najlepiej, uznałam zatem, że czas się przejść.
      Bez dakronu było mi trochę zimno. Proste to nie było, ale zdołałam jakoś sięgnąć po kurtkę, silnie woniejącą całą używana przez mnie w nocy chemią. Następnie, jednak lekko się chwiejąc, wykonałam mnóstwo czynności.
      Dolazłam do hangaru, otworzyłam sobie część socjalną i odpaliłam bojler, ponieważ bez prysznica nie odważyłabym się ludziom podetknąć pod nos, nawet, jeśli aromaty Oczki 1 i tak z pewnością z marszu wygrałyby z moim. Poszłam poskładać plandekę. Nawinęłam na bęben kabel przedłużacza, przy okazji znajdując miejsce upadku porannego gościa i przyczynę tegoż upadku – gruby, przemysłowy przewód był słabo widoczny na szarym żwirze, za to jego leżące jedna na drugiej pętle stanowiły znakomitą pułapkę. Zawadził nogą i pojechał po tym żwirku spory kawałek, musiał chyba biec dość szybko, bo ślady potknięcia i upadku ciągnęły się od dziobu Nadziei przez Polimala do Amadeusza – dobre cztery metry. Zapakowałam cała chemię przemysłową do pojemnika i zwalczyłam opór jego drucianych zaczepów. Zamknęłam Nadzieję. Zaniosłam najpierw ciężki jak piorun przedłużacz, a potem grzejnik i skrzynkę do naszej szafki i starannie je zamknęłam, umiałam sobie bowiem wyobrazić, co zrobi Jurek, jeśli zagubię przedłużacz oraz co zrobi mój ojciec, jeśli utracę termowentylator.
      • eulalija Re: Prezencik 27.04.17, 15:39
        Berrin, żebyś źle nie zrozumiała.
        Zostawię sobie na jutro do porannej kawy.
        Och jaka będzie pyszna w towarzystwie lektury!
        • berrin Re: Prezencik 27.04.17, 16:13
          Znaczy, ppwinnam wrzucać z rana?
          • gat45 Re: Prezencik 27.04.17, 16:15
            Nieeeeeeeeeeee !
            Bo ja sobie zostawiam na wieczór, jak już poupycham po numerach hotelowych czterech niesfornych facetów.
            • berrin Re: Prezencik 27.04.17, 16:19
              No to nie wiem jak Wam dogodzić...
              • se_nka0 Re: Prezencik 27.04.17, 16:27
                Nie dogadzaj - pisz, pisz kiedy Ci pasuje.
                A my będziemy czytać kiedy której pasuje smile
                • asia.sthm Re: Prezencik 27.04.17, 16:41
                  Tak tak, nami sie nie przejmuj - my sie tu jakos, kazda w swoim czasie ukokosimy na chwile cudnej rozrywki.
                  Ja wlasnie przysiadam na dluzej. Alez mi dobrze!
                  • ewa9717 Re: Prezencik 27.04.17, 16:44
                    W samo południe, kochaniutka wink
                    Rondle Odwłok
      • asia.sthm Re: Prezencik 27.04.17, 17:14
        Acha, i znowu na bezdechu udalo mi sie pobic rekord.
        To jest powiesc sensacja, dreszczowiec jak jasna cholera. Skoro juz wiem, to sie przy nastepnym odcinku nie udusze.

        Berrin, ty cala jestes naszym najlepszym prezencikiem. jak slowo honoru.
    • minerwamcg Re: Prezencik 27.04.17, 19:32
      Mniam, mniam, literaturka palce lizać.
    • balamuk Re: Prezencik 27.04.17, 20:37
      Niesamowite, wraca człowiek od dentysty (z KGP po drodze), a tu przyjemność! Żeby nie było, gdybym wracała z masażu odmładzająco-erotycznego, przyjemność byłaby taka sama. wink
      To od razu zaczęłam sobie sklejać.
      Godzina nie stanowi, proszę więcej, zwłaszcza że tematyka dodatkowo mi dobrze robi.
      Berrin, wielka buźka. smile
      • berrin Re: Prezencik 28.04.17, 07:49
        Bałamuku. Jakże się ciesze, że jestem przeciwwagą dla dentysty. Moja przydatnośc jest mi miłą.
        • eulalija Re: Prezencik 28.04.17, 09:31
          Mimo fatalnej pogody i ciemności, dzień zaczął się przepięknie.
          Nietrzeźwa lokomotywa mnie rozczuliła.
          Berrin piszesz bardzo ładnie baaardzoooo długie zdania.
          • berrin Re: Prezencik 28.04.17, 09:33
            Wiem. Tępię to w sobie, ale nawyk prawniczego bełkotu jest zbyt silny. smile
            Dobry redaktor by je pociachał.
          • asia.sthm Re: Prezencik 28.04.17, 09:33
            Jak tu dobrze wpasc do tego watka, rozejrzec sie, pousmiechac....od razu fajniej, od razu lepsze zycie.
            • berrin Re: Prezencik 28.04.17, 09:43
              cześć, Asiu smile
              życzenia dla synowej smile
              • asia.sthm Re: Prezencik 28.04.17, 09:55
                Dzieki, przekaze. Ona taka sama wariatka jak ty - jak juz cos butaprenem w szczelnym, to na czczo.
                • berrin Re: Prezencik 28.04.17, 10:02
                  No to akurat jest w pełni uzasadnione. Pewne rzeczy lepiej robić na pusty żołądek. Laminować, kleić butaprenikiem, uczestniczyć w sekcjach prokuratorskich... smile
                  • asia.sthm Re: Prezencik 28.04.17, 10:08
                    Alez oczywiscie, to jest wiedza nabyta szostym zmyslem, wcale po to do szkoly nie trzeba chodzic. Nie wszyscy potrafia samodzielnie do takich wnioskow dojsc.
                    • berrin Re: Prezencik 28.04.17, 10:21
                      (ponuro) W szkole tego nie uczą.
                      • asia.sthm Re: Prezencik 28.04.17, 10:49
                        No wlasnie to mialam na mysli, tylko glupio jakos mi wyszlo.
                        Tak czy siak, szkola nie do wszystkiego sie przydaje.
                        • berrin Re: Prezencik 28.04.17, 12:01
                          Dalszy nieduży ciąg prezencika smile

                          Nie wyglądało na to, żeby tego biegacza ktoś gonił, po jego zniknięciu zapanowała cisza, mącona tylko przez mnie odgłosami porannej ciężkiej pracy. Słońce lada moment miało wyleźć nad horyzont i zaciekawiło mnie, jak o tej porze wygląda Wisła. Obmacawszy bojler i uznawszy, ze mam przynajmniej pół godziny, zanim drań cokolwiek zrobi z tą wodą, wylazłam sobie zatem na wał przeciwpowodziowy, przeszłam przez drogę na jego szczycie i podeszłam do betonowych schodów po jego drugiej stronie, żeby zrobić sobie przyjemność i popatrzeć na rzekę. Mdłości powoli mi przechodziły, zawroty głowy uprzejmie się nie nasilały, planowałam, ze sobie usiądę na niskim stopniu i odpocznę, wiatru prawie nie ma, za to jest masa mew i jakieś kaczki, sama radość o poranku.
                          Radość o poranku przejawiła mi się zanikiem instynktu samozachowawczego. Co mi przyszło do łba, żeby złazić po tych cholernych, półmetrowych stopniach w ledwie różowiejącym poranku, który zapewniał raczej widoki niż solidne oświetlenie, w stanie, w którym świat mi tańczył, a ocena odległości poszła sobie, nie chcąc mieć ze mną nic wspólnego, nie mam pojęcia i nie jestem pewna, czy łeb w ogóle miał w tym jakiś udział, chciałam popatrzeć na rzekę z bliska i chyba nic nie myślałam. Oczywiście już drugi stopień był nie tam, gdzie go widziałam, tylko kawałek niżej, noga poleciała mi w dół, miotnęłam się do tyłu, żeby zdemolować sobie raczej odwłok, niż twarz, dałam dubla kością ogonową o beton, zjechałam dwa kolejne stopnie w dół i chwała bogini zatrzymały mnie krzaki, rosnące sobie radośnie w pęknięciu schodów nad samą wodą.
                          Nie tylko mnie zatrzymały.
                          W cieniu ostatniego stopnia, zaplatany w niesionych przez rzekę śmieciach i baźdolach, ktoś leżał. Leżał twarzą do ziemi, wyglądał tak, jakby się stoczył z tych cholernych stopni, upadł i tak został. Zanim oceniłam sytuację, idiotyczne dobre wychowanie wypchnęło mi na usta: „Bardzo pana przepraszam”, ale facet nie zareagował. Prawdę mówiąc, gdyby to jednak zrobił, należałoby chyba uciekać z krzykiem nie bacząc na ból w odwłoku. No chyba, ze ja histeryzuję, a facet się upił i odsypia…
                          Przemogłam się jednak i go pomacałam. Tak, jak mnie uczyli. Jasne, tylko lekarz jest kompetentny do stwierdzenia zgonu, a osoba postronna powinna przyjąć, że denat nie jest denatem i go reanimować. Tylko że nie ma mowy, żeby ktoś, kto w zasadzie nie ma całej potylicy, zamiast niej strasząc bliźnich krwawą miazgą, był zdolny choćby do samodzielnego oddychania. Z nieprzyjemnego bliska widać też, że facet jest starszy, porządnie ubrany i raczej ubrudzony niż brudny. I, co za ulga, z pewnością nie jest to nikt znajomy, co na początku oględzin nie było wcale takie oczywiste. No niech będzie… Tętna brak… oddechu brak… zimny jest, co w kontekście kwietniowych temperatur nie powinno zadziwiać…
                          Znajdując się tak blisko jak w tej chwili widziałam też liczne drobne szczegóły, które sugerowały, by teraz wycofać się stąd powoli i bardzo ostrożnie, żeby nie dokładać już w okolicy własnych śladów. Ekipa dochodzeniowa i tak będzie mi miała za złe i na pewno zada mi masę pytań…
                          Ekipę dochodzeniową należało jednakowoż zawiadomić, jasnowidzami oni nie są. Telefon znajdował się w „Horyzontach”, ale „Horyzonty” były zamknięte przynajmniej do ósmej rano. Rozejrzałam się po okolicy, zadumałam przez chwilę nad pomysłem, żeby odpalić czerwone rakiety z naszych pirotechnicznych zapasów, w końcu to kanoniczny sposób wzywania pomocy na wodzie, a niemal na wodzie się znajdujemy…
                          A potem stanowczym krokiem, przysięgając sobie po raz dwieście siedemdziesiąty szósty, ze odbiorę siostrze mój rower, udałam się do pobliskiej siedziby straży miejskiej.
                          • asia.sthm Re: Prezencik 28.04.17, 12:40
                            No i nieboszczyk sam sie znalazl, nawet nie musialas dlugo szukac.
                            Zatarlam rączki jak z podrecznika zacierania rączek. Oczywiscie tylko w przenosni, bo kciuki akurat trzymam.
                            • balamuk Re: Prezencik 28.04.17, 13:17
                              Hiii, nieboszczyk nas cieszy, hieny cmentarne jedne. wink
                              • berrin Re: Prezencik 28.04.17, 13:25
                                No cóż. Trup jednakowoż musi być. Bez trupa ani ruś...
                                Jakiś C.d. zapewne w przyszłem tygodniu dopiero.
                                • berrin Re: Prezencik 02.05.17, 11:47
                                  Troszeczka na dziś

                                  - Pani Janina Strzelczyk. – przedstawiciel służb śledczych patrzył na mnie z lekkim obrzydzeniem, a ja zastanawiałam się, czy chodzi o mój ponocny wygląd – bo oczywiście nie było mi dane zażyć kąpieli i byłam brudna, posklejana i woniejąca całą remontową chemią HOWu, czy też o urozmaicenie, jakie mu zafundowano bladym świtem, ponieważ cholera, znalazłam te zwłoki. Zapewne dodatkowo zastanawiał się, czy mnie podejrzewać i ewentualnie o co. – Mogę zobaczyć dokumenty pani?
                                  Nasza rozmowa odbywała się w socjalnej części hangaru remontowego, bo do niej miałam klucze. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie przy blacie roboczym stolarza Jurka, jako obrusy mając stare, wytarte gumkami prawie do białości bałtyckie mapy nawigacyjne polskich portów otwartego morza, przy czym na samym wierzchu leżała mapa toru podejściowego na Wolin, z zaznaczonym wielką czarną krechą obszarem wód uznawanych za terytorialne w czasach byłego NRD i z wielkim, rozmazanym przez próbę starcia go gumką napisem „Achtung, banditen”. Funkcjonariusz bardzo się starał nie patrzeć na ten blat.
                                  Ja też się starałam, bo jakkolwiek butapren ze mnie w większości wyparował, to – zapewne skutkiem ubocznym nocy i poranka – ciągle miałam ochotę głupio chichotać, co raczej nie byłoby oczekiwaną przez dowolne władze reakcją na ich pytania.
                                  - Obawiam się, że z dokumentów, to mam przy sobie indeks. - odrzekłam powoli – Legitymację utopiłam i czekam na wyrobienie nowej, a dowód mam w domu, nie brałam go ze sobą. Ale w indeksie jest zdjęcie, więc jak pan chce.
                                  Obrzydzenie w jego spojrzeniu wydatnie wzrosło, ale stwierdził, że chce. Sięgnęłam do plecaka, który w międzyczasie udało mi się wydobyć z wnętrza Nadziei, przegrzebałam się przez suwmiarkę, dwa śrubokręty, kłąb podartych koszulek ojca, które przyniosłam wczoraj na szmaty do czyszczenia pędzli, zirytowana trudnościami wywaliłam to wszystko na blat, dokładając na wierzch butelkę benzyny lakowej, a potem z samego spodu torby wywlekłam segregator we wzorki rybich szkieletów, a z niego indeks.
                                  - Proszę.
                                  Zajął się studiowaniem dokumentu, jakby nic ciekawszego na świecie nie istniało, przeglądał go kartka po kartce, choć moje personalia i zdjęcie widniały na wewnętrznej stronie okładki i wcale nie musiał ich szukać. Dojechał do wpisów z ostatniego semestru, przyjrzał się czemuś z pewnym zaskoczeniem i oddał mi indeks.
                                  - Proszę opowiedzieć, co się wydarzyło. To pani znalazła ciało?
                                  - Ja. To znaczy może wcześniej znalazł je kto inny, ale zdaje się, ze faktycznie ja pierwsza się do tego oficjalnie przyznałam.
                                  - Która to była godzina?
                                  - Piąta czterdzieści coś. Dwie albo trzy.
                                  - Skąd tak dokładnie pani wie?
                                  - Popatrzyłam na zagadek wychodząc na wał, bo chciałam sprawdzić, ile mam do wschodu słońca i wtedy była piąta czterdzieści, a na nieboszczyka zleciałam niedużą chwile później.
                                  Otworzył usta, żeby o coś zapytać, zamknął je, pomyślał chwilę i zapytał chyba o coś innego.
                                  - Co pani tu robiła o takiej porze?
                                  Jasne, to pytanie musiało paść. Ostatecznie spacery brzegiem Wisły przed wschodem słońca są dość mało popularne, zwłaszcza tutaj i zwłaszcza od kiedy mostek nad kanałkiem uznano za grożący zawaleniem i zamknięto go dla samochodów. Ewentualni spacerowicze nie mieli jak dojechać. Owszem, często z rana spotykaliśmy psiarzy, ale oni przychodzili raczej już za dnia. Łażenie po wale po ciemku groziło śmiercią lub kalectwem, nie był oświetlony, za to droga obfitowała w utrudnienia w postaci krzywo ułożonych płyt betonowych, gruzu i gałęzi z wycinki nadbrzeżnych krzaków, zwalonych w malownicze kupy i nie usuniętych od połowy lutego.
                                  Przez moment miałam ochotę zawiadomić go, ze planowałam odprawić druidzko-zreformowane rytuały ku czci wschodzącego słońca, ale zrezygnowałam. Wskazałam za to na stojącą na blacie butelkę z rozcieńczalnikiem i towarzyszące jej utensylia.
                                  - W zasadzie to już wszystko powiedziałam pana kolegom z radiowozu. Przyszłam na noc popracować przy łodziach. Popracowałam. Wstałam około piątej rano…
                                  - Pani tu spała?
                                  - Tak jakby. Musiałam odpocząć po pracy, położyłam się około trzeciej…
                                  - Gdzie?
                                  - Na Nadziei. No, na naszym jachcie, tym żółtym, stoi trzeci od rzeki, ten pod niebieską plandeką.
                                  - W środku? – bardziej stwierdził, niż zapytał.
                                  - Nie, w kokpicie. Na rufie. – jego wyraz twarzy mi się nie spodobał. – No, z tyłu, na tych ławeczkach.
                                  - Nie jest na to za zimno?
                                  - Nie wiem… – zastanowiłam się, jak wyjaśnić przyczyny, dla jakich tak dobrze mi się leżało na pokładzie w temperaturze dwu stopni powyżej zera zamiast w pomieszczeniach socjalnych hangaru, gdzie posiadaliśmy nawet dwie stare kanapy z odzysku i pospiesznie doszłam do wniosku, że tego akurat wyjaśniać nie powinnam, choć samo w sobie posiadanie i używanie butaprenu nielegalne nie jest. - Pewnie jak komu. Nie chciałam zostawiać Nadziei otwartej i niezabezpieczonej.
                                  - Ta łódź ma kabinę, prawda?
                                  - Ma.
                                  - To dlaczego nie położyła się pani wewnątrz?
                                  - Bo w środku śmierdziało chemią remontową, przecież panu mówiłam, ze przyszłam popracować…
                                  Patrzył na mnie z takim natężeniem, że zaczęłam się zastanawiać, czy czasem nie zostałam właśnie pierwszą podejrzaną o zepchnięcie tego faceta do Wisły. Było wyraźnie widać, ze ten cały mój pobyt nocą na HOW-ie kompletnie się policji nie spodobał, nikt nie mógł potwierdzić, gdzie konkretnie byłam i co właściwie robiłam, a na dodatek to ja znalazłam zwłoki…
                                  - Słyszała pani coś w nocy?
                                  Zastanowiłam się.
                                  - Zależy kiedy. Od północy do tej trzeciej nie było szans, mogliby nas ostrzeliwać, a ja bym nie wiedziała, siedziałam zamknięta w środku w łodzi i śpiewałam…
                                  - Proszę?
                                  - Śpiewałam. No nic nie poradzę. Pracowałam z pieśnią na ustach, a kiedy zamilkłam, to akurat i tak leżałam głęboko w dziobie z głową w skrajniku i niczego nie mogłam słyszeć. – nie dodałam, jak niewielka była szansa, ze cokolwiek usłyszę w oparach butaprenu. - Potem wylazłam na zewnątrz i wtedy to już było zupełnie cicho… Aż do piątej. – mówiąc to, jednocześnie pomyślałam, że w tej sytuacji jako świadek jestem kompletnie wybrakowana, bo o piątej ten nieboszczyk był już nieżywy przynajmniej do dwu-trzech godzin. No, chyba że zaczął stygnąc jeszcze za życia.
                                  • balamuk Re: Prezencik 02.05.17, 12:09
                                    Bardzo apetyczna troszeczka. smile
                                    • minerwamcg Re: Prezencik 02.05.17, 14:58
                                      Kurczę, zmieniam się w gula. Bardzo smakowity trup, mniam, mniam.
                                      • asia.sthm Re: Prezencik 03.05.17, 09:24
                                        To jest to!!!
                                        Cudo!!!
                                        • dorka_31 Re: Prezencik 05.05.17, 13:37
                                          No proszę, jakiś czas nie zaglądałam, a tu taka niespodzianka! smile
                                          Od razu uprzedzam, że zapisuje i zachowuję, razem z innymi dziełami, które na tym forum zostały popełnione smile
                                          • franula Re: Prezencik 08.05.17, 00:12
                                            Ejze a gdzie ciąg dalszy?
                                            Kania dżdżu!
                                            • berrin Re: Prezencik 08.05.17, 08:46
                                              Ty jeszcze narzekasz na brak dżdżu??? wink

                                              Ja uprzedzała. Będzie powolniej niz "Budowlani" i nic nie poradzę - bo praca zawodowa sie na mnie rzuciła i rodzina takoż.
                                              Ciąg dalszy sie robi, naprawdę smile
                                              • franula Re: Prezencik 08.05.17, 09:33
                                                ten dżdż /dżydż metaforyczny jest

                                                nałożę zbroję cierpliwości
                                                • berrin Re: Prezencik 09.05.17, 12:08
                                                  - Śpiewałam. No nic nie poradzę. Pracowałam z pieśnią na ustach, a kiedy zamilkłam, to akurat i tak leżałam głęboko w dziobie z głową w skrajniku i niczego nie mogłam słyszeć. – nie dodałam, jak niewielka była szansa, ze cokolwiek usłyszę w oparach butaprenu. - Potem wylazłam na zewnątrz i wtedy to już było zupełnie cicho… Aż do piątej. – mówiąc to, jednocześnie pomyślałam, że w tej sytuacji jako świadek jestem kompletnie wybrakowana, bo o piątej ten nieboszczyk był już nieżywy przynajmniej do dwu-trzech godzin. No, chyba że zaczął stygnąc jeszcze za życia. – O piątej…
                                                  - Interesuje mnie raczej czas od trzeciej.
                                                  - Nic z tego, bardzo mi przykro…
                                                  Pomaglował mnie jeszcze chwilę, wciąż wracając do nieszczęsnej trzeciej rano i ewidentnie nie mogąc pojąc, jakim cudem w absolutnej ciszy nocy mogły mi umknąć odgłosy mordu. Ponieważ postanowiłam nie nawiązywać do tematu butaprenu, chyba nie został usatysfakcjonowany, ale na to jakoś nie bardzo mogłam cokolwiek poradzić.

                                                  Na jakiś czas dali mi spokój, o ile spokojem można nazwać upapranie mnie tuszem do zbierania odcisków. Bogini raczy wiedzieć, co spodziewali się w ten sposób osiągnąć, już sobie wyobrażałam zdejmowanie odcisków z nieboszczyka albo z pokruszonego betonu nad rzeką. Teraz próbowałam to z siebie zmyć pastą BHP – ciepła woda na szczęście leciała w obfitości zarówno z kranu, jak i z uszczelek, bo bojler się wreszcie nagrzał – i wcale nie podsłuchiwałam, bo nie było potrzeby przy tak ażurowych ścianach, jak maglują po kolei innych obecnych na HOWie. Wprawdzie głos policjanta tak znakomicie zgrywał się barwą z odgłosami transformatora, że ewentualnie można było zgadnąć, ze teraz on mówi w zasadzie wyłącznie dlatego, że wypytywany akurat milczał, ale za to głosy jego rozmówców już takiej właściwości nie posiadały.
                                                  Na pierwszy ogień poszedł bosman Rysio, który niczego złego nie podejrzewając, jak zwykle punktualnie przyszedł otworzyć hangar i wpadł w sam środek akcji śledczej, co wyraźnie wziął do siebie i miał za złe.
                                                  - Wyszedłem jak zawsze o dziewiątej. – mówił teraz powoli i z namysłem, wcale nie ukrywając niechęci, bo do służb mundurowych miał od zawsze duży dystans. – Widziałem, ze pani Janka została, nikt więcej chyba, ja w każdym razie nie widziałem. Miała pracować przy Nadziei, kleić cos chyba, przez tę pogodę wszystko wolniej idzie… i nic więcej nie wiem, w domu byłem, spałem. Harcerze tu często na noc zostają, spokojnie mogą popracować i żaden pan z boku nie przybiegnie ze skargą, ze on tu w tenisa gra, a oni śmierdzą. Żadnego nieboszczyka nie pójdę oglądać, ja mam słabe serce…
                                                  O cokolwiek zapytał rozmawiający z nim policjant, nie przebiło się przez buczenie transformatora.
                                                  - No z boku kort nam postawili. – odpowiedział mu Rysio z urazą. – Nowy właściciel się rozbudował. Przychodzą teraz, ze im wszystko przeszkadza, a czego się niby spodziewali, jak się ustawiali przy ośrodku remontowym? Farba im śmierdzi, kleje, maszyny wyją, pyłu im nawiewa, moja sunia podobnież im szczeka, sami więcej szczekają, niż ona… A wieczorami to imprezki robią, Horyzonty dla siebie wynajmują, jeśli skądś ten nieboszczyk tu przyszedł, to na pewno stamtąd.
                                                  Pokręciłam głową, ciągle domywając ręce nad blaszanym korytem. Imprezy w ośrodku Horyzonty były nam oczywiście doskonale znane, a od kiedy tuż za płotem ustawiono nadmuchiwany baniak osłony kortu, średnia elitarności nadwiślańskich bywalców gwałtownie poszybowała w górę. Nadęcia i roszczeniowości jakby też, faktycznie, sama niedawno musiałam dawać odpór niezmiernie eleganckiemu panu w stroju od Henry’ego Loyda, który w zbożnej intencji wywleczenia mnie spod dziobu Nadziei i przemówienia mi do wychowania, tak długo i delikatnie pukał w tenże dziób, aż odłupał kawałek falszburty. Z odporem może nieco przesadziłam, bo w efekcie pan cofając się przede mną i moją szlifierka kątową i już wcale nie chcąc ze mną rozmawiać, wlazł Przemasowi w wiaderko z farbą i przewrócił się o kabel przedłużacza. Wypisz wymaluj jak ten dzisiaj…
                                                  Uświadomiłam sobie, ze o porannym biegaczu jakoś policji nie powiedziałam – może ze względu na to, że wbrew teoretycznej zasadzie „dać się świadkowi choć trochę wygadać”, rozmawiający ze mną najpierw panowie mundurowi a potem pan po cywilnemu stawiali raczej na zadawanie własnych pytań i ignorowanie moich oraz przerywanie mi, kiedy tylko chciałam nieco poszerzyć temat. Nie to nie…
                                                  Zirytowany i urażony bosman Rysio wreszcie wyszedł z kanciapy zaanektowanej przez służby na pokój przesłuchań, popatrzył na mnie, machnął ręką i poszedł do swojej suni, grzecznie śpiącej w plamie słońca na kawałku wykładziny dywanowej przy śmietniku. Po chwili pan w mundurze nadciągnął w towarzystwie stolarza Jurka, wepchnął go za drzwi, przyjrzał mi się podejrzliwie i poszedł.
                                                  Stolarz Jurek w obecności policji okazał jeszcze większą lakoniczność niż zwykle. Cała rozmowa z nim nie trwała chyba nawet pięciu minut, a przerwy wypełnione wyciem transformatora - i zapewne pytaniami policji – stanowiły jej więcej niż trzy czwarte.
                                                  - Jerzy Jaworski. Stolarzem. Przyszedłem, jak już byliście. Nie widziałem. Nie słyszałem. Każdy może chodzić po wale. Ja nie chodzę. Spałem. Do widzenia panu. – i wyszedł. Wychodząc, obejrzał mnie sobie uważnie, popatrzył na swoje ręce, uśmiechnął się i poszedł. W przeciwieństwie do Rysia, wyglądał na całkowicie nieprzejętego sytuacją.
                                                  Stwierdziwszy, ze nie mogę dłużej myć rąk, tym bardziej, ze tusz, choć trwały, ustąpił jednak zabiegom i konsekwencji, uznałam ze mogłabym dla odmiany uporządkować trochę naszą szafkę z osprzętem – w końcu władza nie wydała na razie zgody, żebym sobie poszła. Zanim podjęłam decyzję, gdzie się umieścić, żeby nadal korzystać z ażurowości ścian hangaru, wpadł mi na plecy Przemas, a za nim wbiegł zirytowany pan w mundurze.
                                                  - Proszę nie wchodzić, to miejsce jest zamknięte!
                                                  Przemas nie zwrócił na niego szczególnej uwagi, za to ucieszył się na mój widok.
                                                  - Ty słuchaj, o co chodzi? Rysio jest taki zły, że tylko Marlenę głaska i nie chce ze mną gadać a z Jurkiem to nawet nie próbowałem. Bombę ktoś podłożył?
                                                  - Obywatelu, proszę stąd wyjść!
                                                  - A dlaczego ona może być w środku?
                                                  Zamknęłam szafkę i ze nieeleganckim stęknięciem podniosłam się z głębokiego przysiadu.
                                                  - Bo jestem za świadka. Masz cos do jedzenia?
                                                  - Mam, śniadanie sobie przyniosłem, będę malował Polimala. Świadka czego?
                                                  - Podziel się, to ci opowiem.
                                                  - Proszę wyjść!
                                                  Z kanciapy wyjrzał niemundurowy, mundurowy zezłościł się jeszcze bardziej a ja uznałam, ze policja i bez starć z Przemasem ma ciężką robotę. Pociągnęłam go za rękaw.
                                                  • berrin Re: Prezencik 09.05.17, 12:09
                                                    Franulo, odzbroic sie możesz na momencik smile
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 09.05.17, 12:37
                                                    Ach, jak tu pieknie!
                                                  • balamuk Re: Prezencik 09.05.17, 17:50
                                                    Cudnie. Przeczytałam, dokleiłam, przeczytałam jeszcze raz... wink
                                                  • franula Re: Prezencik 10.05.17, 10:09
                                                    cóż z tego - westchnęłam poetycznie- skoro zbroić się muszę ponownie...
                                                  • eulalija Re: Prezencik 10.05.17, 10:10
                                                    Okopiemy się.
                                                    Na ten mróz się nada.
                                                    W kupie raźniej.
                                                  • berrin Re: Prezencik 10.05.17, 14:48
                                                    Kochane, przedwyjazdowo.

                                                    Na zewnątrz trochę się ociepliło, zwłaszcza, kiedy stanęło się w słońcu. Marlena leżała w jego największej plamie i grzała łysy brzuch, obok niej na starej oponie przysiadł Rysio, paląc straszliwie śmierdzącego papierosa. Irytacja na policję jeszcze mu nie przeszła. Dyplomatycznie odeszliśmy na bok.
                                                    - To co z tą bombą?
                                                    - To co z tym śniadaniem?
                                                    Przemas wydobył z plecaka straszliwie wygniecioną bułkę, puszkę pasztetu i keczup.
                                                    - Gdzie by tu, żeby Marlena nie zauważyła…
                                                    Spożywanie posiłków na HOWie zawierało w sobie element ryzyka właśnie ze względu na Marlenę. Będąc suką po przejściach, starała się wykorzystać każdą okazję, żeby uzupełnić zasoby (niezależnie od tego, ze zasoby już przez nią posiadane czyniły ją właścicielką własnego równika) a odgłos otwierania puszki słyszała z odległości 20 metrów i poprzez ryk wiertarki. Przychodziła i nie tyle domagała się od człowieka należnej jej porcji, co po prostu ją sobie brała – w bodaj najkrótszej chwili ludzkiej nieuwagi sięgała ryjem, chwytała łup i oddalała się niespiesznie. Sama w ten sposób traciłam co drugie przyniesione śniadanie, jeść spokojnie dało się w zasadzie tylko wtedy, kiedy Rysio zabierał ją na dłuższy spacer albo szedł już do domu. Krzyczeć na nią nie mieliśmy sumienia, zresztą Rysio każdą odmowę i zniewagę, dotykającą Marlenę odczuwał osobiście – a nie byłoby polityczne narażać się bosmanowi, od którego zależał choćby dostęp do stolarni i tokarek.
                                                    W efekcie rozłożyliśmy się na stercie desek pod ścianą hangaru, dość niewygodnie i rezygnując ze słońca, ale za to daleko od Marleny. Przemas najciszej jak umiał otworzył puszkę pasztetu.
                                                    - Nie było żadnej bomby, tylko rano znalazłam trupa. – powiedziałam, krojąc bułkę na grube kromki. - Nie masz jakiegoś ogórka?
                                                    - Żartujesz?!
                                                    - A co masz do ogórków…?
                                                    - Ja o trupie mówię! Żartujesz?
                                                    - Nie. – przyjęłam od niego obficie udekorowany pasztetem i keczupem kawał bułki i rozejrzałam się, czy można bezpiecznie jeść. – Rano polazłam na wał, żeby sobie, cholera, obejrzeć wschód słońca…
                                                    - Specjalnie po to tu przyszłaś?
                                                    - Odczep się, od jedenastej kleiłam te cholerne podsufitki, naspawałam się jak messerschmitt, najpierw poleżałam w kokpicie, żeby trochę wytrzeźwieć, a potem jak się zrobiło widno, to najpierw obudził mnie jakiś gość, co biegał po żwirze…
                                                    - Jaki gość?
                                                    - Nie wiem, nie znam go, potknął się o przedłużacz.
                                                    - Aha. No i?
                                                    - No i jak mnie obudził, to uznałam, ze się ruszę. Ładnie było, jak już tu byłam o tej piątej, to chciałam sobie popatrzeć na rzekę i poszłam.
                                                    Przemas, przeczekując moje pożywianie się, pokiwał głową. Wschody słońca oglądaliśmy wielokrotnie wspólnie, zazwyczaj na porannych wachtach, i uznawaliśmy je oboje za bardzo dekoracyjne, więc ostatecznie nie było nic dziwnego w tym, ze skoro miałam okazje obejrzeć sobie jeden dzisiaj, to chciałam skorzystać.
                                                    - No i prawie na niego zleciałam. Leżał na dole schodów i nie miał tyłu głowy.
                                                    Przemas, zatkany swoim kawałkiem bułki, próbował cos powiedzieć, zakrztusił się, a ponieważ jednocześnie bardzo się starał być cicho ze względu na Marlene, przez chwile zamiast kaszleć, dusił się w milczeniu. Walnęłam go w plecy i złapał oddech.
                                                    - I nie żył?
                                                    - Tez byś nie żył w takich warunkach. A jakby nie te krzaki, to by zleciał do wody, zaraz obok slipu i nawet jakby go nurt nie zabrał, to bym go nie zobaczyła. Uważaj!
                                                    Nie zdążyłam, Marlena była pierwsza. Stanowczym, nawet niezbyt szybkim, ale niepowstrzymanym gestem ryja wzięła sobie z desek ledwo napoczętą puszkę pasztetu, popatrzyła na mnie, machnęła cienkim ogonkiem i odeszła w cieplejsze miejsce, żeby się w spokoju pożywić. Nie obawiała się, ze jej cos odbierzemy, ponieważ od kiedy nastała jako rezydentka, nikt nigdy niczego jej od ryja nie odjął, ale wolała jeść bliżej Rysia. Przemas pogroził jej resztą bułki i sięgnął po keczup.
                                                    - I nie wiadomo, kto to był?
                                                    - Nie. Nie znam gościa, a policja nie powiedziała. Pamiętam, że pierwsze, co mi się pomyślało, to że co za szczęście, ze to nikt znajomy… nie chciałabym trafić na znajomego trupa…
                                                    - Pewnie, tez uważam, że obcy lepszy.
                                                    - Starszy gość, jakby nie ta rozwalona głowa, to by nawet nobliwie wyglądał…
                                                    - Tenisista?
                                                    - Nie, to co miał na sobie to były raczej spodnie od garnituru i koszula pod marynarkę, panowie sportowcy odziewają się inaczej. A w „Horyzontach” wczoraj żadnej imprezy nie było, znaczy żadnej głośnej.
                                                    - A jak się okaże, że to ten gość, co na ciebie złożył skargę?
                                                    Spojrzałam na Przemasa z niesmakiem.
                                                    - Policja go spuściła z wodą. – przypomniałam mu sucho.
                                                    - Nieważne, ale miał cos do ciebie.
                                                    Zatkałam się ostatnim kawałkiem bułki z keczupem. Pomysł Przemka kompletnie mi się nie spodobał. Gość, którego straszyłam diaksą faktycznie wezwał policję – przyjechał nawet radiowóz, żeby obejrzeć miejsce starcia i Walkirię narzędziem warsztatowym atakującą niewinnych tenisistów. Obejrzeli diaksę i dziób Nadziei, skonfrontowali obie wersje i chyba doszli do wniosku, ze żeby – jak twierdził pan pokrzywdzony - ganiać kogokolwiek po całym terenie HOWu z pracującą diaksą na półtorametrowym przewodzie musiałabym mieć tez kogoś, kto by biegał za mną z przenośną elektrownią. Jedyne, co dało się stwierdzić naocznie to to, ze pan rozlał nam farbę, przy czym Przemas twardo upierał się, że tenisista kopnął w słoik.
                                                    - Nie wiem. Tamten był chyba młodszy, ale teraz bym się nie założyła. Mam nadzieje, ze to nie on.
                                                    - On się awanturował parę razy i z różnymi ludźmi. – zauważył Przemek z namysłem. – Może ktoś miał go w końcu dosyć? Jak myślisz? Mnie farbę rozlał, Ance burtę odłupał…
                                                    - Przebóg, Przemas, nie podsuwaj im takich teorii!
                                                    - Dlaczego? Wyglądali na zagubionych…
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 10.05.17, 15:50
                                                    Ach i och dla Marleny kradnacej cala puszke. Dobrze, ze juz zdazyliscie jej otworzyc.
                                                  • eulalija Re: Prezencik 10.05.17, 15:53
                                                    Rysio by jej otworzyłsmile
                                                    Berrin czy ty musisz w tą podróż się udawać?
                                                  • balamuk Re: Prezencik 10.05.17, 16:40
                                                    Ciiicho, niech się Berrin potoskani, będzie miała przyjemność i później ruszy galopem. smile
                                                    Poczekamy sobie zbrojnie.
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 10.05.17, 19:35
                                                    Tak tak, niech nam wypocznie na nasz uzytek - prosze nie popedzac.
                                                    Ja juz sie ciesze na kiedy sie doczekam, tralala.
                                                  • berrin Re: Prezencik 18.05.17, 12:44
                                                    No to wracamy do przyjemnych rzeczy.

                                                    Owszem, byłam ciekawa, kim jest nieboszczyk, ale prawdę mówiąc miałam nadzieję, że nie ma nic wspólnego ani z HOWem, ani z „Horyzontami”, ani w ogóle z niczym, co istniało w okolicy. Zwłaszcza z nami. Całkowicie obcy trup pasował mi dużo bardziej. Na szczęście policja na razie nie była zainteresowana rozmową z Przemkiem – nie mógł zatem podsunąć im tego nader ciekawego tropu. Dzięki niemu za jednym zamachem uczyniłby podejrzanymi w zasadzie całą obsadę remontową, bo wszyscy, ilu nas tu pracowało, mieliśmy w którymś momencie jakieś drobne kłopoty z sąsiedztwem. By wymienić tylko obecnych w tej chwili: ja – diaksę, Przemek – rozlaną farbę, Rysio – napaści na Marlenę, Jurek – eskalujący spór o wzmacniacze. Właśnie Jurek podpadł tenisistom najpotężniej, ponieważ nie mogąc doprosić się od naszych sąsiadów ściszenia muzyki, o dziesiątej wieczorem ryczącej z głośników nad kortem z takim natężeniem, że ptaki spadały w locie, wyłączył im prąd. Jak to zrobił, nie wyłażąc poza nasz płot, nie wiedzieliśmy, ponieważ ani kort, ani „Horyzonty” nie miały z nami wspólnej instalacji, ale przez dwa dni eleganccy panowie nie mieli nawet oświetlenia nawierzchni, nie wspominając już o bieżącej wodzie w wucetach, a dwu wezwanych na pomoc elektryków nie było w stanie nic zrobić mimo wrzasków właściciela obiektu. Potem niestety cieć z sąsiedztwa wskazał im potencjalną szansę, radząc, żeby pogadali ze stolarzem z HOWu, pogadali i Jurek ten prąd przywrócił.
                                                    No tak, tylko że oznaczało to raczej istnienie motywów po ich stronie, to nas koniecznie trzeba było pozabijać, bo utrudnialiśmy im życie. Oni nam tez, ale utłuczenie jednego gościa nic by nam nie dało…
                                                    W tej chwili zresztą w całości pochłaniał mnie inny temat – nade wszystko chciałam się umyć, a dostęp do prysznica na razie nie był możliwy, bo w międzyczasie Rysio wyłączył bojler. Wytrwałam już bardzo długo cała w kleju i benzynie lakowej i uznałam, ze dość tych uprzejmości. Znalazłam trupa, co jest moja zasługą, a nie winą, jakbym nie znalazła, to wprawdzie teraz mieliby spokojny poranek, ale potem byłoby im dużo trudniej, bo nieświeży trup jest dużo bardziej kłopotliwy w obsłudze, zatem cos mi się należy.
                                                    Przemas mnie poparł, choć chyba głownie dlatego, że był ciekaw moich dalszych interakcji z władzami. Ku jego zmartwieniu, nie on znalazł ciało i nie on spędził noc na HOWie, był zatem dla władz całkowicie nieinteresujący, jedyną zatem szansą na uczestniczenie w zdarzeniach było dla niego przyklejenie się do mnie. Razem ruszyliśmy do władz.
                                                    Zanim dokądkolwiek doszłam, zastopowała mnie Marlena. Wyciągnięta jak odaliska, leżała pod samymi drzwiami, blokując je swoją pękatością, machała ogonem, piszczała i nadstawiała brzuch do głaskania jakiemuś osobnikowi w kurtce z demobilu. Osobnik, tkwiący w dość niereprezentacyjnej pozycji, nieco wypięty, nachylał się nad suką i głaskał ja porządnie, systematycznie i jak należy, tłumacząc jej jednocześnie, ze musi przejść do środka. Moim skromnym zdaniem strategię wybrał dość dyskusyjną, nawet jeśli budziła aprobatę Rysia.
                                                    - Niech jej pan da kanapkę, to pana puści. – zaproponowałam wreszcie, straciwszy nadzieje, ze facet sam się ruszy. Moja irytacja rosła, bo wprawdzie byłam już po śniadaniu, ale ogólna nieświeżość wydawała mi się coraz bardziej męcząca.
                                                    Facet odwrócił się, popatrzył w górę i skrzywił się strasznie, bo miał mnie pod światło. – Dzień dobry panu. – dodałam po namyśle.
                                                    - Dzień dobry pani. – odrzekł uprzejmie i żeby wstać, oparł się o drzwi. Dokładnie w tym momencie ktoś z wewnątrz postanowił je otworzyć, facet nie znalazł podparcia, wstając, nastawiony był na ruch do przodu, więc jedyne, co mu zostało, żeby nie walnąć twarzą o żwir, to było wsparcie się o Marlenę. Marlena wystraszyła się śmiertelnie hałasu, poderwała, zabuksowała na żwirze i odbiegła skamląc schować się za Rysia, facet złapał równowagę, wyprostował się i wyszczerzył.
                                                    - Cześć, Janka, nie poznałem cię.
                                                    Teraz przez chwile ja go nie poznawałam. Szczerzył się do mnie wysoki, drągowaty blondyn w typie dźwigu samobieżnego, mocno zarośnięty, w sześćdziesiątce piątce i glanach, rzetelnie owłosiony liniejącą Marleną. Przemek przyglądał się na zmianę mnie i jemu, bardzo zaciekawiony. A moja pamięć do twarzy nawet w bardziej sprzyjających warunkach nie była najlepsza, teraz zaś w ogóle odmawiała współpracy.
                                                    Facet musiał zauważyć uprzejmy popłoch na moim obliczu, bo nagle się zlitował.
                                                    - Młodszy aspirant Jacek Ronkier. Twój listopadowy kierowca. Teraz lepiej?
                                                    No masz. Lepiej. Jak niby miałabym zidentyfikować tego radosnego wikinga z gładko ogolonym, skupionym chłopakiem w mundurze, wyznaczonym na ochotnika do dbania o dopust boży, czyli studentów na praktykach policyjnych? Sam siebie wówczas nazywał ofiarą twórczej niekompetencji i nie ukrywał, ze dowalamy mu obowiązków, ale jednocześnie zapewniał, że nie ma za złe.
                                                    - Jacek?
                                                    - No patrz, a ja cię poznałem od razu!
                                                    Pomyślałam, że jemu było dużo łatwiej, ponieważ swego czasu widywał mnie regularnie przez miesiąc właśnie w takiej wersji, jaką mógł oglądać teraz – obrzęchane portki, kurtka, chustka na głowie – no i należy zauważyć, że na moją urodę zarost raczej nie miał wpływu.
                                                    - Cieszę się, ze się nie postarzałam. Jesteś tu oczywiście służbowo?
                                                    - Tak, właśnie wróciłem z urlopu.
                                                    - Awansowałeś.
                                                    - Awansowałem.
                                                    - I zajmujesz się sprawą zwłok nad Wisłą.
                                                    - Skąd wiesz?
                                                    - Bo to ja wam tej rozrywki dostarczyłam – zobaczyłam wyraz jego twarzy, zastanowiłam się, co mówię, i poprawiłam się pospiesznie - w sensie, że ja go znalazłam. Rano.
                                                    Jacek uniósł brwi.
                                                    - Diabli mnie zanieśli nad rzekę i spadłam na niego, bo mi się noga na schodku omskła. – wyjaśniłam z goryczą. – Zdradzisz mi tajemnice śledztwa, jak on się nazywał?
                                                    - Jeszcze nie wiem…
                                                    - O, jesteś. – pan, z którym dwie godziny temu odbyłam rozmowę nad mapą, najpierw dostrzegł Jacka, potem mnie i Przemasa, i ewidentnie żadne z nas go nie zachwyciło. – wejdź.
                                                    - Zaraz. – powiedziałam chyba mało zachęcającym tonem. – Chcę iść do domu, umyć się i jechać na zajęcia. Czy panowie chcą mnie jeszcze o cos zapytać? Nie mam z tym wszystkim nic wspólnego poza tym, ze ja go znalazłam. Obiecuję, ze następnym razem nie znajdę.
                                                    Wyraz twarzy Jacka starannie wyrażał kompletnie nic. Jego szef popatrzył na mnie, jakby mnie pierwszy raz na oczy widział, pomyślał chwilę, a potem skinął głową.
                                                    - Dostanie pani wezwanie na komendę – zawiadomił mnie sucho.
                                                    - Nie ma sprawy. Mogę zabrać mój plecak?


                                                    cześć, fajnie wrócić smile
                                                  • balamuk Re: Prezencik 18.05.17, 17:08
                                                    Ooooo! smile
                                                  • franula Re: Prezencik 19.05.17, 15:21
                                                    Poprosimy więcej tych przyjemnych rzeczy. Jak się już napiszą oczywiście.
                                                  • franula Re: Prezencik 19.05.17, 15:25
                                                    czyżby zarysowano lekki wątek miłosny?
                                                  • berrin Re: Prezencik 19.05.17, 19:21
                                                    😀😉😀 Jeszcze nie wiem...
                                                    Oczywiście masz na myśli uczucia Rysia i Marleny?
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 20.05.17, 00:02
                                                    O swiety Jacku z pierogami! Ale sie wszystko rozkreca!
                                                    Kryminal romansowy, kryminalny romans - romansidlo z nieboszczykiem w roli glownej. Albo z nieboszczykiem na boku.
                                                    I wogole sie dziwie, ze nieboszczyk na poczatku nie przemowil, no ale to byloby oklepane....na oklepanie berrin by sobie w zyciu nie pozwolila.
                                                    Wyjezdzam na weekend, ale juz sie ciesze na poniedzialek.
                                                  • bluzeczka.zamszowa Re: Prezencik 21.05.17, 20:07
                                                    Cześć, Berrin to świetny tekst, według mnie masz już Nagrodę Nobla zaklepaną!
                                                    Nie rozumiem tylko, co to sześćdziesiątka piątka, którą pan miał prócz glanów!
                                                    Wytłumacz tumanowi, proszę!
                                                    Gdyby sześćdziesiątka piątka to był typ takiego do strzelania (Jack Reacher ma często trzydziestkę ósemkę), to w co odziany był pan? Oprócz glanów oczywiście?
                                                  • berrin Re: Prezencik 22.05.17, 07:19
                                                    Kurtka US Army, wzór 65 r. Popularny demobil w Polsce od wielu lat, teraz tenże wzór szyją także po prsotu dla cywilów. Też miałam, zdarłam na strzępy w czasie studiów.
                                                    wygląda tak:
                                                    surplus.pl/images/kurtki/regiment_m65/20-2501-61_vorne.jpg
                                                  • bluzeczka.zamszowa Re: Prezencik 22.05.17, 08:59
                                                    Cześć, dzięki.
                                                    Sama taką chciałabym mieć!
                                                  • franula Re: Prezencik 24.05.17, 11:51
                                                    Pisze się?
                                                  • berrin Re: Prezencik 24.05.17, 12:11
                                                    Pisze się, pisze.
                                                    Sąd administracyjny przeszkadza.
                                                  • berrin Re: Prezencik 24.05.17, 13:37
                                                    Troszeczka.

                                                    Mój powrót do domu, urozmaicony opędzaniem się od Przemasa, zakończył się tak, jak można było przypuszczać – prysznic jeszcze przestałam, ale potem pomyślałam, ze przysiądę na tym fotelu tylko kwadrans, bo naprawdę oczki mi się zamykają – i obudził mnie dopiero powrót w domowe pielesze ukochanych najbliższych. Ze zdziwieniem przyjęłam, ze ktoś mi ukradł osiem godzin dnia, które przecież powinnam była wypełnić zajęciami na uczelni, zjadłam coś, co w międzyczasie przygotowała dla siebie moja siostra, zawiadomiłam ją, że podsufitka przyklejona, spakowałam się i wyruszyłam na HOW.
                                                    Trup trupem, a pierwszy maja nie zaczeka.
                                                    Władz śledczych koło naszego hangaru już nie dostrzegłam. Za to kiedy mijałam „Horyzonty”, z wyżyn skarpy najpierw zauważyłam radiowóz zaparkowany pod biurem, a zaraz potem Jacka, siedzącego na balustradzie i wertującego rozsypujące mu się na wszystkie strony liczne kartki w kratkę. Czyli śledztwo trwało, tylko teraz poszli denerwować kogoś innego.
                                                    „Horyzonty” postawiono dawno temu, używając materiałów rozbiórkowych i niewielkiej ilości nowego drewna. Miały być niewielką bazą hotelowo-biurową dla okołowarszawskich działaczy żeglarskich, nasz HOW zaś - jej zapleczem remontowym. Środowisko okazało się jednak równie skłonne do zgodnej współpracy jak koty w zaprzęgu, w niebieskim budyneczku zamiast zaplecza biurowego niemal natychmiast zrobiono barek i restaurację i zaczęto na nich zarabiać, utrudniając mniej eleganckim członkom żeglarskiej społeczności nawet korzystanie z toalet, w odwecie ci mniej eleganccy nie wpuścili kilku łódek tych bardziej eleganckich pod dach hangaru, doszło do wzajemnego obrzucania się obelgami przed obliczem Towarzysza Pierwszego Sekretarza pezetżetu, a Zbyszek ku zaskoczeniu większości tych bardziej eleganckich okazał się człowiekiem rozsądnym (a także z pewnością chciał w spokoju remontować swoją łódkę w hangarze, w którym dziesięć lat wcześniej osobiście ja wylaminował) i stwierdził, ze skoro „Horyzonty” są żeglarzom niepotrzebne, to należy jej oficjalnie wynająć i na tym zarabiać.
                                                    W efekcie już wiele lat temu doszło do podziału terytorium cypla pomiędzy harcerzy i nieharcerzy i nieharcerze wzięli „Horyzonty”, a my resztę. W międzyczasie nowy (trzeci z kolei chyba) gospodarz kawiarni i restauracji ostatecznie zrezygnował z przestrzeni pod zimowanie jachtów i zrobił zamiast niej kort. Wtedy zaczęły się nasze konflikty z sąsiadami zza płota, bo oni byli jakby coraz bardziej eleganccy, a my jakby stale wcale nie.
                                                    Z wnętrza mijanego przez mnie właśnie niebieskiego budyneczku z biurem i kawiarnią dobiegły mnie za to teraz znienacka jakieś dziwne dźwięki. Do niczego mi nie pasowały, najbardziej kojarzyły się z jakimś bardzo cierpiącym zwierzęciem, zatrzymałam się zatem w mojej wędrówce do ciężkiej pracy. Jacek tez jakby się rozproszył, rozejrzał się niepewnie, podszedł do drzwi, sięgnął do klamki, zawahał i cofnął. Słusznie uczynił, bo właśnie w tym momencie drzwi otworzyły się gwałtownie i wybiegła z nich dama w czerni, szarpiąc gors swej sukni i wydając z siebie odgłos godny bardzo głodnej foki. Zamarłam, Jacek tez zamarł, tuląc do piersi kartki w kratkę, a za panią w czerni wyjrzał policjant w mundurze, z całkowicie osłupiałym wyrazem twarzy.
                                                    Dama potknęła się o próg, zachwiała się, zrobiła kilka drobnych kroczków, starając się nadążyć za przeważającym całość kadłubem i ratując przed upadkiem dopadła wątłej balustradki. Przewiesiła się przez nią całym swym obfitym biustem i nadal szarpiąc gors zaczęła bardzo gwałtownie i bardzo głośno oddychać, przy czym jej wdechy nadal nasuwały na myśl stado uchatek nad kubłem śledzi. Niemal w tej samej chwili na tarasik wyszedł pan w cywilu, ten sam, którego rano tak zniesmaczyłam moim indeksem, podszedł do damy, troskliwie się nad nią nachylił, cos do niej powiedział, a potem umiarkowanie delikatnie oderwał ją od parapetu i powlókł z powrotem do biura. Dama próbowała jednocześnie wdychać, wachlować się i coś do niego mówić, pozwalała się wlec, usłyszałam coś o kawie, a potem pan mundurowy zamknął za nimi drzwi.
                                                    Jacek, z miną osoby łagodnie zdziwionej rozmaitością świata, rozejrzał się po okolicy. Widok stanowił całkiem miły dla oka, już rok temu byłyśmy zdania, ze powinien stanowczo przestać się tak ciągle codziennie golić, na tarasiku przed kawiarnia wyglądał wręcz wakacyjnie i przez chwilę nawet nie pamiętałam, ze on jest tutaj służbowo. No ale był.
                                                    Bardzo wątpiłam, żeby pan w cywilu, rankiem patrzący na mnie jak na błąd gramatyczny, a obecnie obciążony obowiązkami służbowymi w postaci obszernej damy był skłonny odpowiedzieć mi na jakiekolwiek pytania dotyczące nieboszczyka znad rzeki. Jacek w tej kwestii stwarzał trochę większe szanse.
                                                    Dotarłam na HOW, zostawiłam plecak w hangarze, poczęstowałam Marlenę bananem i wróciłam na skarpę akurat w chwili, kiedy Jacek się na nią wspiął.
                                                    Przysięgłabym, że na mój widok się ucieszył.
                                                  • franula Re: Prezencik 24.05.17, 16:13
                                                    to sąd administracyjny takoż proszę won

                                                    więcej mi parsknięć trzeba bo trochę świat parszywy jakby ostatnio: i koty w zaprzęgu i uchatki nad kubłem śledzi cudne

                                                    i ciekawość się lęgnie we mnie cóż dalej...
                                                  • balamuk Re: Prezencik 24.05.17, 17:56
                                                    I Jacek, z miną osoby łagodnie zdziwionej rozmaitością świata. smile))
                                                    Teraz mogę w dobrym humorze zabrać się do wyjątkowo paskudnej fuchy.
                                                    Dzięki!
                                                  • se_nka0 Re: Prezencik 24.05.17, 18:17
                                                    ,,..że na mój widok się ucieszył.,, - ho, ho proszę Szanownych. Ho, ho wink
                                                  • berrin Re: Prezencik 24.05.17, 19:37
                                                    No a jak? wink
                                                  • gat45 Re: Prezencik 24.05.17, 20:45
                                                    Też bym się na Twój widok ucieszyła, a wątku romansowego jakoś nie jestem w stanie sobie wyobrazić.
                                                  • franula Re: Prezencik 24.05.17, 21:43
                                                    no jak to romase potemcjalnych podejrzanych z przedstawicielami ścigania mają długoletnia tradycję

                                                    kto wie może jakaś pani będzie śpiewac "rudy rudy rudy rydz" a jakowyś ktoś zapnie guzik w swojej sześćdziesiątce piątce i ujawni niezlicozne talentysmile
                                                  • berrin Re: Prezencik 25.05.17, 07:20
                                                    Można się jeszcze zakumplować smile
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 25.05.17, 08:57
                                                    Kartki w kratke znienacka mnie rozczulily - dawno nie widzialam. Sama bym je do piersi przytulila.
                                                    Co tu czlowiek wejdzie to sie tez ucieszy, jak ten Jacek.
                                                  • berrin Re: Prezencik 25.05.17, 09:28
                                                    asia.sthm napisała:

                                                    > Kartki w kratke znienacka mnie rozczulily - dawno nie widzialam. Sama bym je do
                                                    > piersi przytulila.
                                                    >
                                                    >

                                                    Na studiach faktycznie uczestniczyłam w przedmiocie "Praktyka policyjna", który polegał na udziale w czynnościach wydziału patrolowo-interwencyjnego, służby ruchu drogowego, komisariatów kolejowych i czasami - jesli się miało wiele szczęscia/pecha - dochodzeniówki. Opiekował sie nami ofiar twórczej niekompetencji, wyznaczony na ochotnika bardzo młody funkcjonariusz "na dorobku". Cały dzień, a czasami całą noc zasuwało się z chłopakami z radiowozu po okolicy, starając się nie dokładac im pracy, a nawet jej ujmowac, co najczęściej polegało na tym, ze umiejący pisac student zgłaszał sie na ochotnika do pisania protokołów i notatek. I właśnie przy takiej okazji pojawiały sie te kartki w kratkę, bo protokoły różnych czynnosci, a najczęściej przesłuchania, zaczynało się pisac na takim specjalnym formularzu, ale potem, jak przesłuchanie sie wydłużało, dalsze strony leciały juz na papierze kancelaryjnym. Pamiętam zresztą ten okres jako całkowicie kryzysowy jeśli chodzi o dofinansowanie wszelkich służb - jedyne, czym wtedy dysponowali w obfitości, to był własnie papier podaniowy w kratkę. Pamiętam ryzę grubości dwudziestu centymetrów, lekko pożółkłą, z której czerpiąc, protokołowałam w komisariacie kolejowym Warszawa Centralna przez 9 godzin non stop... Na zmianę ręcznie i maszynowo...
                                                    To były czasy...
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 25.05.17, 09:53
                                                    Cudownie ci sie udaje wtykac prawdziwe zycie do wlasnej tworczosci. Gurua to potrafila, a ty to robisz dokladniusko tak po mistrzowsku jak najlepsze mistrze swiata.
                                                    Straszna frajda cie czytac. Mniam mniam.
                                                  • berrin Re: Prezencik 25.05.17, 10:07
                                                    Trochę to takie nurzanie sie w nostalgii...
                                                  • berrin Re: Prezencik 25.05.17, 12:33
                                                    Sąd poszedł won, ale zaraz wraca, więc póki nie patrzy...


                                                    c.d.
                                                    Wtedy ja też się ucieszyłam, co oznaczało, że oboje znienacka zaprezentowaliśmy zarazem radość, jak i zakłopotanie z powodu zauważenia tej radości. Jacek wybrnął pierwszy.
                                                    - Mam kawę w termosie.
                                                    Jakże praktycznie… postanowiłam, że się dopasuję, tym bardziej, że dobra przez mnie posiadane lepiej się nadawały na zachęcacze.
                                                    - Ja mam babeczki produkcji mojej siostry i banany. Jesteś uziemiony w okolicach tego tarasiku, czy możesz iść dokonywać czynności śledczych kawałek dalej?
                                                    - Mogę dalej, tylko tam strasznie pyli i śmierdzi acetonem.
                                                    - Tam istnieje dużo gorsze niebezpieczeństwo niż aceton – powiedziałam tajemniczo, ruszając w stronę hangaru. – Jeśli nie uważasz, możesz stracić wszystko, bo Marlena ci ukradnie.
                                                    - Ta łysawa sunia?
                                                    - Uważaj z tymi inwektywami, nasz bosman jest bardzo czuły na jej punkcie. Owszem, ta łysawa sunia. Kradnie żarcie.
                                                    - Oddałem jej moje śniadanie, dobrowolnie. Tak się patrzyła, jakby głodowała od tygodnia. Gdzie siądziemy?
                                                    - Proponuję naszą łódkę. Od wczoraj butapren pewnie nieco wyparował, poza tym siądziemy sobie w kokpicie na zewnątrz i będzie miło. Twój szef mnie nie lubi.
                                                    Dotarliśmy właśnie do zejścia na plac remontowy i woń farby, rozpuszczalników, podgrzanego laminatu i bosmanarysiowego obiadu uderzyła we mnie z całą mocą.
                                                    Popołudniowa zmiana, wolna po zajęciach szkolnych i uczelnianych, tkwiła na posterunkach nie bacząc na to, że przy całkiem słonecznej pogodzie znowu mieliśmy nędzne 6 stopni ciepła. Z rejonu stelaży dobiegało wycie wiertarek i szlifierek, ze stolarni – straszliwy gwizd piły tarczowej, z socjalnego – odgłosy czyjejś irytacji na nieczynny bojler, a centralnie przed hangarem Prezes i Długi bardzo hałasliwie rozwłóczyli drewno ze sterty, starając się dość beznadziejnie wybrać z przekładanej wielokrotnie kupy jakieś odrobinę mniej sęczne deski. Przed otwartymi na przestrzał wrotami centralnego hangaru stał stolarz Jurek i palił papierosa, jakby brał udział w spisku – a biorąc pod uwagę całkowity zakaz palenia na terenie całego HOWu – poniekąd brał. Zdążyłam zauważyć Zbyszka, wynurzającego się z głębin Konsensusa, Jurek też zauważył, bo zgasił papierosa o ścianę budynku i zniknął w jego wnętrzu.
                                                    Jacek ocenił sytuacje na dole, pomyślał chwilę, ostrożnie zlazł za mną po stalowym trapie, położonym na stromym zboczu wału 15 lat temu jako prowizoryczne schody na jeden sezon, ponownie rozejrzał się po wrzącym pracą i emocjami otoczeniu i poważnie skinął głową.
                                                    - To nic osobistego, on nikogo nie lubi, a do tego podejrzewa wszystkich o wszystko. - pomyślał chwilę, a potem dodał przezornie - Nie mogę ci zdradzać tajemnic śledztwa.
                                                    - Na razie to jeszcze nie ma żadnych tajemnic śledztwa, poza tym fakt, że mnie nie lubi to chyba nie jest tajemnica. – zauważyłam. Przeszliśmy przed frontem ośmiu rozgrzebanych łodzi, pomachałam Bogdanowi, który właśnie zabierał się do malowania numerów na Polimalu, wspięłam po pantografie na rufę Nadziei i zachęcająco poklepałam ławeczkę na prawej burcie. – Wskakuj. Ja tylko sprawdzę, czy mi dywanik z sufitu nie odleciał.
                                                    We wnętrzu Nadziei stał jak na warcie straszliwy smród kleju, podsycony chemiczno-mdłym aromatem nowej wykładziny. Mimochodem zastanowiłam się, jak ja w nocy byłam w stanie siedzieć i przez kilka godzin wdychać to wszystko, potem przypomniałam sobie po pierwsze moje stany odlotowe pod koniec nocnej pracy, a po drugie wykład doktora Krajewskiego, że nos bardzo szybko się znieczula nawet na sekcyjne zapachy, pomacałam podsufitki i burty i ucieszyłam się, bo praca była wykonana wzorowo. Wnętrze Nadziei z menelskiego przekształciło się w hotelowe, zielony melanżyk okładziny burt znakomicie komponował się z mahoniowym wykończeniem mesy, jeszcze tylko nowe materace na koje (rany, musze uszyć obicia do nowych materacy…) i środek odhaczamy jako gotowy. Co oznacza, ze więcej nie musze się uszczelniać wewnątrz kabiny, co za szczęście.
                                                    - Wyjdź może z tej komory gazowej – zaproponował Jacek za moimi plecami. – Naprawdę uważasz, ze to dobre miejsce na obiad?
                                                    - Przecież nie musisz tu włazić, a na zewnątrz pachnie tylko farbą z Polimala.
                                                    - Butapren?
                                                    - Butapren. Oraz nowa wykładzina i aceton. Co ci poradzę, każde hobby śmierdzi na swój sposób.
                                                    Wypakowałam marchewkowo-dyniowo-rodzynkowe muffiny mojej siostry na elegancko wytartą klapę bakisty w kokpicie, dołożyłam cztery banany i popatrzyłam wyczekująco.
                                                    - Ty cos o kawie mówiłeś?
                                                    Przez długa chwilę zajmowaliśmy się wyłącznie kawą, babeczkami i otrzepywaniem się z okruchów. Cztery ostatnie ciastka zapakowałam starannie w papier i schowałam do torby.
                                                    A potem zapanowała pełna wyczekiwania cisza.
                                                    Poczułam się lekko rozbawiona, ponieważ ewidentnie Jacek miał w stosunku do mnie te same plany, co ja wobec niego. Ja chciałam, żeby mi coś opowiedział o nieboszczyku, a on wyraźnie tez miał całą listę pytań i jak obstawiałam, raczej nie o przepis na marchewkowe babeczki.
                                                    - To może pytajmy się na zmianę? - zaproponowałam wreszcie litościwie.
                                                    Jacek trochę się speszył a trochę ucieszył.
                                                    - Kiedy ja niekończenie będę ci mógł coś powiedzieć.
                                                    - Ja tez nie do wszystkiego się przyznam, nie przejmuj się. Kto to była ta pani z biustem?
                                                    Zastanowił się chwilę, rozejrzał po okolicy, jakby sprawdzał, czy jego niezadowolony szef go nie podsłuchuje i drgnął, kiedy cztery metry od nas, przy Wolnej Sobocie, Paweł odpalił szlifierkę. Pomyślałam, ze teraz może nas próbować podsłuchiwać dowolna osoba, stara szlifierka kątowa i tak wszystko zagłuszy. Jacek chyba doszedł do tych samych wniosków, bo wzruszył ramionami.
                                                    - A co tam. Żona denata to była. Kapitan powiedział jej, że będzie musiała pojechać na identyfikację, a ona się dość zbulwersowała. Chociaż uczciwie mówiąc, to zbulwersowana była od samego początku, tylko z różnym nasileniem.
                                                    - Czyli wiecie, kim jest denat?
                                                    - Wiemy. Mówi ci coś nazwisko Stanisław Skroński?
                                                    Zastanowiłam się rzetelnie i pokręciłam głową.
                                                    - Nie. I twarz też mi nic nie powiedziała, choć uczciwie mówiąc nie przypatrywałam się, a śmierć zmienia, zwłaszcza taka… Zresztą mógłby tu bywać i codziennie, jeśli na przykład przychodził pograć w tenisa to mogliśmy go widywać pięć razy na tydzień i nikt faceta nie skojarzy. Kimś był?
                                                    - Wspólnikiem spółki „Nowe Horyzonty”.
                                                    - O, to jest spółka?
                                                    - W rejestracji. Teraz ja. Co naprawdę robiłaś tutaj w nocy?
                                                    Westchnęłam, myśląc, że musiałam wywrzeć na jego szefie niezapomniane wrażenie.
                                                  • berrin Re: Prezencik 25.05.17, 14:25
                                                    No to c.d.
                                                    Ale potem będzie przerwa. smile

                                                    Westchnęłam, myśląc, że musiałam wywrzeć na jego szefie niezapomniane wrażenie. Jacek się zakłopotał.
                                                    - Wcale nie chodzi o to, ze go zabiłaś. – zapewnił pośpiesznie. – Spokojnie jestem gotów założyć, ze nie, i na pewno bez problemu potwierdzimy to laboratoryjnie, bo będzie widać, czy denat miał na sobie wióry i włókna z wykładziny…
                                                    - Prawie na niego spadłam, coś się mogło przenieść.
                                                    - Nieważne. On miał więcej problemów, niż tylko rozbitą głowę, gdybyś to ty go spychała do rzeki, wyglądałabyś dużo gorzej. Względnie byś się umyła, żeby nie wyglądać. A byłaś brudna, a ten wasz prysznic nie został użyty. No i sama wiesz, jak jest, to nie jest najbardziej typowa rzecz na świecie, nocowanie tutaj i pętanie się o świcie na tym pobojowisku nad rzeką.
                                                    Pomyślałam, machnięciem odpędziłam myśl, że ta sucha łazienka to jest chyba jakieś kanoniczne alibi, i co za szczęście, że się nie umyłam i postanowiłam współpracować. Niewinna byłam w tej sprawie do obrzydliwości, niech mają.
                                                    - Naprawdę przyszłam o jedenastej, żeby w nocy spokojnie pokleić podsufitki. – powtórzyłam moje zeznanie z poranka - Nie wiem, co w tym takiego niewiarygodnego, pogadajcie z resztą ekipy remontowej, wszyscy pracujemy i się uczymy, niektórzy mają rodziny, jedyny moment, kiedy obowiązki nam nie wyją to noc.
                                                    - Nie za ciemno i zimno?
                                                    - W dzień jest porównywalnie zimno, a jak pracujesz wewnątrz łodzi to i tak odpalasz sobie lampę, więc co za różnica. Uszczelniłam się w kabinie razem z butaprenem i grzejnikiem, a do tego śpiewałam przy pracy, dopóki mnie nie zemdliło, więc uwierz mi, proszę, dokoła Nadziei stado policjantów mogłoby tańczyć czaczę, a ja bym nie zauważyła. Nawdychałam się butaprenu, świat mi zatańczył, wylazłam na zewnątrz, ale nie zdołałam dojść dalej niż na tę ławkę, owinęłam się plandeką i leżałam.
                                                    - Cicho było?
                                                    - Zupełnie. Niebo się kręciło, jakiś pojedynczy ptaszek nadawał, czułam się… nie najlepiej… ale jestem pewna, że było cicho, bo specjalnie się zachwyciłam.
                                                    - Która to była godzina? Umiesz…
                                                    - Umiem. Trzecia zero osiem.
                                                    - A potem?
                                                    - Potem zasnęłam.
                                                    Jacek zamyślił się z bananem w dłoni. Zajrzał jeszcze raz do wnętrza łodzi, przesunął dłonią po wykładzinie i odkaszlnął.
                                                    - Że też się nie udusiłaś…
                                                    Nie zamierzałam kontynuować tematu. Za to przypomniało mi się coś, czego od rana mimo szczerych chęci nie udało mi się zeznać niekoniecznie z własnej winy.
                                                    - Właśnie… co mi przyszło do głowy… wcale niekoniecznie ja go znalazłam pierwsza.
                                                    - Proszę?
                                                    - Nie mówiłam wam wcześniej, ale tuż po piątej rano jakiś ktoś przebiegł od wału po żwirze i wywalił się na moim przedłużaczu. Leciał od rzeki. Na zabójcę było za późno, bo on biegł na kwadrans przed tym, jak ja polazłam nad rzekę, obudziłam się dosłownie chwilę wcześniej i może i nie byłam wzorem przytomności, ale raczej mi nie wyglądał na porannego sportowca.
                                                    - Myślisz że go znalazł i zwiał?
                                                    - To możliwe, nie? Nie każdy jest legalistą, poza tym może się zwyczajnie wystraszył, a może miał już z wami do czynienia i wiedział, ze z marszu najbardziej podejrzana będzie osoba znajdująca zwłoki. Zwłaszcza, jeśli znalazła je w miejscu mało intuicyjnym dla spaceru o świcie i jeszcze będzie musiała podać wiarygodne wyjaśnienie, co tam robiła przy tym trupie. Ja niby mam takie wiarygodne wyjaśnienie, a twój szef mi nie uwierzył.
                                                    - Dlaczego do tej pory tego nie powiedziałaś?
                                                    - Bo twój szef stosuje zasadę, że świadkowi stawia się konkretne pytania i nie pozwala mu na rozwinięcie wypowiedzi. Mnie uczyli, ze to jest błąd taktyczny przesłuchania, ale to on jest fachowiec… a o ten kawałek doby mnie nie pytał. Tylko co tu robiłam i czemu rano polazłam na wał. Zresztą właśnie sobie przypomniałam i uzupełniam zeznanie, więc o co chodzi?
                                                    - Jak wyglądał?
                                                    Zastanowiłam się głęboko.
                                                    - Niegruby. Dość wysoki. Widziałam go tylko przez chwilę, w tym prześwicie – machnęłam ręką w stronę kępy topoli – W spodniach. Raczej nie w garniaku, i nie jaskrawo ubrany, na tle ściany hangaru był jaśniejszy, ale to mogło być coś szarego, zielonego, niebieskiego... I nie świecił łysiną. W ogóle nie, to znaczy nic, co by zwracało uwagę. Zwyczajny, chyba młodszy niż starszy. Biegł sprawnie, po upadku pozbierał się od razu. Musiał wbiec na górę tamtymi schodami, a nie trapem, bo spod stelaży skręcił w prawo.
                                                    Jacek wyskoczył z kokpitu i obejrzał żwir przed dziobem Nadziei. Po kilku długich godzinach, jakie minęły od poranka, po upadku biegacza nie było już śladów, sama zaczęłam je zacierać jako pierwsza, zwijając święty przedłużacz.
                                                    - Jakie inne problemy?
                                                    Aż podskoczył.
                                                    - Co?
                                                    - Jakie inne problemy miał denat? Zawału dostał?
                                                    - Nie. Miał uszkodzone kolano, jakby go ktoś kopnął z boku. Musiał po tym co najmniej się złożyć, a na pewno nie mógłby już nigdzie pójść o własnych siłach.
                                                    - To doktor Firlej po niego przyjechał, prawda?
                                                    Jacek otworzył usta, żeby się głupio zdziwić, przypomniał sobie, co ja właściwie studiuję i pospiesznie je zamknął.
                                                    - Tak.
                                                    No pewnie. Żaden inny medyk sądowy nie powiedziałby im niczego wiążącego tak od razu.
                                                    Doktor Firlej jak na tak młodego pracownika Zakładu Medycyny Sądowej był już osobą bardzo znaną może nie szerszej, ale bardzo konkretnie zainteresowanej publiczności. Głupio być legendą przed trzydziestką, sam tak twierdził, co nie przeszkadzało mu taką legendą właśnie zostawać. Doktor Krajewski, próbując wyjaśnić nam pewną przedwczesność względnie kontrowersyjność niektórych jego stanowczych stwierdzeń, zwykle zaczynał od „Doktor Firlej jest jeszcze młody i pełen entuzjazmu…” co nie zmieniało faktu, ze przedwczesne i kontrowersyjne opinie jego młodego współpracownika zwykle sprawdzały się w toku dalszych badań. Skoro stwierdził, ze nieboszczyka ktoś kopnął w kolano, to pewnie za dwa tygodnie, po wszystkich sekcjach i badaniach specjalistycznych okaże się, ze faktycznie ktoś go kopnął i to z dokładnie takim skutkiem, jak zasugerowany w pierwszym kwadransie pierwszej, nadrzecznej obdukcji.
                                                    A to, ze to właśnie on zajmował się denatem znad Wisły, ucieszyło mnie szczególnie. Jasio Firlej, który bardzo lubił wszystkich studentów, a już pasjami uwielbiał ludzi zadających pytania, mógł być niezależnym, wiarygodnym i entuzjastycznym źródłem informacji.
                                                  • zaisa Re: Prezencik 25.05.17, 23:26
                                                    O dzięki, Berrin, że nie poprzestałaś dziś na tym pierwszym kawałku. Bo bym jeszcze na bezdechu została.
                                                    I dziękuję za całość. W dwójnasób co najmniej, bo straszecznie mnie cieszą te klimaty żeglarsko-remontowo-przystaniowe.
                                                    Już raz pisałam peany na Twoją cześć, ale telefon, bydlątko nienażarte, zamiast wysłać właśnie zeżarł.
                                                  • franula Re: Prezencik 26.05.17, 10:34
                                                    ja też sobie pomalutku do kawki, z przyjemnością sobie we dwie (ja i przyjemność) poczekamy
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 26.05.17, 11:53
                                                    Ja nawet nie mam slow, zeby powiedzic jak mi sie to wszystko podoba.
                                                    Berrin, ty tez juz jestes legenda przed trzydziestka jak doktor Firlej, tylko ze w paru dziedzinach. Zywych ludzi poruszasz do glebi bez skalpela. Jakiegos niewidocznego kopniaka dajesz z boku( nie w kolano), az czlowiek z zachwytu przysiadzie i posiedzi zadumany na wesolo, bo mu sie poprzypomina zapomniane.
                                                    I nic mnie nie obchodzi ile masz lat.
                                                  • berrin Re: Prezencik 26.05.17, 12:04
                                                    Ach Asiu, jakże słusznie swego czasu to właśnie Tobie zadedykowałam trupa!
                                                    (PRZED trzydziestką to mi sie nie udało, ale co tam, mniejsza o przyimki smile )
                                                    A tak w ogóle... ja... sie strasznie zakłopotuję i cieszę, jak Wy to czytacie, reagujecie i jeszcze jak twierdzicie, ze razem ze mna się w tej nostalgii nurzacie z takim upodobaniem.
                                                  • minerwamcg Re: Prezencik 26.05.17, 22:43
                                                    Bo to miła nostalgia jest. Czasy, kiedy jeszcze nie mieszkałam całkiem blisko miejsca opisywanych wydarzeń. Ale chyba jakoś niedługo miałam zamieszkać. I knajpa przy Wisłostradzie, której ówczesnych bywalców nazwaliśmy miłośnikami yachtingu przez duże i ironicznie skrzywione y.
                                                  • koszmarna.baba Re: Prezencik 03.06.17, 14:51
                                                    Berrin, kochanie Ty moje! Ja nie chcę być niegrzeczna, nie chcę Cię poganiać (nie prawda - właśnie, że chcę) ale ja ( i chyba nie tylko ja) baardzo czekam na CIĄG DALSZY!
                                                    Ja wiem, Ty uprzedzałaś, że teraz już nie będzie tak szybko, ja to nawet rozumiem big_grin ale miej trochę litości i zapodaj chociaż odrobinkę. Plisssss... kiss
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 03.06.17, 15:15
                                                    Pod Babe sie podepne, pod buzke sie podepne.....ale to jeszcze wcale nie bedzie popedzanie.
                                                    Tak bezinteresownie, ot tak z samego lubienia. Widac me niewinne oczy, co nie?
                                                  • berrin Re: Prezencik 03.06.17, 15:43
                                                    Kochane. To co mam w pracy (polowanie na czerwony październik...) w tym tygodniu wykluczyło mnie z tffurczych zabiegów. Przepraszam. Nie chce Wam sprawiac zawodu, ale SIE NIE DAŁO... ( widać moje przykrywanie nosa łapami ze wstydu...?).
                                                    Poprawię się zaraz od poniedziałku. Chyba, że w poniedziałek mnie zwolnią, to od wtorku.
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 03.06.17, 16:28
                                                    Ty zostaw swoj nos w spokoju - nijak nie masz czego sie wstydzic, nijak zawodu nie robisz, no co ty pleciesz ...

                                                    My chcemy tylko zebys wiedziala jak okrutnie twych owocow pragniemy... no jakos tak.
                                                    Sie poczeka jak dzieci na gwiazdke czekaja i wszystko nam tylko na zdrowie wyjdzie.
                                                    Przestepowanie z nogi na noge to jest calkiem dobra gimnastyka, prawie jak kucanie.
                                                  • koszmarna.baba Re: Prezencik 03.06.17, 17:29
                                                    Ooo... to masz zupełnie jak ja przez prawie cały maj. sad
                                                    Sorry za popędzanie ale z Twoją twórczością było jakoś łatwiej przeżyć. Taka iskierka światełka w ciemności. kiss
                                                  • balamuk Re: Prezencik 03.06.17, 17:34
                                                    Kucanie w celu? wink))
                                                    Ja sobie grzecznie czekam. O, mniej więcej tak:
                                                    https://fc02.deviantart.net/fs71/f/2012/002/3/f/js7h1223_by_frecklydog-d4l3784.jpg
                                                  • balamuk Re: Prezencik 03.06.17, 17:40
                                                    PS I Baba ma rację z tą iskierką. I trzymam kciuki za wariatkowo w pracy. smile
                                                  • gat45 Re: Prezencik 03.06.17, 18:42
                                                    Kucanie jest zdrowe jako takie. Kucać należy w celu bycia kucniętym. Kuc jest najbliższy pozycji płodowej i ma walory (nie wiem dokładnie jakie, ale kiedyś czytałam na ten temat obszerny tekst z podtekstem naukowym). Człowiek kucnięty czuje się bezpiecznie. Osobiście bardzo wiele rzeczy robię na kucająco, bo mi tak najwygodniej. I lubię. Ponadto częste kucanie znakomicie działa na stan stawów kolanowych. Poza tym...
                                                    No już. O kucaniu mogłabym długo i namiętnie.
                                                    Berrin, pisz !
                                                  • berrin Re: Prezencik 03.06.17, 19:37
                                                    Mam krótkie nogi, zwłaszcza ten kawałek od kolana w dół i kucanie mi nie wychodzi, bo się przewracam. Zdrowe może być.
                                                    Budująco na mnie działacie. Wsparciowo.
                                                    Pisać będę.
                                                  • bluzeczka.zamszowa Re: Prezencik 05.06.17, 08:54
                                                    Cześć Berrin, a może w czymś mogę Ci pomóc, wesprzeć np. dobrym słowem, myślą, czy jakoś tak?
                                                    Żebyś Ty miała na głowie wyłącznie Osobistego, zwierzątkowo i prezencik.
                                                    Pisz mala, pisz...
                                                  • berrin Re: Prezencik 05.06.17, 09:20
                                                    Bym chciałą.
                                                    A mam pracę zawodową na poziomie najwyższego urzędniczego absurdu i bardzo, bardzo chorego Lisa Okazałego...
                                                  • bluzeczka.zamszowa Re: Prezencik 05.06.17, 09:34
                                                    berrin napisała:

                                                    > i bardzo, bar
                                                    > dzo chorego Lisa Okazałego...

                                                    Biedny Lis Okazały!
                                                    Biedna, biedna Berrin!
                                                    A nie dałoby się myknąć np. na
                                                    jakie L - 4?
                                                    W myśl zasady, że praca nie zając?
                                                  • berrin Re: Prezencik 06.06.17, 11:46
                                                    Kochane. Jak obiecałam.
                                                    Troche to terapia, zeby fioła nie dostac od urozmaiconego życia...


                                                    c.d.
                                                    - Pokażesz mi, jak on biegł? – przerwał moją zadumę nad medycyną sądową Jacek. Przez chwilę wydawało mi się, ze pyta mnie o poranne przebieżki doktora Firleja, ale opanowałam się.
                                                    - Pokażę ci, co widziałam, ale nie sugeruj się za mocno. Wybił mnie ze snu, byłam naspawana, zesztywniała, zmarznięta i zapewne nieszczególnie spostrzegawcza. – zeskoczyłam na żwir obok niego. – Tu się potknął i przewrócił. Biegł stamtąd, słyszałam cos, co pasuje do zjechania na butach po zboczu wału – machnęłam ręką w stronę Wisły. - Jakby wybrał inną trasę, toby nie hurgotał, żwir jest tylko tu.
                                                    - Stamtąd?
                                                    - Tak. Wychodzi na to, że wybrał najkrótszą drogę miedzy zwłokami i hangarem, chociaż…
                                                    Zagapiłam się przed siebie, a potem wlazłam na wał. Jacek, wyraźnie zaciekawiony, a przy tym jakiś niespokojny, wlazł za mną.
                                                    - Szkoda, ze czegoś nie zgubił, jak się przewrócił. – mruknął. – Co jest?
                                                    - Dlaczego on tak dziwnie biegł?
                                                    - Proszę?
                                                    Podeszłam do skraju schodów, zdążających ku rzece. Na dole już nie było kupy gałęzi i śmiecia, zabrały ją ze sobą władze śledcze.
                                                    - No bo on… Musiał biec jakoś stąd, w każdym razie być gdzieś tutaj, skoro zbiegł do nas na dół. I naprawdę się śpieszył… ale zobacz…
                                                    Strasznie próbowałam ogarnąć to, co mnie właśnie tak strasznie zdziwiło, Jacek rozglądał się posłusznie dokoła, próbując wskoczyć na zakręcie w mój monolog. Minął nas biegacz, starszy pan w skomplikowanym stroju, zawsze niezmiernie mnie bawili i rozczulali dziarscy emeryci, zakładający krótkie piłkarskie spodenki na legginsy rowerowe, odsunęłam mu się z drogi, patrząc, jak łagodnie wchodzi w wiraż w stronę mostka i nagle zaskoczyło.
                                                    - To bez sensu jest. Jacek, popatrz. Musiał być gdzieś tu. – stanęłam na samym wale, tuż przy przerwie w krzakach, przez którą można było zbiec na teren HOWu, pomiędzy dwa rzędy remontowanych łodzi. – I stąd zbiegł na dół. Po co?
                                                    - Proszę? – powtórzył.
                                                    - Działka HOWu to nie jest droga ani teren przechodni. To jest dołek z masą szpejów pomiędzy dwoma wałami przeciwpowodziowymi. Nie skracasz sobie tędy drogi donikąd, bo i tak, żeby wyjść w stronę Trasy, musisz znowu wbiec na górę, tak jak on wbiegł, skręcić w stronę mostka albo pobiec naokoło, obok „Horyzontów”. Jak chcesz gdzieś szybko pobiec znad rzeki, to po prostu biegniesz wałem, jak ten tam – machnęłam ręką mniej więcej w stronę, gdzie zniknął dziarski emeryt. - Rozumiesz… ten gość… on sprawiał wrażenie osoby… ja wiem… może nie uciekającej, bo nie słyszałam, żeby go kto gonił, ale kogoś, kto chce bardzo szybko skądś się oddalić. Nie wbiec do hangaru, zresztą było zamknięte, ale właśnie oddalić. I pobiegł sobie przez najgorsze wądoły, najpierw z wału, potem po żwirku, potem znowu w bok, na wał. Nie wiem, co dalej, bo nie widziałam, ale ja bym uciekała w mniej wyszukany sposób…
                                                    Jacek popatrzył na mnie, na okoliczności przyrody, podszedł do skraju przecinki pomiędzy krzakami, a potem zjechał po żwirze w dół.
                                                    - Tak biegł?
                                                    - Chyba tak, ale w tym jestem świadkiem ze słyszenia raczej.
                                                    - I dalej?
                                                    - Dalej prosto, za śmietnikiem w prawo, zobaczyłam go w tym prześwicie, na tle ściany, potem musiał pobiec w górę… - zastanowiłam się. No nie, nie mógł pobiec w górę, bo w górę to by znaczyło, że po stalowej schodni, i wtedy, naspawana czy nie, usłyszałabym go, bo po tej cholernej schodni nie dało się wejść bezszelestnie, dudniła jak bęben w orkiestrze. Czyli jak…? – ale jak wstałam to go nie było, gdzieś musiał…
                                                    Jacek czekał chwilę w nadziei, że cokolwiek więcej z siebie wykrzeszę, a potem podszedł do kontenera na śmieci.
                                                    - Jeśli nie wbiegł na górę, a skręcił w prawo, to co mógł jeszcze zrobić? – zapytał retorycznie. Malujący napis na burcie Wolnej Soboty Jędruś popatrzył na niego z namysłem.
                                                    - No nie wiem. – oświadczył z poziomu przyziemia. – Obiec hangar?
                                                    Jacek odskoczył, bo chyba nie spodziewał się, ze przemówi do niego cos na wysokości jego kolana, przyjrzał się skupionemu Jędrusiowi, po czym stanowczym krokiem ruszył w stronę narożnika hangaru. Zanim zdążyłam zareagować, przelazł wzdłuż jego szczytowej ściany i skręcił za róg.
                                                    Jędruś odprowadził go spokojnym, zamyślonym spojrzeniem i z namaszczeniem zanurzył pędzel w farbie. Ja wystartowałam o jakieś dwie sekundy za późno.
                                                    Trzask i przekleństwo usłyszałam dokładnie w chwili, kiedy dopadałam ścieżki za hangarem. Jacek, w dość niepewnej pozycji tkwił z jedna nogą gdzieś mocno w dole, oparty o ścianę i chyba zbyt zaskoczony, żeby się ruszyć.
                                                    - No bo czemu tu łazisz i nie patrzysz pod nogi. – warknęłam w irytacją. – Nic sobie nie zrobiłeś?
                                                    - Nie… - oparł się o mnie i wyszarpnął nogę spomiędzy desek. Syknął, choć chyba bardziej z żalu nad spodniami, niż bólu. – Co to za pułapki? – z zaciekawieniem obejrzał wyłożona deskami ścieżkę, która naprawdę wyglądała jak lity grunt z dechą na wierzchu i tylko wtajemniczeni wiedzieli, ze grunt nie jest lity, a deski z czasem murszeją.
                                                    - Nie żadne pułapki, tylko na grach harcerskich chłopaki znaleźli bombę lotniczą i saperzy wybrali stąd trochę gruntu, żeby ja wykopać. Nikt nie zakopał, bo nikt tędy nie chodzi, położyliśmy deski, żeby Marlena nie wpadła.
                                                    - No to chyba tędy nie szedł… - Jacek nachylił się i obejrzał złamaną deskę nad dołem.
                                                    Zanim zdążyłam się odezwać, z wnętrza hangaru, a staliśmy tuz pod oknem, doleciał nas straszliwy hałas, trzask, łomot, przekleństwa na dwa głosy, a na dodatek gwałtownie rozszczekała się Marlena. Przez okno, zasłonięte dla bezpieczeństwa krata i siatką, a także grubą warstwą wieloletniego brudu utrwalonego oparami wszystkich używanych tu od lat farb i rozpuszczalników, nic nie było widać, zawróciłam więc i zostawiając Jacka nad dziurą, pobiegłam do wejścia.
                                                    Razem ze mną do hangaru kopnęli się w zasadzie wszyscy pracujący na zewnątrz, ale chwilowo nie mogliśmy wejść, bo wewnątrz nie tylko unosił się kurz i pył, ale i coś się kłębiło przy samym wejściu. To cos próbowali rozdzielać Bogdan z Rysiem, udało się dopiero wtedy, kiedy w środku jeszcze raz cos straszliwie zadźwięczało i z kłębowiska wyprysnął Kuba, wrzeszcząc:
                                                    - Zsuwa się, zsuwa się! – a za nim natychmiast poderwał się z podłogi równie spanikowany Prezes, prawie podcinając mi nogi. Obaj wyraźnie naprawdę przerwodbiegli niemal pod topole.
                                                    Bogdan ostrożnie zajrzał do wnętrza hangaru i odskoczył, kiedy cos w środku, całkiem jak ten ostatni talerz ze stosu albo ostatni kawałek przewróconej zbroi, zdecydowało się z ostatecznym akcentem perkusyjnym huknąć o podłogę. Plecami wpadł na coraz bardziej oszołomionego Jacka, a jednocześnie Rysio stanowczo odciągnął Marlene od niebezpiecznych drzwi, które od dobrej chwili histerycznie oszczekiwała.
                                                    Zapadła cisza.
                                                    Zrobiłam ostrożnie krok do przodu i zajrzałam. Za nic nie umiałam sobie przypomnieć, co w prawym hangarze mogłoby wywołać takie efekty, stały tam w zasadzie nasze kanapy i szafki na ubrania, a z osprzętu tylko kratownica pod sufitem, normalnie wypakowania masztami, bomami i innym takielunkiem sztywnym, oraz worami na żagle i liny. Przez chwile nie rozumiałam, co widzę, ponieważ pomieszczenie, w tej chwili oświetlone tylko zamalowanym i zakratowanym oknem, wyglądało tak, jakby zawalił mu się dach. Dach jednak spokojnie tkwił na miejscu i potrzebowałam dobrej chwili – i Bogdan z Rysiem chyba też – żeby zrozumieć, co mamy przed sobą.

                                                  • berrin Re: Prezencik 06.06.17, 11:46
                                                    I c.d, co sie nie zmiesciło ze względu na jakieś ograniczenie max. długości wpisu.

                                                    Kratownica, zespawana przez mojego ojca i Zbyszka z prętów zbrojeniowych może bez szczególnej dbałości o kąty proste, za to metodą „wszystko do wszystkiego” stanowiła bez mała monolit nie do ruszenia. Od dobrych dwudziestu lat tkwiła pod sufitem, wisząc najpierw na ośmiu, potem na siedmiu odciągach, bo środkowy przedni już w roku jej zamontowania wypadł razem z hakiem sufitowym, zakotwionym bez sensu w blasze dachu zamiast w belce stropowej. Stanowiła bezcenną przestrzeń magazynową i wizualną atrakcję, dzięki której zbiórki drużyn harcerskich mogły się tu odbywać w odpowiednich dekoracjach. Płytkie nurki z klubu, korzystające czasami z części pomieszczeń HOWu, wieszały na niej butle tlenowe, zewsząd dyndały liny, a do tego zawieszaliśmy tutaj świeżo malowane pagaje, pychy i bosaki.
                                                    Teraz jednak kratownica wisiała dziwnie – jakoś skośnie, jak rozdarte od spodu pudło. Wszystko, co leżało na jej lewej części, zjechało w dół, omegowe maszty, bomy, wielki grotmaszt z gaflem Białego Słonia, oba kuse, ale nadrabiające grubością profilu maszty Konsensusa, wszystko to wysunęło się na ziemię, opierając o podłogę hangaru albo spadając na nią. Kiedy opadła reszta pyłu, a oczy przyzwyczaiły mi się do kiepskiego światła, Bogdan wskazał lewy narożnik pod sufitem hangaru.
                                                    - Wyleciały haki odciągu. – powiedział spokojnie. – cholera… cała lewa strona poszła.
                                                    Jacek przepchnął się pomiędzy nami i ostrożnie wszedł do środka. Oboje z Bogdanem złapaliśmy go za kurtkę, ale okazało się, że na szczęście nie ma w planach podchodzenia pod ten nawis inflacyjny, grożący w każdej chwili oberwaniem kolejnych odciągów i ostateczna katastrofą.
                                                    - Ktoś był w środku, kiedy to walnęło? – zapytał, odwracając się do nas.
                                                    - Ci dwaj idioci. – Bogdan machnął ręką gdzieś w stronę śmietnika. Kuba, który w międzyczasie odważył się wrócić na miejsce zdarzenia, cofnął się teraz gwałtownie. – Cóżeś narobił, durniu?
                                                    Pod samą ścianą leżały wory z żaglami, spadły jako pierwsze i reszta aluminiowego i drewnianego osprzętu częściowa walnęła o nie, dzięki czemu była szansa, że nie pogięły się całkowicie. Kuba zrobił gwałtowny wypad do przodu i wyciągnął spomiędzy nich długi, wąski przedmiot, zirytowany Bogdan złapał go za rękę, a Jacek delikatnie i ostrożnie przechwycił tę rzecz.
                                                    Po czym stanął, patrząc na przedmiot odebrany Kubie z mina, z jaka chyba jeszcze nigdy w historii żaden policjant nie patrzył na swoje znalezisko. Podniósł przedmiot bliżej oczu.
                                                    - Szpada z funduszu patriotycznego o wartości 50 gwinei – odczytał osłupiałym tonem nieco niestaranny grawerunek wzdłuż potwornie długiej klingi.
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 06.06.17, 13:04
                                                    Tak obrazowo piszesz, ze w oczach stoi.
                                                    Cuuuuuudo.
                                                    Zawsze jak Marlena zaszczeka to ja sie zdziwie. Czyli zamierzony efekt osiagasz za kazdym razem. big_grin
                                                    Gdyby zapalila papierosa mniej bym sie zdziwila.
                                                  • berrin Re: Prezencik 06.06.17, 13:11
                                                    Wycieło mi kawalątek tekstu, winno być:
                                                    edit:
                                                    ".... z kłębowiska wyprysnął Kuba, wrzeszcząc:
                                                    - Zsuwa się, zsuwa się! – a za nim natychmiast poderwał się z podłogi równie spanikowany Prezes, prawie podcinając mi nogi. Obaj, wyraźnie naprawdę przerażeni zjawiskiem, odbiegli niemal pod topole."
                                                  • eulalija Re: Prezencik 06.06.17, 13:11
                                                    Tkwiąca we mnie zodiakalna stara lwica uwielbia takie prezenty.
                                                    Mniam.
                                                    Berrin a co u Lisa Okazałego?
                                                  • berrin Re: Prezencik 06.06.17, 13:17
                                                    Stabilnie źle.
                                                    Sytuacja jest tego rodzaju, że wiemy, ze nie będzie lepiej i bardzo pragniemy to stabilne źle zachować jak najdłużej. Lis to twardy zawodnik.
                                                    Ja się staram nie zwariować ze strachu, wychodzi mi umiarkowanie.

                                                    Zodiakalna stara lwica, hi hi smile . Głaskam lwicę smile
                                                  • koszmarna.baba Re: Prezencik 06.06.17, 21:22
                                                    Berrin - jesteś BOSSSKA i jak to dobrze, że piszesz! kiss
                                                    A kiedy będzie to można kupić wydane legalnym drukiem?
                                                  • berrin Re: Prezencik 07.06.17, 06:36
                                                    To jest "wydawnictwo wyłącznie do użytku wewnątrzorganizacyjnego. 😉
                                                  • bluzeczka.zamszowa Re: Prezencik 07.06.17, 07:01
                                                    eulalija napisała:

                                                    > Tkwiąca we mnie zodiakalna stara lwica uwielbia takie prezenty.
                                                    > Mniam.

                                                    Cześć Eulalijo, tkwiąca we mnie zodiakalna stara lwica uwielbia takie wiadomości! 👍
                                                  • berrin Re: Prezencik 07.06.17, 10:12
                                                    Miniporcyjka na dziś.

                                                    - Znalazła się? – wyrwało mi się niepotrzebnie.
                                                    Wyraz twarzy Jacka był taki, że Bogdan, mimo, że zirytowany w najwyższej mierze tak na Kubę i Prezesa, jak i na fakt katastrofy w hangarze, wyraźnie uznał, ze powinien udzielić jakichś wyjaśnień.
                                                    - To taki… rekwizyt. – powiedział po namyśle.
                                                    - Oddaj mi to, to moje. – powiedział jednocześnie Kuba. – Ja to dostałem.
                                                    - Od funduszu patriotycznego…?
                                                    - Tak. Nie. Wszystko jedno. Oddaj mi to – w Kubie wyraźnie zmagały się dwie wewnętrzne potrzeby – pragnienie odzyskania szpady z chęcią zwiania stąd jak najdalej, zanim Bogdan i Rysio zażądają wyjaśnień. Sięgnął stanowczo po broń białą, którą Jacek w zasadzie bez oporu pozwolił sobie wyjąc z ręki, ale wtedy wkurzony do najwyższych granic Rysio ruszył do ataku.
                                                    - Coście tu robili, ofiary batalionowe, wlazłeś tam, czy jak?!
                                                    Kuba osłonił się szpadą.
                                                    - Ja nie właziłem. – odrzekł pospiesznie.
                                                    - To coście tu robili, jeszcze nie czas na taklowanie?!
                                                    - Wlazłeś tam? – powtórzył pytanie Bogdan bardzo spokojnym tonem. Kuba popatrzył na niego i mocniej przytulił do piersi szpadę.
                                                    - Przecież mówię, że nie właziłem!
                                                    - Ten drugi idiota tam wlazł?
                                                    Kuba dyplomatycznie milczał. Bogdan popatrzył na nas, na zwisającą krzywo kratownicę i wzruszył ramionami.
                                                    - Trzeba to będzie jakoś podeprzeć, zanim wyrwie resztę haków. I pozdejmować osprzęt.
                                                    - Rury hydrauliczne tam widziałem, mocne, powinny wystarczyć na długość… - Jacek zdjął kurtkę, położył ją na fotelu przy samych drzwiach i razem z Bogdanem wleźli pod niebezpieczny nawis. Sama bym wlazła, ale Rysio, zawsze szarmancki wobec dam, stanowczo przytrzymał mnie za rękaw.
                                                    - Ty lepiej złap tego drugiego debila, żeby więcej szkody nie narobili. Głowę dam, ze wleźli, od rana tylko markowali robotę, tylko patrzyli, żeby tu nikogo nie było.
                                                    - Tu by trzeba podeprzeć i jeszcze tam, gęsto są te pręty to się ta rura zablokuje pomiędzy… - mówił jednocześnie Jacek. – Tylko co, najpierw podeprzeć? Czy najpierw pozdejmować?
                                                    - Cholera, dla bezpieczeństwa lepiej byłoby najpierw podeprzeć, bo jak zaczniemy te maszty wywlekać, to jeszcze się następne haki wyrwą… Ale tak ze szpejami, one ciężkie, trudno będzie…
                                                    - Widziałem paru silnych.
                                                    - Janka, zawołaj Jędrusia i Długiego… dzieciaki, won stąd, wszyscy nieletni wynocha…
                                                    Wyszłam przed hangar, przeganiając przed sobą całą nieletnią ekipę, bardzo liczną, bardzo zaangażowaną i bardzo niechętną pozbawieniu ich udziału w dalszej imprezie. Marlena, nadal zjeżona i z uszami do tyłu, pomrukiwała cos niepochlebnego z bezpiecznej miejscówki pod GAZ-ikiem Długiego, Prezes i Kuba konferowali pod śmietnikiem. Znalazłam Jędrusia, z kamiennym spokojem przeszukującego stertę złomu ewidentnie w poszukiwaniu stosownego dźwigara, przekazałam mu wezwanie Bogdana i podeszłam do panów ze szpadą.
                                                    - Co się tam stało? Sami tam byliście?
                                                    - Sami. – niechętnie przytaknął Prezes, wciąż wyraźnie niepewny, czy w ogóle przyznawać się do wejścia dziś do hangaru. Wyprzeć się nie dało. – Wlazłem na kratownicę, żeby wyciągnąć szpadę, zrzuciłem ją na dół i jak zeskakiwałem, oberwał się skrajny hak, aż dźwięknęło, i zanim cokolwiek, to zobaczyliśmy, że obrywają się dwa pozostałe i wszystko leci i już tylko spieprzaliśmy. Cholera, tyle razy człowiek tam właził i nic…
                                                    Kuba, jeszcze mniej rozmowny, czule piastował szpadę. Faktycznie, była jego niezaprzeczalną własnością, dostał ją w prezencie cztery sezony temu ode mnie i od Anki, same ją zresztą własnoręcznie wykonałyśmy w przerwie międzyremontowej, kiedy pierwsza warstwa poliuretanu na kadłubie naszej Omegi jeszcze się nie nadawała do szlifowania i miałyśmy przestój roboczy. Użyłyśmy pięknego,hartowanego, stalowego pręta, mahoniowych resztek po układaniu pokładu na Barance, blachy aluminiowej, ozdobnego sznura od zasłon i kilku innych utensyliów z odzysku. Efekt przerósł oczekiwania, a jedynym powodem, dla którego wzięłyśmy się wtedy za konstruowanie szpady było, jak łatwo zgadnąć, wejście w posiadanie rzeczonego pręta i paląca potrzeba, żeby do czegoś go użyć. Następnie dokonałyśmy metoda trawienia grawerunku na klindze, ponieważ nie wydawało nam się właściwe wręczenie tego rodzaju prezentu bez stosownej dedykacji… Szpada okazała się zresztą dla Kuby za długa, nie był w stanie, mimo swego niepośledniego wzrostu, dobywać jej za jednym zamachem i musiał ją wyciągać z pochwy na raty, co nieco odbierało bojowości i stanowczości samemu gestowi, ale wszelkie propozycje skrócenia półtorametrowej klingi traktował co najmniej jak zamach na swą męskość.
                                                    Następnie Kuba szpadę zgubił. Była na Mazurach, pływała na Białym Słoniu, przeszkadzając wszystkim straszliwie, wróciła na nim na holu z Mazur na Zegrze i z Zegrza na HOW, a następnie zniknęła. Kuba podejrzewał wszystkich, szukał jej po całym HOWie, pojechał na Zegrze i grzebał w rzeczach, które, niewarte transportu do Warszawy, pozostały na szalandzie w Załubicach i cierpiał straszliwie, świadom, ze drugiej takiej szpady nigdy już nie będzie miał.
                                                    No i teraz ją znaleźli…
                                                  • gat45 Re: Prezencik 07.06.17, 10:37
                                                    Jak Ty to robisz, że to samo płynie ? Żeglarskie umiejętności wykorzystujesz ?
                                                    W każdym razie dzięki. Fajnie się tak podelektować małe conieco na drugie śniadanko.
                                                  • balamuk Re: Prezencik 07.06.17, 11:11
                                                    Gatu, sama napisałaś, że Berrin pisze tak, jak oddycha. smile
                                                    Ja na samym początku wpadłam w podziw i nic nie zapowiada, żebym mogła z niego wyjść. No to siedzę cichutko i jest mi dobrze.
                                                    Dziękuję, Berrin. smile
                                                  • bluzeczka.zamszowa Re: Prezencik 07.06.17, 11:32
                                                    balamuk napisała:

                                                    > Gatu, sama napisałaś, że Berrin pisze tak, jakk oddycha.
                                                    > Dziękuję, Berrin. smile
                                                    Berrin, wysnuwasz z siebie słowa z szybkością światła.
                                                    Tak, wysnuwasz, widziałam kiedyś pająka tworzącego cudownej urody pajęczynę, on ją z siebie wysnuwał!
                                                    Jestem pełna podziwu dla Ciebie!
                                                    Nieodwołalnie jednak rodzi się pytanie: Dlaczego osoba tak utalentowana buja się w firmie z przepisami prawa jakiegoś tam?
                                                    Twoja mama ma rację, jeżeli masz jakieś zaplecze finansowe, to wzorem Guruy pisz!
                                                    Będę kupować Twoje książki!
                                                    Zachęcam!
                                                  • berrin Re: Prezencik 07.06.17, 14:08
                                                    Nie mam zaplecza. Podstawą mojej egzystencji jest walka z ustrojem prawnym RP w urzędzie państwowym toczona. W sensie że legalnie ja toczę...
                                                  • bluzeczka.zamszowa Re: Prezencik 08.06.17, 07:54
                                                    Mierz siły na zamiary...
                                                    Berrin, Twój talent się nie może zmarować!
                                                    Pamiętaj, Najwyższa Istota kierująca losami świata tego sama wybiera tych, których obdarza talentem!
                                                    Jesteś w kropie, musisz coś z tym zrobić!
                                                  • gat45 Re: Prezencik 07.06.17, 15:36
                                                    balamuk napisała:

                                                    > Gatu, sama napisałaś, że Berrin pisze tak, jak oddycha. smile

                                                    No ale skąd miałam wiedzieć, że ona oddycha także pod wodą ? Syrena nasza....
                                                    Syrena, chociaż "Pstrąga" też podtrzymuję.
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 07.06.17, 10:42
                                                    O, az mi sie calkiem dobrze zrobilo. Balsamek na homor big_grin
                                                    tralala
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 07.06.17, 10:44
                                                    Horror z humorem sam sie pomieszal - to nie ja, ja bylam piatkowa uczennica big_grin
                                                  • berrin Re: Prezencik 07.06.17, 11:12
                                                    A wszystko w powodu szpady od funduszu patriotycznego (o wartości 50 gwinei) smile
                                                  • balamuk Re: Prezencik 07.06.17, 11:31
                                                    Ja przeczytałam "balsamek na honor", do szpady i funduszu pasuje jak ulał. wink
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 07.06.17, 11:35
                                                    No wlasnie. oto przyklad jak wyborna literatura dziala na wrazliwego czytelnika. big_grin
                                                  • minerwamcg Re: Prezencik 08.06.17, 14:43
                                                    Szpada rulez, taka więcej dla Portosa smile
                                                  • berrin Re: Prezencik 08.06.17, 17:09
                                                    Szpada miała niesportową dlugoszcza, bo czyniąc ją, nie dopasowalysmy długości pręta. Kuba miał 196 cm, a mimo to nie starczalo mu ręki, żeby tego potwora dobywac...
                                                  • balamuk Re: Prezencik 08.06.17, 17:42
                                                    Mogę zapytać? A zapytam: czy wy tam macie kuźnię???
                                                  • berrin Re: Prezencik 08.06.17, 17:46
                                                    Nie 😀😀😀😀😀😀
                                                    Pręt był gotowy. Żaden ze mnie miecznik/płatnerz, poszłyśmy wtedy trochę na łatwiznę. To właśnie zaistnienie pręta spowodowało nasz pęd ku uzbrojeniu Kuby.
                                                    Miałyśmy stolarnię, tokarnię, zapał, resztki rozmaitych materiałów i głupawkę...
                                                  • balamuk Re: Prezencik 08.06.17, 17:50
                                                    Ufff. To w porządku. Bo już miałam wizję dwóch damskich Hefajstosów. big_grin
                                                  • berrin Re: Prezencik 08.06.17, 17:53
                                                    Jeden z naszych kolegów, mając rulon wykladziny typu filc bez podkładu, stworzył niemal manufakturę kapeluszy typu bicorn i tricorn. Odpowiedni czarny albo granatowy kolor nadawał wibrą do barwienia skóry.
                                                    A jako zdobne galony najlepiej sprawdzały się sznury do upinania zasłon.
                                                  • berrin Re: Prezencik 08.06.17, 17:57
                                                    A ja osobiście stworzyłam stelarz do krynoliny z drutu sprężystego fi 2 mm, samą krynolinę szyłysmy z materialu propagandowego na transparenty pierwszomajowe, a gorset byl z wielokrotnie przeszytych na owerlocku bandaży elastycznych i fiszbin z płaskownikow stalowych.
                                                    Ech, szalona młodość...
                                                  • gat45 Re: Prezencik 08.06.17, 18:14
                                                    Bandaże mi to przypomniały... Otóż od dziecka nienawidziłam całym swoim jestestwem zabaw typu potańcówka. Bywszy w trzecim oddziale szkoły powszechnej na doroczną choinkę przebrałam się za wychodek wiejski, ale o tym już chyba opowiadałam. W klasie terminalnej zaś (tak się zwie maturalna w autochtońskich liceach) na odpowiednik przebieranej studniówki przebrałam się za mumię. Koleżeństwo zawinęło mnie bandażami od stóp do głów z małym okienkiem na twarz. Plus drewniana podkładka od kręgu zwanego atlasem do kości ogonowej, bo stwierdzono komisyjnie, że mumia się nie ma prawa gibać i ma być sztywna. Przebieranie się nastąpiło tak blisko miejsca zabawy, jak tylko było możliwe, ale i tak przez te dwie stacje metra i na ulicy wywołaliśmy niezłą sensację. Na salę balową zostałam uroczyście wniesiona i położona na kilku krzesłach ustawionych szeregowo. Efekt był piorunujący, no i nie ryzykowałam, że ktoś mnie poprosi do tańca. Wytrzymałam w tym więzieniu godzinę i zaczęłam się gwałtownie domagać uwolnienia. Rozwijało mnie kilkanaście osób, bandaże tańczyły w charakterze serpentyn, a ja nie mogłam sobie przypomnieć, co z siebie zdjęłam, a co z ubrania mi zostało przed zapakowaniem sad Że koszulkę u góry miałam, to pamiętałam, ale co z dołem???? Odetchnęłam, ujrzawszy pasek od dżinsów. Niestety drogę powrotną musiałam pokonać boso.
                                                  • berrin Re: Prezencik 08.06.17, 18:45
                                                    Och mumia,
                                                    , wspanialy strój taneczny!!!. Mogła byc wszak mumią np. królowej Egiptu!
                                                    Rozumiem, bo cierpiałam na podobną niechęć tańczeniowo-przebierankową. Przeszło mi (tylko w zakresie przebierania i tylko do pewnego stopnia) jako osobie zupelnie dorosłej, kiedy na Orkonie (do wygooglania 😉) zostałam etatową zielarką.
                                                    Potem juz solennie szyłam sobie stroje, zwykle tupu "wikińskiej kobiety" (prosta suknia i fartuch na szelkach) jako a to matka przełożona pielęgniarek szpitala wojskowego, a to pani sekretarz arcykapłana...
                                                    A i tak wolę przebierać Osobistego, np. za Pana Gąsienicę.
                                                  • balamuk Re: Prezencik 08.06.17, 18:54
                                                    Dobrze, że nie miałaś w trakcie sensacji żołądkowych, nic by cię nie uratowało... wink
                                                    Też mi się zaczęły otwierać pudełeczka z pamięcią. Też kiedyś miałam uszyć gorset, też zamierzałam wykorzystać płaskowniki (na bandaże nie wpadłam, miały być trzy przeszywane warstwy mocnego płótna), na szczęście udało się pożyczyć w zaprzyjaźnionym teatrze i ocalałam.
                                                    Ale już kiecę dla tancerki flamenco szyłam. I męską szlafmycę. Faktycznie, co za czasy...
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 09.06.17, 09:11
                                                    Taaaaa, Gatu ten wychodek miejski utkwil mi w pamieci na do konca swiata. I to pukanie chetnych kawalerow proszacych do tanca, a ty: - Zajete!


                                                    Znowu turlam sie ze smiechu. Mumia nie ma tu szans, choc sie stara big_grin
                                                    Ja kiedys na przebierance wystapilam w prawdziwym sari, upietym na mnie przez wlascicielke. Calkiem wygodne, tylko w toalecie trzeba sie drogi do majtek naszukac i bardzo uwazac zeby nie popsuc kreacji. Wymaga treningu.
                                                  • gat45 Re: Prezencik 09.06.17, 09:26
                                                    Wiejski, Asiu, wiejski on był. Taki z serduszkiem wyciętym u góry drzwi. Wychodki miejskie mają mniej uroku.
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 09.06.17, 09:45
                                                    No oczywiscie ze wiejski, serduszko dobrze pamietam.
                                                    Nie wiem kto mi tu bledy robi - naprawde, jakis wirus mi w lapku siedzi. Nie tylko ortografy produkuje, ale i merytoryczne sabotaze tez lubi.
                                                  • franula Re: Prezencik 09.06.17, 10:23
                                                    czy ja mogę poprosić opowieść o wiejskim wychodku one more time?
                                                    wietrzę (hm?) cudo a wyszukiwarka forumowa wyjątkowo mnie nie lubi...
                                                  • berrin Re: Prezencik 09.06.17, 10:33
                                                    albo podlinkowie?
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 09.06.17, 10:49
                                                    Strasznie zaluje, ze juz zabilam gwozdz anegdotki, wybaczcie! i niech Gat wybaczy!

                                                    Wyszukiwarka znow popsuta! Gatu ratuj, gdzie ten wychodek?
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 09.06.17, 10:59
                                                    Mam!!!! ja sie nie poddaje


                                                    gat45 13.02.15, 15:38
                                                    To ja się przebiorę za Studnię Przodków.
                                                    Wieku lat 10-ciu wygrałam szkolny konkurs na gwiazdkowego przebierańca : przebrałam się za wiejski wychodek. Rodzice akurat kupili taką wielką lodówkę i z ich pomocą wymalowaliśmy karton w imitację desek, unicestwiliśmy górne i dolne dekielki,na froncie miałam wyrżnięte drzwi z obowiązkowym serduszkiem, a od środka dwa uchwyty - z tego stroju wystawał mi łeb i nóżki do kostek. Ojciec zapalił się do mojego pomysłu, ale Mama pomagała niechętnie, bo chciała mnie za wróżkę albo innego motylka.
                                                    A ja miałam najlepszy bal w życiu : mój kostium pozwalał usiąść na krzesełku z książką, a kiedy ktoś pukał, żeby mnie zaprosić do tańca, odpowiadałam "zajęte".
                                                    ****************************************************************

                                                    A tu caly, slawny watek do pekniecia ze smiechu:

                                                    forum.gazeta.pl/forum/w,14722,156529263,156529263,200000.html?s=1&so=2
                                                  • bluzeczka.zamszowa Re: Prezencik 10.06.17, 18:23
                                                    gat45 napisała:

                                                    > Bandaże mi to przypomniały
                                                    Odetchnę
                                                    > łam, ujrzawszy pasek od dżinsów. Niestety drogę powrotną musiałam pokonać boso.
                                                    >
                                                    Gatu, wiejski wychodek i usztywniona mumia!
                                                    Szał ciał i uprzęży!
                                                    Wobec powyższych przyjście Lilki do szkoły w pidżamie (Słoneczniki Haliny Snopkiewicz) jest drobiażdżkiem niegodnym wzmianki!
                                                    Zazdroszczę Ci fantazji!

                                                    Pamiętam z lat studenckich, jak jeden chłopak konsekwentnie przebrany był z okazji juwenaliów, pochodu pierwszomajowego i in. w więzienne pasiaki. Chudy był, przygarbiony tak, że rękami prawie sięgał podłoża, poruszał się szurając strasznie nogami i w ogóle wycieńczenie z niego emanowało.
                                                    Na pasiaku miał plakietkę: Więzień obozu naukowego!
                                                    Pozdrawiam Ciebie, Tubylca i P. T.
                                                  • minerwamcg Re: Prezencik 10.06.17, 20:45
                                                    Mój zaprzyjaźniony scenograf w studenckich latach ubrał się na bal w nogę od manekina. Nóżka była upiłowana na wysokości tyłka, pusta w środku - więc pomalował ją na zielono i nasadził na głowę.
                                                  • berrin Re: Prezencik 13.06.17, 11:39
                                                    Troszke na lepszy nastrój:

                                                    - Schowaj ją i chodźcie pomagać. – zaproponowałam. Kuba łypnął na mnie podejrzliwie i oddalił się w stronę Consensusa, a Prezes całkiem rozsądnie pokręcił głową.
                                                    - Rysio nas pozabija, jak podejdziemy. Rany, Anka po tym łaziła, Zbyszek łaził, a popatrz, trzasnęło akurat, jak myśmy wleźli…
                                                    Zerknęłam w stronę wrót hangaru, gdzie plecami do nas, podtrzymując podawane przez Jędrusia dźwigary z rur hydraulicznych, utkwił Zbyszek.
                                                    Miał imponujące równoleżniki i znakomity ciężar właściwy i, jak zawsze podkreślał, jego materia była upakowana bez zbędnych luzów - w efekcie wcale nie był gruby, ale uginały się pod nim burty nawet pełnomorskich jachtów, zresztą słusznie, bo jako pierwszemu sekretarzowi pezetżetu naprawdę należał mu się szacunek. Bożenka, jego żona, uparcie próbowała go odchudzać ze względu na coraz bardziej odmawiające współpracy stawy biodrowe małżonka, ale Zbyszek, w domu posłusznie spożywający brokuły i biały ser, na wszelkich wyjazdach, a tych z racji pełnionej funkcji zaliczał całą masę, chętnie dawał się częstować pokarmem bardziej wysokokalorycznym i nadal pozostawał upakowany materią bez zbędnych luzów.
                                                    - Kiedy łaził? – zapytałam, kiedy dotarł do mnie cały sens wypowiedzi Prezesa. Jakoś nie mogłam sobie zwizualizować Zbyszka na kratownicy, choć w zasadzie nie wiem czemu, skoro przecież jako dziecię niewinne oglądałam go na pertach Pogorii. No, może kluczowe było to, że dziecięciem niewinnym byłam dobre piętnaście lat wcześniej i wtedy nawet mój własny ojciec popylał po wantach jak młody lemur.
                                                    - Dziś z rana. Jak glinowie pojechali.
                                                    - Bożena go zabije…
                                                    - Zauważyłem go, bo myśmy… tego…
                                                    - Od rana tam czatowali, aż nikogo nie będzie.
                                                    - Właśnie. I widzieliśmy, ze właził, strasznie zły był, i aż się zdziwiłem, ze wepchnął się sam, bo przecież jakby powiedział, ze mu co potrzebne, to każdy by mu poszukał.
                                                    - A… czego szukał?
                                                    - Nie wiem, ale klął, ze idioci sztauowali…
                                                    Akurat przy jesiennym zapełnianiu kratownicy sprzętem nie byłam obecna, bo hol wiślany, przedsięwzięty przez nas z przyczyn obiektywnych dopiero 2 listopada, zakończył się dla mnie zapaleniem płuc z powikłaniami i wstałam z łoża boleści dopiero na początku grudnia. Rzeczy do upchania faktycznie mieliśmy tym razem trochę więcej, bo starsza szalanda w Załubicach niestety osiadła na dnie z zalaną ładownią i przestrzeń magazynowa nieco nam się znienacka skurczyła. W efekcie tym razem nasz uroczy pawlacz spawany z grzebieniówki musiał pomieścić znacznie większy ciężar i wyglądało na to, ze sztauerzy przesadzili.
                                                    Kuba wrócił – bez szpady - i na polecenie Jędrusia zaczął wydobywać z pomieszczeń magazynowych kolejne elementy stalowe, możliwe do użycia jako słupy nośne. Prezes, rozejrzawszy się za lżejsza praca, żadnej nie dostrzegł, więc z westchnieniem ruszył na pomoc koledze. Bezczelnie założyłam, ze jest to praca typowo męska, zostawiłam ich przy niej i wróciłam do wnętrza.
                                                    Jacek i Bogdan, już doskonale zaprzyjaźnieni, ustawiali właśnie drugą rurę, klinując jej wierzchołek pomiędzy najgęściej upakowanymi poprzecznymi prętami. Niestety, aby ustawić ją pionowo i tym samym uzyskać najkorzystniejszy rozkład sił, musieli jakoś unieść całość ciężaru podpieranego stropu o skromne piętnaście centymetrów – a na moje oko oznaczało to, ze muszą jakimś cudem dźwignąć osiemset kilo. Twardzi byli i wyglądało na to, że zanim ulegną fizyce, doprowadzą się do ostatecznego wyczerpania.
                                                    Poszłam do Jurka, owocnie zajętego przycinaniem deszczułek, mających ustabilizować dźwigary od dołu. Krajzega wyła rozpaczliwie i musiałam przeczekać dobre cztery metry bieżące drewna, zanim stolarz mnie zauważył.
                                                    - Panie Jurku, gdzie są podnośniki od robura?
                                                    Jurek odłożył na bok elegancko przyciętą łatę sosnową, poprawił wiecznie zsuwające mu się z nosa okulary i pomyślał chwile.
                                                    - Z tyłu. W zielonym magazynie.
                                                    - Potrzebne będą.
                                                    - Chodź, sama nie wyciągniesz…
                                                    W efekcie sama doprowadziłam się niemal do wyczerpania, wywlekając spod licznych skrzyń, części do silników oraz jednego niemal kompletnego pięćdziesięciokonnego volvo-penta dwa potężne, przemysłowe lewarki, które pozostały nam na stanie po skasowaniu na początku ubiegłego sezonu naszego ciężarowego wozu dostawczego marki robur. Na szczęście wywleczone na płaski grunt nie stawiały dalszego oporu i na potwornie zgrzytających kółeczkach dały się zawlec na teren akcji ratunkowej.
                                                    - Hej! – ryknęłam w stronę dwójki inżynierskiej, która straszliwie stękając po raz kolejny próbowała dokonać niemożliwego – Ruptury dostaniecie!
                                                    Bogdan odwrócił się w moją stronę ze spojrzeniem urażonej sarny, za to Jacek, widać – może z racji zawodu – odporniejszy, bardzo się ucieszył.
                                                    - Czekaj, zostaw to, Janka ma rację, podnośnikiem będzie idealnie. Jedną rurą podniesiemy całość na lewarku, ustawimy dźwigary i opuścimy na nie kratę. A w razie czego będzie można poprawić.
                                                    Bogdan przez chwilę wyglądał jak wcielenie politechnicznej urazy, ponieważ mimo niewątpliwie wielu szlachetnych cech charakteru nie lubił, kiedy ktoś obok, czy wręcz zamiast niego prezentował śmiałe inżynierskie podejście do problemu. Za to Jacek zabrał mi oba lewarki, zazgrzytał jednym aż żeby zabolały, i zaciekawił się mocno.
                                                    - Czy one w wodzie leżały, ze tak wyglądają?
                                                    - Dwa tygodnie, owszem. Zanim zdołaliśmy dostać się do zatopionej ciężarówki.
                                                    Jacek obejrzał oba jeszcze raz, zazgrzytał nieco łagodniej i ciszej drugim, zdecydował się na ten mniej zardzewiały i powlókł go pod ścianę w głębi. Bogdan zdecydował się przełknąć urażoną dumę, tym bardziej że Jacek, osobnik poznany przez niego pół godziny wcześniej, wyraźnie prezentował ukierunkowanie na rozwiązanie zadania, a nie na lans.
                                                    - To może weźmy tę najkrótszą, dwa i pól metra, on ja podniesie na półtora w górę i wystarczy. – zaproponował konkretnie. Jacek skinął głową.
                                                    Przestrzeń hangaru wypełnił straszliwy, wysoki, świdrujący zgrzyt. Wycofałam się na zewnątrz w sam czas, by ujrzeć, jak Marlena, obudzona znienacka czymś tak przerażającym, podrywa się spod GAZ-a na równe łapy, piszczy równie straszliwie jak podnośnik i zwiewa nierównym galopem szukać schronienia pod samym wałem.
                                                    - Było je najpierw nasmarować. – z naganą zauważył Jurek i poszedł do swojej krajzegi.
                                                  • franula Re: Prezencik 13.06.17, 14:57
                                                    wszystko jest fajnie ale zaczynam sie gubić w nadmiarze wsobnego jezyka żeglarskiego: szalanda, grzebieniówka, sztauerzty w kolejnych zdaniach
                                                    i co to są równoleżniki w odniesieniu da faceta?!
                                                  • berrin Re: Prezencik 13.06.17, 15:02
                                                    Sorry!!!
                                                  • berrin Re: Prezencik 13.06.17, 15:09
                                                    Zbyszek zawsze podkreśla, że on, jako zeglarz nie ma iles tam w pasie, tylko w rownolezniku.
                                                    Szalanda to taka samobiezna barka na urobek z pogłębiarki, coś, co ma wielką ladownię, poklad i w zasadzie tyle. Te, co już nie popłyną, często robią za przybrzeżne magazyny na wszystko.
                                                    Sztauowac to umieszczac rzeczy w ładowniach (innych punktach jachtu) zgodnie ze sztuką, zeby całość nie fiknęła z powodu przeciążenia z prawej strony na przyklad. Sztauerzy, to ci, co sztaują.
                                                    Grzebieniówka to nie jest termin żeglarski tylko budowlany, to rodzaj pręta zbroojeniowego, nie gładki tylko jakby w poprzeczne żlobienia.
                                                  • berrin Re: Prezencik 13.06.17, 15:10
                                                    Obiecuję poprawę...
                                                  • balamuk Re: Prezencik 13.06.17, 15:50
                                                    Nooo, poprawiło nastrój. smile
                                                    Równoleżniki też mnie zbiły z tropu, za to resztę tego, co nie wiem, co to takie, sprawdzam sobie z przyjemnością. Lubię nowe słówka, choć to pewnie zboczenie zawodowe. wink
                                                  • gat45 Re: Prezencik 13.06.17, 16:36
                                                    A ja się pochwalę : wszystko zrozumiałam ! Równoleżnik sobie wydedukowałam, z szalandą miałam tylko problem płci (po francusku - ten chaland), a sztauerkę znam osobiście, bo od zawsze wiem, że jestem świetnym sztauerem : Tubylec twierdzi, że ja w żadnej walizce nie zostawiam więcej niż 1mm3 luzu i potem podnieść nie mogę, a co ja kiedyś upakowałam w fiaciku 126 (kolega wracał w ciężkich czasach po rocznym kontrakcie we Francji), to wyglądało, że do TIR-a się nie zmieści. Tylko muszę najpierw okiem ogarnąć cały-calutki ładunek, potem sam mi się w rozumie robi taki trójwymiarowy diagram, uwzględniający kształty i odporność każdego obiektu (żeby to, co by się mogło zmiażdżyć, nie było pod czymś ciężkim itp). Nie wiem, jak mi się to robi, ale się robi. Samo. Już mi mówiono, że za czasów przewozów innych niż kontenerowe, zbiłabym fortunę na tym darze. Niestety spóźniłam się i nie zbiłam sad
                                                  • balamuk Re: Prezencik 13.06.17, 17:50
                                                    A ja szalandę musiałam sprawdzić, a teraz, skoro napisałaś, że to z fr., to sprawdziłam jeszcze w języku miejscowym - i oczywiście jest. I to w dwóch wariantach: nijakim (czyli w lp rodzaj męski) i żeńskim. Też nie znałam, a teraz znam. Ciekawe, na co mi to. wink
                                                    Umiejętnością pakowania do milimetra, wyrobioną przez lata w wyniku górskich wyjazdów i potrzeby upychania na styk i na dodatek tak, żeby plecak był odpowiednio wyważony, wrobiłam się na zawsze u tutejszej rodziny. Nie tylko standardowo załatwiam bagaże szwagierki, która do walizki wrzuca luzem pól załadunku, a potem patrzy z rozpaczą na taką samą kupę dobra, która leży obok, ale - kiedy trafił się im remont generalny - musiałam racjonalnie zapakować wszystko, co było w domu.
                                                    Nie zwracajcie na mnie uwagi, mój kierownik wrócił po urlopie, normalnie ma ADHD, a po urlopie ADHD do trzeciej potęgi. Już uciekam.
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 14.06.17, 10:24
                                                    > A ja się pochwalę : wszystko zrozumiałam !

                                                    Ja prawie. Najlatwiej rownoleznik mi poszedl big_grin
                                                    Pakowac tez umiem, organizacja przestrzeni to moja specjalnosc z wyjatkiem nowych zmywarek, niech je cholera wezmie - glupio sa zaprojektowane. Nalezaloby kupowac zmywarke razem z zastawa i garami. Niech ten co zaprojektowal zmywarke dozaprojektuje do niej graty. Zla jestem.
                                                  • se_nka0 Re: Prezencik 16.06.17, 06:41
                                                    Asiu, bo zawsze stare lepsze wink

                                                    Berrin - dzięki za c.d - nie wiem skąd wiedziałam, ale wiedziałam o czym piszesz smile
                                                    Równoleżnik tylko doczytałam.
                                                  • berrin Re: Prezencik 22.06.17, 10:45
                                                    Jak wspominałam, kobieta to człowiek odporny. Chwyta sie też różnych rzeczy, żeby świat sie do czegos nadawał. C.d. Więc c.d.

                                                    Panowie owocnie pracowali wśród jęku dręczonego podnośnika. Fakt, ze wybrali ten mniej zardzewiały, nie miał wielkiego znaczenia, bo trudno mi było sobie wyobrazić, żeby ten drugi jeszcze bardziej rzęził. Pomyślałam mętnie, ze może w trakcie pracy trochę się przetrze, czy coś i odgłosy złagodnieją, ale Jurek miał rację, było go najpierw choć trochę nasmarować. Marlena uparcie odmawiała opuszczenia bezpiecznej miejscówki pod plandeką Jajecznicy, choć Rysio wabił ją anielskim głosem i świeżo otwartą puszką szprotek smokowanych a ja uznałam, że w zasadzie mogę przez chwilę nie dbać o podniesienie mojej wartości, nie szukać sobie zajęcia, tylko usiąść i pomyśleć. Nie, żeby o czymś konkretnym, ale tak ogólnie dać sobie czas, żeby mnie dogoniło to wszystko, co zostawiałam w tyle za sobą przez cały dzisiejszy skomplikowany dzień.
                                                    Wwiercający się w uszy zgrzyt metalu o metal trochę jednak przeszkadzał myśleć i nie dziwiłam się Marlenie, ze w tych warunkach nie ma apetytu. Z drugiej strony, trudno było oczekiwać lśniącej powierzchni i bezgłośnej pracy od urządzenia, które bez jakiejkolwiek konserwacji najpierw spędziło nie wiadomo ile lat w magazynie kółka rolniczego pod Kozienicami, a potem, równie źle traktowane, jeździło przez kolejną dekadę pod plandeką robura. Wisienką na torcie jego życia zaś, jeśli można tak ująć, było wodowanie Koliberka w czerwcu zeszłego roku…
                                                    Wspomnienie całego zajścia do dziś wywoływało we mnie lekki dreszcz. Prawdę powiedziawszy to, że nikomu nie stało się wtedy nic poważnego, zawdzięczaliśmy jedynie nieprzewidywalnej opaczności wyższej, która uznawszy zapewne, ze ekipa harcerzy postanowiła spektakularnie się pozabijać, uczyniła wszystko, by tym razem złośliwie nam na to nie pozwolić…
                                                    Kowalik był jednym z trzech dwuipółtonowych holowników, jakie trzy wodne drużyny harcerskie okupujące HOW od lat 60-tych miały na wspólnym stanie, bliźniakiem Koliberka i Zimorodka. Zimorodek został szybko zawłaszczony przez któryś z bardziej eleganckich, nieharcerskich klubów żeglarskich znad Wisły, zaś koliberek i Kowalik zgodnie pracowały, co rok wiosną, na początku sezonu, wlokąc długie hole żaglówek na Zegrze a potem na Mazury i pokonując tę samą trasę w przeciwną stronę jesienią. Z biegiem lat hole się wydłużały, drewnianym omegom zaczynały towarzyszyć najpierw zabudowane szalupy, potem pierwsze, wylaminowane na HOWie kabinówki, jak choćby nasza Nadzieja i Zbyszkowa Jajecznica, całość stawała się coraz cięższa i trudniejsza w manewrowaniu aż nadszedł dzień, kiedy oba ptaszki nie były w stanie szarpnąć holu i zamiast nich w zaprzęgu umieszczono Wronę, ruski holownik rzeczny, zdolny chyba przeciągnąć Batorego przez Zatokę Gdańską. Koliberek został w Piszu, gdzie zajmował się owocną pracą na śluzie i kanale, zaś Kowalik wrócił do Warszawy i po tym, jak okazało się, że mocy silnika nie wystarcza mu już nawet na to, żeby pod wiślany prąd pchać samego siebie, stanął na kołkach, przez kilka lat najpierw czekając na obiecany generalny remont, a potem, rozgrzebany i wybebeszony, na szczęśliwe tegoż remontu zakończenie.
                                                    Remont wlókł się jak budowa metra, bo nieustannie brakowało pieniędzy i mocy przerobowych. Do naprawienia wnętrza i maszyny potrzebni byli fachowcy, których nie było, a nawet jak byli, to nie chcieli pracować za darmo, i części zamienne, których nie tylko nie mieliśmy za co kupić, ale także skąd wziąć, ponieważ Kowalik był jednostką bardzo wiekową i od lat nie produkowano już silników takich jak ten, który tkwił w jego głębinach. Wszyscy zatem przyzwyczaili się, że Kowalik jak pomnik ogólnej niemożności stoi pod plandeką w najdalszym rogu placu, a ja sama jako dziecię bawiłam się w jego wnętrznościach w milicjantów i piratów. A potem znienacka prace ruszyły, remont nieoczekiwanie zakończono w lutym zeszłego roku, podobno częściowo ze środków miejskich a częściowo nie wiadomo jakich, zdążyliśmy się ucieszyć, a dwa dni przed wodowaniem nagle się okazało, ze owszem, Kowalik schodzi na wodę, tylko że już nie jest nasz.
                                                    Awantura, jaka wtedy wybuchła w związku z bezprawnym zbyciem mienia harcerskiego przez osoby o wątpliwych pełnomocnictwach na rzecz podejrzanej osoby trzeciej, trwała jednak zaskakująco krótko i właściwie jak teraz o tym myślałam, to nie bardzo rozumiałam, czemu. My, z HOWu, odpuściliśmy łatwo, bo przez te lata, kiedy Kowalik stał na kołkach, zapomnieliśmy, ze on w ogóle jest nam potrzebny, zresztą sporo ludzi w moim wieku albo młodszych w ogóle nie miało prawa pamiętać go na wodzie i przy pracy. Tylko dlaczego tak łatwo odpuścili wtedy Zbyszek z Jackiem…? Do samego zresztą końca awantury nie dowiedzieliśmy się – i w zasadzie nie wiedziałam do tej pory – kto właściwie został nowym właścicielem. Zawiadomiono nas tylko mętnie, że Kowalik będzie teraz traktowany jak jednostka zabytkowa i w takim charakterze ma pracować – co natychmiast wzbudziło radosną plotkę, że jego remont sfinansował jeden z dostojników minionego ustroju a obecnie biznesmen i wydawca, który nie tak wiele wcześniej zakupił i wyremontował stateczek białej floty mazurskiej, nadal mu imię Аврора i spędzał na nim lato, pływając od Rucianego do Węgorzewa i z powrotem.
                                                    Dlaczego w tym wszystkim to my – skoro Kowalik już nie był nasz – mieliśmy przeprowadzić jego wodowanie, też nie udało nam się odgadnąć, ale jakoś nikt nie odmówił udziału, może dlatego, ze strasznie chcieliśmy zobaczyć ten szacowny zabytek na wodzie. I to właśnie przy tej okazji nasz Rysio awansował na lokalnego proroka, stwierdzając w dniu wodowania, ze ten złodziej, co zabiera holownik harcerzom, nie będzie miał z niego żadnego pożytku i niech się udławi.
                                                    Holowanie najpierw przełożono o dwa dni, żeby zgromadzić odpowiednią ilość silnych ludzi do trzymania za liny, a potem o kolejny dzień, kiedy okazało się, ze ci silni ludzie nie są w stanie wiele zdziałać z dwiema i pół tonami zabytku i potrzebna jest wyciągarka. Jedyną wyciągarką, jaka dysponowaliśmy, i jaka byłaby w stanie uciągnąć taki ciężar, był robur Mariusza.
                                                    Mariusz trochę protestował, ale w końcu machnął ręka i udostępnił wóz, zaznaczając, że obsługę i kierowcę musimy znaleźć sami, bo on nie ma czasu. Był wtedy w szczytowej i najbardziej absorbującej fazie rozwijania swojej firmy o wdzięcznej nazwie Euroser i zaniedbywał nawet swą ukochaną sportinę, więc nikt się nie zdziwił jego brakiem chęci do uczestniczenia w epokowym wydarzeniu historyczno-szkutniczym. Przyjechał roburem późnym wieczorem, ustawił go gdzie trzeba, naszykował kołki do podłożenia pod koła i w ogóle zadbał o wszystko – a przynajmniej tak mu się wydawało.
                                                    Kowalik stał już na wózku, ustawiony na nim przez zaprzyjaźniony dźwig samobieżny, więc akcja sprawiała wrażenie dobrze przygotowanej – aż do momentu, kiedy Przemas zmierzył kontrolnie stan wody w kanałku przy slipie, gdzie Kowalik miał po latach powitać żywioł i odkrył, że nie ma szans, żeby holownik o zanurzeniu prawie metra zdołał zejść na wodę tam, gdzie w najgłębszym miejscu nie ma więcej, jak pół tegoż metra. Poza tym nawet, gdyby jakoś udało się namówić jednostkę do bujania się na falach a nie do osiąścia (osiadnięcia?) na dnie, nie istniał żaden sposób, by potem przeprowadzić ją skutecznie przez zniszczone wrota kanałku na Wisłę, bo tam było jeszcze płycej.
                                                  • berrin Re: Prezencik 22.06.17, 10:45
                                                    I mam nadzieję, ze tym razem nie ma nadmiaru hermetycznej terminologii.
                                                  • berrin Re: Prezencik 22.06.17, 11:03
                                                    Poza tym, edytor forumowy zamienia mi myślniki na znaki zapytania, ciekawostka...
                                                  • gat45 Re: Prezencik 22.06.17, 12:29
                                                    To wodowaliście Koliberka (... wisienką na torcie....) czy Kowalika ? Bo mnie wychodzi, że wisienka na torcie sumiennie pracuje w Piszu, a wy przeżywacie przygody z Kowalikiem.
                                                  • berrin Re: Prezencik 22.06.17, 12:36
                                                    AAA! Oczywiście, masz rację Gatto.
                                                    I jak mam to wyedytować?
                                                    Wodowalismy Kowalika!
                                                    Umpf.
                                                  • balamuk Re: Prezencik 23.06.17, 07:06
                                                    Ojtam ojtam, i to ptak, i to ptak.
                                                    Ważne, że jest nasz Ulubiony Ciąg Dalszy. wink
                                                  • berrin Re: Prezencik 23.06.17, 09:49
                                                    No, jak ulubiony, to proszę, c.d smile

                                                    Tajemniczy osobnik, uczestniczący w akcji wodowania, zapewne właściciel i biznesmen nowego chowu (jakoś mi się teraz we wspomnieniach wydał strasznie podobny w wyrazie do naszych kolegów tenisistów zza płota) strasznie się zezłościł i zażądał, żebyśmy coś natychmiast wymyślili, bo on nie ma czasu. Jacek, który oficjalnie koordynował całą akcję i z każdą jej godziną zawierał w sobie więcej promili, nie tylko z piwa pochodzących, zasugerował wówczas coś iście samobójczego, co nigdy by mu na trzeźwo nie przyszło do głowy, a ten nieszczęsny idiota, ewidentnie nie mając pojęcia ani o holownikach, ani o wodowaniu, radośnie się zgodził.
                                                    Otóż Jacek zaproponował, żeby do wodowania wykorzystać slip, prowadzący bezpośrednio z wału do Wisły. Ten sam, w pobliżu którego przeżyłam dziś jeden z najbardziej zaskakujących poranków mojego życia.
                                                    Jurka przy całej tej wzniosłej ceremonii nie było, bo leżał wtedy w szpitalu, Rysio schował się w swojej stolarni, żeby nie patrzeć na obrzydliwość, więc zabrakło kogoś, kto byłby w stanie wyjaśnić obu panom, dlaczego jest bardzo ważne, żeby tego, do cholery, nie robili. Przemas z Bogdanem próbowali protestować, ale zostali zakrzyczani, jedyne, co mogli, to przytomnie odmówić siadania za kierownicą ciężarówki. Moja interwencja, kiedy zawiadomiłam, że z przeciwległego brzegu patrzy na nas ekipa z radiowozu, dała tylko tyle, ze Jacek odesłał wszystkich nieletnich, bo chyba mu coś zaświtało, ze w stanie, w jaki się sukcesywnie i skutecznie wprowadza od rana, niekoniecznie ma kwalifikacje do opieki nad nimi. Oczywiście nieletni nigdzie nie poszli, ale przynajmniej stanęli we w miarę bezpiecznej odległości i do dziś sądzę, ze tylko dzięki temu obeszło się bez ofiar. Zresztą, zostało wystarczająco dużo pełnoletnich kretynów, którzy wzięli udział w dalszej akcji trochę z bezmyślności, trochę z ciekawości, a trochę dla jaj…
                                                    Wodowanie jednostki pływającej, odbywające się metodą wjechania nią na wózku do wody, a potem wyjechania samym wózkiem, podczas gdy jednostka ma obowiązek się unosić, wymaga, jak wiadomo, jednostki, wózka, czegoś do operowania tym wózkiem w stylu wyciągarki lub ciągnika oraz pochyłego miejsca, gdzie można wjechać wózkiem do wody, nie ryzykując, że samemu wjedzie się razem z nim. Zatem rzeczona pochyłość winna być pochylona w stopniu umiarkowanym i łagodnym, oraz niezbyt długa - z szacunku do wytrzymałości liny wyciągarki. Sam zaś zjazd w miarę możliwości winien być dość równy, bo inaczej łódź gotowa na wyboju zeskoczyć z wózka. Do tego jeszcze miejsce, gdzie łódź miała się unosić, powinno być wystarczająco głębokie, żeby jej to umożliwić i w miarę spokojne, żeby nie porwał jej natychmiast nurt rzeki, zanim załoga zdąży ją opanować. Niezwykle zaawansowane wymagania technologiczne - niezbyt stromo, niezbyt długo, dosyć gładko, wystarczająco głęboko. Proste.
                                                    Akurat.
                                                    Slip wiślany, który wzbudzał w nas takie emocje, został wybudowany w epoce regulowania wszystkich cieków wodnych przy użyciu dużej ilości betonu – i zarazem w epoce, kiedy solidność wykonywania czegokolwiek nie była priorytetem. Ewidentnie rozsądek przy projektowaniu tez nie. Ułożono go - czy może raczej uwalono – z umieszczonych kolejno, jedna za drugą, wielkich, betonowych płyt, zdążających ku rzece. Jednak, jak to się okazało po pierwszej wyższej wodzie, niemal nie utwardzono gruntu pod płytami, a wszak tereny bezpośrednio przy rzece w środkowym jej biegu rzadko kiedy charakteryzują się spoistością. W rezultacie w ciągu pierwszego pół roku swego istnienia gładki zjazd zmienił się w szlak safari. Wielkiego znaczenia to i tak nie miało, bo jakość wykonania nie było jedynym, i nawet pewnie nie największym problemem konstrukcyjnym slipu. Kluczowe było jego nachylenie i długość zjazdu.
                                                    Stromizna na zbity ryj, odtwarzająca dokładnie kąt, pod jakim do rzeki schodziły biegi wielkich, betonowych schodów, znajdujących się po obu stronach slipu, miała dobre dwadzieścia pięć metrów, kończyła się zaś nagle – bo płyty nie sięgały wystarczająco daleko w głąb wody. Za to nurt królowej naszych rzek akurat w tym miejscu szedł - bardzo wartki - niemal przy brzegu, więc głębokość przy końcu slipu była taka więcej fakultatywna i nieprzewidywalna, a do tego każda jednostka wodowana w tym miejscu mogła mieć absolutną pewność, że zostanie porwana - razem z wózkiem lub bez niego - w dół rzeki.
                                                    W zasadzie - pomyślało mi się - gdyby ten nieboszczyk z poranka nie trafił na gałęzie na samym dole, to spotkałoby go dokładnie to samo, bo nieszczęsny slip schodził do wody tuż przy miejscu, gdzie rano wpadłam na zwłoki i nurt w tym miejscu wcale nie złagodniał…
                                                    Naprawdę, nie było zasługą tych bałwanów, ze wtedy obeszło się bez zwłok…
                                                    Pojechali wtedy tym cholernym roburem na wał, ignorując protesty chłopaków i wlokąc za sobą wózek z holownikiem. Powinien się urwać, bo nie zabezpieczyli haka, ale się nie urwał. Zawrócili, ustawiając ciężarówkę frontem do rzeki. Zamocowali linę do wyciągarki z przodu, Jacek wskoczył do kabiny i zaczął opuszczać wózek po slipie. Grawitacja pomagała że hej, zwłaszcza od momentu, kiedy kłąb liny na wyciągarce się zablokował a bardzo blady Bogdan zaczął wrzeszczeć, ponieważ jako pierwszy zauważył, że w ferworze wodowania Jacek z tajemniczym osobnikiem zapomnieli o drobiazgu – o podłożeniu klocków pod koła robura…
                                                    Kolejne sceny zapamiętałam jak na stopklatkach, choć nie wiem, jakim cudem, bo w ich trakcie wydawało mi się, ze patrzę wszędzie, tylko nie na zsuwającą się po pochylni trzyipółtonową ciężarówkę, sunącą najpierw przodem, a już po chwili, kiedy Jacek rozpaczliwie skręcił kierownicę, bokiem, coraz szybciej, zaczęłam wrzeszczeć nie gorzej niż Bogdan, żeby przegonić dzieciaki, które podeszły w zasięg coraz mocniej napinającej się liny i naprawdę, zwracałam uwagę głównie na nie, wóz, nabierając prędkości ustawił się do rzeki lewą stroną, szczęście w nieszczęściu, bo tylko dzięki temu Jacek wyskakując z kabiny z miejsca kierowcy nie wypadł prosto pod rwący ku zagładzie zespół holowniczy. Kowalik wpadł do Wisły z rozbryzgiem godnym wodowania transatlantyka, nurt szarpnął nim i porwał go razem z wózkiem, zakręcił wielką machiną jak łódeczką z papieru a szarpnięty mocno w bok robur trafił akurat w tym momencie kołem na nierówność, która powstrzymała na moment jego ślizg ale za to pozbawiła go resztek równowagi. Następną figurę tańca wykonał, padając płasko na bok i w tej pozycji wjechał do rzeki. Kiedy znieruchomiał, lina wyciągarki poddała się, strzeliła z dźwiękiem pękającej gumki, a holownik spadł z wózka, przepłynął jeszcze kawałek kręcąc się w wirach, wyrżnął dnem o jakąś podwodną przeszkodę, a potem położył się na burtę, ukazując wielką, świeżą dziurę w okolicy stępki i zarył o dno. Wszystko zamarło – jeśli oczywiście nie liczyć straszliwie klnących Jacka i tego tamtego gościa, którzy potykając się zbiegli nad samą wodę i przez chwile wyglądali, jakby planowali ręcznie stawiać robura na koła.
                                                    Potem przyjechała policja, która starannie spisała wszystkich, którzy nie uciekli, sprawdziła, ze wszyscy są zdrowi i cali, powąchała Jacka i wręczyła mu alkomat. Wynik badania nie został nam ujawniony, ale w jego konsekwencji Jacek odwiedził kolegium i na dwa lata pożegnał prawo jazdy, a ja nadal uważałam, ze bardzo tanio wykręcił się z całej akcji – nie licząc oczywiście skutków furii Mariusza, który następnego dnia ręcznie wyjaśniał panu komandorowi, jak bardzo kochał swego robura, a Bogdan ich rozdzielał.
                                                    Ciekawe, skąd mi się wziął cały ten atak traumatycznych wspomnień… chyba z bardzo niesprecyzowanego poczucia, które nie wiem skąd mi się nagle pojawiło, albo może nie tyle pojawiło, co nasiliło tak, ze nie dało się dłużej ignorować, że dokoła HOWu w ciągu ostatnich kilku lat ciągle dzieje się coś mętnego i dziwnego, jakiegoś takiego… nowe czasy, czy co…? Przecież ta akcja z zabraniem nam Kowalika nie była pierwsza…
                                                  • balamuk Re: Prezencik 23.06.17, 18:22
                                                    Ranyści, jak ty obrazowo opowiadasz! Już się Asia zachwycała, ale ja bardziej. wink)) Normalnie czytam każdy odcinek dwa razy, dzisiaj przeczytałam trzy i jeszcze mam ochotę. No.
                                                    A jedno zdanie - ...zostało wystarczająco dużo pełnoletnich kretynów, którzy wzięli udział w dalszej akcji trochę z bezmyślności, trochę z ciekawości, a trochę dla jaj… - znowu wyzwoliło falę wspomnień, niektóre wolałbym sobie darować. wink
                                                  • berrin Re: Prezencik 24.06.17, 09:59
                                                    We mnie też. Wiesz, ja pamiętam kilka takich wodowan na granicy trzeźwości, sensu i samobójstwa...
                                                    Cieszę się że smaczne było 😀. W poniedziałek postaram się o dalszy ciąg, ale potem znowu może być tygodniowy zastój.
                                                  • se_nka0 Re: Prezencik 24.06.17, 10:06
                                                    Cudo !
                                                    Jakbym film oglądała.

                                                    Iii tam, Balamuku - szanujmy wspomnienia wink
                                                  • balamuk Re: Prezencik 24.06.17, 11:13
                                                    big_grin
                                                  • berrin Re: Prezencik 26.06.17, 10:20
                                                    Uubiony (miejmy nadzieję) Ciąg Dalszy.

                                                    Patrzyłam tępo przed siebie, a skomplikowane wspomnienia z ostatnich kilku lat nieoczekiwanie wylazły z chaszczy mojej pamięci i pchały się nachalnie jedno przed drugie.
                                                    Najpierw… najpierw to chyba była walka o hangar, zaraz po zmianie ustroju. Ktoś przyszedł, machając papierami i zaprezentował się jako nowy właściciel terenu pomiędzy wałami. Kazał nam się wynosić, co zostało zignorowane, więc zaraz potem przybył w dwa wozy policyjne i opieczętował hangary i łodzie „na poczet zaległych opłat za użytkowanie jego terenu”. Jego bezczelność nieco nas oszołomiła, i kto wie, czy – jeszcze dziecięco nieświadomi, na czym także będą polegać zmiany otaczającej nas rzeczywistości – nie uleglibyśmy magii papierków z pieczęciami, gdyby nie reakcja dwojga prawników – mojej mamusi i jej znajomego ze studiów, który jeszcze wtedy pełnił dość wysoką funkcję w warszawskiej prokuraturze. Ojciec pożalił się matce, matka poszczuła Jerry’ego, Jerry przyjechał, obejrzał pieczęcie na licznych dokumentach, zlecił przeprowadzenie jakichś czynności a następnie rzekomy właściciel ewakuował się – jak nas powiadomiono – za granicę, ewidentnie w dużym pospiechu, bo nie zdążył nawet pospłacać wszystkich swoich licznych długów. Jerry jeszcze tylko z rozpędu potwierdził, że grunt, na którym stoją nasze hangary, jest własnością miasta, przekazaną w użytkowanie wieczyste Chorągwi i że nikt do niego nie ma żadnych roszczeń sprzed wojny, bo przed wojną tego gruntu w tym miejscu w znacznej części nie było, w każdym razie nie suchego, a nikt się wtedy nie rwał do posiadania kawałka starego koryta rzeki. Następnie polecił swe usługi na przyszłość – a potem przeszedł na rentę, bo trzeci zawał okazał się okolicznością nie do zignorowania.
                                                    Woziłam mu wtedy do szpitala szynkę w galarecie, a on tłumaczył mi, dlaczego powinnam zostać prawnikiem dowolnej specjalności poza prokuratorską…
                                                    Potem pojawił się jeszcze raz jakiś jeden inny spadkobierca, ale został spacyfikowany bardzo szybko i sprawnie, bo byliśmy już doświadczeni i pewni siebie. Trochę się, pamiętam, nawet dziwiliśmy jego zajadłości, bo teren, do którego rościł sobie prawa tak gwałtownie i zachłannie, nie nadawał się ani pod zabudowę, mając nośność gruntu na poziomie blaszanych baraków albo jednopiętrowych pawiloników na bazie drewna i sklejki, ani nie miał wielkich walorów turystyczno-krajobrazowych, a kawałek nad samą rzeką, być może kiedyś atrakcyjny dla spacerowiczów, został dokumentnie spieprzony podczas podwyższania wału przeciwpowodziowego i od lat straszył pokruszonym, surowym betonem. Spadkobierca nie wiadomo kogo szybko zresztą poszedł precz i kolejnych tego rodzaju prób już nie było.
                                                    Potem aresztowano Rysia. Jeszcze wtedy miał żonę i fakcie dowiedzieliśmy się właśnie od niej, przybiegła na HOW i zrobiła awanturę Zbyszkowi, ze pozwala tak traktować swoich pracowników. Padło na Zbyszka, bo był akurat wizualnie najstarszy a do tego jeszcze nie zdążył się przebrać w robocze łachy, więc wyglądał dość nobliwie. Zbyszek się przejął, choć potem opowiadał, że kobiecie chodziło chyba głównie o to, że to nie ona dała mężowi szlaban. Pojechał dowiedzieć się, co się właściwie stało, okazało się, ze Rysio jest na razie zatrzymany, oczywiście nikt Zbyszkowi jako osobie trzeciej nie chciał powiedzieć, o co chodzi, a kiedy zaczął się domagać bardziej gromko, zasugerowano mu, ze jego tez mogą zatrzymać, jak będzie zakłócał, a „jego człowieka” aresztują najdalej jutro, jak tylko będzie sankcja. Zbyszek zirytował się wtedy niepomiernie, długo potem jeszcze pluł tym nieoczekiwanym dla niego chamstwem policji, ale jego irytacja miała ten efekt, ze do Rysia jeszcze tego samego dnia późnym wieczorem przyjechał bardzo dobry adwokat (a prywatnie kapitan żeglugi wielkiej i okazjonalny shantyman), nie dał się spławić, wystraszył wszystkich swą bogata osobowością i po dwugodzinnym pobycie w komisariacie na Grenadierów opuścił go w towarzystwie do szaleństwa zdenerwowanego Rysia, którego, jak się rychło okazało, nikt w żadnym razie nie planował aresztować, zatrzymać, skrzywdzić choćby spojrzeniem i w ogóle bardzo przepraszamy, ale to było nieporozumienie.
                                                    Nigdy nie było nam dane dowiedzieć się, co leżało o podstaw tego nieporozumienia, odnośnie władze bowiem - zgodnie z tym, co opowiadał pan mecenas – kompletnie nie chciały się przyznać, ze zaistniało. Incydent uznano za niebyły, wyparował z akt. Rysio zresztą nie napisał skargi na czynności policji i w ogóle nie chciał wracać do sprawy. Nie chciał też opowiadać, co mu powiedziała policja, zabierając go z HOWu. Do tego swój rozwód, który nastąpił z hukiem rok później, uważał za jej odległy rykoszet, przyznając przy piwie (ale dopiero tak od trzeciego wzwyż), że nawet z posiadówki na dołku człowiek może w dalszej konsekwencji odnieść pewne korzyści.
                                                    Otóż jego małżonka, kobieta imponująca, przytłaczająca go chyba od dnia ślubu i coraz bardziej niezadowolona, że spokojny i cichy małżonek nie chce skorzystać z szans, jakie daje mu nowa rzeczywistość (zwłaszcza tych dotyczących zbicia majątku na handlu działkami nad Zegrzem), i w ramach wcześniejszej emerytury zamierza hobbystycznie zarządzać jakąś tam harcerską stolarnią za bardzo tanie pieniądze, potraktowała jego policyjny epizod jako impuls do całkowitej utraty zaufania i szacunku do męża. Rysio, jak pamiętałam, nieszczególnie się bronił, zgodził się na nieorzekanie winy i jedyne, czego się domagał, to pozostawienia go w spokoju w jego mieszkaniu na Powiślu, w którym zamieszkał zaraz po wojnie, jeszcze z rodzicami. Mieszkanie było zresztą komunalne, nie do zbycia, a nie mogło zostać zamienione na dwa mniejsze, bo i tak ono samo miało raptem 24 metry i ubikację na korytarzu. Poza tym to pani Barbara wprowadziła się swego czasu pod dach męża, więc teraz to także ona powinna odejść z lokalu do nowych wyzwań i większych metraży. Kiedy to wreszcie, po pół roku od uprawomocnienia się wyroku rozwodowego uczyniła, Rysio odkrył uroki spokojnej samotności, zaadoptował Marlenę i dwa koty i podzielił swoje życie pomiędzy zwierzęta i stolarnię.
                                                  • berrin Re: Prezencik 26.06.17, 10:22
                                                    Oraz ciąg dalszy Ciagu Dalszego, bo wchodzi na raz tylko 8000 znaków.
                                                    Jestem zatem grafomanem Coraz Bardziej Zaawansowanym. smile


                                                    Potem, o ile kompletnie nie plączę chronologii, nastąpiła ta niesmaczna afera o Horyzonty. Sama nie wiedziałam, czy ją dołączać do tej serii rzeczy mętnych i nieprzyjemnych, owszem, była i mętna i nieprzyjemna, ale nic w niej nie było tajemniczego i niezrozumiałego, a adwersarze po obu stronach świetnie się znali i wszystko o sobie wiedzieli. I nie zmyli się tajemniczo ani w trakcie, ani po, mieliśmy się nawzajem na karku i za płotem i odczuwaliśmy wszelkie zalety i wady tej sytuacji. Owszem, policja, wzywana niekiedy do zbyt głośnych i entuzjastycznych imprez, organizowanych przez kolegów Prawdziwych Żeglarzy (głównie wtedy, kiedy próbowali szkodować ze względu na poziom uchlania), interweniowała nadzwyczaj niechętnie, ale w zasadzie nie było to szczególnie tajemnicze - w końcu lokali mieszkalnych tu nie było, a eleganccy panowie i panie, głośno balujący nad rzeką w klimacie wiejskiego wesela nie mieli komu przeszkadzać, a panowie w radiowozach mieli dużo pracy i bez pacyfikowania nadwiślańskich biznesmenów w eleganckich mokasynach.
                                                    Z drugiej strony, kiedy pan w sweterku Henry’ego Loyda ujrzał się atakowanym przez wiedźmę z diaksą, przyjechali natychmiast i przeprowadzili nawet pewne czynności… Poza tym wszystko, co później działo się dokoła przekształceń prawnych tego tworu zza naszego płota z pewnością było mętne, na tyle mętne, że nie miałam ochoty w to brnąć.
                                                    Potem…
                                                    Potem przez rok mnie tu nie było, bo nauka elitarnym liceum, od początku rokująca nie najlepiej, w trzeciej klasie zapełniła mi nie tylko cały dostępny i niedostępny czas (na przykład ten na sen), ale w końcu także zafundowała konieczność odbycia cyklu sesji terapeutycznych, żebym w ogóle odważyła się wyjść z własnego pokoju. Żagle wystąpiły jako element mający mnie przywrócić światu i nieźle zadziałały, to wtedy razem z Anką wzięłyśmy Nadzieję od Bogdana („nie ma nikt takiej nadziei jak ja…”), który właśnie zorientował się, ze albo studia na MEiLu, albo tygodnie przy konserwacji drewnianego pokładu. Pamiętam, ze nic nie robiło mi wtedy tak znakomicie jak długie, spokojne godziny sam na sam z ręczną cykliną, którą w ciszy, metodycznie, raz koło razu, zeskrobywałam z dębowych klepek dziesięcioletnie (co najmniej) warstwy lakierów i pokostów. Niemniej wszystkie dziwa, wydarzające się być może w czasie mojej nieobecności, z konieczności mi umknęły, może zapytam Ankę, chociaż Anka miała niezwykła zdolność ignorowania tych części rzeczywistości, które zapewniłyby jej jedynie irytacje, więc mogła zwyczajnie nie zauważyć. No, to Bogdana, zawsze był śmiertelnie serio i na pewno pamiętał kłody pod nogi, rzucane wtedy HOWwowi przez los.
                                                    Potem byli saperzy i bomba lotnicza. Nie, zaraz, jeszcze nie wtedy, najpierw objawili się archeolodzy. No, to z pewnością było dziwaczne, przywykałam wprawdzie właśnie, jako – już wtedy - świeży pracownik Uniwersytetu, do pewnej ekscentryczności kadry naukowej jako takiej, ale oni z pewnością wykraczali poza średnią uniwersytecką…
                                                    - Janka?
                                                    Aż podskoczyłam. Całkowicie umknęło mi, ze od długiej chwili nie słychać już protestu męczonej stali.
                                                    - Czemu się skradasz? - zapytałam z urazą. Jacek lekko się zakłopotał.
                                                    - Nie skradam się, tylko się zmierzcha i powoli nic nie widać. Mówiłem do ciebie, ale kompletnie nie reagowałaś.
                                                    - Myślałam o archeologach.
                                                    Przez chwile milczał, próbując chyba jakoś dopasować moją wypowiedź do czegokolwiek bądź, ale nie dał rady.
                                                    - Podparliśmy tę konstrukcję w hangarze. Stoi na sześciu filarach i wygląda dziwnie, ale stabilnie. – uśmiechnął się, jakby dziwność i stabilność podpartej kratownicy sama w sobie czyniła jego świat lepszym. – Strasznie cię zaabsorbowali ci archeolodzy. Ten Bogdan chce, żebyś tam przyszła.
                                                    Wzruszyłam ramionami. Bogdan zapewne miał plan, żeby jeszcze dziś ułożyć porządnie wszystko, co spadło z kratownicy, był pracoholikiem zajętym porządkowaniem świata we wszelkich dostępnych aspektach. Bardzo stanowczo czułam, ze dziś nie pomogę mu w jego misji.
                                                  • balamuk Re: Prezencik 26.06.17, 11:39
                                                    No i dobrze, że tylko 8000 znaków łyka, mamy dwa nowiutkie odcinki, a nie jeden. wink
                                                  • eulalija Re: Prezencik 26.06.17, 12:03
                                                    Ja tylko w kwestii formalnej.
                                                    To był i chyba nadal jest MiEL.
                                                    A prezent przecudny.
                                                  • berrin Re: Prezencik 26.06.17, 12:15
                                                    Czy aby o tym samym wydziale myslimy?
                                                    MEiL - Wydział Mechaniczny Energetyki i Lotnictwa. Zwany też Mechanika i Energetyka imienia Lenina. Więc MEiL. A roboczo zwykle w ogole MEL (absolwenci - PoMELeńcy, studenci - MELomani)
                                                    www.meil.pw.edu.pl/

                                                    Swoją drogą moim absolutnym faworytem politechnicznym jesli chodzi o nazwę jest INSTYTUT WIELKICH MOCY I WYSOKICH NAPIĘĆ.
                                                    www.facebook.com/pages/Instytut-Wielkich-Mocy-I-Wysokich-Napi%C4%99%C4%87/713688278663941
                                                  • eulalija Re: Prezencik 26.06.17, 12:45
                                                    Miałam kolegów na PW.
                                                    Dwóch na Mechanice i Energetyce Lotnictwa.
                                                    Ale to było ponad trzydzieści lat temu.
                                                    Pewnie coś mi szkop ukradł.
                                                    Wycofuję się raczkiem (tyłem i na gębie) z tematu.
                                                    Pisz!
                                                  • berrin Re: Prezencik 26.06.17, 13:01
                                                    O! Czyli może nazwę zmieniono w trakcie? Kto to wie... To, co piszę, siedzi w drugiej połowie lat 90-tych. Wtedy to juz na pewno był MEiL.
                                                    (Może MiEL nie brzmiał dostatecznie powaznie, bo to miód w obcej mowie? I zmienili?)
                                                  • gat45 Re: Prezencik 26.06.17, 13:20
                                                    Ja tam nie chcę krakać, ale ani chybi zostaniesz wezwana przez tę wszechpotężną komisję do spraw prywatyzacji w Warszawie, bo se nagle uświadomią, że kamienice kamienicami, ale te wały i na nich przewały, to może być smaczny kąsek!
                                                    Czego Ci z całego serca nie życzę.
                                                    Piiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiisz - zapiszczał Gat.
                                                  • balamuk Re: Prezencik 26.06.17, 13:53
                                                    Niech nie kracze, przez lewe ramię!
                                                    A miel w moim języku miejscowym znaczy jagnię. wink
                                                  • berrin Re: Prezencik 26.06.17, 14:50
                                                    Uwaga. Ciąg dalszy. Nie umiem przewidzieć dalszej częśtotliwości wrzucania.

                                                    Poszłam jednak do hangaru, żeby nie skazywać naszego naczelnego poganiacza niewolników na poszukiwanie mnie po okolicy. Popatrzył na mnie i – zgodnie z moimi przewidywaniami wskazał ręka na pobojowisko pod kratownicą.
                                                    - Bierzemy się za układanie. – polecił. – Wszystko to trzeba poprzenosić do zielonego hangaru, żeby zrobić miejsce…
                                                    - Spadaj, ja wracam do domu.
                                                    - To jest nieodpowiedzialne, trzeba od razu pozdejmować rzeczy z góry, nie można tak tego zostawić…
                                                    - Zaczęłam się zachowywać nieodpowiedzialnie wczoraj wieczorem, mogę jeszcze trochę. Znajdź sobie innego jelenia.
                                                    - Wszyscy sobie poszli.
                                                    - Świetnie. Ja też sobie idę. Człowieku, opanuj się. Jutro przyjdą ludzie, to powynoszą.
                                                    - Sama świetnie wiesz, ze każdy będzie się migał.
                                                    Patrzyłam na Bogdana, coraz bardziej wściekłego, bo faktycznie, większość ludzi, świetnie go znając, uciekła przed nim, kiedy tylko skończył prace przy podpieraniu kratownicy i myślałam sobie, że wcale nie chcę ani palnąć go w kędzierzawy łeb, ani na niego nawrzeszczeć, ze ogóle nic nie chcę i że to, co robi, nie jest wycelowane we mnie, on tak ma, zerowe pojęcie o ludziach i nadmiar obowiązkowości we wszystkim, ale przychodziło mi to z trudem, ponieważ nie znosiłam być traktowana w taki sposób. Odwołanie się do mojego poczucia odpowiedzialności - a Bogdan w tym celował – już kilka razy wepchnęło mnie w najgorszą robotę, którą – skoro już zaczęłam – musiałam dokończyć. Jedynie uwerturą było zrobienie ze mnie kwatermistrza na pełnowymiarowym obozie żeglarskim, na który wpadłam na kilka dni kiedy akurat umówiony kwatermistrz zawiadomił, ze miał wypadek samochodowy i na razie nie jest w stanie się ruszyć. Niestety, zaliczkowo zapłacono mu niemal całe wynagrodzenie z góry, więc dla zastępstwa chwilowo nie ma nic. Boguś, wówczas kierownik obozu, mówił wstępnie o kilku dniach, idiotycznie się zgodziłam, bo przecież dzieciaki już przyjechały i jeść muszą, a potem okazało się, ze nie kilka dni tylko miesiąc i nie, jak to sobie naiwnie wyobraziłam, ciężkie obrażenia w wypadku, tylko za dużo promili we krwi i ciężko ranni pasażerowie – i owszem, w związku z tym kwatermistrz niewątpliwie nie mógł się ruszyć, bo najpierw siedział w areszcie, a potem miał zakaz opuszczania miejsca zamieszkania. Kiedy pozwoliłam sobie wyrazić niezadowolenie ze zrobienia za mnie darmowego zastępstwa bo jakiś pijak spowodował wypadek, Bogdan z niezmąconym spokojem odpowiedział mi, że przecież nie ma chyba znaczenia przyczyna nieobecności kwatermistrza, a ja chyba sama jestem wystarczająco odpowiedzialna, żeby nie porzucić obowiązków, których się dobrowolnie podjęłam. To było moje pierwsze poważne zderzenie z Bogdanem w akcji i jeszcze nie umiałam być asertywna, uczyłam się tego powoli, kiedy kilka razy wrobił mnie w realizację cudzych rejsów, bo mu się ekipa wykrzaczyła, a zupełnie ostatnio w naprawę żagli Konsensusa i Białego Słonia – bo umiem. Po Białym Słoniu postanowiłam, że się w tej asertywności podszkolę – i właśnie nadeszła okazja.
                                                    Bogdan wzruszył ramionami i poszedł przekładać worki z żaglami. Znałam siebie i wiedziałam, ze jeśli postoję tu jeszcze choć kilkanaście sekund, to zacznę mu pomagać i że z pewnością na to liczył - więc zrobiłam w tył zwrot i wyszłam w zimny i już kompletnie ciemny wieczór.
                                                    Jacek czekał. Przyjrzał mi się z troską.
                                                    - Odwiozę cię, co?
                                                    - A masz czym?
                                                    Wyszczerzył się i machnął ręką gdzieś w stronę mostka nad kanałkiem. No to poszliśmy.
                                                    Do domu wróciłam garbusem.

                                                    Następnego dnia udało mi się dotrzeć na zajęcia i owocnie w nich uczestniczyć, potem odsiedziałam godziny w pracy, tworząc na podstawie czterozdaniowej, nieczytelnej notatki dwa protokoły posiedzenia Zarządu Spółki a następnie, po obiedzie w Karaluchu i odpuszczając sobie chwilowo dom, ruszyłam na HOW. Kwiecień oznaczał właśnie to - cała ta reszta życia, która nie była związana z HOWem i remontami przestawała się liczyć, bo na majówkę łodzie miały zejść na wodę i już.
                                                    Zgodnie z moimi przewidywaniami Bogdan wczoraj samodzielnie odwalił wielką robotę – wory z żaglami i osprzęt były już przeniesione, od ściany do ściany, zaczepiona na improwizorce filarów, wiła się lina z zaczepioną kartką „Nie wchodzić! TY też nie!”, a na naszej największej kanapie leżała sterta mienia porzuconego, czyli wszystko to, co nie przynależało do takielunku i ogólnie stanowiło głownie czyjąś prywatną własność, zostawioną na łodziach i nieodebraną po holu, o której zwykle właściciele przypominali sobie, kiedy startował nowy sezon. Na i dokoła kanapy słały się zatem grubą warstwą sztormiaki, buty gumowe, worki z nieznaną zawartością, torby i plecaczki turystyczne różnych rozmiarów, zawiązane sznurkiem torby foliowe, obklejone taśmą pudełka po narzędziach oraz wielki kocioł z pokrywą przyklejoną w kilku miejscach powertejpem, którego w ogóle nie pamiętałam z jesiennego pakowania. W rzeczach tych właśnie grzebał Zbyszek, który rozsądnie zignorował napisy rozwieszone wzdłuż liny.
                                                    Też je zignorowałam, przelazłam nad nimi górą i podeszłam do sterty.
                                                    - Część.
                                                    - Część, dobrze, ze jesteś, pomóż mi znaleźć moje gaśnice. – zirytowany Zbyszek musiał już walczyć z tym żywiołem od dłuższej chwili, bo ewidentnie trochę tracił racjonalność. Trudno sobie wyobrazić, żeby gaśnice, których poszukiwał, zmieściły się w torbie foliowej pełnej, jak się okazało, kłębów firanki o znaczeniu antykomarowym, a właśnie tę torbę poddawał teraz szczegółowym oględzinom.
                                                    Dwanaście lat wcześniej Zbyszek, odcięty wewnątrz kabiny piętnastometrowego jachciku zarówno od gaśnic, jak i od wyjścia, przeżył pożar na morzu. Zatruł się dymem z płonącej izolacji termicznej, a wyrywając się na powietrze przedarł przez płonącą ropę i stracił wszystkie włosy i część skóry na nogach. Na dodatek pierwsze, co powiedziała mu jego żona, kiedy wreszcie doleciała do niego do szpitala w Nynashamm, to, że ma już kupca na ich łódkę i żeby sobie wybił z głowy jakiekolwiek dalsze rejsy, bo, do cholery, można się oczywiście bawić, ale on ma nieletnie dzieci. W efekcie Zbyszek zamiast zajmować się sobą, skupił się na przeżyciach Bożenki. Inna sprawa, ze obejrzawszy jego zdjęcia, zrobione mu dla krotochwili przez mojego ojca w tymże szpitalu, kiedy tam po niego pojechał, nie dziwiłam się Bożence ani trochę… Ale od czasu tego pożaru Zbyszek popadł w pewne natręctwo, z którego nikt nie ośmielił się zadrwić, bo wszyscy mieliśmy wyobrażenie, czym jest ogień na morzu, a które objawiało się tym, ze na każdą jednostkę pływającą, na której miał odbić od brzegu, targał ze sobą dwie wielkie, dziesięciokilowe gaśnice uniwersalne ABC. Na jego Jajecznicy miały swoje stałe miejsca, jedna przy zejściówce, druga w forpiku – żeby już nigdy ogień nie odciął go od wyjścia.
                                                    - To ich szukałeś?
                                                    - Ich, ich, a czego, jakiś idiota zgarnął je jesienią razem z reszta osprzętu i tak upchał, ze nie miałem do nich dojścia, pomyślałem, ze spadły…
                                                    Trudno sobie wyobrazić, by w masie przedziwnych rzeczy zlatujących wczoraj z kratownicy, udało się przeoczyć dwie wielkie, czerwone banie rozmiarów zbliżonych do butli płetwonurka. Jakby tam były, Bogdan by je grzecznie i rozsądnie odłożył na bok, w końcu wszyscy wiedzieli, do kogo należą.
                                                  • koszmarna.baba Re: Prezencik 26.06.17, 19:23
                                                    Berrin - kocham Cię! kiss
                                                    Ale jak tego nie wydasz drukiem to zacznę straszyć i to niekoniecznie tylko po nocach! tongue_out To jest po prostu cudne!
                                                  • gat45 Re: Prezencik 26.06.17, 20:02
                                                    Jakaś tępa okrutnie jestem. Czytam już trzeci raz od "- To ich szukałeś?" - i nie widzę sceny. Czy te gaśnice Berrin znalazła, a jeżeli tak, to gdzie? Czy też pytanie wciąż aktualne i mogłoby brzmieć "- To ich szukasz?" Chociaż nie, tak sformułowane wciąż nam nie mówi, czy one gdzieś stoją na widoku i tylko trauma nie pozwala właścicielowi ich zobaczyć, czy ich nie ma ?
                                                    Coś mi się wydaje, że one są ważne, więc drążę.
                                                    Przepraszam.
                                                  • berrin Re: Prezencik 27.06.17, 07:38
                                                    Już. Przepraszam. To sa skutki pisania bezredakcyjnego.
                                                    Zbyszek, jak pamiętamy (no, powiedzmy), właził na tę kratownice wczesniej i czegos poszukiwał (w poprzednich odcinkach). Kuba po akcji ze szpadą mówił Jance, ze przeciez jakby Zbyszek powiedział, że potrzebuje czegoś z antresoli, to by mu każdy wlazł i poszukał. W użyciu czasu przeszłego chodziło o wcześniejsze poszukiwanie, nie o znalezienie przedmiotu i wskazanie na niego.
                                                    Ech, to jednak jest kiks, jak aŁtorka musi wyjasniac, co przez co chciała powiedzieć. Dzięki, Gatto, w razie czego zaklepuję u Ciebie sporządzenie "listy błędów i wypaczeń" do poprawki tekstów.
                                                  • se_nka0 Re: Prezencik 26.06.17, 20:13
                                                    ,, Nie umiem przewidzieć dalszej częśtotliwości wrzucania. ,, - nic nie szkodzi. Poczekamy. Ile będzie trzeba. Byle krótko !!

                                                    Prawda Babo?
                                                    Po takim wyznaniu miłości nie wątpię, że Berrin wyda drukiem smile
                                                    Już czekamy.
                                                  • berrin Re: Prezencik 27.06.17, 07:39
                                                    Czuje sie bardzo ukochana smile smile smile
                                                  • balamuk Re: Prezencik 27.06.17, 15:23
                                                    I słusznie. smile
                                                    Na odmianę dla mnie to "To ich szukałeś?" było całkiem jasne.
                                                  • berrin Re: Prezencik 28.06.17, 11:23
                                                    Uwaga, c.d. Cholera, grzęznę w dygresjach... smile

                                                    Żeby dostać się do dwu wielkich worów z żaglowego płótna, odtoczyłam na bok aluminiowy kocioł, który w bezpośrednim kontakcie okazał się podejrzanie ciężki. Poruszyłam nim na boki, nie grzechotał, choć zawartość w środku robiła wrażenie chybotliwej. Pomyślałam, ze nawet, gdyby w środku od jesieni tkwiły upchane kolejne zwłoki, to by chyba bardziej chlupało, a potem zdarłam taśmę z pokrywy.
                                                    - Zbyszek.
                                                    Zbyszek rozgrzebywał właśnie kolejny ciężki wór żaglowy, pełen brudnych garnków i pomyślałam sobie, że to niezwykłe, kląć bez chwili przerwy, od kiedy tu weszłam i nie powtórzyć się ani razu. Spojrzał na mnie nieprzytomnie.
                                                    - Widzisz? Cholera, nawet im się nie chciało pozmywać, wepchnęli wszystko jak było…
                                                    - Zbyszek. – powtórzyłam łagodnie. - Mam twoje gaśnice.
                                                    Porzucił worek i szarpnął ku sobie kocioł. Wewnątrz, upchane i uszczelnione dokoła starym kraciastym kocem, faktycznie tkwiły jego dwie ukochane gaśnice, jedna główka do góry, druga odwrotnie. Zbyszek rzucił się na nie nieomal jak wilczyca na swoje młode, delikatnie wydobył z kotła i piastując po jednej pod każda pachą, wyszedł z nimi przed hangar sprawdzić, czy aby nie ucierpiały. W drzwiach ustąpili mi pierwszeństwa Przemas i Anka, a Marlena, oceniwszy, ze zasoby z kratownicy nie zawierają przedmiotów jadalnych, ostentacyjnie straciła dla nas zainteresowanie i wylazła za Zbyszkiem.
                                                    Ankę ominęły ostatnie wydarzenia, bo wzięła sobie trzy dni urlopu od remontu w związku z przyjazdem z Sopotu klienta, którego miała uwiecznić na portrecie. Obiecał jej przywieźć swoje zdjęcia, ewentualnie pozwolić zrobić jeszcze inne oraz posiedzieć nieruchomo, żeby mogła wykonać szkice. Nie, żeby ich potrzebowała, ale już jakiś czas temu odkryła, ze klient chce być traktowany osobiście i jak mecenas sztuki wszelkich, a zatem, skoro zamawia portret olejny, a nie ślubne monidło, to płaci także za doznanie osobistego pozowania artyście.
                                                    Od całkiem niedawna jej amatorskie malarstwo portretowe zupełnie nieoczekiwanie zaczęło przynosić spore dochody. Bardzo pożądany finansowo przełom nastąpił, kiedy jakiś bardzo (ale od niedawna) bogaty reflektant na obrabiarki sterowane numerycznie, którymi handlował starszy brat Anki, zobaczył w gabinecie swego kontrahenta dwa wspaniałe, olejne obrazy i gwałtownie zapragnął dla siebie takich samych. Skonfundowany, ale i rzetelnie rozbawiony Blower skontaktował go z twórczynią a potem już poszło. Anka wiele razy przysięgała, ze gdyby choć przez chwile przyszły jej do głowy konsekwencje dowcipu, jaki zrobiła bratu w ramach ślubnego prezentu, to zanim by siadła do malowania, złamałaby sobie rękę, ale biorąc pod uwagę dochody, jakie ten dowcip wygenerował, nie brzmiało to szczerze.
                                                    Rzecz polegała na tym, że w chwili otrzymania informacji, ze Blower jednak się żeni, ponieważ jego matka zawiadomiła go, ze wesele w pałacu w Radziejowicach jest już zapłacone, więc nawet jak się zaraz potem ma rozwieść, to teraz jazda ślubować, Anka nie miała pieniędzy na nic i nie planowała mieć ich w najbliższym (a nawet trochę dalszym) czasie. Jednak w końcu ślub brał jej jedyny brat, jego wybrankę bardzo lubiła, chciała jakoś uczcić ich oboje, nie dając im jednocześnie kolejnej taniej i niepotrzebnej rzeczy. Jedyne, co miała, to trzy miesiące czasu i sporo farb olejnych. W efekcie, podpuszczona przeze mnie, wykonała dla brata i szwagierki dwa portrety olejne rozmiarów naturalnych, stanowiące w założeniu jedną całość, a przedstawiające Blowera i Strzygę w strojach z epoki – jego a la admirał Nelson (acz z okiem i ręką) i ją na podobieństwo lady Hamilton. On w kapeluszu tricornie i z obowiązkowo zamyślonym wyrazem twarzy stał wsparty o nakrytą kilimem obrabiarkę sterowaną numerycznie na tle wielkiej mapy polskich portów otwartego morza, odrobinę postarzonej przez artystkę (na przykład w miejscu od Dziwnowa do Wolina biegł napis „hic sunt drakones”) i dzierżył lunetę, zaś jego wybranka, uwieczniona na tle dwu skrzyżowanych muszkietów i Jolly Rogera, przyodziana w wydekoltowaną suknię i olbrzymi kapelusz z szalem przeciwiatrowym, w kolii z pereł, patrzyła w stronę portretu małżonka z lekko uniesionymi brwiami, a w fałdach sukni kryła piękny, zdobiony pistolet. Wszystko to w uczciwym oleju i zawerniksowane na ciemno. Anka miała masę radości z komponowania i wykonania dzieła, a obdarowani zachwycili się nieprzytomnie. Blower oznajmił, ze będzie dążył do uzyskania w realu takiego imidżu, jaki jego siostra uchwyciła na portrecie, a Strzyga twierdziła stanowczo, ze jej mąż tylko po to postanowił jednak mieć gabinet, żeby móc godnie wyeksponować oba dzieła.
                                                    A ten kontrahent, który przyjechał w sprawie obrabiarek, zdaje się, ze zapomniał po co przyjechał, bo przez całą rozmowę z panem domu gapił się tylko na zmianę na oba portrety i odpowiadał od rzeczy. Jeszcze tego samego dnia wieczorem zadzwonił do Anki do Warszawy, domagając się czegoś w podobnym stylu. Anka zgłupiała trochę, zaprosiła go do siebie, i chyba na początku planowała mu wyjaśnić, ze to był żart – ale facet zaczął, niemal od progu, od wręczenia jej zaliczki.
                                                    - Rozumiesz – tłumaczyła mi potem. – Ja go zapraszam do pokoju, a on wyciąga portfel i pcha mi w ręce półroczną pensję mojej matki. Żebym była artystką, to bym się pewnie poczuła urażona, ale że nie jestem, to co mi tam, mogę go namalować jako Piotra Wielkiego…
                                                    Matka Anki akurat wtedy ostatecznie przeszła na emeryturę i wyprowadziła się do syna, zostawiając córce mieszkanie na Ostrobramskiej, a Anka zamieniła je w pracownię, gdzie pomiędzy obrazami, blejtramami, słoikami z pędzlami i w oparach rozpuszczalników żyła sobie z psychotycznym kotem i czterema złotymi rybkami. Piotr Wielki spod Wrocławia na tle skrzyżowanych pałaszy wyszedł znakomicie, następny był Napoleon z Józefiną (Sochaczew), a największe profity przyniósł Ludwik XIV z Bytomia, przy czym tutaj zleceniodawca sam zażądał najbardziej absurdalnego upozowania i przechichotał dobrych kilka godzin, najpierw pozując, a potem oglądając swoje szkice z dorysowaną bogatą peruką. Najnudniejsi – ale i najczęstsi - byli ci, którzy pragnęli przeszłości sarmackiej - Anka nauczyła się trzaskać kontusze i karabele niemal w jedno popołudnie, ale nie sprawiało jej to radości.
                                                    Na początku tego tygodnia zawiadomiła nas, ze robi sobie przerwę, bo musi zarobić na dalszy ciąg remontu, a właśnie z Sopotu przyjeżdża amator jej sztuki z zamówieniem, co do którego sam nie jest pewny. Bardzo wszyscy byliśmy ciekawi, czy Ance uda się nakłonić go do tematyki marynistycznej, która sprawiała jej zdecydowanie najwięcej przyjemności podczas tworzenia. Miejsce, z którego przyjeżdżał, dawało takie szanse.
                                                    - No i kogo malujesz tym razem? – zapytałam bez wstępów, bo bardzo chciałam to wiedzieć, a inne sprawy mogły poczekać.
                                                    - Admirała Rodneya. Jak podsufitki?
                                                    - W porządku. Dziś możemy pokostować pokład. Chyba, że przyjdą władze śledcze i będą przeszkadzać.
                                                  • balamuk Re: Prezencik 28.06.17, 15:54
                                                    Hiii, lubię dygresje. Wszystko lubię. wink
                                                    Przy okazji sprawdziłam sobie admirała Rodneya, bo mi się kołatał, ale nieprecyzyjnie. Same zalety.
                                                  • berrin Re: Prezencik 28.06.17, 16:11
                                                    W przeciwieństwie do Nelsona, który owszem, był bardzo utalentowany, ale równie bardzo pracował na swój piar, i nawet zginął w najlepszym dla,swej sławy momencie. Bo kto mu kazał w najbogatszym mundurze admiralskim ganiac w czasie ostrzału po pokładzie rufowym, żeby go czasami snajperzy przeciwnika nie przeoczyli...
                                                  • berrin Re: Prezencik 05.07.17, 14:35

                                                    C.d. aby sie ucieszyć zwierzem.

                                                    Władze śledcze przyszły, ale nie przeszkadzały – skupiły się na jakichś czynnościach po drugiej stronie płota. Ostatecznie jedyne, co mieliśmy wspólnego z całym tym zdarzeniem kryminalnym, to to, że to ja znalazłam zwłoki – a może raczej – ja zdecydowałam się o tym zawiadomić policję. Wypytali mnie o wszystko i na razie chyba HOW i jego użytkownicy przestali być dla nich interesujący.
                                                    Streściłam Ance przebieg wydarzeń, niezbyt dokładnie, bo wcześniej uczynił to już Przemas, więc ode mnie chciała głównie potwierdzenia, że to nie był jego ekstraordynaryjny atak poczucia humoru – co mu się wcześniej kilka razy zdarzało. Wprawdzie teraz nieco się oburzył, słysząc, ze kwestionuje się jego wersję zdarzeń, ale nie polemizował z moją, zajęty wycieraniem acetonem kosza rufowego. Anka po wysłuchaniu całości wzruszyła ramionami, jednocześnie starannie oglądając stan podklejenia podsufitek.
                                                    - W sumie nie nasz cyrk, gdybyś nie poszła nad Wisłę oglądać wschód słońca…
                                                    - Chyba tylko przez ten wschód w ogóle wydaję im się podejrzana – mruknęłam, odkorkowując butelkę z benzyną lakową. – Ludzie nie robią takich rzeczy. Wyciągniesz mi jakąś szmatę ze środka…?
                                                    Anka rozejrzała się po okolicy i przestawiła bliżej mnie swój plecak.
                                                    - Przyniosłam trochę ręczników, weź sobie.
                                                    - Jeszcze zostały? - zdziwiłam się. Brat Anki oprócz obrabiarek sterowanych numerycznie, na których się znał, swego czasu rozprowadzał także produkty bawełniane (na których się nie znał) i kiedy zrezygnował z tej części biznesu, zwalił w domu siostry na wieczne przechowanie dwa wielkie pudła najtańszych, najcieńszych ręczników made in China o rozmiarach w okolicy A0 (bo każdy trzymał wymiar na swój sposób, podobnie jak kąty proste). Po wielokrotnych naleganiach, żeby zabrał z niewielkiego lokalu gabaryt rozmiaru średniej lodówki, Anka wreszcie zagroziła bratu, że pozostawione przedmioty zużytkuje na potrzeby własne. Ponieważ Blower zignorował wezwanie, pudła komisyjnie otworzyłyśmy – i do dziś pamiętam aromat, jaki na nas wionął z ich wnętrza. Rychło okazało się, że nie sposób ich pozbawić tego zapachu apretury, czy może odkażacza – i mimo kilkukrotnego prania nadal śmierdziały straszliwie i nie było mowy, by używać ich do celów cielesnych. Za to znakomicie przydawały się we wszelkich czynnościach okołoartystycznych i okołoszkutniczych, zwłaszcza tych, w których zapach stosowanych przez nas płynów skutecznie wygrywał z chińskim środkiem na karaluchy.
                                                    Jedynym zadowolonym użytkownikiem ręczników w ich wersji naturalniej była kocica Anki, która uwielbiała się na nich wylegiwać, najlepiej wślizgując się do pudła i pozostając tam długie godziny w spokoju, ciszy i samotności. Traktowała zawartość kartonu jak swoja osobistą własność i nienawidziła wszystkich, którzy ją naruszali. W zasadzie zresztą nikt nie czynił jej wstrętów, a jedyne, co niepokoiło Ankę, to to, czy substancja, którą przesypano ręczniki, nie zaszkodzi kotu. Osobiście byłam zdania, ze Puśce nic nie zaszkodzi, a nawet jeśli, to trzeba kogoś odważniejszego niż ja, żeby ją wywlekać z pudła.
                                                    - Już ich niewiele, jeszcze ten remont oblecimy.
                                                    Odsunęłam suwak plecaka Anki, oberwałam po dłoni pazurem szarej, grubej, behemociej łapy, która wystrzeliła na zewnątrz jak na sprężynie i w ostatniej chwili zdołałam zasunąć zamek ponownie, zanim doszło do dalszych raz dartych i szarpanych. Cofnęłam się, porzucając plecak, który, pozostawiony sam sobie, statecznie przewrócił się na bok.
                                                    - Eee… Anka… w środku jest twój kot.
                                                    Anka zamarła z puszką pokostu w rękach.
                                                    - Że co?
                                                    - W twoim plecaku jest Puśka. – obejrzałam rękę, na szczęście rasowy pazurek ledwo mnie zahaczył, widać ostatnio kot przeszedł manikiur. Może dlatego była taka wściekła. Anka bezradnie rozejrzała się dokoła, wręczyła Przemasowi pokost i stanęła nad spokojnie i nieruchomo leżącym plecakiem, który nie zdradzał żadnych morderczych chęci.
                                                    - Wyjmowałam ją dwa razy!
                                                    - Ale nieskutecznie. – pokazałam jej zadrapanie.
                                                    - Kurde… czekaj… gdzieś ją trzeba zamknąć…
                                                    - To ja zamykaj, ja się boję. Zresztą jest zamknięta. Jak dla mnie, może tam zostać.
                                                    - Ale ja pod ręcznikami mam żarcie i pędzle!
                                                    Staliśmy we troje z Przemkiem, patrząc na plecak. Żadne z nas nie było zainteresowane nagłą śmiercią, która – jak doskonale wiedzieliśmy - groziła każdemu, kto zakłóci spokój jego zawartości.
                                                    Pusieńka, śliczny, rasowy, perski koteczek w kolorze dymnego błękitu, miała swoje bardzo stanowcze pojęcie o tym, co to jest jej terytorium. Mieszkanie Anki, jasne, w nim pudła z ręcznikami, oczywiście, ale poza tym także wszelkiej maści torby, plecaki i pojemniki, najlepiej zamykane. Kiedy jeszcze była maleńka, kilka razy niechcący wyniosłam ją Ance z domu, bo nie przyszło mi do głowy sprawdzić zawartości plecaka przed wyjściem. Kotu wystarczył maleńki kawałek niedosuniętego suwaka, wpełzała do wnętrza jak ośmiornica do słoika, a w chwilach wymagających szybkości stosowała teleportację. Przemek, który pomagał kiedyś w rehabilitacji złamanej nogi mamie Anki, i z tego powodu trzy razy w tygodniu odwiedzał jej mieszkanie, opowiadał, jak to przyszedł, otworzył plecak, wyjął kota, wyjął ciężarki, wyjął kota, zapiął plecak, pomyślał, otworzył go i wyjął kota – i to nie była licentia przematica tylko bardzo konkretny opis walki o terytorium. I rzecz miała miejsce cztery lata temu, kiedy charakter i przekonania Puśki nie osiągnęły jeszcze dzisiejszej stanowczości. Dziś by jej z plecaka nie wyjął nie mając na sobie zbroi.
                                                    A dodatkowo, gdyby nawet udało się ją wyrzucić z okupowanego przez nią lokalu, groziło nam, ze wlezie w jakieś inne ciekawe miejsce, którego nie będzie chciała opuścić i skąd nie zdołamy jej wydobyć bez uszkodzenia siebie bądź jej – HOW obfitował w schowanka tego rodzaju i już kiedyś płoszyłam Pusię przemysłowym odkurzaczem z jednej strony sterty rur wodociągowych, które wybrała dla siebie jako miłe schronienie na najbliższy tydzień, kiedy Anka i Bogdan czatowali po drugiej stronie stosu. Albo, co gorsza, wlezie, ale nie będzie umiała wyjść – na przykład kot utknięty w studzience to nie jest żadna radość ani dla kota, ani dla ratowników…
                                                    - Przyniosę ten kocioł. – zaproponował Przemek. – Wysypiemy ją do kotła razem z ręcznikami, to znaczy ty wysypiesz, a my przykryjemy pokrywkę. I niech sobie tam leży.
                                                    - Dawaj ten kocioł.
                                                    Osobiście byłam zdania, ze lepiej pożyczyć pędzle i zostawić kota w jego naturalnym środowisku, ale oni oboje odczuwali mniejszą bojaźń Puśki niż ja.
                                                  • balamuk Re: Prezencik 05.07.17, 15:37
                                                    She loves us, yeah, yeah, yeah
                                                    She loves us, yeah, yeah, yeah
                                                    With a love like that
                                                    We know we should be glad
                                                    YEAH! smile))
                                                  • berrin Re: Prezencik 05.07.17, 15:48
                                                    Och.
                                                    To nie ja, cała chwała w łapy Puśki 😉
                                                  • balamuk Re: Prezencik 05.07.17, 16:00
                                                    I po trzech sekundach cała chwała w strzępach. wink
                                                  • gat45 Re: Prezencik 05.07.17, 16:28
                                                    Berrin, opis kociego charakteru cudny ! La Bruyère może Ci buty czyścić !

                                                    A propos strzępów : moja kocica Krewetka nienawidziła podatków, a szczególnie dorocznego wymiaru podatku lokalowego. W moim urzędzie byliby bardzo rozczarowani, gdybym w odpowiednim czasie nie stawiła się u nich z nieśmiałą prośbą o duplikat. Jako uzasadnienie pokazywałam mocno wystrzępiony papier - głównie po brzegach, ale widniejąca w środku rubryka z kwotą do zapłaty była wściekle rozdarta wielokrotnym szarpaniem. Pozostałe dokumenty Krewetka darzyła iście kocią obojętnością, tylko te z US tępiła zaciekle.
                                                  • balamuk Re: Prezencik 05.07.17, 17:34
                                                    Niezwykle Mądry Kot.
                                                    A propos podatków: cuś mnie napadło i zaczęłąm szukać patrona. No i znalazłam patrona od unikania płacenia podatków (Św. Mamas) i patrona urzędników podatkowych (apostoł Mateusz). Nie znalazłam za to patrona normalnych obywateli, obowiązkowo (i ze zgrzytem zębów) płacących te podatki. Ktoś go wie?
                                                  • berrin Re: Prezencik 05.07.17, 17:54
                                                    Św Antoni od spraw beznadziejnych?
                                                  • gat45 Re: Prezencik 05.07.17, 18:19
                                                    Nie było chętnego na taką ciężką fuchę ?
                                                  • minerwamcg Re: Prezencik 05.07.17, 18:47
                                                    Tym się ostatnio zajmował Pan Jezus osobiście... Ale może scedował fuchę na kogoś niższego rangą. Albo właśnie nie scedował, zostawił sobie, żeby dowartościować uczciwych podatników.
                                                    Niezależnie - kocia dygresja cudowna. Puśka rządzi i biada każdemu, kto by myślał, że nie.
                                                  • berrin Re: Prezencik 05.07.17, 20:49
                                                    Od dawna się szykowałam, żeby o Puśce napisać. szkoda, ze juz jej na ziemi nie ma, ale zyła długo i nie zmieniła poglądów do konca swoich dni.
                                                    To był kot, do którego podchodziło się a) z szacunkiem i b) w rekawicach spawacza.
                                                  • franula Re: Prezencik 05.07.17, 19:11
                                                    od spraw beznadziejnych to jest Juda Tadeusz i ew św Rita
                                                    św Antoni od osób i rzeczy zaginionych
                                                  • berrin Re: Prezencik 06.07.17, 14:35
                                                    Moje drogie, ponieważ wczoraj zaczęłam temat Pusi, dzis nie było wyjscia i musiałam go dokończyć. Obiecuję, ze częśc kryminalna ruszy już zaraz (...to taka wielka bakteria jest).

                                                    c.d.

                                                    Kocioł nadciągnął sprawnie, niesiony za oba ucha –zgodnie przez Przemasa i nieprzyzwoicie pogodnego Jacka. Władze śledcze nie dawały za wygrana, od czego nie wiadomo czemu zrobiło mi się jakoś tak sympatycznie.
                                                    - Cześć, Janka, cześć wszystkim. – przywitał się grzecznie, a potem z nienaganną elegancją ukłonił się Ance. – Jacek.
                                                    - Anka. Policjant?
                                                    - Tak, ale proszę zauważyć, że bez oporu noszę garnki. Po co wam to, czy to ma jakieś zastosowanie żeglarskie albo remontowe?
                                                    - Schowamy tam kota. – odrzekła Anka z roztargnieniem, sięgając po plecak. Jacek grzecznie jej go podał i zamarł, gdy bagaż, wprawdzie ciągle przyjemnie nieruchomy, poczuł chyba, ze sytuacja zmierza ku katastrofie i wydał z siebie złowrogie buczenie.
                                                    - Że co proszę?
                                                    - Że schowamy tam kota. Janka, bierz pokrywkę. Przemek, weź te stare… a, poszedł po nie.
                                                    Przemas, czując, ze tak czy owak nie uniknie bezpośredniego kontaktu z szarym bóstwem chińskich ręczników, właśnie wracał, machając parą rękawic dla spawaczy, używanych przez nas do prac przy szybkowiążących laminatach. Otóż spoiwa te miały to do siebie, że świetnie i szybko wiązały – oraz to, ze w czasie mieszania żywicy z utwardzaczem i przyspieszaczem reakcja egzotermiczna wypalała słoik. Nie można było jednakowoż odstawić gotującej się mieszaniny i przeczekać, bo właśnie w chwili największego bulgotu wymagała najbardziej energicznego mieszania. Mieszanie implikowało konieczność mocnego uchwycenia słoika, a niestety trzymać go gołą ręką nijak się nie dawało, a przez ściereczkę chwyt był co najmniej niepewny. Rękawiczki ogrodnicze typu bawełna oblana rzadką gumą nie nadawały się głównie dlatego, ze guma nie była odporna na taką temperaturę i zwykle topiła się na słoiku. Za to grube, skórzane, wzmacniane i z mankietami niemal do łokci rękawice spawacza, po dodaniu im dodatkowej wyściółki w postaci starych rękawiczek bawełnianych, pełniły swa role świetnie – a teraz miały być zastosowane do pracy co najmniej równie niebezpiecznej.
                                                    Przystąpiliśmy do akcji. Przemas z namaszczeniem naciągnął rękawice, Anka ustawiła plecak dnem do góry na krawędzi kotła, ja na wszelki wypadek cofnęłam się z pokrywką a Jacek, coraz mocniej zaintrygowany nieznanymi mu metodami szkutniczymi, podszedł bliżej.
                                                    W garze nadal znajdował się wojłokowy, stary, kraciasty koc, wcześniej służący jako zabezpieczenie Zbyszkowych gaśnic, teraz tworząc na dnie malowniczy kłąb i mocno woniejąc benzyną ekstrakcyjną. Nie wydobyłyśmy go stamtąd, ponieważ Puśka, kot malarza, żeglarza i szkutnika, stosownie uwielbiała wszelkie tego rodzaju zapachy. Zdarzało się wszak, że wlokła wymazane farbą pędzle Anki do pudeł z ręcznikami, żeby na nich leżeć, wsadzała łapę do słojów z rozcieńczalnikami, próbowała pić werniks, a na jednym z obrazów swej pani, po przewróceniu sztalug, kiedyś się nawet miłośnie ułożyła (a potem trzeba ją było delikatnie odcinać od jego powierzchni, co - jako że przylepiła się bokiem, a nie łapami - nie było to ani łatwe, ani bezpieczne, a najbardziej przeszkadzał perski ogon, walący dokoła jak śmigło i pchający się pod ostrze ratunkowe). Anka bardzo ostrożnie uklepała kocyk, po czym równie delikatnie położyła rękę na suwaku, żeby jednym gestem odebrać Puśce grunt pod łapami i nie dać jej czasu do namysłu.
                                                    Może faktycznie stałam trochę za daleko – Anka popatrzyła na mnie krytycznie, a nadal niewiele rozumiejący z całej sceny, ale bardzo życzliwy Jacek odebrał mi pokrywkę.
                                                    - Co mam robić?
                                                    - No przykryć garnek, jak kot wpadnie. Na trzy. – po czym oczywiście powiedziała „trzy”, otworzyła plecak, a Marlena, czająca się za nami diabli wiedzą od kiedy, bo przecież podkradanie się ludziom pod nogi wyćwiczyła znakomicie przez ostatnie dwa lata, z bulgotem nienawiści do całego kociego gatunku, a do tego jego przedstawiciela w szczególności, skoczyła na kocioł w tej samej chwili, w której niebotycznie wściekła Pusia, machająca łapami w powietrzu jak puchaty helikopter i czepiająca się wylatujących razem z nią ręczników, chwyciła pazurami brzeg garnka, i zawisła na krawędzi jak uosobienie klęski żywiołowej, jednocześnie starając się złapać jakąkolwiek przyczepność tylnymi łapami, żeby móc się wybić komuś na twarz. Anka wrzasnęła, odrzucając plecak, Przemas, nastawiony na wpychanie kota w głąb naczynia, nachylił się za mocno a Jacek, chcąc zamknąć piekielną furię, zdzielił go pokrywką w potylicę. Przez chwile wydawało mi się, ze nie dość, ze zaraz wszyscy zginiemy, to jeszcze Marlena zje Puśkę, a potem udało mi się złapać Marlenę za ogon i odwlec jazgoczącą wiedźmę o kluczowe pół metra, Przemas z determinacją złapał Pusię za futro, oderwał od krawędzi kotła i pchnął w dół, a Jacek tym razem trafił pokrywką we właściwe miejsce, aż zadźwięczało.
                                                    Marlena natychmiast przestała jazgotać, a zaczęła skomleć, aby dokładnie zobrazować krzywdę, jaką jej czynię, trzymając ją za ogonek. Pośpiesznie ją puściłam – ale Rysio zdążył nadbiec z odsieczą.
                                                    - Chciała zjeść Pusię. – ubiegła jego pretensje Anka. Rysio padł na kolana przy swoim skarbie i sprawdzał, jak straszne rany odniosła – skoro wspomniano Pusię, mogło być różnie. Na szczęście obie damy nie zdołały, mimo starań, wejść w bezpośredni kontakt, więc rany Marleny były raczej duchowe. Pusia także zapewne ucierpiała najbardziej na swej dumie i godności – ale ona nie domagała się pocieszania, kocioł stał teraz spokojny i nieruchomy, lśniąc srebrzystym aluminium w blasku popołudniowego słońca.
                                                    - Po cos przyniosła tego mordercę!? – zezłościł się Rysio, kiedy już był pewien, ze Marlena nie wymaga szycia. – To nie jest miejsce dla kota, woź ją sobie na łódce, jak się zwodujecie!
                                                    Rzecz polegała na tym, że kiedy w zeszłym roku Pusia wybrała się na HOW w torbie z narzędziami stolarskimi Anki, prawie od razu weszła, i to na własne, gwałtownie wyrażone życzenie, w bliski kontakt z Marleną i obie wyszły z zajścia nieco kontuzjowane, nie mówiąc już o słownictwie, jakie zostało wówczas użyte. Wprawdzie w zasadzie żadnej z nich nie stało się nic poważnego, ale jednak jednej damie opatrywaliśmy nos i ucho, a druga spędziła dwie nieprzyjemne godziny siedząc na topoli – najpierw celowo, bo uciekała przed rozżartą bestią, potem też celowo, bo fochała się na cały świat, a na nas w szczególności i nie zamierzała nas zaszczycać swoim towarzystwem – a potem, co łatwo było przewidzieć, bo nie umiała zejść. Marlena nie ułatwiała, od czasu do czasu wymykając się ze swego kojca, gdzie rzekomo za karę (za to z puszką pasztetu) zamknął ją był Rysio i niby mimochodem podchodząc pod drzewko i na przykład pod nim węsząc, albo, w ramach okazania najgłębszej psiej pogardy, załatwiając tuż obok pnia niektóre swe potrzeby. To musiało być osobiste, bo przecież Rysio dzielił swoje mieszkanie i serce nie tylko z nią, ale i z dwoma kotami i cały zwierzostan egzystował bezkonfliktowo na naprawdę małej powierzchni - a tutaj wyraźnie było widać, ze jeśli chodzi o te dwie harpie, to Galaktyka jest za mała dla nich obu. Nienawiść wsiąkła w serca i zatruła krew obu ssaków… choć musiałam przyznać, ze gdybym koniecznie miała opowiadać się po którejś ze stron konfliktu, wybrałabym sunię. To nie ona wtedy zaczęła.
                                                    Za to teraz tak…
                                                    Wyjęłam z torby precla z serem i podałam Marlenie. Powęszyła podejrzliwie a potem nader delikatnie i nienachalnie wzięła go w zęby, odeszła na metr w bok, ułożyła się na kurtce Przemka, która w zamieszaniu spadła z dziobowego kosza i zajęła się kojeniem nerwów.
                                                  • szkorbut-lumbago Re: Prezencik 06.07.17, 20:48
                                                    Popełniłam błąd! Budowlaną sagę przeczytałam w całości, ze względu na swoją nieobecność, ale tym razem już nadrobiłam i teraz będę cierpieć w oczekiwaniu i gryźć pazury.
                                                    Berrin, umówmy się, że ja załatwię kwestię sądu (a po kilku latach w NSA dam radę, mam nadziejęwink), a Ty w tym czasie będziesz pisała. Da radę tak?
                                                  • berrin Re: Prezencik 06.07.17, 21:17
                                                    NSA!!! Mój ULUBIONY sąd!!!
                                                    Wysoki sądzie! Ja i tak dzisiejszy kawałek stworzyłam kosztem przynajmniej dwu odpowiedzi na skargi.
                                                    Zastanawialam sie zresztą dzisiaj, czy nie popełniam błędu. Czy nie lepiej byłoby najpierw wykonac całość pisania a dopiero mając gotowca, wrzucac go w odcinkach np. co drugi dzień. Z pewnoscią wtedy nie miałabym takiego problemu z utrzymaniem sie w stylu i z pamiętaniem, co napisałam miesiac wczesniej. Ale obawiam sie, że skonczyłoby się jak juz kilka moich prób nazwijmy to literackich - piszemy pierwsze dziesięć stron, dlaej już i tak wiem, co sie stało, to po co mam pisać.
                                                  • zaisa Re: Prezencik 06.07.17, 22:29
                                                    Piękne! I kawałek o Puśce i Marlenie i ludziach smile I podsumowanie Twoich usiłowań literackich. Na szczęście komentarze tutaj nie muszą być konstruktywne, więc mogę się zwyczajnie zachwycić.
                                                  • berrin Re: Prezencik 06.07.17, 22:35
                                                    zwierzak zawsze ukradnie show smile
                                                  • berrin Re: Prezencik 11.07.17, 12:08
                                                    Co ja narobiłam, ludzie łódki i koty malują... smile
                                                    Ja maluje koty, jak siedzę na nudnym szkoleniu.
                                                  • berrin Re: Prezencik 11.07.17, 12:10
                                                    Co ja narobiłam... czy rysowanie łódek i kotów to zabiegi magiczne?
                                                    Czy mam się spodziewac jakichś skutków?
                                                    Mleko mi skwasnieje?
                                                    Lubię zsiadłe.
                                                  • berrin Re: Prezencik 11.07.17, 12:21
                                                    Więc miniporcyjka.
                                                    U.C.D.

                                                    Jacek próbował obejrzeć potylicę Przemasa, w końcu mocno zaprawioną pokrywką, ale młody medyk nie zamierzał na to pozwolić.
                                                    - Sam się uleczę. – oświadczył. – Zresztą nic mi nie jest.
                                                    - Nie przewidziałem…
                                                    - Nikt się nie spodziewa hiszpańskiej inkwizycji, nie? – wspaniałomyślnie przyznał Przemas - Nie znałeś Puśki osobiście, w porządku, teraz już wiesz, że to potwór…
                                                    Obaj przed chwilą zgodnie i bardzo ostrożnie przestawili koci kocioł pod drzewka, umieszczając go na podstawce z płyty pilśniowej – a Przemas dla pewności położył na pokrywce spory otoczak.
                                                    - Ona się tam nie udusi? – niepokoił się jeszcze Jacek.
                                                    - Rant nie jest równy, spokojnie. To jest zresztą kot pancerny i przeciwpancerny…
                                                    - No właśnie widziałem…
                                                    Zostawiłam obu pogromców, kiedy się tak zaprzyjaźniali nad garnkiem i poszłam do hangaru po kanisterek z rozcieńczalnikiem do pokostu i bańkę acetonu. Skoro znienacka władze śledcze z jakichś sobie znanych powodów uznały, ze pomogą nam w remoncie, to z mojego punktu widzenia należało fakt ten wykorzystać. Uważałam nas wszystkich za niewinnych do obrzydliwości i nie wydawało mi się, żeby obustronna współpraca remontowo-śledcza czymkolwiek nam groziła.
                                                    W hangarze trafiłam na kolejne bardzo zirytowane zgromadzenie – Bogdan, Rysio i Zbyszek stali pod kratownicą, wykazując wielka ufność dla słupków zabezpieczających i pokazywali sobie coś palcem. Podeszłam bliżej i zorientowałam się, ze chodzi o stłuczoną szybę w jednym z wąskich, poziomych okien pod samym dachem hangaru. Musiała być stłuczona już wcześniej, bo mętnie pamiętałam, ze wczoraj znad kratownicy, spomiędzy leżących na niej szpejów, było widać dzienne światło, teraz widoczne wyraźnie, skoro Bogdan w ataku pracowitości z wczoraj na dzisiaj pozdejmował z góry znaczną część osprzętu.
                                                    Sam fakt potłuczenia jakiejś szyby na HOWie nie był niczym dziwnym, już rodzaj wykonywanych tu przez nas robót i kompletny brak kwalifikacji powiązany z nadmiarem entuzjazmu u przynajmniej połowy pracujących generował nieustanne straty. Przynajmniej trzy razy w sezonie remontowym ktoś bawił się w czeski film, nosząc za długą drabinę albo starając się opanować pięciometrowe deski, targane do stolarni. Raz widziałam, jak Jędruś testuje pistolet tapicerski metodą przestrzeliwania go – a że był to niezmiernie solidy i wielkokalibrowy ruski pistolet ze stadionu 10-lecia, masywna zszywka, wystrzeliwszy z urządzenia wybiła dziurę w drzwiach jednej z szafek i stłukła stojącą wewnątrz butelkę po piwie, zawierająca rozcieńczony kwas solny (zaraz potem pistolet został zakwestionowany jako broń zaczepna i schowany w warsztacie Jurka, a potem wydawany wyłącznie osobom pełnoletnim z wyłączeniem Przemasa). Masowa nieumiejętność mocowania tarcz tnących diaksy także powodowała straty, tym większe, im bardziej mimośrodowo taką tarczę umieszczano – zwłaszcza, ze jeszcze nie przywykliśmy do luksusu diaksy z tarczami na rzep. Zerwana siłą odśrodkową tarcza tnąca potrafiła lotem koszącym przelecieć przez pół hangaru i wbić się w ścianę – a kiedyś, w jednym, bardzo pamiętnym wypadku, w burtę Jajecznicy. To, ze nikt nikogo nie zabił żadnym z tych narzędzi, zawdzięczaliśmy chyba jedynie opaczności świata, tej samej, która nie pozwoliła nam się pozabijać podczas wodowania Kowalika, zapewne uznawszy, że za bardzo byśmy chcieli, a to, ze Zbyszek nie zabił nikogo po uszkodzeniu burty kobiety jego życia – wyłącznie temu, że Kuba zaczął uciekać, jak tylko usłyszał narastający ryk gniewu, nie dociekając jego przyczyn.
                                                    Ale wybicie szyby w okienku pod dachem było o tyle zaskakujące, że nie bardzo mogło przytrafić się przypadkiem, wymagało bowiem starań. Szyby w okienkach tylnej ściany hangaru były solidnie zbrojone metalową siatką i nawet pęknięte pozostawały na swoich miejscach. Uderzenie kamieniem czy gałęzią nisko przelatującej topoli nie miało prawa spowodować żadnych większych zniszczeń. Jasne, podczas jesiennego ładowania rzeczy na kratownicę, zwłaszcza zaś w trakcie wsuwania tam masztów i bomów metodą „kiedy użyjesz odpowiedniej siły, przestrzeń magazynowa znacząco się poszerza” spokojnie któryś top albo pięta mogły wjechać w szybę i skutecznie załatwić ją w drobne okruchy, ale wtedy podczas obchodzenia hangaru ktoś na pewno zauważyłby że kawałek takielunku wystaje poza hangar. A nie wystawał.
                                                    A szyba była stłuczona od zewnątrz. Drobne druciki zbrojenia, spomiędzy których wysypywały się okruchy hartowanego szkła, były wgięte do wewnątrz pomieszczenia a cała szczelina w stłuczonym oknie miała niemal 30 cm długości .
                                                    - Jak łaziłem i szukałem gaśnic, to szyba musiała być na miejscu, bo na górze było kompletnie ciemno – mówił Zbyszek.
                                                    - Kuba… - zaczął Rysio, który od dawna miał bardzo konkretne poglądy odnośnie identyfikacji największego howowskiego niszczyciela i szkodnika, ale Zbyszek ich nie podzielał.
                                                    - Panie Rysiu, pan się uspokoi z Kubą, nie całe zło świata przez Kubę. Włazili na górę, jak szukali tej szpady, ale od środka przecież tego nie potłukli. – przerwał mu dość obcesowo. – To musiał ktoś z zewnątrz.
                                                    - Może jakaś gałąź…? – niepewnie zaproponował Bogdan. – Nie, bzdura…
                                                    Zostawiłam ich z zagadką szklarsko-dendrologiczną, wyciągnęłam z szafki cała niezbędna mi chemię i wróciłam ciężko pracować.
                                                    Jacek i Przemas zmyli już pokład benzyną i właśnie energicznie potrząsali każdy swoją puszką pokostu. Anka obskubywała z luźnego włosia pędzle, ocalone spod Puśki. Sporządziliśmy mieszankę, Anka rozlała ja do wiaderek i sobie na buty. Jacek wysłuchał uwag o technologii pracy przy dębowych klepkach, przyodział się w wydane mu ogrodnicze rękawiczki, skinął głowa i spokojnie i metodycznie zaczął malować. Anka popatrywała na niego podejrzliwie przez kilka pierwszych minut, ale szybko dała spokój, i wybrawszy sobie do malowania pokład na rufie, zajęła się własną robotą.
                                                    Zresztą sprawnie mu szło. Wyglądał przy tym doskonale niewinnie i całkowicie na swoim miejscu – i dopiero po dobrym kwadransie malowania ramię w ramię z nim razem doszłam do wniosku, ze w tym sielskim obrazku wikinga z pędzlem, skupionego na pracach szkutniczych, cos mi nie gra.
                                                    Czterdzieści metrów od kanistra z pokostem nie tak dawno znalazłam o poranku trupa. Jacek jest policjantem. Policjant maluje nasz pokład w godzinach swojej pracy. Ja rozumiem pomoc społeczeństwu, służby mundurowe bywają bezcenne, choćby nie dalej jak jesienią ściągali nas policyjną motorówką z filara Mostu Gdańskiego, na który cofnął nas wijący się tam jak znerwicowany padalec prąd wody, ale nie słyszałam do tej pory, żeby do obowiązków organów ścigania należało malowanie pokostem.
                                                    Albo zakochał się we mnie na śmierć i życie i ryzykuje dyscyplinarne konsekwencje opieprzania się podczas dochodzenia, albo…
                                                    Albo zrobiliśmy wszyscy tak znakomite wrażenie na jego sztywnym i służbowym przełożonym, że uznał, ze bez środków specjalnych niczego sensownego się od nas nie dowie. Ciekawe, czy naprawdę tak mocno wiązał osobę zabitego z HOWem, czy jednak po drugiej stronie płotu jakiś sympatyczny funkcjonariusz pomagał teraz dla odmiany malować linie na korcie…
                                                    - Podobno mieliście tu jakiś czas temu archeologów? – zagadnął mnie obiekt moich obserwacji, dolewając sobie pokostu do wiaderka. Nadal wyglądał niewinnie i sympatycznie i nadal było mi przyjemnie, ze jest w bliskiej okolicy – ale jeszcze nie doszłam do wiążących wniosków, do jakiego stopnia zamierzam być mu nieświadomą pomocą w śledztwie. Niech będzie, na razie mogę mu poopowiadać, mają rację, prywatnie dowiedzą się masy niepotrzebnych rzeczy ale może będzie wśród nich jakąś potrzebna, a na przesłuchaniu nikt im nie będzie snuł opowieści z życia harcerza – bo zresztą niby o czym…?
                                                    - Byli. Zaraz przed bomba lotniczą. – przyznałam zatem bez oporu.
                                                  • zaisa Re: Prezencik 11.07.17, 14:51
                                                    Wadą tych kawałków jest to, że jak się człowiek wciągnie, to zaraz mu się kończą. Zaletą, że może wtedy wrócić do życia i prac innych.
                                                    Pisz, Berrin. Ponieważ mamy zagniecione ciasto na ciasteczka, to może z niego powycinamy łódki i koty?
                                                  • minerwamcg Re: Prezencik 11.07.17, 15:11
                                                    To się nazywa klifhanger! Zostawiłaś nas z bombą lotniczą.
                                                  • balamuk Re: Prezencik 11.07.17, 15:30
                                                    U.C.D., U.C.D. big_grin
                                                  • eulalija Re: Prezencik 11.07.17, 16:49
                                                    A co to jest U.C.D?
                                                  • berrin Re: Prezencik 11.07.17, 17:03
                                                    Ulubiony Ciąg Dalszy 😀
                                                  • gat45 Re: Prezencik 11.07.17, 17:07
                                                    Wytarzałam się z lubością w tym odcinku, jak i w poprzednich.
                                                    Kcem jeszcze. No, proszę ! Tak bardzo proszę....
                                                  • berrin Re: Prezencik 11.07.17, 17:12
                                                    Co w mojej mocy czynię... ale praca zawodowa ma swoje prawa...
                                                  • szkorbut-lumbago Re: Prezencik 11.07.17, 19:23
                                                    Moja propozycja wciąż aktualna smile
                                                  • eulalija Re: Prezencik 12.07.17, 08:55
                                                    Dziękuję uprzejmie za informację.
                                                    Czekam bardzo cierpliwie.
                                                    Nienażarta czytelniczka.
                                                  • berrin Re: Prezencik 12.07.17, 09:45
                                                    Szkorbucie, kiedy mi akt rentowych nie wolno wynieśc poza instytucję smile Wprowadzisz się pod dach nasz cieknący?
                                                  • bluzeczka.zamszowa Re: Prezencik 12.07.17, 10:41
                                                    Cześć, w którymś z wcześniejszych tomów Autobiografii Gurua pisała, że kiedy trzaskala na maszynie kolejna powieść, obaj synowie stali za nią i czytając śmiali się głośno, wołając: szybciej matka, szybciej pisz!
                                                    Mam ochotę ich naśladować, w miejsce <matka> wstawiając <Berrin>!
                                                  • berrin Re: Prezencik 12.07.17, 14:49
                                                    UCD, UCD smile

                                                    - Właśnie, bomba lotnicza… tam za hangarem, wpadłem w pułapkę… - w skupieniu przejechał pędzlem po falszburcie.
                                                    - To chcesz słuchać o archeologach czy o bombie? – zapytałam rzeczowo.
                                                    Przez chwile patrzyliśmy sobie w oczy – Jacek miał zielone oczy – i on pierwszy uciekł spojrzeniem.
                                                    - W porządku. – pocieszyłam go. – Takie metody śledcze są spoko, zwłaszcza, że pomagasz w robocie. Ja go nie zabiłam i w ogóle nie zrobiłam nic złego, wiec nie czuje się podpuszczana. Opowiem ci co będziesz chciał, nie musisz być zakłopotany. Taka praca, chociaż ja cię chyba za dobrze znam, żebyś się w tej sprawie pisał na tajniaka...
                                                    Skrzywił się lekko.
                                                    - Kapitan uznał, ze skoro ja też cię znam…
                                                    - No, jemu z cała pewnością nic bym nie opowiadała.
                                                    - Widzisz – ciągle trochę speszony, ale już spokojniej, wrócił do skrupulatnego malowania pokładu wokół kluzy. – Tu się coś dzieje… a cholernie trudno sprawdzić, co.
                                                    - Archeolodzy byli dziwniejsi niż bomba – zapewniłam go.
                                                    - Świetnie, pewnie tak, tylko o tym, jak saperzy wydobywali niewypał, to dowiedzieliśmy się wszystkiego w jednostce na Szwoleżerów, a o tym, co to byli za archeolodzy, to nawet nie wiemy, kogo pytać. Uniwerek twierdzi, ze żadnych archeologów to nie było. W ogóle byli zdziwieni, czego mieliby tu szukać.
                                                    - To nie jest jedyna uczelnia w kraju.
                                                    - No nie, ale zanim zaczniemy wysyłać pisma do wszystkich wydziałów archeologii w Polsce, może powiesz mi coś, co nam ułatwi… Czego oni tu szukali?
                                                    Zastanowiłam się głęboko. Z archeologami nie miałam za wiele do czynienia, w październiku zaczynaliśmy na budowie etap wylewania białej wanny i wszyscy byli bardzo zajęci, ja także, na HOWie bywałam dość rzadko, całą robotę konserwacyjną przy Nadziei zostawiając Ance, która do swoich studiów na architekturze podchodziła z dużo większym luzem. Ale jednak bywałam, omawialiśmy wspólnie fakt pętania nam się po HOWie i przeszkadzania nam w pracy całkiem sporej ekipy kopiącej bardzo duże dołki bardzo małymi łopatkami. Było mnóstwo gadania, ale tak jakby niespecjalnie cokolwiek z niego wynikało…
                                                    - Nie wiem. – powiedziałam wreszcie ze zdziwieniem.
                                                    - Nie powiedzieli?
                                                    - No nie, chyba mówili. Bardzo dużo mówili, ale jakoś tak, to znaczy teraz tak mi się wydaje, jakby bardzo chcieli, żeby nikt ich nie zrozumiał. Nie wiem, niektórzy naukowcy tak mają, że jak są zrozumiali to się nie czują wystarczająco naukowo… Coś tam coś tam w czasie drugiej wojny, jak berlingowcy forsowali Wisłę, to tutaj coś tam. Ale nie wiem… Przemas?
                                                    - Co? - Przemas wychylił się zza burty. – Mało będzie tego pokostu!
                                                    - Mam jeszcze dwie puszki w szafce – uspokoiła go Anka. Pomachałam ręka, żeby zwrócił uwagę na mnie, a nie na pokost.
                                                    - Na razie mamy jeszcze połowę dużej puszki i póki co ci wystarczy. Przemas, skup się. Siedziałeś tu cały październik, jak ta ekipa szukających w gruncie rzeczy kopała dziury pod stelażami.
                                                    Przemas spojrzał na mnie tak, że na moment zwątpiłam we wszelką jego zdolność do skupiania się, poprawił okulary ręką, w której trzymał pędzel, ubrudził je sobie pokostem, zdjął je, wytarł koszulą, rozmazała po nich pokost jeszcze bardziej, sięgnął po rozcieńczalnik i Jacek w ostatniej chwili złapał go za rękę, zapobiegając chlupnięciu acetonem na plastikowe szkła z powłoką antyrefleksyjną i uczynienia nowych okularów łagodnie i przyjemnie nieprzejrzystymi. Byłyby to zresztą już trzecie, które Przemas sobie tak załatwił.
                                                    Po krótkiej walce pozwolił mi odebrać sobie szkła i wyczyścić je moimi własnymi chusteczkami do okularów, założył je na nos i zamyślił się głęboko.
                                                    - No siedziałem. - przyznał. – Jakoś tak wyszło, ze miałem czas wtedy, robiłem nowe gretingi do Polimala.
                                                    - No właśnie wiem. Pamiętasz ekipę archeo z jesieni?
                                                    - Pamiętam, strasznie przeszkadzali w robocie.
                                                    - Skąd byli?
                                                    - No z UWu.
                                                    - Tak mówili?
                                                    - No tak, pytałem się ich, pamiętam, i powiedzieli, ze są z UW, byłem ciekaw, bo tam była jedna fajna dziewczyna, co mi się z nią nie udało ani razu dłużej pogadać i myślałem sobie, ze potem pojadę na wydział i ją sobie znajdę już bez tego ich szefa. Powiedziała, ze jest z UW.
                                                    - Pojechałeś?
                                                    Przemas niechętnie wzruszył ramionami.
                                                    - Ta… Pojechałem. Miała na imię Kaśka, ale dopiero jak tam byłem, zorientowałem się, ze nie pamiętam nazwiska, a na dodatek od razu mi powiedzieli, że trzy ekipy i tak właśnie pojechały na wykopki gdzieś pod Szczecin. Jej nie zobaczyłem, uznałem, ze pewnie tez pojechała, a potem mi się już nie chciało szukać. Ona mnie nie szukała.
                                                    - Czego oni tu chcieli?
                                                    - Nie wiem. Prowadzili badania jakeś tam. Że niby rozkopią i dopiero będą wiedzieli, czy czegoś szukają. Może w czasie wojny zapadł się tu w bagno liberator i chcieli go odkopać. Jakoś tak pamiętam, ze chodziło o jakieś tam potwierdzenie czegoś z II wojny.
                                                    - Tutaj? Bez sensu. Tu było starorzecze.
                                                    - Nie wiem, trochę nas przeganiali. Że niby im przeszkadzamy, kto tu komu przeszkadzał... Więcej gadali z Rysiem, ale też raczej tylko o tym, żeby zamykał Marlenę, bo im włazi do dziur. I chyba z Bogdanem, znaczy nie wiem, czy gadali, czy tylko sam się interesował, nie miałem do tego głowy tak naprawdę…
                                                    - Bogdan?
                                                    - No, nawet właził im pod te zabezpieczenia i sobie oglądał. Chyba go polubili, taki kurde poważny, no, przynajmniej go nie przepędzali jak innych. Nawet się dziwiłem, że zawsze taki zdystansowany, a tam się pcha, ale może tez mu się jakaś panna spodobała, przecież to było akurat wtedy, jak się rozstawał z Agnieszką.
                                                    Jacek słuchał i zapewne wyciągał jakieś wnioski, a przynajmniej służbowo powinien – ale jeśli tak, to powinnam odczuć podziw, bo mnie żadne wnioski z mętnych wspomnień Przemasa nie wynikały.
                                                    - Coś wykopali? – zapytał.
                                                    - No żadnego czołgu ani liberatora nie znaleźli. Pogadaj z tym pracoholikiem, będzie lepiej wiedział. No i Rysio albo Jurek, ktoś z obsługi, albo Zbyszek, ktoś w końcu dał im zgodę na te wykopki na samym środku placu roboczego. Cholera, wózkiem z łodziami trzeba ich było omijać, kopali z dwu stron, tutaj przy wale i tam, z drugiej strony, Jędrek się śmiał, że metro robią, bo to wyglądało jak tunel kopany z dwu stron. Anka, trzeba dorobić pokostu.
                                                    Jacek z miną wyrażającą zupełnie nic sięgnął po swoje wiaderko i odlał część zawartości do zasobnika Przemasa. Przysięgłabym, ze cała moc jego procesora idzie w tej chwili w porządkowanie danych. Potem wrócił do malowania, przesuwając się bardziej w stronę rufy.
                                                    Praca postępowała solidnie i szybko.
                                                    - A ta bomba? – zapytał mnie cicho, kiedy Przemas z Anka powędrowali jednak po ostatnią puszkę pokostu.
                                                    - Zieloni harcerze robili tu jakieś gry terenowe... – zaczęłam.
                                                    - Zieloni?
                                                    - No… Nie wodni. Wodni są granatowi, znaczy my jesteśmy, a oni zieloni.
                                                    - Jesteś harcerzem? – ucieszył się nie wiadomo czemu. Zastanowiłam się.
                                                    - Chyba formalnie tak, chociaż nie wstępowałam. Żeglowanie tutaj wiąże się technicznie z przynależnością do drużyny, jednej z dwu, 165 albo 166 WŻDH. Przypisują cię losowo.
                                                    - A mundurki? Nosicie mundurki?
                                                    - Nie masz innych zmartwień?
                                                    - Mam, ale próbuję sobie ciebie wyobrazić w harcerskim wdzianku… Jak one wyglądają?
                                                    - Są granatowe z kołnierzem marynarskim. Mam gdzieś w domu taką bluzę, ale męska jest i biust mi się nie mieści. Chcesz o bombie?
                                                  • berrin Re: Prezencik 12.07.17, 14:51
                                                    I sama końcówka, co mi się nie zmieściła w ramach 8000 znaków.


                                                    Naprawdę wyglądał jak psotny chłopaczek. Wzrostu 190 cm.
                                                    - Chcę.
                                                    - No więc była jakaś gra terenowa, i chłopcy od organizacji coś ukrywali w różnych miejscach nad Wisłą, tutaj, przy Horyzontach, w Nowym Ośrodku, żeby kto inny znalazł. W tym celu tez kopali dołki i podkopy, ale płycej. Jurek ich nawet pogonił, bo nam podkopywali hangar. No i wykopali statecznik, tam, gdzie wpadłeś nogą pod deski.
                                                    - To im gra nie wyszła…
                                                    - No trochę chyba nie, bo na dwa dni ewakuowali stąd wszystkich, przyjechali chłopcy najpierw ze Szwoleżerów a potem z Wesołej, wykopali bombę lotniczą, ganiali z wykrywaczami metalu, żeby sprawdzić, czy to była jedna bomba, ale niczego więcej chyba nie znaleźli. Sprawdzili cały tamten wał za hangarem. I wywozili ją z szykanami, Most Łazienkowski zamknęli dla ruchu, jak kolumna jechała…
                                                    - Skąd byli ci harcerze? Ci zieloni?
                                                    - Nie wiem, ale łatwo mogę ci sprawdzić, Zbyszek wie na 100 procent, bo musieli to wcześniej uzgodnić z nim. Chcesz?
                                                    - Chcę. To znaczy poproszę…


                                                    BTW. To pismo procesowe,co je tworzyłam na zmianę z UCD, to sobie zachowam i będe je odczytywac, kiedy zrobi mi się smutno...
                                                  • zaisa Re: Prezencik 13.07.17, 16:42
                                                    Dwa razy przeczytałam UCD, teraz mogę czekać na JBUCD. smile
                                                    Dzięki.
                                                    Pism procesowych to pewnie nie możesz zamieszczać, ale tak ciekawi mnie, czy dla postronnych laików też byłoby rozweselające...
                                                  • gat45 Re: Prezencik 13.07.17, 19:00
                                                    Miauuuuuuu !
                                                    Gat wygina grzbiet w łuk doskonały, ogon stawia na sztorc i ociera się o nogi Autorki. Zaraz zacznie mruczeć.
                                                  • balamuk Re: Prezencik 13.07.17, 19:14
                                                    Pogłaskać? wink
                                                  • gat45 Re: Prezencik 13.07.17, 19:31
                                                    Mmmmrrrrrr.........
                                                  • berrin Re: Prezencik 14.07.17, 06:49
                                                    Po takim komplimencie to ja też będę mruczeć. Mrrrrrrrr, mrrrrrrr, mrrrrrrr...
                                                  • berrin Re: Prezencik 14.07.17, 12:09
                                                    mini U.C.D.

                                                    Rozejrzałam się za Zbyszkiem –nigdzie nie było go widać, ale spod hangaru dobiegały nas odgłosy ciężko pracującego diesla – co oznaczało, ze gdzieś tam jest, ale rychło pojedzie, skoro wołga grzała już silnik.
                                                    - To maluj dalej i zaczekaj na mnie, sprawdzę, może będzie pamiętał. – powiedziałam, odłożyłam pędzel do słoika, wytarłam ręce w woniejący chińską trutką na karaluchy ręcznik i ruszyłam szukać Zbyszka.
                                                    Po drodze kontrolnie obejrzałam kocioł, tkwiący pod drzewami i ogrzewany zachodzącym słońcem. Milczał, ale kiedy delikatnie dotknęłam pokrywki, z jego głębin dobiegło mnie groźne buczenie roju – Puśka ewidentnie nie życzyła sobie żadnych kontaktów za światem zewnętrznym.
                                                    Mętnie zastanawiając się, jak Anka zdoła zabrać się z kotłem do autobusu, obeszłam podwórze przed hangarami, zaglądając w każde drzwi, stwierdziłam, że Zbyszek siedzi w toalecie i ustabilizowałam się przy wołdze, uznawszy, ze skoro chce odjeżdżać, to sam tu zaraz przylezie. Nigdy nie grzał silnika dłużej niż 10 minut przed startem.
                                                    Marlena, rozwalona na stercie lin, leniwie wygrzewała się w resztkach kwietniowego słońca. Pod brodą ukrywała tymczasem jakieś dobro spożywcze, które chwilowo nie zmieściło się jej wewnątrz psa, wyglądało trochę na banana, ale nie chciało mi się sprawdzać. Dokoła nas czarowne wonie wiosennego wieczoru nad rzeką walczyły o lepsze z równie czarownymi woniami rozcieńczalnika, spalin diesla i nadpalonego laminatu. Szukając towarzystwa, z hangaru wyszedł Jędruś, mieszając w słoiku żywicę z talkiem.
                                                    - Ominął cię wykład porządkowo-dyscyplinujący – oznajmił konwersacyjnym tonem, patrząc w głąb słoika i nader starannie roztarł jakąś niewielką grudkę materii. – Żałuj, wszystko było, ekspresja, dynamika, kompozycja…
                                                    - Zbyszek?
                                                    - Nie, Boguś. Już mu chyba zupełnie padło na umysł…
                                                    - A o co…?
                                                    - O torby luzem. Te, co spadły z kratownicy. Bogdan poukładał zdaje się wszystko na eleganckiej stercie, Zbyszek zrobił bałagan, jak szukał swoich świętych gaśnic, a w ogóle to nie są rzeczy howowskie tylko prywatne, ludzie nie zabrali jesienią, teraz tez jeszcze nie zabrali, bo łodzie nie gotowe, przecież nikt tego nie będzie teraz specjalnie woził do domu żeby za dwa tygodnie przywozić znowu. A ten dawaj, że to nieodpowiedzialne, że brak szacunku, że robienie śmietnika z naszego, rozumiesz, wspólnego warsztatu pracy… - ciągle mówił tonem łagodnie konwersacyjnym, ale szpachlówkę mieszał coraz energiczniej. – Jakby to Komando Jacuś wyjechał z takim tekstem, ale po paru głębszych, to bym się nie dziwił, ale ten tak na trzeźwo…
                                                    - A konkluzje były?
                                                    - Były. Że jak ludzie nie pozabierają, to on wyniesie do kontenera na śmieci. Czy ta Agnieszka to by do niego jednak nie mogła wrócić? Taki był normalny, jak go pilnowała…
                                                    Pomyślałam o Agnieszce, która od rozstania z Bogdanem, co nastąpiło ubiegłej jesieni, w ogóle przestała pojawiać się na HOWie, w prywatnej rozmowie przy piwie zwierzywszy się mnie i Ance, że nie zdoła dłużej mieszkać z facetem, który skarpetki w szufladzie układa w kant i prasuje dresy. Bogdan za to do tej pory reagował alergicznie nawet na użycie jej imienia w towarzyskiej rozmowie, ale zwierzeń nie czynił.
                                                    - Masz tam coś swojego?
                                                    - Firanki na moskitierę, po cholerę mam to zabierać do domu?
                                                    - Wrzuć do którejś swojej bakisty, pomalowane masz już przecież.
                                                    - No pewnie wrzucę. A ty cos masz?
                                                    - Nie, myśmy wszystko co nasze jeszcze jesienią upchnęły w szafkach a kuwetę Puśki trzeba było w ogóle wyrzucić bo ktoś w nią wlazł i się połamała. Na kracie miałyśmy tylko rzeczy nadziejowe, legalnie. A żagle w ogóle zabrałam już w zeszłym tygodniu do szycia. Możemy ostatecznie w czynie społecznym przejrzeć tę stertę i jak tam będzie coś, co nie powinno być wyrzucone, to zawlec gdzieś i schować. O! – ucieszyłam się, bo sekretarz PZŻ pojawił się w drzwiach hangaru przyodziany w monstrualny zwój liny jak w chomąto - Zbyszek, pamiętasz zeszłoroczne podchody?
                                                    Zbyszek popatrzył na mnie nieco zaskoczony.
                                                    - Podchody?
                                                    - Grę terenową z bombą w roli uświetniacza.
                                                    - A. Pamiętam. – wrzucił na tylną kanapę wozu swoje brzemię, wyprostował się, przeciągnął i poklepał po kieszeniach w poszukiwaniu papierosów. Bożenka nie pozwalała mu palić w domu, on sam sobie nie pozwalał palić w wołdze. – A o co chodzi?
                                                    - Która drużyna to robiła?
                                                    - Maćka i Małego. Ależ to było głupie. – zapalił, rozejrzawszy się kontrolnie, czy Rysio nie patrzy. – W październiku rajd powstańczy, zgłupieli, nie wiem, co ich wtedy naszło, rzucili się, zamieszanie zrobili, a wyszło im z tego zdobywanie sprawności sapera.
                                                    - Tu nie było powstania. Ani nawet desantu. – zauważył Jędruś, jednocześnie oceniając fachowym okiem stopień żelowania szpachlówki.
                                                    - Może się zasugerowali tą ekipą archeo, ona też tu była ni przypiął, ni wypiął. Albo któryś idiota z hufca za długo myślał, tak jak teraz z ta paradą. Jasia, ja nie rządzę harcerzami…
                                                    - Maciek i Mały?
                                                    - Tak. Muszę już jechać, jutro mnie nie ma. Jak masz jakieś rzeczy w tej stercie to je zabierz, bo wasz kompulsywny sprzątacz powyrzuca.
                                                    Pomyślałam, ze Bogdan budzi urozmaicone uczucia u coraz większej liczby osób, a Zbyszek wsiadł do dyplomatycznego wozu w kolorze głębokiej czerni i zaczął nieśpieszenie zawracać. Wołga miała promień skrętu wymagający Placu Defilad, a podwórko przed hangarami było niewielkie, więc zajęło mu to dłuższą chwilę. Jędruś wrócił pod dach zużytkować szpachlówkę, Marlena chwyciwszy w zęby banana, podążyła za nim, a obok mnie zmaterializował się Jacek.
                                                    - Już nie malujesz? – zadziwiłam się.
                                                    - Wrócili z pokostem i kazali mi znaleźć w narzędziowej gumowy młotek. – wyjaśnił. – I co? Co to za harcerze byli?
                                                    - Klepka odstała?
                                                    - Dwie. Co to za harcerze?
                                                    Z wysiłkiem przełożyłam podane mi przez Zbyszka imiona na numery drużyn. Jacek starannie je sobie zanotował.
                                                    - Nie wiem, czy cos ci z tego wszystkiego przyjdzie – powiedziałam z niepokojem. – Na razie widzi mi się, ze tylko zwiększamy bałagan.
                                                    - Na razie zbieramy dane. Tu się cos dzieje, nie wiemy, czy ma coś wspólnego z zabójstwem, czy nie, ale ilość dziwnych rzeczy, jakie dotyczą tego kawałka gruntu, jest zupełnie zaskakująca…
                                                    Przypomniały mi się moje wcześniejsze przemyślenia i pokiwałam głową. Swoją droga ciekawe, czy myśleliśmy o tych samych dziwnych wydarzeniach, czy oni mieli swoja własną pulę dziwaczności.
                                                    - Chodź po ten młotek. Ja o tym ostatnio sporo myślałam, niedługo okaże się, ze nie mamy gdzie robić remontów, bo wszyscy albo chcą to kupić, albo przynajmniej podkopać… - usłyszałam, co mówię, zatrzymałam się w drzwiach i spojrzałam na Jacka. Stał nieruchomo przed wejściem i się na mnie gapił.
                                                    - Wiesz, że prawdopodobnie jesteś genialna?



                                                    A co będzie, jak wyjadę na urlop na kompletne beznecie?
                                                  • zaisa Re: Prezencik 14.07.17, 17:12
                                                    Będziemy cierpieć.
                                                    A na razie dzięki za każdy, każdziusieńki udostępniony kawałek.
                                                  • koszmarna.baba Re: Prezencik 14.07.17, 17:55
                                                    Oooo.....Aż tak dobrze to nie ma!!! Było nie robić smaku głodnym piraniom bo znajdą nawet na bezneciu! A tak w ogóle to telefony mają nie tylko zasięg ale i neta już praktycznie wszędzie więc Szanowna Pani nie ma wymówki. Ale, ale my Panią kochamy, Jej twórczość też kochamy i mocno wierzymy, że kochana Autorka nie zrobi nam świństwa i nie pozbawi nas ulubionej lektury!
                                                    kiss
                                                  • berrin Re: Prezencik 14.07.17, 18:39
                                                    To i tak dopiero za trzy tygodnie wyjeżdżam w sam środek niczego. Ale naprawdę z kontaktem ze swiatem bywa tam klopot, i zasięg i net raczej bywają niż są, i czeczęsto zeby je złapać, trzeba stanąć w najwyższym punkcie działki i wyciągnąć się jak statuja wolności...
                                                  • balamuk Re: Prezencik 14.07.17, 19:20
                                                    Stoit statuja, ruka padniata... A nie, to nie to. Wróć.
                                                    Otóż będziem cierpieć, cierpieć i jeszcze raz cierpieć. Stworzym wątek cierpiętniczy albo odgrzejem wyjny wątek Gata, żeby sobie powyć. A w cichości ducha będziem mieć nadzieję, że na bezneciu napiszesz więcej i po powrocie zapodasz nam od razu parę odcinków. wink))
                                                  • berrin Re: Prezencik 14.07.17, 20:51
                                                    Mogę dzierżyt' granata 😀. Może złapie zasięg.
                                                    Idę na ten urlop od soboty 5 sierpnia, jeszcze masa czasa.
                                                  • balamuk Re: Prezencik 14.07.17, 21:10
                                                    Czyli przed wyjazdem mamy ci przypomnieć o granacie. wink
                                                  • eulalija Re: Prezencik 15.07.17, 09:35
                                                    1999 rok, koło Serocka na wsi głuchej działka była.
                                                    I z komórki można było jak się na drabinę wlazło w określonym miejscu ustawioną.
                                                    Ech czasy ...
                                                    Berrin po prostu napisz do końca i wtedy sobie wyjeżdżaj gdzie chcesz.
                                                    smile
                                                  • gat45 Re: Prezencik 15.07.17, 10:02
                                                    Rada Eulaliji jest zdecydowanie najlepsza, nikt nie przebije.
                                                    Ja zaś wczoraj zastanawiałam się, co zrobię w takim tragicznym przypadku. Pierwszą myślą było "nie będę czytać tego, co napisze teraz - zostawię sobie na jej urlop". Głupota tego rozwiązania bije wprawdzie po oczach, ale to cała ja. Gospodarowanie przyjemnościami szwankuje mi zdecydowanie. W czasach, kiedy jeszcze nie zerwałam ze zgubnym nałogiem jedzenia, od kiedy pamiętam miałam tendencję do zostawiania sobie "na koniec" najlepszych kąsków. Męczyłam ci ja to mniej lubiane, a kiedy przychodził czas na pyszność, to mnie się już nie chciało jeść sad Jeżeli była to pyszność zostawialna na jakiś czas, to w większości przypadków ktoś mi ją wyżerał (jak to ? przecież zostawiłaś!). I niczego mnie to nie nauczyło, nadal moja gospodarka przyjemnościami jest kulawa i bez głowy (obowiązkowi tak mająsad). Z jedzeniem mam spokój, bo jem już tylko to, co bardzo ale to bardzo lubię, tylko że już tego nie lubię - rozumiecie? Jem i w głowie odtwarzam sobie wspomnienie niegdysiejszej przyjemności. Akrobatyka psychiczna. Nikomu nie życzę konieczności stosowania takich sztuczek sad Z drugiej strony jem tyle, że mogłabym odżywiać się wyłącznie kawiorem astrachańskim (z bieługi, oczywiście, ggg = gros grains gris), wciąż pozostając niskobudżetowa. Troszeczkę - troszeczkę! - lepiej jada mi się przy fajnej lekturze. Dlatego jak się pojawia TWO (Tak Wyczekiwany Odcinek), to lecę do kuchni zrobić sobie kanapkę albo i dwie. Wysokokaloryczne. I wchłaniam.
                                                    Nie, Berrin, to nie jest szantaż zdrowiem. No, może taki malutki szantażyczek... Ale przede wszystkim komplement czystej wody i podziękowanie !
                                                  • berrin Re: Prezencik 15.07.17, 12:02
                                                    O bogini... tworzę dzieło wspomnieniowo-rozrywkowo-uzalezniajaco-terapeutyczne...!
                                                    Ogrom odpowiedzialności mnie przytłoczyl troszkę.
                                                    Coś sie wymysli.
                                                  • gat45 Re: Prezencik 15.07.17, 13:07
                                                    Już-już-już Cię odtłaczam !!!! Wszystko, tylko nie przytłaczanie Berrin Gatem !!!
                                                    No, już....{Gat ociera pot z czoła, rzeczywiście ciężkie było}
                                                    Pisz po swojemu. Oczekiwanie na przyjemność to też przyjemność wszakże.
                                                    A z tymi kanapkami to prawda jest smile
                                                  • eulalija Re: Prezencik 15.07.17, 13:28
                                                    Nie przejmuj się Berrin.
                                                    To jest takie cudniaste, że i twój urlop przetrzymam.
                                                    Zaciskając zęby.
                                                  • minerwamcg Re: Prezencik 15.07.17, 17:17
                                                    Hm... To jest myśl! Gat, słoneczko Ty nasze, za całą familię możesz nie jeść, ale gryza za narratorkę, gryza za Jacka, gryza za Przemasa, i co, za Marlenę nie zjesz? A za Pusię? I tak Ci waga w pożądanym kierunku podjedzie.
                                                  • berrin Re: Prezencik 15.07.17, 20:50
                                                    Gat mnie nie przytłoczył! Gat lekki jest, zwiewny, delikatny, subtelny, nieprzytłaczający całkiem!
                                                    To odpowiedzialność mnie z lekka tylko przygnietła, nie Gat! Gdzieżby Gat?
                                                    Na urlaup zabieram laptopa. Na laptopie się pisze. Potem sie wrzuca w telefon. Potem się chodzi po dzialce i robi statuję i liczy się, ze cos się jednak złapie za zasięg.
                                                    Jak sie nie wyśle, to będzie i tak napisane i wtedy albo zaczeka, albo się następnego dnia znów będzie chodzić po dzialce i szukac netu.
                                                    I tak dookoła Wojtek i w kółko Macieju 😉
                                                  • balamuk Re: Prezencik 15.07.17, 21:22
                                                    berrin napisała:
                                                    > Jak sie nie wyśle, to będzie i tak napisane

                                                    I tego będziemy się trzymać! big_grin
                                                  • zaisa Re: Prezencik 15.07.17, 23:02
                                                    A jakby nas przycisnęło, UCD nie było, to sobie spokojnie, bez pośpiechu, wszak nic nowego się nie zdarzy, przeczytamy od początku. smile
                                                  • gat45 Re: Prezencik 16.07.17, 12:20
                                                    minerwamcg napisała:

                                                    > Hm... To jest myśl! Gat, słoneczko Ty nasze, za całą familię możesz nie jeść, a
                                                    > le gryza za narratorkę, gryza za Jacka, gryza za Przemasa, i co, za Marlenę nie
                                                    > zjesz? A za Pusię? I tak Ci waga w pożądanym kierunku podjedzie.
                                                    >

                                                    Pomysł przedni, ale widzę pewne kłopociki... Zjem ci ja, a potem się okaże, żem jadła za zdrowie zbrodzienia i mordercy???? To się umówmy, będę jadła za zwierzaki i za historyczne postaci, sportretowane przez Ankę. Oraz - nieustająco - za Janeczkę ! Za Janeczkę!!!!!
                                                  • berrin Re: Prezencik 16.07.17, 12:43
                                                    Ona jest Janka na część mojej babci.
                                                    Babci co kurze (i kogutoju) wycierała.
                                                    Smacznego. ☺☺
                                                  • gat45 Re: Prezencik 16.07.17, 14:19
                                                    Za Babcię już nie wcisnę... Ale będę nieustająco pić za szanowną Babcię. Zobowiązuję się do dwóch litrów dziennie. Ostatnio przerzuciłam się z Badoit na Perriera - ma wyższy stopień nabąbelkowania. Właśnie otwieram kolejną puszkę. No to lu !!!
                                                  • balamuk Re: Prezencik 16.07.17, 14:33
                                                    Wodoholiczka?
                                                  • gat45 Re: Prezencik 16.07.17, 15:07
                                                    Jak najbardziej. Stopień uzależnienia maksymalny. Ale wodoholiczka na receptę, bo picie napojów gazowanych zaleca mi fakultet medyczny. Mam nawet taki piękny certyfikat na blankiecie Instytutu Marie Curie, że bezpiece na bramce do samolotu won od mojej flaszki z bąbelkami. Honorują.
                                                  • balamuk Re: Prezencik 16.07.17, 15:52
                                                    Wow, jesteś pierwszą znaną mi wodooliczką z atestem!
                                                  • gat45 Re: Prezencik 16.07.17, 16:11
                                                    A Ty wiesz, jaka to rzadkość, że dochtory nakazują Ci właśnie to, co lubisz najbardziej? To jest dopiero wyjątko (Gat siada na najniższej gałęzi magnolii i wyje z ukontentowaniem)
                                                  • balamuk Re: Prezencik 16.07.17, 16:48
                                                    Uhm. To musi być porównywalne ze stanowczym zaleceniem lekarza, żeby czegoś NIE jeść, w moim przypadku słodyczy. Których nie jem w ogóle, bo organizm nie pożąda. I mogę szczerze obiecać, z równym ukontentowaniem. wink
                                                  • minerwamcg Re: Prezencik 19.07.17, 13:46
                                                    Hm, żeby mi tak jakiś lekarz kategorycznie zakazał papierosów smile Nie palę, nigdy nie lubiłam, i mogłabym wypełniać zalecenie ze szczęściem w oczach i od razu czuć się zdrowsza...
                                                  • berrin Re: Prezencik 16.07.17, 17:40
                                                    No to lu!
                                                  • gat45 Re: Prezencik 16.07.17, 17:58
                                                    ... i za kurze, i za kogutoja ! A co !
                                                  • szkorbut-lumbago Re: Prezencik 17.07.17, 17:52
                                                    A tenurlop to za długo i na długo? Moze uda Ci sie coś jakośna przyszłość apisać i upublicznić z opóźnieniem, żeby napchać nas na jakś czas smile
                                                  • berrin Re: Prezencik 17.07.17, 21:19
                                                    Ten urlop to od 5 sierpnia do 27 sierpnia. Na podszczytnieńskim bezneciu. i nie chodzi o niemoznośc pisania, tylko własnie o przewidywany problem z udostepnianiem.
                                                    MZT czyli najlepsza moja przyjaciólka w roku ubiegłem musiała w samym srodku naszego urlopowania wysłac swemu szefowi naukowemu jakiś artykuł czy inne cóś. Na maila. Obeszłysmy z jej laptopem cała działkę i wreszcie udało mi się namówić net do zaistnienia wewnątrz drewutni. Wysłał jednego maila i odmówił dalszych usług. Mam obawy, że skoro jest tam tak stale od lat siedmiu, od kiedy tam jeżdżę, to teraz się raczej nie poprawiło...
                                                  • szkorbut-lumbago Re: Prezencik 17.07.17, 23:02
                                                    To może umów kogoś na publikację tak w połowie twojego urlopu, bo faktycznie po powrocie możesz zastać tutaj gęsto ścielący się trup wink
                                                  • szkorbut-lumbago Re: Prezencik 17.07.17, 23:03
                                                    Albo wiem, wiem ... my też musimy grupowo zaplanować urlopy w tym samym okresie na bezneciowych obszarach.
                                                  • berrin Re: Prezencik 18.07.17, 11:18
                                                    No to U.C.D.

                                                    Zakończyliśmy dzień roboczy, kiedy na placu remontowym przestało być cokolwiek widać. Chmurki zakryły całe niebo, co rokowało nieco cieplejszą noc, ale nie bardzo miałam ochotę zostawać na nocnej zmianie. Anka poddała się, przestała mnie namawiać i oświadczyła, że w takim razie wraca do domu, bo musi jeszcze skończyć szykowanie płótna pod Rodneya. Ponieważ nigdy nie należała do osób operujących aluzjami, wprost zażądała od Jacka, żeby podwiózł ją i jej garnek, w końcu daleko nie miał. Jacek posłusznie zapakował kocioł z Pusią na tylne siedzenie garbusa i pojechali. Roztrząsanie dziwowisk z ostatnich pięciu lat historii HOWu odłożyliśmy na jutro.
                                                    Z hangaru dobiegały odgłosy zorganizowanej destrukcji; zajrzałam tam i w ostatniej chwili uchyliłam się przed nokiem gafla z Konsensusa. Długi i Paweł przepchnęli mnie spod drzwi i wynieśli ciężki profil na zewnątrz, kłócąc się jednocześnie o lokalizację worka z wantami. Zasugerowałam im, ze powinni go poszukać w zielonym hangarze, dokąd Bogdan poprzenosił część takielunku z kratownicy, co niezmiernie ich wkurzyło.
                                                    Na środku hangaru pod kratownicą nadal trwała malownicza sterta wszystkiego, w ciągu dnia bowiem zniweczono większość starań Bogdana o jakieś jej uporządkowanie. Przez cały dzień masa luda grzebała tutaj, wywlekając spod spodu swoją własność i wlokąc ją do remontowanych łodzi – większość z jednostek miała schowki i bakisty, pozwalające upchnąć całkiem sporą kubaturę śmiecia. W końcu i tak planowali zabrać to na jachty, nawet jeśli niekoniecznie wierzyli, że Bogdan spełni groźbę i wyrzuci wszystko, czego stąd nie zabiorą, zwłaszcza że w stosie tkwiły także na pewno rzeczy należące do teoretycznego komendanta naszej teoretycznej drużyny. Wywalenie najdrobniejszego przedmiotu do niego należącego mogło spowodować jakiś rodzaj końca świata, a na pewno karczemną awanturę – Jacek wprawdzie rozrzucał swoje rzeczy wszędzie, ale nawet gdy czynił to w stanie absolutnego upojenia alkoholowego, zawsze potem wiedział, do kogo się przyczepić, kiedy cokolwiek zginęło, a potrafił okazywać przywiązanie nawet do pustych butelek po rozpuszczalnikach. Jego dewiza „Każda regeneracja jest możliwa i wszystko nadaje się do odzysku”, zapewne chlubna i praktyczna w trudnych latach formowania się warszawskich harcerzy wodnych, już dawno przeszła w ciężką, podsycaną alkoholem obsesję, na dodatek z biegiem lat przyplątało się do niej jeszcze patologiczne skąpstwo, nie pozwalające wydawać pieniędzy na nic nowego, bo to rozrzutność, za to bez problemu inwestujące w rzeczy stare i zużyte – bo są tanie a zatem to oszczędność, a przecież te rzeczy zawsze można naprawić i uzdatnić. Stąd na HOWie i zegrzyńskiej szalandzie gromadziły się od lat sterty śmieci, złomu, deseczek, strzępów materiału i starych puszek z resztkami farb, w całości niezbędnych Jackowi do egzystencji. W nas także starał się wzbudzać szacunek dla tego swoiście pojmowanego recyklingu i pieklił się, szarpiąc brodę, kiedy nie okazywaliśmy stosownego skupienia i entuzjazmu. Kazał nam przerabiać stare wory na żagle na odbijacze i wypychać je pianką wydobytą z rozłażących się w rękach, poduchowych kapoków, prostować zardzewiałe gwoździe wyciągane z naprawianych gretingów, przeszywać w nieskończoność żagle, bo zamówienie nowego kompletu było dla niego czymś w rodzaju szaleństwa w kasynach Monte Carlo i osobiście zrobił mi karczemną awanturę, kiedy odmówiłam użycia mojej maszyny do szycia do przerobienia starych, bawełnianych i w związku z tym mocno spleśniałych żagli jakiegoś Opala na sztormowy zestaw dla Białego Słonia. Zbierał wszelkie kawałki blachy i sklejki, ponieważ kiedyś planował do czegoś ich użyć, a wszak wodoodporna sklejka nie rośnie na drzewach, i nie pamiętałam już, na co planował przerobić całą skrzynkę starych, szklanych syfonów, znalezionych na śmietniku pod jego domem, ale syfony nadal stały w kącie pomieszczenia socjalnego, przykryte stertą starych map, akurat sensownie używanych przez nas na obrusy podczas zuchowych zbiórek. Nasze ponure żarty, że należy zbierać pył ze szlifowanego żelkotu łodzi i z podziałem na kolory gromadzić w słoiczkach, bo wszak można by go użyć do barwienia tańszych, bezbarwnych żywic i przestać wydawać pieniądze na te droższe, kolorowe, bawiły w zasadzie tylko dzieciaki, które dopiero doszlusowywały do drużyny – a i to tylko do momentu ich pierwszego bliższego kontaktu z komendantem. Paweł, opisując go kiedyś jakiemuś młodzieńcowi, który efemerycznie pojawił się u nas na miesiąc i miał do komendanta interes, z naciskiem podkreślił, ze wbrew pozorom komandor Kolański nie jest kloszardem, tylko informatykiem i opis ten, jakkolwiek przez negację, pozwalał rozpoznać Jacka wśród najgęstszego tłumu.
                                                    Własny rekord in minus w kosztownym oszczędzaniu Jacek pobił chyba wtedy, gdy przyholował na HOW starego, wyrejestrowanego Lublina, ponieważ miał plan wydobycia z niego silnika i „zmarynizowania” go na potrzeby jednego z morskich jachtów HOMu w Pucku. Rysio dostał wtedy szału a Jurek i Zbyszek zmusili Jacka do zabrania śmierdzącej smarami stery złomu z najlepszego pomieszczenia remontowego w hangarze i wywiezienia jej na szrot. Na miejscu na szrocie okazało się zresztą, że jego właściciel, który rozpoznał wóz jako swą niedawną własność, odsprzedaną temu panu z brodą, za nic nie chce wycofać się teraz z korzystnej dla siebie transakcji, na co Jacek, mając za plecami wściekłego Jurka, bardzo nalegał, zwłaszcza, od kiedy wydało się, że wydał na Lublina pieniądze HOWu. W efekcie złomiarz zwrócił Jackowi tylko połowę tego, co sam dzień wcześniej wziął od niego za tę ruinę, Jacek oddał pieniądze do kasy HOWu z własnego konta a Zbyszek cofnął mu upoważnienie do dysponowania kontem organizacyjnym. Pozostawało tajemnicą, dlaczego Jacek zakupił cały samochód zamiast samego silnika, choć przeważała opinia, że kiedy kupował wóz, uważał, że dzięki temu jednocześnie rozwiązuje problem transportu ciężkiego diesla, względnie, że po prostu w czasie ubijania tego ekstraordynaryjnego interesu właściciel szrotu wykazał się mocniejszą głową.
                                                    Teraz tez przynajmniej połowa stery różności spod kratownicy zapewne należała w ten czy inny sposób do pana komendanta. Pomyślałam, że wywalenie na śmietnik większości jego skarbów byłoby kuszące – a potem zainteresował mnie jeden, właśnie dostrzeżony przedmiot, jakoś mi nie pasujący do reszty.
                                                    Na samym froncie, przykryta częściowo czyimś sztormiakiem niestarannie zapakowanym w foliowy worek na śmieci, leżała dość elegancka i przede wszystkim prawie całkiem czysta, skórzana męska torba typu płaskiej konduktorki. Wyglądała porządnie i nawet się zdziwiłam, ze Jacek trzyma ją tutaj, zamiast wymienić na nią swój odwieczny chlebak. Ładna, czarna skóra ozdobiona była tłoczonym wzorem kratki, motyw kratki powtarzał się też na podszewce. Zaciekawiona urodą przedmiotu sięgnęłam po niego i z zaskoczeniem stwierdziłam, ze cała torba jest mocno wilgotna, wręcz mokra – na betonowej podłodze w miejscu gdzie leżała, widniała całkiem spora, ciemniejsza plama.
                                                    Podejrzliwie obejrzałam dach – ale nigdzie nie zobaczyłam niczego, co pozwalałoby podejrzewać, że cieknie. Zresztą, gdyby ciekło, nie tylko torba byłaby mokra – ona sprawiała raczej wrażenie, jakby nie tyle polało się na nią trochę opadu, ile wpadła komuś do wody a potem chwilę w niej poleżała – wewnątrz okazała się bowiem ubrudzona szlamem, piachem i przemielonymi przez nurt kawałkami gałązek i innej biomasy. Miała także elegancką, skórzaną zawieszkę-adresówkę, równie mokrą, ale rozmyte wodą literki nadal pozwalały mieć nadzieję, że dadzą się odczytać.
                                                    Wyszłam z torbą przed hangar, stanęłam w najjaśniejszym punkcie podwórza, to jest pod naszą wywalczoną na urzędzie miasta i miejskiej elektrowni latarnią i podniosłam adresówkę do oczu. Zapisano ją zwykłym długopisem, więc woda nie dała mu rady, za to papier zdążył lekko podpleśnieć. Środek personaliów niestety zniknął już pod warstwą penicyliny, ale zostały brzegi.
                                                    Stanisł… …roński…
                                                  • berrin Re: Prezencik 18.07.17, 11:19
                                                    BTW. Wiem, ze nadałam to samo imię dwum postaciom i po HOWie szaleje dwóch Jacków. W redakcji by wypadło, ale w zaistniałych warunkach... zatem przepraszam za nieuwagę i postaram się tak pisać, co by się panowie nie mylili.
                                                  • berrin Re: Prezencik 18.07.17, 12:13
                                                    I Gat - zjedz coś może...? wink
                                                  • gat45 Re: Prezencik 18.07.17, 15:21
                                                    A żebyś wiedziała ! Jak tylko zobaczyłam, że JEST, to powędrowałam do kuchni, zrobiłam sobie dwie porządne kanapki z pastą jajeczną (zwaną w moim rodzinnym domu "jaja podróżne"), wzięłam dwa duże pomidory, puszkę 0,33 perriera z lodówki, tackę zaniosłam na rekamierę, gdzie bytuje laptop...
                                                    Jak skończyłam czytać, to na tacce już nic nie było oprócz pustej szklanki i równie pustej puszki. Dziękuję !
                                                  • minerwamcg Re: Prezencik 19.07.17, 14:41
                                                    Czyli pomysł był dobry?. I tak, popieram jedzenie za zwierzaki i narratorkę - możliwość, żeby Marlena zabiła jest nikła, ona jakby już zabiła, toby przede wszystkim zjadła, a trup nie był napoczęty. Za Puśkę nie dałabym dwóch groszy, ta by zamordowała okiem nie mrugnąwszy, ale zdaje się Puśka ma alibi.
                                                  • berrin Re: Prezencik 19.07.17, 17:52
                                                    Ale wtedy zwłoki inaczej by wyglądały.
                                                  • minerwamcg Re: Prezencik 20.07.17, 10:09
                                                    Czyli Puśka ma alibi razy dwa.
    • minerwamcg Re: Prezencik 20.07.17, 10:07
      Wydrukowałam. Dorwał się Arthur. Chichocze i czyta na głos co zabawniejsze kawałki smile Twierdzi, że miejsce i jednostki pływające zna.
      • berrin Re: Prezencik 20.07.17, 10:58
        och, co za kompliment! Zwłaszcza ten z chichotaniem!
        • minerwamcg Re: Prezencik 20.07.17, 11:50
          Arthur przez wieki był harcerzem, i to całkiem niedaleko opisywanych wydarzeń smile a jego brat to w ogóle "hydraulikiem", muszę mu podsunąć lekturę.
          • berrin Re: Prezencik 20.07.17, 12:06
            Ciekawe, czy znam Arthura, nie mając pojecia, że to on...?
            • minerwamcg Re: Prezencik 20.07.17, 13:15
              Jeżeli tata Janki jest pisany na żywo z Twojego, to mogą się znać smile A z drugiej strony przez opowieść przewijają się faceci w wieku hm... pobalzakowskim, więc czemu nie?
              • berrin Re: Prezencik 20.07.17, 13:52
                Jest na żywo z mojego.
                Może mu w końcu pokażę moje pisanie...? Ucieszyłby się, że go uwieczniam...?
                • eulalija Re: Prezencik 21.07.17, 09:11
                  Im bardziej zaglądam, tym bardziej nie ma.
                  Trzeba Gat nakarmić.
              • szkorbut-lumbago Re: Prezencik 20.07.17, 14:43
                Niezmiernie podoba mi sie określenie "pisany na żywo" big_grin
                • minerwamcg Re: Prezencik 21.07.17, 09:30
                  Arthur mówi, że na pewno zna Zbyszka, ale to powszechnie znana postać była smile
                  • berrin Re: Prezencik 21.07.17, 10:14
                    Ostatnio czcił 70-tą rocznice urodzin (oraz 45 rocznice slubu i 18 urodziny swej żony), podobno raut był olsniewajacy, Korycki uświetniał go szantowo i ogólnomuzycznie. Starsze pokolenie wzięło udział smile
                    • berrin Re: Prezencik 21.07.17, 13:11
                      U.C.D. Gat, smacznego?

                      No i świetnie, ja mam dowód rzeczowy w sprawie, a policjant zamiast prowadzić dochodzenie pojechał na Pragę odwieźć deliryczno-neurotycznego kota…
                      Przez chwilę w ataku obowiązkowości i odpowiedzialności rozważałam dowiezienie torby służbom do komendy, ale stany te szybko mnie odbiegły. Nie bawię się w Bogdana. Nigdzie nie jadę. Mogą mieć pretensje że na przykład wyjęłam dowód z jego naturalnego środowiska, czy co… Choć co do tego, że władze śledcze mogłyby jeszcze znaleźć na torbie jakieś interesujące ślady, nie miałam złudzeń. Macało ją już dzisiaj tyle rąk i przysypywało tyle szpejów, że bez żadnych wyrzutów sumienia można ją było po prostu zostawić do wyschnięcia zawieszona na haku kratownicy. Z drugiej strony nie mogę zostawić tej torby luzem tam, gdzie ją znalazłam, bo jest wielce prawdopodobne, że kolejni grzebiący w różnościach ją znajdą i się do niej przyznają. Mokra bo mokra, ale ładna była. Ciekawe swoja droga, ile czasu…
                      Wzruszyłam ramionami, nagle pełna dla samej siebie najgłębszego politowania. Stłuczona szybka w oknie pod dachem. Tajemniczy poranny biegacz, który zapewne jednak obiegł hangar od tyłu, tak jak to sugerował Jędruś. Świetne miejsce na przejrzenie zawartości konduktorki, prawda, i następnie upchnięcie jej od zewnątrz na kratownicy. Nie chciał być oglądany z torbą nieboszczyka pod pachą, nawet o tak bladym świcie i nie zamierzał raczej po nią wracać, skoro była już pusta, a ewentualna rewizja na HOWie…
                      Wyobraziłam sobie rewizję na HOWie i stwierdziłam, że bardzo bym chciała to zobaczyć. Zwłaszcza teraz, w pełni remontów, w malowniczym krajobrazie na zewnątrz i wewnątrz hangarów. Może z pomocą jakiegoś miłego rocznika szkoły policyjnej dałoby się jej dokonać w czasie krótszym niż tydzień… chociaż nie, bo gdyby było ich za dużo, właziliby sobie pod nogi zamiast przeszukiwać…
                      Po dojrzałym namyśle zapakowałam torbę w spory kawał prześcieradła z naszej szafki i wyniosłam na Nadzieję. Ulokowana w achterpiku kotwicznym tak, ze było widać jedynie kawał białej szmaty, nie powinna zwrócić niczyjej uwagi. Rozejrzałam się kontrolnie po okolicy, czy jeszcze coś należałoby schować, pozbierałam resztki szablonów, unoszonych przez wiatr i przylepiających się do świeżo malowanych powierzchni jachtów, upchałam je w kontenerze na śmieci tak, by natychmiast nie odfrunęły i wlazłam na Nadzieje ostatni raz, żeby zabrać kurtkę. Wieczór wcale nie był taki ciepły, jak zapowiadały to różowe chmurki o zachodzie słońca, a w Nadziei trwał aromat pokostu i butaprenu, tworząc mieszankę, od której płuca łzawiły. Kurtka złośliwie zsunęła się na sam dół szafki nawigacyjnej, w której jeszcze nie ułożyliśmy sklejki na podłogę i żeby ją wyciągnąć, musiałam ustawić się prawie głową do dołu – co mimo wygimnastykowania zajęło mi dobrą chwilę. Potem potrzebowałam kolejnej chwili, żeby jakoś opanować mdłości i zawrót głowy, bo stawanie na niej w oparach trującej chemii nie zrobiło mi dobrze. Mętnie pomyślałam najpierw, ze gdyby to była moja praca zawodowa, to musiałabym dostawać dodatek za warunki szkodliwe a potem, że nie ma takich pieniędzy, za które zgodziłabym się wykonywać tę robotę.
                      Zamknęłam łódź, rzuciłam zwięzłe cześć myjącemu się acetonem Bogdanowi i pobiegłam do autobusu, po raz kolejny obiecując sobie, że uruchomię rower.
                      Jadąc do domu rozważałam, co będzie na obiad, który, jak mi wychodziło z obliczeń, dzisiaj powinna gotować Milka, i miłe te myśli snuły mi się po głowie aż do chwili, kiedy stanęłam pod zamkniętymi drzwiami mieszkania i odkryłam, że a) – w domu nikogo nie ma i b) – co gorsza, w kieszeni mojej kurtki nie ma kluczy. Ukochana rodzina dokądś się udała, nie miałam pojęcia dokąd, gdyż od wielu już dni tkwiłam jedynie na marginesie rodzinnego życia i w konsekwencji miałam teraz do wyboru usiąść na schodach i czekać nie wiadomo jak długo, pójść poszukać azylu u kogoś ze znajomych albo zastanowić się, co zrobiłam z kluczami. To znaczy, to ostatnie powinnam zrobić niezależnie od innych decyzji, ponieważ strasznie nie chciało mi się ani wymieniać zamków, ani dorabiać nowego kompletu kluczy.
                      Byłam prawie pewna, że podzwaniały w kieszeni kurtki, kiedy wrzucałam ją do nadziejowej kabiny zaraz po przyjściu na HOW. Potem ktoś z nas, chyba Anka, zgarnęła całość do zamykanej szafki nawigacyjnej, żeby po niej nie deptać. Wychodziłam ostatnia, inni już swoje kurtki wywlekli, a moja zjechała niemal do zęzy, w końcu właśnie żeby ja wydobyć, wykonywałam wszytskie te trudne ćwiczenia gimnastyczne. Zatem wedle wszelkiego prawdopodobieństwa moje klucze spoczywały teraz, jakże romantycznie i stosownie, na dnie nadziejowej zęzy. Pewnie, mogłabym jechać to sprawdzić dopiero jutro, ale nie podobała mi się myśl o siedzeniu tu na schodach być może do północy, a wszyscy znajomi, którzy byliby gotowi udzielić mi azylu, mieszkali dalej, niż miałam na HOW.
                      Westchnęłam ciężko i wyruszyłam w podróż powrotną.
                      • berrin Re: Prezencik 21.07.17, 13:19
                        Dziś ogólnie niedużo, ale tutaj jeszcze trochę U.C.D:


                        Kiedy docierałam na HOW, było ciemno, zimno i nieprzyjemnie, naprawdę, tylko zahermetyzować się w kabinie i odpalić farelkę. Latarnia na zakręcie, która po licznych bojach postawiono, by jednak choć trochę oświetlała stromą zawrotkę i zjazd, dawała tego światła tyle co nic, akurat w sam raz, żeby było widać, ze tam stoi. HOW tonął w mroku, zza płota, w zabudowaniach Horyzontów, błyskało jedno skąpe światełko z dozorcówki. Nie było jeszcze jakoś strasznie późno, dochodziła dziesiąta, ale dzisiaj chyba wszyscy zgodnie odpuścili sobie nocną pracę. Może zresztą wiedza, co można znaleźć o świcie nad Wisłą tez miała swój udział w tym pewnym ograniczeniu zapału ekipy remontowej.
                        Im dalej w plac remontowy, tym było ciemniej, tej nocy nie pomagały ani gwiazdy, ani księżyc, zachmurzone niebo było kompletnie czarne. Po omacku wspięłam się na rufę, otworzyłam zejściówkę Nadziei i ostrożnie zlazłam do jej wnętrza, w ciemność i ciężki, syntetyczny smród chemikaliów.
                        Przy bladym światełku kieszonkowej latarenki wyciągnęłam gretingi, uderzyłam się w piszczel, zajrzałam pod skrzynkę mieczową, podesperowałam, że kluczy nie ma, prawie wykłułam sobie oko bolcem śruby miecza, upuściłam latarkę do zęzy i – kiedy szczęśliwie oświetliła właściwy jej kawałek, dostrzegłam nagle moje klucze pod samą grodzią i próbując po nie sięgnąć, niemal zaklinowałam się pod stołem. No nie, tak się nie dało, na powierzchni tak niewielkiej jak wnętrze nadziejowej mesy nie można było improwizować z pozycjami, swego czasu Anka w akcie głupawki sporządziła nawet rysunkowy podręcznik, obrazujący ułożenie ciała harcerza podczas kolejnych faz remontu.
                        Kamasutra mogła się schować.
                        Oczywiście klucze zsunęły się w najniższy punkt zęzy, cholerna grawitacja, i przykleiły do niewielkiej kałuży jeszcze półpłynnej farby, która, posłuszna temu samemu prawu powszechnego ciążenia, także spłynęła tutaj i nie spieszyła się z doschnięciem. Przy każdym kolejnym malowaniu zbierała się w tym miejscu mniejsza lub większa kałuża, mokra niekiedy jeszcze wówczas, kiedy łodzie szły na wodę.
                        To było to okropne miejsce, którego nigdy nie dało się ani porządnie osuszyć, ani pomalować, ponieważ konstrukcja jachtu została zaplanowana w taki sposób, ze najniższy punkt zęzy stawał się dostępny bez konieczniosci wykonywania tańca świętego Wita tylko po zdemontowaniu skrzynki mieczowej – a w czasie tegorocznego remontu nie miałyśmy tego w planach. Teraz też nie zamierzałam tego robić, już choćby z tego względu, że sama czynność wymagała doskonałej współpracy przynajmniej trzech osób oraz użycia największego klucza nasadowego, jaki można było znaleźć na całym HOWie. Mogłam się tam - chociaż z trudem - dostać bez demolowania połowy Nadziei, ale jako posiadaczka ludzkiej anatomii nie miałam szans przyjąć pozycji, w której mogłabym coś robić i jednocześnie widzieć, co robię.
                        Zgasiłam latarkę, bo wcale nie pomagała, świecąc mi po oczach, a nie oświetlając niczego sensownego i zaczekałam chwilę, starając się przyzwyczaić oczy do ciemności. Położyłam się w zęzie, starając się nie trafić na denniki kością biodrową ani żebrami. Nie udało się, odległość pomiędzy nimi zmusiła mnie do kompromisu. Zdecydowałam się na siniaka na biodrze, przytuliłam do skrzynki mieczowej, uniosłam lekko osłonę grodzi i ryzykując złamanie ręki sięgnęłam do zęzy. Natychmiast poczułam, ze się przylepiam do kałuży białej farby, ale zdołałam zahaczyć palce o kółko przy kluczach. Nie bardzo chciały się odlepić, ale w końcu uległy. Jeszcze tylko trafiłam łokciem o dennik i już mogłam usiąść, złapać oddech i zauważyć, ze jeśli nie umyję czymś kluczy, to z pewnością zakleję zamek w drzwiach do domu.

                        Ilość piętrzących się problemów do szybkiego rozwiązania bardzo mnie zirytowała.

                        >
                        >
                        >
                        • minerwamcg Re: Prezencik 21.07.17, 14:02
                          Jakpechtopech...
                          • minerwamcg Re: Prezencik 25.07.17, 22:19
                            Arthur puścił farbę! Powiedział, że pamięta jakieś przemieszczanie Nadziei, na cypelku, nie pamięta, czy ją całą bandą nieśli, czy pchali - pamięta tylko, że klęli na Zbyszka na czym świat stoi "co ten piiiip [nazwisko ] tam ma, trzy metry kartofli na zimę?"
                            • minerwamcg Re: Prezencik 25.07.17, 22:21
                              P. S. Ktoś inny sugerował wiadro tzw. "świnek", biorąc pod uwagę wartość, świetna inspiracja do kryminału.
                              • berrin Re: Prezencik 25.07.17, 22:32
                                W dziobie Nadziei jest 300 kg betonu. Żeby zrównoważyć zawietrznosc, którą akurat ten typ był dotknięty. Zatem nie wiadro świnek, niestety ☺
                                • minerwamcg Re: Prezencik 26.07.17, 00:18
                                  Ale trzy metry się zgadzają!
                    • dorka_31 Re: Prezencik 28.07.17, 15:27
                      berrin napisała:

                      > Ostatnio czcił 70-tą rocznice urodzin (oraz 45 rocznice slubu i 18 urodziny swe
                      > j żony), podobno raut był olsniewajacy, Korycki uświetniał go szantowo i ogólno
                      > muzycznie. Starsze pokolenie wzięło udział smile
                      >
                      >


                      Andrzej Korycki? Z Żyrardowa?
                      • berrin Re: Prezencik 28.07.17, 17:16
                        Korycki Andrzej z Żyrardowa, ze Starych Dzwonów. Onże ci był ☺
                        • minerwamcg Re: Prezencik 29.07.17, 00:49
                          Bo świat jest mały.
                          • berrin Re: Prezencik 01.08.17, 10:07
                            Na dzis, na początek sierpnia.
                            Na smacznego dla Gata.

                            Ilość piętrzących się problemów do szybkiego rozwiązania bardzo mnie zirytowała. Jednocześnie przyszło mi do głowy, że problemy z kluczami w takiej czy innej formie pojawiają mi się konsekwentnie, kiedy tylko w okolicy leżą jakieś zwłoki. Zastanowiłam się nawet przelotnie, wydobywając się z trudem spod szafki nawigacyjnej, czy nie jest to jakaś wskazówka wyższych mocy. Coś jak moja własna piosenka, tylko że inaczej…
                            Latarki, która wturlała się do zęzy za kluczami, postanowiłam już nie ruszać. Z nią czy bez niej widziałam wszystko mniej więcej tak samo (nie)wyraźnie, mogłam ją wydobywać jutro w ciągu dnia. Należało teraz pójść po rozpuszczalnik do szafki, czułam jednak pewną niechęć do pętania się po nocy po hangarze, w którym, żeby włączyć światło, musiałabym najpierw otworzyć sobie szafkę z bezpiecznikami i powciskać te, co trzeba. Rysio i Jurek od czasu zatlenia instalacji jesienią zeszłego roku, choć skończyło się tylko na straszliwym smrodzie, okopceniu kawałka sufitu i braku prądu przez dwa dni, nie zamierzali ryzykować i – jeśli na HOWie nikt nie zostawał pracować na nocnej zmianie - wyłączali prąd na noc. Szafka inteligentnie i wygodnie wisiała nad samymi drzwiami wejściowymi – miejsce super, tylko wysokość, na jakiej ja umieszczono – 2,5 metra – trochę utrudniała obsługę wszystkim osobom normalnego wzrostu. Czyli żeby włączyć prąd, musiałabym najpierw wleźć na skrzynkę, albo lepiej na stalowe mobilne schodki teatralne, które mnie przerażały, bo nie miały żadnej blokady kółeczek, a same kółeczka były zbyt znakomitej jakości i toczyły się nadmiernie bezoporowo, samoczynnie przemieszczając schodki w dowolne niżej położone miejsce podłogi. No więc nie, obejdziemy się bez rozpuszczalnika. Z nawigacyjnej wyciągnęłam starą pieluchę i zajęłam się polerowaniem kluczy.
                            Trzask zapalniczki, który znienacka zabrzmiał tuz przy moim uchu, aż mnie podrzucił, przez chwilę byłabym gotowa przysiąc, że trzasnęło wewnątrz kabiny. Nachyliłam się odruchowo nad stołem, chociaż przez zmatowiałe pleksi okienek nawet w najjaśniejszy dzień trudno byłoby zobaczyć cokolwiek w środku. Poczułam zapach dymu i pomyślałam, ze ktokolwiek to jest, nie mógł podejść zwyczajnie, od dziobu, od strony żwirowej alejki, bo w panującej nocnej ciszy usłyszałabym głos kroków na drobnych kamykach. Musiał zejść na plac remontowy od strony wału, porośniętego teraz miękka, tłumiąca kroki trawą…
                            - Po prostu sobie idź. – powiedział stolarz Jurek.
                            Naprawdę, naprawdę przez ułamek sekundy byłam pewna, że widzi mnie, wie, że tu siedzę i mówi do mnie, a potem usłyszałam ciche kroki od strony dziobu.
                            - Bo co? – tego głosu nie znałam. Młody był dosyć i nieco napastliwy, choć dominowało zaskoczenie. No pewnie, mnie tez zaskoczyło…
                            - Bo tak. Nic tu nie masz do szukania.
                            - Bo ty pilnujesz?
                            - Ja pilnuję HOWu. A ty jesteś głupi, że wierzysz w te legendy. Jeden, co wierzył, już nie żyje…
                            - Ty go załatwiłeś?
                            Zamiast odpowiedzi poczułam silniejszy zapach dymu okropnego jurkowego Wiarusa, widać zaciągnął się mocniej. Prawie się przytuliłam twarzą do stołu, wprawdzie Jurek jako krwawy morderca niezbyt mi pasował, ale uczciwie mówiąc nikt mi nie pasował, a on tu był teraz, w nocy, nie wiadomo po co, po ciemku… no dobra, ja tez byłam tutaj w nocy i po ciemku, ale akurat ja doskonale wiedziałam, czemu tu siedzę, a nie sądziłam, żeby nagle wszyscy masowo zaczęli wrzucać do zęz swoje klucze do mieszkania.
                            - Siedzisz tu, pilnujesz, żeby nikt nie podszedł i czekasz, żeby samemu…
                            - Ja pilnuje HOWu – powtórzył Jurek spokojnie. – A ty jesteś głupi dzieciak. I nie taki niewidoczny, jedna cię widziała.
                            - Co? – powiedział tajemniczy rozmówca Jurka, a ja omal mu nie zawtórowałam. No ok., nie kryłam się szczególnie ze zwierzeniami, jakie uczyniłam Jackowi w kwestii moich przeżyć o butaprenowym poranku, ale nie sądziłam, ze Jurek to słyszał. – Jaka jedna?
                            - Było się rozglądać. I nie okradać trupa…
                            - Ja nie…
                            - Po prostu sobie idź. – przerwał mu Jurek. W jego głosie pojawiło się zmęczenie i niechęć. – Dziś i tak niczego nie poszukasz, bo ja tu będę. Ani jutro.
                            Syknęło, kiedy zgasił papierosa. Prawie nie oddychałam – z emocji i na wszelki wypadek, żeby czasami nikt nie zaczął podejrzewać, ze tu siedzę. Potem kroki Jurka – bardzo charakterystyczne, dopiero w ciszy i spokoju nadwiślanej nocy było słychać, ze lekko utyka - oddaliły się w stronę hangaru.
                            Jego rozmówca stał dłuższą chwilę przy nadziejowym dziobie, wreszcie zamamrotał pod nosem coś, co zabrzmiało jak „pieprzony klawisz”, a potem tez sobie poszedł, gdzieś w kierunku wału i rzeki.
                            Na HOW, Nadzieję i mnie w jej środku spłynęła całkowita cisza.
                            • gat45 Re: Prezencik 01.08.17, 10:45
                              Właśnie wróciłam z piekarni z bagietą prosto z pieca, ledwie ją mogłam utrzymać, tak grzała mi rączki...
                              Lecę sobie zrobić jakąś kanapkę i oddam się lekturze !
                              • berrin Re: Prezencik 01.08.17, 11:22
                                Oraz UCD.

                                Po jakichś dwóch latach tej ciszy ostrożnie podniosłam głowę. Zdążyłam przemyśleć kilka kwestii, w tym te, ze nie zamierzam przyznawać się Jurkowi, ze tu byłam i słyszałam. Zresztą, żebym ja jeszcze wiedziała, co właściwie słyszałam… Co to ma być ? Szukanie, pilnowanie, legendy… skarbu jakiegoś szukają?
                                Bardzo ostrożnie, bardzo cicho wydobyłam się z kabiny. Z zamknięciem zejściówki zaczekałam na ryk zawracającej przy Horyzontach śmieciarki. Chciałam sobie pójść, wrócić do domu…
                                Kiedy zeskakiwałam na miękką trawę za rufą, dokoła mnie było pusto i cicho. Miałam nadzieję, ze tak zostanie i wprawdzie nie skradając się, bo doświadczenie mówiło mi, że wtedy robi się najwięcej hałasu, ale bardzo ostrożnie i omijając żwir, wlazłam na wał w miejscu, gdzie ocieniały go drzewa, i gdzie nikt nie byłby w stanie mnie zobaczyć na tle nieba nad rzeką. Nadal było pusto. Spokojnie. Cicho.
                                Wtedy, o poranku, gdy zeszłam popatrzeć na Wisłę, też było pusto, spokojnie i cicho…
                                Więc wcale tą cisza nie uspokojona, podejrzliwie rozglądając się dokoła, pomaszerowałam w stronę przystanku nocnych autobusów… było mi coraz dziwniej i stanowczo powinnam pomyśleć – tylko że nie bardzo wiedziała, o czym…
                                No bo o samym Jurku…
                                O Jurku wiedziałam bardzo mało. Jak zresztą większość młodych harcerzyków, ale i ci starsi nie mogli powiedzieć, ze dopuścił ich do konfidencji. Najbliżej był z Jackiem – ale tylko dopóki Jacek nie zaczął przesadzać z alkoholem, i z Rysiem, równie jak on mało rozmownym na tematy osobiste.
                                To Jurek był najstarszy z całego howowskiego składu. Nie miałam pojęcia, ile konkretnie miał lat, wyglądał wciąż tak samo, od kiedy jako trzylatka zobaczyłam go po raz pierwszy. Był jednym z ludzi zoptymalizowanych na zasuszającą się sześćdziesiątkę i podejrzewałam, że osiągnąwszy ten stan około czterdziestego roku życia, trwać w nim będzie aż do śmierci. Z moim dziadkiem, który zjawił się dawno temu na HOWie, żeby pomóc swemu zięciowi w wykończeniu nadziejowej stolarki, gawędził o przedwojennych terminach stolarskich – dziadek miał mistrza na Kolejowej, a z rozmowy wynikało, ze Jurek na Pańskiej. Dwaj przedwojenni stolarze-modelarze, tylko potem jeden poszedł w szkutnictwo, a drugi najpierw w rusznikarstwo, a potem w meble. Dogadali się od pierwszego słowa, obdarzyli szacunkiem, a Jurek zyskał kolejny powód, żeby lubić mojego ojca. Trochę tej sympatii, przynajmniej dopóki byłam dziecięciem, przelewało się i na mnie.
                                Opowiadał kiedyś, zaraz po tym, jak pierwszy cwaniak rzucił się przejmować HOW, co tam było wcześniej, kwestionując możliwość istnienia spadkobierców właściciela gruntu, który nigdy wcześniej nie miał konkretnego właściciela. „Opowiadał” nie jest zresztą dobrym określeniem, bo Jurek nie opowiadał, tylko rzucał kilka zdań i miał dość. W zasadzie najbardziej rozmowny zrobił się tylko wtedy, wyjątkowo, przy moim dziadku, nawet sobie raz powspominali jakieś kombatanctwo, co było zupełnie niezwykłe, bo Jurek tego rodzaju wspomnień nie znosił, a nawiązywania do lat wojny, którą, jak pamiętałam mętnie właśnie z tych stolarskich wspominków, spędził w Warszawie, wręcz nienawidził. Na przykład te słynne podchody zielonych harcerzy, zakończone wykopaniem bomby lotniczej wprawiły go w stan już nie irytacji, ale wręcz furii, stanu dla niego szalenie nietypowego. Stanowczo wtedy odmówił udziału czy pomocy w czymkolwiek, dość niegrzecznie wypowiadając się na temat powstań jako takich w ogóle a tego konkretnego w szczególności oraz nie kryjąc niechęci do podkopywania hangaru czy dowolnych innych elementów nadwiślańskiej architektury.
                                Czy wtedy po prostu dawał wyraz swoim poglądom na naszą tradycję niepodległościową i dbał o mienie hufca i miasta, czy może nie podobało mu się tych kilku saperów z wykrywaczami metalu, zasuwających po wale? A może to tylko ja zaczynam mieć paranoję?
                                Nocny autobus uprzejmie mi uciekł. Mając do wyboru godzinę oczekiwania na następny albo godzinny spacer do domu, bez namysłu wybrałam spacer. Noc była lodowata, odczułam to bardzo wyraźnie, kiedy opadły emocje, co tym bardziej zachęcało raczej do aktywnego marszu niż do zamarzania na przystanku.
                                Co on wtedy mówił? Jeden taki wierzył w legendy i nie żyje… jakie legendy?
                                Zezłościłam się nagle. Bywałam w końcu na HOWie od niemal dwudziestu lat, znałam wszystkich innych, którzy tam bywali, bawiłam się tam, zasypiałam nakryta starym żaglem, uczyłam się laminować, malować i obsługiwać wiertarkę, jakim więc cudem, jeśli była jakaś legenda, jakakolwiek, ja o niej nie wiedziałam? Choćby przez osmozę, przez dorozumienie, że jest, niechby bez szczegółów, przecież to niemożliwe…?
                                Ale podsłuchana rozmowa dobitnie wskazywała, ze się mylę. Że cos jest, że ktoś cos wie albo wydaje mu się, ze wie, i że ktoś czegoś szuka, i że to nie jest tylko jednak osoba… Ofiara z wału, Jurek i rozmówca Jurka, chyba ten sam, który o bladym świcie potykał się o kable… hipotetyczny złodziej skórzanej konduktorki. To przynajmniej trzech ludzi.
                                Archeolodzy, którzy nie wiadomo czego szukali…?
                                Gra terenowa, polegająca na kopaniu w różnych miejscach…?
                                Dziwni ludzie, starający się przejąć kompletnie nieatrakcyjną działkę nad Wisłą…?
                                Mam o tym opowiedzieć Jackowi? O Jurku też…?
                                Dotarłam do domu zmarznięta, zirytowana i absolutnie pewna, że jedynie skupienie się na remoncie zamiast na śledztwie i poszukiwaniach skarbu nad Wisłą uratuje moje zdrowe zmysły
                                • gat45 Re: Prezencik 01.08.17, 12:00
                                  Jezuuuuuuu, ja chyba niedługo będę zmuszona zacząć się odchudzać ! smile
                                  Ale z drugim odcinkiem poczekam już na obiad. Dziś mają być kabaczki nadziewane kabaczkami. Na życzenie mogę podać przepis(y) Tubylca, chtóren - jako Francuz - jest genetycznie zaprogramowany do wymyślania przemyślnych receptur i ich realizacji. Oraz do nadawania swoim dziełom odpowiednich nazw, co - wbrew pozorom - jest bardzo ważne i wcale nie takie łatwe.
                                  • berrin Re: Prezencik 01.08.17, 12:10
                                    Czytaj, Gacie, bo tworzy się trzeci.
                                    Jak mi źle, to nie moge nic napisać. Ale jak mi źle i jednak zacznę cos na siłę pisac, to mi się robi lepiej. I wtedy mogę coś napisać.
                                    To piszę.
                                    • berrin Re: Prezencik 01.08.17, 13:26
                                      I jeszcze to:

                                      - Ty, słuchaj, wstawaj, bo po ciebie przyszli. – oświadczyła moja kochana mała siostrzyczka, wkraczając do mojego pokoju. – Czekają na klatce.
                                      - Kto przyszedł…? – nie byłam w stanie tak od razu wskoczyć w dzień, tym bardziej, ze stan oświetlenia za oknem wskazywał, że tenże dzień dopiero ledwo co się zaczął, a ja miałam za sobą bardzo intensywną poprzednia dobę.
                                      - Organa. Nie jestem pewna, chyba nie chcą cię aresztować, wyglądają bardzo zasadniczo, ale nie ma z nimi ani jednego mundurowego, więc chyba nie będziesz aresztowana, chociaż może by było ciekawie? Wylegitymował mi się ten starszy, chociaż ten młodszy bardziej mi się podoba.
                                      Usiadłam na łóżku, próbując zrozumieć, co właściwie Milka do mnie mówi. Wyglądała na rozbawioną i nieprzejętą.
                                      - Organa. – powtórzyłam.
                                      - Ścigania. – uprzejmie dodała Milka. – Dwu panów po cywilu, jeden ponury czterdziestolatek z miną obrazującą jego brak zaufania do załganego społeczeństwa i drugi wiking w glanach. Zachowują się, jakbyś już ich znała.
                                      Jęknęłam, powstrzymując chęć ponownego przewrócenia się na łózko i nakrycia poduszką głowy.
                                      - Która jest godzina???
                                      - Piąta siedemnaście. – odrzekła Milka, wskazując na mój budzik. – dlatego myślę, ze nie przyszli cię aresztować, bo do tego powinni w zasadzie zaczekać do szóstej, prawda? – moja kochana mała siostrzyczka celowała we własnych interpretacjach kodeksu postępowania karnego, ale jej logice trudno było coś zarzucić. – Wstawaj, wstawaj, bo jestem ciekawa. To przez te zwłoki na HOWie?
                                      - Nie na HOWie tylko nad Wisłą… - zaprotestowałam słabo.
                                      - Może po prostu znaleźli drugie. – zasugerowała moja siostrzyczka i wyszła.
                                      Myjąc się i ogarniając, myślałam sobie, ze jednak jaka to szkoda, ze to nie Milka odkryła to ciało, ona całe śledztwo załatwiłaby jeszcze przed śniadaniem. Jednak jej klasa maturalna i plany odnośnie dostawania się na różne studia miały swoje prawa, dlatego w tym roku zdecydowała, ze remonty musza sobie poradzić bez niej. Cierpieliśmy z tego powodu ogromnie, bo gdyby nie ta idiotyczna matura, to z pewnością właśnie Milka skutecznie wyjaśniłaby całej wierchuszce jak debilnym pomysłem jest spływ wszystkich naszych żaglówek w gali flagowej Wisłą do Żerania…
                                      Jak podejrzewałam z jej przemowy, w korytarzu, zachowując pełną nieufność wobec załganego społeczeństwa i nie wchodząc w głąb jego przestrzeni mieszkalnej, stali Jacek i jego szef. Jacek milczał, za to pan kapitan, nie zawracając sobie głowy żadnym dzień dobry, wyrzucił z siebie bardzo oficjalnym tonem:
                                      - Pani Strzelczyk. Pani pójdzie z nami.
                                      Spojrzałam na niego z niechęcią, a potem na Jacka – z niepokojem. Miał nieruchomą twarz, wyrażająca kompletnie nic i bardzo się starał nie patrzeć na mnie wprost. Nagle znowu bardzo się zezłościłam.
                                      - Jestem zatrzymana?
                                      Odrobine ich chyba zaskoczyłam. Kapitan nawet zmarszczył brwi.
                                      - Nie. – odrzekł niemal z żalem.
                                      Wzruszyłam ramionami.
                                      - To na jakiej podstawie uważa pan, że o piątej trzydzieści dwie gdziekolwiek z panami pojadę? Dokąd? Na komendę?
                                      - Nie, do Portu Czerniakowskiego.
                                      - Mówiłam ci, znaleźli drugiego trupa. – beztrosko rzuciła Milka z kuchni. W kapitana grom strzelił, a Jacek zapanował nad twarzą – tylko nie wiedziałam, czy starł z niej uśmiech, czy coś innego. Pozwoliłam sobie na lekkie uniesienie brwi.
                                      - No to dowiem się, do czego jestem panom potrzebna?
                                      Jacek powoli skinął głową.
                                      - Znaleźliśmy. Drugiego trupa. Pojedziesz z nami?

                                      Posadzili mnie na tylnej kanapie forda i powieźli nad Wisłę. Przestałam protestować w zasadzie wyłącznie dlatego, ze był to najszybszy sposób, żeby dowiedzieć się, czy to aby nie jest ktoś znajomy w sytuacji, kiedy obaj panowie nie chcieli mi powiedzieć nic więcej.
                                      Jadąc bardzo wygodnie w stronę HOWu myślałam sobie, że można było się obejść bez całej tej porannej żenady i nieuprzejmości – przecież równie dobrze mogliby wysłać po mnie Jacka w jego garbusie – no, chyba że Jacek wcale nie chciał ujawniać pryncypałowi, do jakiej zażyłości w kontaktach ze mną doszedł, względnie jego pryncypał wolał go teraz nie zostawiać ze mną sam na sam. Nie byłabym zresztą wymarzonym partnerem do rozmowy, bo kiedy opadła ze mnie złość, zaczęłam się bać, kogo mogę zobaczyć w charakterze zwłok. Od niepewności mdliło mnie nie gorzej niż wcześniej od butaprenu.
                                      Na miejscu były już radiowozy, masa chłopaków w mundurach i karetka medyków sądowych z doktorem Firlejem, który na mój widok cały się rozpromienił, nie wykazując cienia zaskoczenia, ze widzi mnie tutaj o poranku, towarzyszącą władzom śledczym.
                                      - Pani Janeczko, dlaczego pani nie było na ostatnich zajęciach? – zapytał z wyrzutem, próbując jednocześnie podskakiwać. W pierwszej chwili nie mogłam pojąc, czemu nagle doznał przypływu ADHD, owszem, był entuzjastą swego zawodu, ale nie objawiało mu się to raczej do tej pory udawaniem surykatki, a zaraz potem dotarło do mnie, że on nie tyle podskakuje, co próbuje obtupać z błocka buty. I spodnie…
                                      - Generalnie dlatego, że znalazłam zwłoki. – wyjaśniłam tępo, gapiąc się na jeszcze nie przykryte nosze, znad których doktorek przed momentem się podniósł.
                                      To nie był nikt, kogo obawiałam się tu ujrzeć. Dobra, bez niedopowiedzeń – to nie był Jurek.
                                      Na noszach, nieludzko utytłany żółtym błotem, z półprzymkniętymi oczami, z posklejaną broda kloszarda, licznymi szczegółami wskazując, ze do jego zgonu przyczyniła się Wisła, leżał Komandor Jacek Kolański.
                                      Osłupiałam.
                                      • bluzeczka.zamszowa Re: Prezencik 01.08.17, 17:54
                                        Berrin, dzięki, to jest super!
                                      • zaisa Re: Prezencik 01.08.17, 23:08
                                        I jak ja mam teraz pójść spać? Jeszcze mi się co przyśni.
                                        Dziękuję.
                                        • berrin Re: Prezencik 02.08.17, 12:18
                                          I co, przyśniło się?

                                          UCD. Smacznego dla Gata.

                                          • berrin Re: Prezencik 02.08.17, 12:21
                                            A tu UCD.

                                            Musiałam wyglądać na kompletnie ogłuszona, bo nawet nieżyczliwa frakcja organów ścigania uznała chyba, że skoro mnie tu przywlekli, to są mi winni pewne względy. Zostałam posadzona w radiowozie, dostałam kawy z termosu, do ręki kawałek bardzo czerstwej drożdżówki, a Jasio Firlej trzy razy upewnił się, że nie zamierzam mdleć.
                                            Nie zamierzałam, ale i nie za bardzo byłam w stanie przemóc dziwny bezwład, który mnie ogarnął. Próbując trafić plastikową filiżanką z kawą do ust, zorientowałam się, że drży mi ręka. Może faktycznie trochę tego za dużo ostatnimi czasy…?
                                            No chyba że chodzi po prostu o to, że nie dali mi czasu na zjedzenie śniadania.
                                            Słońce wstawało nad rzeką, ptaki się darły, radiowóz, który mnie przytulił, stał na wale wewnętrznym dokładnie na wysokości Horyzontów z widoczkiem na kort tenisowy z jednej strony i chaszcze nad kanałkiem z drugiej. Roślinność reagowała na wiosnę dość powoli, ale reagowała – na badylach pojawiały się jasnozielone liście. Okoliczności przyrody były wręcz zachwycające i tylko trochę kłóciło się z nimi znalezisko znad brzegów kanałku.
                                            Odczekałam, aż leżące na noszach ciało zostało już zapakowane i okryte i przestało straszyć. Starannie usuwałam przy tym sprzed oczu obrazek sprzed tego zapakowania, myśląc jednocześnie, ze władza chyba musiała zgłupieć, skoro mnie tu tak na bezczelnego przywiozła, postawiła nad zwłokami i co właściwie – czekała, co zrobię? Zemdleję? Przyznam się, ze to ja go utopiłam?
                                            Bo to, ze przyczyną odejścia komendanta naszej drużyny z tego świata było utopienie, nie miałam wątpliwości, nawet komentarze doktora Firleja nie były mi potrzebne, chociaż pan medyk też tych wątpliwości nie miał.
                                            - Nie ma śladów pobicia, to raczej mogła być jakaś szarpanina, no i moim zdaniem zleciał tu na brzeg przez te krzaki i stąd podrapania na twarzy i ciele. Upadł z głową w wodzie, twarzą do dołu, tak jak go znaleziono, ciało nie było przenoszone… - mówił Firlej, radośnie ignorując złotą maksymę zimnych chirurgów: „Będzie wiadomo po sekcji”. – Czas zgonu jak mówiłem, w okolicy północy, nie później, więcej może powiem po sekcji… – no, wreszcie… - …z pewnością żył w chwili upadku do wody.
                                            Firlej zamilkł na chwilę, zajrzał do notesu, popatrzył w dół skarpy na brzeg kanałku, gdzie panowie w mundurach i technicy starannie taplali się w błocie, zajrzał do karawanu, rozejrzał się i zamyślił na moment.
                                            Z jednakowym napięciem panowie śledczy i ja czekaliśmy, co powie teraz. Oni go znali – ale ja też go znałam. Żaden inny medyk z Oczki 1 nie byłby skłonny do żadnych przypuszczeń w takim momencie, nawet ci, co przerastali Firleja doświadczeniem o lata świetlne. I nie zawiedliśmy się.
                                            - Sądząc z całokształtu, powiedziałbym, że ktoś przytrzymał mu głowę pod wodą. – powiedział pan doktor. – Mógł przy tym przyklęknąć na nim, wtedy uniknąłby unurzania się w przybrzeżnym błocie. Zresztą, ktoś mu wypatroszył kieszenie…
                                            Patrzyłam w dół na skarpę, porośniętą krzakami niewycinanymi od dziesięcioleci, połamanymi teraz na całej trasie od szczytu na brzeg – faktycznie, można było sobie wyobrazić kogoś, kto tędy zlatuje po pijanemu.
                                            - Był pijany? – zapytałam, zwracając się nie wiadomo do kogo. Jasio Firlej poniekąd słusznie uznał, że pytam jego i – takoż poniekąd słusznie przyjmując, że skoro mnie tu przywieźli nie w kajdankach, a znał mnie wszak jako zaangażowanego członka koła kryminalistycznego UW, udzielił odpowiedzi.
                                            - Raczej na kacu. Więcej powiem jak zbadamy krew.
                                            - Weźcie poprawkę na to, ze to był alkoholik. – poradziłam. – Przez ostatni rok w zasadzie cały czas był co najmniej podcięty, bez porannego piwa albo trzech nie działał.
                                            - Ma otarcia na czaszce i był bardzo głęboko wepchnięty w błoto przy brzegu. – wyjaśnił Jasio. – Pod własnym ciężarem by się tak nie zapadł, tym bardziej, ze leżał płasko. Nie próbował wstać, prawda? – zawołał nieco głośniej do chłopaka w białym fartuchu, narzuconym na roboczy kombinezon, taplającego się w błocie nad brzegiem kanałku.
                                            - Nie. Zleciał i leżał. – odkrzyknął technik. - Zryte tu jak po orce, ale on się wyodrębnia bardzo wyraźnie.
                                            - No właśnie. – ucieszył się doktor Firlej, jakby było z czego. – Sądzę, ze ktoś…
                                            Pan kapitan, wyraźnie niezadowolony z mojej aktywności śledczej (a sam mnie tu przywiózł!), a także z radosnego zdradzania tajemnic dochodzenia osobie postronnej przez ekipę techniczną (a sam mnie tu przywiózł…), postanowił przerwać tę orgię łamania praworządności.
                                            - Znała go pani? – zapytał stanowczym tonem.
                                            - Tak. – odpowiedziałam spokojnie, bo rozmowa z Jasiem Firlejem przywróciła mi moce umysłowe, a kawa z czerstwą drożdżówką – fizyczne. – Sądzę, ze to jest Jacek Kolański, komendant naszej drużyny harcerskiej. Tutejszy działacz żeglarski. – i odczekawszy chwilę, dodałam, bo nie mogłam sobie tego odmówić – Wbrew pozorom nie kloszard…
                                            Wszyscy zgodnie i jak na komendę popatrzyliśmy na otwarta pakę karawanu.
                                            - Poza byciem działaczem żeglarskim był kimś jeszcze?
                                            - Informatykiem na Politechnice Warszawskiej. – ponieważ kapitan milczał, poczułam, ze powinnam rozwinąć wypowiedź - Nie mam pojęcia, co konkretnie robił, ale siedział w tym pokoju na parterze, w którym zbiegają się wszystkie kable, łatwo trafić…
                                            - Gdzie mieszkał?
                                            - Na Chomiczówce. Nie pamiętam adresu i mam wątpliwości, czy bym trafiła, raz tam byłam i to w towarzystwie, więc nie uważałam za bardzo dokąd idziemy. Prawie przy pętli autobusowej.
                                            Kapitan milczał dłuższą chwilę, Jacek - także bez uśmiechu – przypatrywał mi się jakoś niepewnie. A ja nagle uświadomiłam sobie, ze poza wyjaśnieniem mi, że znaleźli trupa, nie odezwał się do mnie ani razu.
                                            Jakoś nie miałam wątpliwości, jakie pytania chcą mi teraz zadać.
                                            Nie pomyliłam się.
                                            Kiedy karetka odjechała, uwożąc ze sobą zwłoki i Jasia Firleja, a technicy zaczęli składać sprzęt, przeszliśmy na tarasik Horyzontów. Zostałam usadzona przez Jacka na krzesełku z dermy, dostałam drugą filiżankę kawy z termosu i wtedy padło pytanie, którego nie dawało się już dłużej odwlec.
                                            - Co pani robiła od dwudziestej wczoraj wieczorem do naszego spotkania dziś rano?
                                            Bogini, i co ja im miałam powiedzieć…?
                                            • felis2 Re: Prezencik 02.08.17, 13:20
                                              Dołączyłam do grona fanów. Nie umiem czytać dla przyjemności z monitora, toteż po paru pierwszych odcinkach zdołałam porzucić ciąg dalszy. Wczoraj skleiłam sobie fragmenty, przekonwertowałam do mobi i wysłałam kundelkowi. Popołudnie spędziłam dyndając w hamaku i delektując się lekturą. Trochę żałuję, że nie doczekałam do końca, przeczytałabym za jednym zamachem, a tak to muszę czekać z utęsknieniem na ciągi dalsze.
                                              A, Pusia jest mi nader bliska. Mam jednego kotecka po części w jej typie: u weterynarza z miejsca proszę o grube rękawice, inaczej nie da się nawet klatki otworzyć. Weterynarz nie odważa się mierzyć jej temperatury, a przy zastrzyku przydaje się też ręcznik. W poczekalni wśród kilku psów warczenie rozlega się wyłącznie z jej klatki. Dzień bez myszy to dzień stracony, a upolować da się nawet łasiczkę.
                                              • berrin Re: Prezencik 02.08.17, 16:53
                                                Wielce mi się podoba taki sposób odbioru prezenciku.
                                          • zaisa Re: Prezencik 02.08.17, 20:50
                                            Szczęśliwie nie.
                                            Kiedyś przyśnił mi się drugi odcinek snu zawierający w sobie znalezienie zwłok na torach pod Trasą Toruńską w W-wie. Akurat spałam na polu namiotowym w mazurskim lesie. No i w ten sen wciął się nie do końca trzeźwy facet zmierzający na rympał do pompy. Wszedł po omacku na nasz namiot wyjątkowo dobrze wtapiający się w ciemność. Wdepnął od mojej strony. Przez myśl błyskawicą przebiegło mi: " Napadają! Tu są inni ludzie, trzeba ostrzec." No i wrzasnęłam. Przejmująco. Na drugą sztukę w namiocie nikt nie wchodził ani mu się nic nie śniło, więc po prostu usiłował mnie uciszyć wyciągając do mnie rękę. Trafił w twarz. Mnie przebiegło przez głowę "I on jest z nimi!", więc się odmachnęłam. Chyba solidnie.
                                            No.
                                            W końcu jakoś się wyjaśniło, że nikt nie napada. Cicho się zrobiło, ale tylko w naszym namiocie, bo inni musieli sprawdzić, co się dzieje. W końcu większość wróciła do spania a my wyszliśmy, bo to wchodzenie na namiot było dość skuteczne i połały się rurki. A potem jeszcze trochę się działo, ale już po cichu.
                                            • zaisa Re: Prezencik 02.08.17, 20:55
                                              I wkleiło się nie pod tym postem. Nie lubię telefonów do pisania.
                                              Dzięki, Berrin, za troskę. Zdarzało mi się, że wrażenia z dnia przebijały się do snu.
                                              • berrin Re: Prezencik 03.08.17, 07:39
                                                Za nic bym nie chciała być sprawczynia koszmarów. Snów kolorowych mogę smile
                                                Zresztą, świadomie ominęłam zawodowe opisy topielca, nie w klimacie były...
                                                • zaisa Re: Prezencik 03.08.17, 09:00
                                                  Teraz raczej po prostu nie mogę zasnąć albo budzę się te 2-4 godziny później i też nie mogę zasnąć.
                                                • zaisa Re: Prezencik 03.08.17, 09:10
                                                  I tak się zastanawiam, ile powie Janka. Samą szczerą prawdę, że nikogo nie widziała? I czy jej latarka zostanie wydobyta z zęzy rękami policji? I czy policja bardzo na nią się będzie denerwować o ukrywanie dowodów rzeczowych? I czy w tej sytuacji policja nie będzie zdania, że to ona zabrała pierwszemu nieboszczykowi torbę? I co Jacek na to?
                                                  Dobrze budujesz napięcie. Pytań coraz więcej a odpowiedzi brak. smile
                        • dorka_31 Re: Prezencik 02.08.17, 13:06
                          berrin napisała:

                          > Korycki Andrzej z Żyrardowa, ze Starych Dzwonów. Onże ci był ☺
                          >

                          No proszę...
                          Swojego czasu nawet niedaleko mnie mieszkał. Byłam kiedyś na jego występie w naszym Domu Kultury.
                          No i w ogóle miło go wspominam. Jako młody chłopak prowadził lekcje muzyki w szkole. Ja byłam wtedy w ósmej klasie, więc jeszcze się załapałam wink On niewiele starszy, więc co niektórzy znali go prywatnie. Fajne te lekcje były smile
                          • balamuk Re: Prezencik 08.08.17, 22:56
                            Berrin, uwielbiam.
                            Mam czytanie z ostatnich dwóch tygodni.
                            Niech Ci się wyjazd uda! smile
                            • berrin Re: Prezencik 29.08.17, 14:31
                              Bry.
                              Staram sie ogarnąć to, co na różnych nośnikach (na przykład - głównie - ręcznie w zeszycie) potworzyłam w moim samym srodku niczego w czasie urlopu.
                              Oto wstępny efekt dzisiejszego ogarniania.
                              Jutro też będę ogarniać na zmianę z odgruzowywaniem się.
                              Ale mam duzo gruzu.
                              • berrin Re: Prezencik 29.08.17, 14:41
                                Nie dali mi za dużo czasu na myślenie, ale jednak trochę go dostałam. Akurat tyle, żeby wymyśleć, że w zaistniałych warunkach i nie wiedząc, co oni wiedzą i czy i co znaleźli, a o czym mi – poniekąd słusznie – nie powiedzieli, nie zbuduję tak łatwo i szybko żadnego niezahaczalnego łgarstwa. Na dodatek kryjąc siebie – a ja, do cholery, na razie jeszcze nikogo nie zabiłam – być może kryję jednocześnie zabójcę, a to mi się nie podoba. Ewentualne oskarżenie o utrudnianie śledztwa, nie mówiąc już o czym gorszym, tez mi się nie podoba, wprawdzie nie pouczyli mnie o odpowiedzialności za fałszywe zeznania, ale w końcu pouczą…
                                No to co, trzymać się prawdy…?
                                - Najpierw byłam tutaj, pokostowaliśmy pokład. Z Jackiem. – popatrzyłam na kapitana, który właśnie przyglądał się w skupieniu rękawowi mojej kurtki. Rękaw był nieco umazany żółta farbą. – Potem Jacek pojechał odwieźć kota koleżanki…
                                - Proszę? – przerwał pan zwierzchnik Jacka dość dziwnym tonem.
                                Westchnęłam. Wiking pod przykrywką ewidentnie nie zaraportował swojemu szefowi wszystkich szczegółów zdobywania zaufania personelu HOWu. Cóż, opis mojego wieczoru będzie w takim razie obfitować w dygresje…
                                - Odwiózł kota w garnku – wyjaśniłam i dopiero po chwili zorientowałam się, że to chyba niewiele wyjaśnia. Naprawdę nie spodziewałam się, że będę miała jakieś problemy z opowiadaniem akurat o tej części wczorajszego wieczoru. - O rany…
                                - Dlaczego w garnku? – zaskakująco cierpliwie zapytał kapitan. Zastanowiłam się przelotnie, czy tym razem twardo postanowił, ze wszystko przetrzyma.
                                - Bo luzem to było zupełnie wykluczone…
                                Chwilę trwało, zanim wyjaśniłam kapitanowi, dlaczego Pusia nie może podróżować bez zbroi i czemu do transportowania małego, perskiego koteczka użyliśmy akurat garnka. No i dlaczego podróżowanie z pięćdziesięciolitrowym kotłem pełnym wściekłego kota wymagało pomocy Jacka i jego garbusa. O dziwo, spotkałam się z pełnym zrozumieniem a ponury przedstawiciel służb śledczych zaprezentował pierwszy ludzki odruch, od kiedy go poznałam.
                                - Mają dziewczyny charakter… - zauważył bowiem z uznaniem, wysłuchawszy opowieści o starciu Marleny i Pusi i o naszej akcji gaśniczej. – Dobrze, pan Ronkier pojechał odwieść panią Potocką z kotem w kotle do domu, a pani tu została. Na długo?
                                - Nie bardzo, bo już się ciemno robiło. Poszłam do hangaru… - urwałam. Westchnęłam. Jacek popatrzył na mnie wyczekująco, a ja westchnęłam jeszcze raz.
                                Patrzyli na mnie obaj dłuższą chwilę nic nie mówiąc i wydali mi się w tym skupionym milczeniu strasznie do siebie podobni. Wreszcie kapitan przeniósł wzrok na swego młodego współpracownika. Jacek powoli skinął głową. Nadal wydawał się straszliwie przejęty, ale – co zauważyłam dopiero w tej chwili – od jakiegoś czasu nie starał się już patrzeć gdziekolwiek, byle nie na mnie.
                                Napięte milczenie przerwał kapitan.
                                - Poszła pani do hangaru.
                                - Tak. Zastanawiałam się, czy jeszcze jakieś nasze rzeczy zostały w tej stercie, co spadła z kratownicy… Widział pan ją chyba? Jeden z kolegów zagroził, ze to, czego nie zabiorą właściciele, osobiście wyrzuci…
                                - Czemu?
                                - Bo ma skłonność do dowalania sobie roboty i bezsensownego porządkowania świata. Nie wiem, czemu, niech pan jego pyta. Na tej stercie większość szpejów to w tej chwili własność nieboszczyka Kolana… w sensie, spadek po panu Kolańskim… - znowu westchnęłam. Już wczoraj, zaraz po tym, jak upchnęłam moje nadpleśniałe znalezisko wewnątrz łodzi, pojęłam, że robię błąd, że się podkładam, chcąc im to oddać rano.
                                A potem podjęłam decyzję ścisłego trzymania się prawdy (nad szczerością to się jeszcze zastanowię) i powiedziałam bardzo szybko:
                                – Potem znalazłam mokrą skórzaną konduktorkę, uznałam, ze może być dla was interesująca, ale ponieważ było już późno, a Jacek pojechał z Anką i Puśką, i nie chciało mi się wieść jej samodzielnie do Pałacu Mostowskich ani zabierać do domu ewentualnego dowodu, a nie chciałam, żeby komuś jeszcze się na tej stercie spodobała, zawinęłam ją w szmatę i schowałam w achterpiku Nadziei.
                                Panowie znowu wgapili się we mnie, choć tym razem w ich spojrzeniu bez porównania więcej było osłupienia niż skupienia. Odczekałam chwile, a ponieważ nadal się nie odzywali, wstałam.
                                - Możemy tam pójść, to wam ją oddam. – zaproponowałam.
                                - Gdzie, proszę, pani to schowała? – bezradnie zapytał kapitan.
                                - W achterpiku Nadziei… - rozpoznałam jego wyraz twarzy i pospiesznie się poprawiłam - znaczy, z tyłu tej żółtej łódki.
                                - Dobrze, chodźmy. A czemu uznała pani, że ta… konduktorka… będzie dla nas interesująca?
                                - Bo była dość elegancka, skórzana i wyglądała, jakby ktoś ja zanurzył w brudnej wodzie. A na adresówce miała nazwisko Skroński, albo bardzo podobne. Rozmyte, ale dawało się przeczytać.
                                Przełaziliśmy właśnie przez dziurę w parkanie na plac remontowy i kapitan zatrzymał się tak gwałtownie, że oberwał odgiętą, sprężynującą siatką drucianą, którą Jacek przytrzymał dla mnie, a potem puścił, bo nie spodziewał się że jego zwierzchnik stanie dęba.
                                - Ukryła pani dowód w sprawie?
                                - Jasne, ukryłam. – znowu się rozzłościłam, przy nikim innym już od dawna tak mi nie strzelały emocje. – Znalazłam coś, co mi się wydało potencjalnie dla was ciekawe i może miało związek ze sprawą. Adresówkę zobaczyłam dopiero, jak wyjęłam torbę ze sterty i ją pomacałam, co niby pana zdaniem miałam z nią zrobić? Wyrzucić? Kuszące, naprawdę, teraz żałuję. Już i tak miałem ją w rękach, była pusta, uznałam, ze nie ma znaczenia, czy dostaniecie ją od razu czy dopiero rano, bo i tak dostaniecie ją ode mnie i będziecie mnie w związku z tym mogli do upojenia podejrzewać o wszystko, co wam do głowy przyjdzie. A niestety nie mogłam jej już elegancko odnaleźć będąc w towarzystwie Jacka, bo Jacek odjechał z garnkiem. Za to spokojnie mogła się w międzyczasie spodobać komu innemu. Jest tam – machnęłam ręka w stronę nadziejowej rufy. – Może Jacek będzie pamiętał, że wczoraj jak pokostowaliśmy pokład, to jej tam nie było, zresztą jakbym nie chciała wam jej dawać, to bym ją zostawiła na tej stercie śmieci. A w ogóle – wspięłam się na burtę Nadziei, nie przyjmując pomocnej dłoni przedstawiciela władzy – samiście mogli ją przeszukać, tę stertę, i nie byłoby teraz problemu.
                                Padłam na kolana w kokpicie i sięgnęłam w głąb achterpiku.
                                Wbrew przymusowi narracyjnemu oraz mojej nagle wybuchłej, dławiącej paranoi, torba była na miejscu. Wydobyłam kłąb prześcieradła, pomacałam je i energicznie wręczyłam bardzo wilgotną całość Jackowi, który wlazł do kokpitu razem ze mną. Rozwinął szmatę i obaj w skupieniu obejrzeli mokrą, skórzaną torbę na ramię w kolorze brązowym.
                                - Leżała na stercie w hangarze, musiała zlecieć z kratownicy razem z innymi rzeczami. – powiedział Jacek.
                                - Pusta.
                                - Nie chodziło mu o torbę…
                                Usiadłam na białym, ziębiącym w tyłek laminacie i czekałam, aż się nakontemplują. Nawet lepiej, dzięki temu sama dostałam kolejną porcję czasu na myślenie. Koniec żartów, odwracacze uwagi też się kończą. Teraz w moich zeznaniach odnośnie wczorajszego wieczoru będę musiała przejść do problemu latarki w zęzie… i zastanowić się, czy stwierdzenie, że ani ja nikogo nie widziałam, ani zapewne nikt mnie nie widział, będzie wystarczające.
                                Jadąc tu z nimi obejrzeć kolejnego trupa, bałam się śmiertelnie, że to będzie Jurek. Wiedział coś, wiedział zdecydowanie za dużo jak na postronną osobę, czegoś pilnował, kogoś przepędzał, był tutaj wczoraj… Tak strasznie mocne było we mnie przekonanie, ze to będzie on, że kiedy okazało się, że to Kolański, doznałam ulgi. Straszne, bo przecież Jacka Kolańskiego tez znałam od lat i nawet okresowo lubiłam, ale nie chodziło o to, że to on, tylko o to, że to nie Jurek.
                                Ale skoro Jurek nie został ofiarą, to bardzo zaniepokoiła mnie teraz rysująca się w sprawie alternatywa.
                                Bo bardzo nie chciałam, żeby okazał się sprawcą.
                                • balamuk Re: Prezencik 29.08.17, 17:59
                                  Hooray! big_grin
                                  Właśnie uderzeniowo zapomniałam o nieco upiornych dwu dniach za mną i trzech przede mną, przeczytałam, skopiowałam, przeczytałam, przeczytałam jeszcze poprzednie trzy odcinki, tak dla pewności, no i jest mi dobrze.
                                  Gatu, co jesz? wink))
                                  • gat45 Re: Prezencik 29.08.17, 19:09
                                    Właśnie otworzyłam i lecę do kuchni. W planie pyszna, świeżutka bagietka z popołudniowego wypieku, mozarella (prawdziwa, z mleka bawolicy), pomidory. Puszka perriera prosto z lodówki. Na deser melon. Zaraz sobie skomponuję tackę i wracam.
                                    • minerwamcg Re: Prezencik 29.08.17, 19:46
                                      O, i tak trzymać. Berrin pisze, Gat wtraja, wszystko idzie we właściwym kierunku.
                                      • berrin Re: Prezencik 30.08.17, 10:19

                                        No to poranny kawałek UCD. Staram się, staram...

                                        - Jak ona się znalazła na tej kratownicy? – wyrwał mnie z zamyślenia kapitan.
                                        - Nie jestem pewna, bo mnie przy tym nie było. – odrzekłam z godnością. – Ale sądzę, że ktoś mógł ją wepchnąć przez stłuczona szybkę pod dachem od strony tamtego wału. Wczoraj wieczorem odkryliśmy, że szybka poszła w okruchy, ale była wepchnięta do środka, więc małe szanse, żeby rozwalił ją od wewnątrz jakiś bom albo gafel.
                                        - To szkło nie jest zbrojone?
                                        - Jest, ma zatopioną siatkę drucianą, stąd wiemy, że ktoś musiał wepchnąć szybę z zewnątrz, bo druty sterczą do środka.
                                        - To by zrobiło hałas?
                                        Zastanowiłam się. Leżąc tamtego pamiętnego poranka w charakterze naspawanych zwłok na pokładzie Nadziei, nie słyszałam odgłosów demolowania szyby w hangarze. A znacznie cichszy i mniej agresywny szelest kroków na żwirze i odgłos upadku – jak najbardziej. Odległość od potencjalnie tłuczonej szyby owszem, byłaby większa, ale i tak powinnam była usłyszeć uderzenie, brzęk, cokolwiek.
                                        - Zrobiłoby. Ale wtedy, rano… nic takiego nie słyszałam.
                                        - Jest możliwe, że gdyby szyba była wybita wcześniej, mogliście o tym nie wiedzieć?
                                        Powoli skinęłam głową.
                                        - Pewnie. Gdyby nie to, że kratownica się zarwała, to w ogóle niczego byśmy ani nie zauważyli, ani nie znaleźli przynajmniej do pierwszego maja, kiedy zeszłaby stamtąd reszta takielunku, a może i dużej, bo ona nigdy w zasadzie nie zostaje całkiem opróżniona, zawsze coś tam leży. A przy samej ścianie w głębi to właśnie leżą rzeczy mniej potrzebne, choćby dobytek Komando… Kolańskiego. Więc tę stłuczoną szybkę to by może odkrył Jurek latem, jakby robił przedsezonowy przegląd budynku i szykował plan napraw.
                                        Kapitan kiwał głową, jakby w pełni się ze mną zgadzał, a potem nagle zapytał:
                                        - Dlaczego komando?
                                        Pomyślałam, ze robi postępy. Jeszcze kilka dni, a zupełnie przestanie odstawać klimatem od środowiska, na które poszczuł młodszego współpracownika.
                                        - Jacek Kolański to zasłużony działacz żeglarski. – wyjaśniłam uprzejmie. – Korzysta…ł z tytułu komandora jako komendant drużyny i dodatkowo pełniący jakieś ważne funkcje w harcerstwie morskim. Miał taka pieczątkę, Komandor Jacek Kolański, ale trochę się uszkodziła z jednego boku i jak nam stemplował książeczki żeglarskie, to zostawało tylko Komando Jacek Kolan. A że ostatnio zrobił się z niego człowiek-demolka, to komando Jacuś coraz bardziej pasowało…
                                        - Ponarażał się ostatnio ludziom?
                                        - Wcale nie wiem, czy ostatnio bardziej niż zwykle. Zawsze był narażony, miał do tego talent… - jednocześnie pomyślałam, ze Mariusz jakoś nie zabił go za akcję z zatopieniem jego robura ani Zbyszek za zakupienie złomowanego silnika wraz z dostawczym lublinem. - Pan naprawdę sądzi, ze ktoś go zabił, bo się tak strasznie na niego zdenerwował?
                                        Nie odpowiedział. Oboje pamiętaliśmy Jasia Firleja pląsającego po wale nad kanałkiem i sugerującego upadek ofiary z wału a potem wciśnięcie jej głowy w nadrzeczne błoto. Zdenerwował, akurat… prawie idealna symulacja wypadku po pijaku, nawet nie wiadomo, czy zdołają udowodnić, że faktycznie ktoś na nim przykląkł i zadbał, żeby Jacek tej głowy nie zdołał już podnieść… przekonanie Jasia to jedno, dowody dla sądu to cos trochę innego…
                                        - A ostatnio komu?
                                        - Ostatnio nie wiem. – starałam się zabrzmieć stanowczo i chyba zrozumiał, a ja przez moment rozważałam kusząca perspektywę zaproponowania mu, żeby zapytał Przemasa. Ten to by mu dostarczył tyle wiedzy, ze doprawdy, miałby za swoje…
                                        Odebrał Jackowi torbę, ponownie zawiniętą w mokre prześcieradło i zważył pakiet w rękach.
                                        - Bardzo dziękujemy za zabezpieczenie dowodu w sprawie. – mruknął bardziej do siebie, a ja poczułam się rzetelnie rozbawiona koncepcją zabezpieczenia dowodu poprzez wepchnięcie go Nadziei pod tyłek. Przynajmniej nie kontynuował tematu w kwestii ukrywania przed nimi tej konduktorki, zresztą szczerze wątpiłam, czy faktycznie do czegokolwiek im się ten dowód przyda. – Proszę tu na mnie zaczekać. – po czym zlazł z rufy i powędrował gdzieś w stronę wału, tuląc do siebie mokre prześcieradło nadziane spleśniałą skórą.
                                        Zostaliśmy z Jackiem sami.
                                        • berrin Re: Prezencik 30.08.17, 12:17
                                          I jeszcze troszeczkę UCD:

                                          - Czy on uważa, ze tobie chętniej zeznam? – zapytałam po chwili ciążącego milczenia.
                                          Jacek bez uśmiechu pokiwał głową.
                                          - Z pewnością.
                                          - Co robiłam wczoraj wieczorem?
                                          - To też.
                                          - Czemu rano zrobiliście we mnie taki wjazd?
                                          Nie odpowiedział, znowu uciekł spojrzeniem. Czułam się chyba co najmniej tak samo niezręcznie, co on, nie podobało mi się to, rany, ja przecież nikogo nie zabiłam… no tak, tylko że ja to wiem, a on nie musi…
                                          - Najpierw ja, czy ty? – zapytałam więc rzeczowo, a ponieważ się nie odezwał, westchnęłam, wzruszyłam ramionami i podłożyłam sobie pod tyłek kawałek gumowej wycieraczki, bo klapa bakisty ziębiła mnie niepomiernie. – No dobra, więc ja. Co mam mówić?
                                          - Co robiłaś wczoraj wieczorem…?
                                          No przecież wiedziałam, że tego nie uniknę.
                                          - Wyszłam z HOWu, pojechałam do domu. Odbiłam się od drzwi, bo nie znalazłam swoich kluczy, a w domu nikogo nie było, nie wiedziałam, gdzie wszyscy są i kiedy wrócą. Uznałam, ze klucze musiały mi wylecieć z kieszeni do nadziejowej zęzy, kiedy przerzucaliśmy nasze kurtki w kabinie z burty na burtę. W każdym razie miałam nadzieje, ze wypadły wtedy. Przyjechałam tutaj ich poszukać. Byłam chyba około dziesiątej, ciemno i pusto było kompletnie, wlazłam do kabiny, znalazłam klucze…
                                          - Gdzie były?
                                          - Z przodu skrzyni mieczowej, przy samej grodzi, zsunęły się do najniższego punktu zęzy i przylepiły do farby. Musiałam wykonać bardzo trudny układ gimnastyczny, żeby je stamtąd wydobyć. – wyciągnęłam je z kieszeni i podzwoniłam nimi przed nosem Jacka. – Patrz, człowieku, są jeszcze całe w tej cholernej morelowej farbie, możesz zajrzeć pod skrzynkę, na sto procent jeszcze nie zaschło, będzie masa śladów, ze się tam tarzałam. Zresztą zgubiłam tam latarkę, wturlała mi się i już nie chciało mi się jej wydobywać, na pewno jeszcze tam leży. Owszem, byłam tu, i to wieczorem, nie wypieram się, i miałam całkiem dobry powód, żeby przyjechać, bo nie mogłam wejść do własnego domu. Lepiej ci teraz?
                                          Jacek wstał, otworzył zejściówkę i zlazł do kabiny. Nie ułożyłam wczoraj gretingów na miejscu, więc zastał całość tak, jak ja zostawiłam. Położył się na dennikach, zajrzał pod skrzynkę, próbował sięgnąć pod gródź, nie zmieścił ręki pomiędzy skrzynią i koją, gwizdnął się w łokieć, przykleił do farby i wreszcie się spionował – wszystko w kompletnym milczeniu. Następnie, stanąwszy na schodku zejściówki, wziął ode mnie klucze i obejrzał. Nie lepiły się już, wytarte przeze mnie wczoraj jak najstaranniej starą pieluchą, ale zachowały na sobie urocze przecierki w bladomorelowym kolorze, jakim zaskoczyła nas w tym sezonie rzekomo biała farba ftalowa, zakupiona okazyjnie do malowania bakist, ta sama, którą miał teraz na lewym rękawie swojej sześćdziesiątki piątki.
                                          - Dobrze, że mi się nie chciało szukać acetonu, żeby je umyć. – mruknęłam, odbierając mu pęk żelastwa i starannie upychając w wewnętrznej kieszeni kurtki. – I co?
                                          - A co robiłaś potem?
                                          - Oczyściłam klucze starą pieluchą i poszłam stąd do nocnego autobusu. Uciekł mi, następny byłby za godzinę, więc przeszłam się spacerem na Sielce.
                                          - Nikogo nie widziałaś?
                                          Jaka ja mu byłam wdzięczna za takie sformułowanie pytania…
                                          - Tutaj? Nikogo.
                                          - Było pusto?
                                          - Nie mam pojęcia, w tych ciemnościach spokojnie mogłoby się czaić mrowie a mrowie, byle cicho. Ja nie widziałam nikogo.
                                          Lekkie, nieprzyjemne uczucie nieszczerości zepchnęłam głęboko w siebie. Naprawdę nikogo nie widziałam. A gdyby nie to, że Jurek i ten ktoś postanowili wymieniać poglądy akurat pod nadziejową burtą i akurat wczoraj o jedenastej wieczorem, nie miałabym pojęcia o ich obecności. Oni o mojej z pewnością nie mieli.
                                          Jacek milczał, jakby coś rozważając. Nie miałam ochoty na drążenie tematu wieczornej pustki na HOWie, a jego grobowy nastrój tez mi nie pasował.
                                          - Zachowujesz się tak, jakbyś mnie podejrzewał o to zabójstwo.
                                          - Teraz już nie… - ewidentnie za późno ugryzł się w język.
                                          Zaciekawiłam się bardziej, niż przestraszyłam.
                                          - A czemu? I czemu wcześniej podejrzewałeś? Nie milcz mi tu tak strasznie, do cholery, zwieźliście mnie nad Wisłę o wschodzie słońca i kazaliście oglądać nieboszczyków, nie wiem, byliście ciekawi, czy z czymś się wsypię? I co, ktoś mnie wieczorem widział, a ty się zastanawiałeś, czy ściemnię i się nie przyznam?
                                          - No… trochę tak.
                                          - Które tak? I dlaczego trochę?
                                          Rozejrzał się po okolicy, chyba sprawdzając, czy jego szef nie wraca, oparł o dach kabiny i westchnął.
                                          - Ktoś cię widział. Tutaj, wieczorem. To była pierwsza rzecz, jaką nam powiedział cieć zza płota, kiedy przyjechaliśmy po jego wezwaniu. Że widział tę panią w niebieskim sztormiaku jak przyszła na noc. Nie widział, jak wychodzisz.
                                          - Po sztormiaku mnie poznał? - zapytałam niepotrzebnie, przyglądając sie krytycznie swemu odzieniu. - To dlatego twój szef tak się dzis na mnie gapił? - Uznałam, że nawet nie powinnam okazywać zdziwienia. Moja kurtka, w swych lepszych momentach określana mianem sztormiaka, nabyta przez mnie w Sztynorcie osiem lat temu, miała dwie cechy szczególne: daszek na kapturze rozmiarów dzioba zdegenerowanego pelikana oraz kolor, obłędnie, oślepiająco niebieski, lśniący jak emalia na czajniczku. Faktycznie, ciuch jak mało który nadawałby się do bycia rozpoznanym po kolorze.
                                          - Był pewien, ze to ty. Twierdził, że nie widział nikogo innego.
                                          - Ciekawe, jakim cudem przy tym oświetleniu w ogóle zauważył jakikolwiek kolor. – mruknęłam nieżyczliwie, bo do ciecia z Horyzontów nigdy nie żywiłam najmniejszej sympatii, zresztą on nas wszystkich też rzetelnie nie znosił. Najbardziej jednak nie znosił Jurka, za to wyłączenie im prądu, co oznaczało, że jeśli upiera się, że widział tylko mnie, to Jurka nie zobaczył. Wrobiłby go jeszcze chętniej. Swoją drogą ciekawe, po czym by go poznał, skoro Jurek nie gustował w kolorowej odzieży żeglarskiej. Może po berecie…– Pamiętasz taki klasyczny kazus kryminalistyczny z teorii przesłuchań, w którym należało ocenić prawdziwość i szczerość zeznań świadka – emerytki w okularach, która widziała sprawcę włamania do mieszkania po drugiej stronie podwórka tak dokładnie, ze opisała wzór na guzikach jego kurtki? - zapytałam, bo w końcu nie miałam żadnego powodu, żeby nakłaniać policję do pokładania wiary w cieciu w roli naocznego świadka.
                                          - Pamiętam. – przyznał Jacek. - Ale on upierał się, że cię poznał…
                                          - A. Życzliwie zawiadomił was, że jest trup i ze ja tu byłam?
                                          - Tak.
                                          - Uczciwie, to nawet nie mogę mieć do ciebie pretensji, że mnie podejrzewaliście, wychodzi na to, że byłam tu nocą za każdym razem, kiedy ktoś kogoś mordował.
                                          - Dzięki.
                                          - A co się stało, ze uważasz, że to nie ja?
                                          Długą chwilę uważnie obserwował aluminiowy profil prowadnicy klapy, zamykającej zejściówkę. Wreszcie – wreszcie! – się uśmiechnął.
                                          - Kiedy wieźliśmy cię rano nad Wisłę, wiedziałaś od nas, ze zobaczysz ciało. Twoja siostra…
                                          Poczułam się rozbawiona wspomnieniem porannych nietaktów mojej kochanej małej siostrzyczki.
                                          - Nie miała powodu się wami przejmować i w ogóle rzadko bywa dyplomatyczna. – wyjaśniłam niepotrzebnie.
                                          - Wiem. Zresztą… Kapitan… i ja… no, ja mniej…już jadąc po ciebie zakładaliśmy, że wiesz o zabójstwie. Wiedziałaś o zwłokach, jadąc z nami. Ale kiedy je zobaczyłaś… osłupiałaś kompletnie. Jakbyś była śmiertelnie zaskoczona tym, kogo widzisz. Ostatecznie, tak mi się wydaje, gdybyś go zabiła, to chyba jednak mniej by cię rano zaskoczył widok akurat jego zwłok.
                                          Pomyślałam, że to rozczulajace, ze używa logiki, żeby siebie samego przekonać o mojej niewinności.
                                          • berrin Re: Prezencik 30.08.17, 12:20
                                            Smacznego dla Gata smile
                                            • eulalija Re: Prezencik 30.08.17, 12:56
                                              Gat to już dziś drugie śniadanie wcina.
                                              Albo wczesny obiad.
                                              A co z twoim gruzem?
                                              Wystajesz już nieco zza biurka?
                                              • berrin Re: Prezencik 30.08.17, 13:03
                                                Przebiłam sobie taki korytarzyk doświetlający.
                                                Z gruzem mam tylko tego rodzaju problem, ze kazde naszykowane przez mnie taczki musza być zaakceptowane przez majstra, a wywożenie nastepczych gruzów może nastapić dopiero po wywiezieniu ich poprzedników. Makulature przed wyrzuceniem tez nalezy ułozyc alfabetycznie... Więc stoją te taczki i czekają na tę akceptację, ja mam przestój, gruz leży, a majster gdzies polazł.
                                                • balamuk Re: Prezencik 30.08.17, 18:49
                                                  Ciekawe, mam wrażenie, że pracujemy w tej samej instytucji...
                                                  Piękny UCD. Dzięki!
                                                  • berrin Re: Prezencik 08.09.17, 13:28
                                                    Trochę na dziś.
                                                    Chyba zdążam w stronę finałowych wyjasnień - przynajmniej mam taka nadzieję...



                                                    Akurat w tym momencie wrócił kapitan. Przyjrzał się nam uważnie, jakby pragnąc ocenić, czy uczyniłam już stosowne, obciążające mnie wyznania a ja odniosłam delikatne wrażenie, że ulga na twarzy Jacka nieco go zaskoczyła.
                                                    - No cóż, jest pani wolna. – oznajmił z urzędową miną.
                                                    Ucieszyłam się, że jednak nie znaleźli podstaw, żeby mnie zamknąć.

                                                    Jacek, lekko stropiony, odprowadzał mnie do przystanku pod mostem.
                                                    - Nie mam jak cię odwieźć. – przeprosił mnie ósmy raz. – Muszę tu zostać, i tak będzie chryja, drugi trup, a już sam pan Skroński okazał się bardzo ważny, cholerny filar społeczeństwa…
                                                    - Było widać po małżonce… - mruknęłam, wspomniawszy obfitą damę z tarasu Horyzontów. Wyglądała na istotę zdolną gwałtownie nalegać.
                                                    - Ona wcale nie jest najgorsza, ja jestem z boku, bo kapitan robi za bufor, ale on ma przynajmniej trzy telefony dziennie.
                                                    - Klasa polityczna?
                                                    - Też.
                                                    - Są jakieś racjonalne powody?
                                                    - Racjonalne? W sensie, że ktokolwiek się przyzna, dlaczego dzwoni? Nie, no coś ty. Ale ważny zasłużony biznesmen nie żyje, a my nic nie robimy.
                                                    - On nie żyje od trzech dni!
                                                    - No, to już dwa dni temu powinniśmy złapać sprawcę… daj spokój, naprawdę był pomysł, żeby zamknąć ciebie…
                                                    - Po co?! Az tak wam sukces potrzebny? Ja nikogo nie zabiłam!
                                                    - Sukces owszem, potrzebny nam bardzo… - zgryźliwie przyznał Jacek. – I ja tez wolałbym sprawce, a nie ciebie, ale od wczoraj mi się wydaje, że naszym przełożonym jest dosyć wszystko jedno.
                                                    - Ale co, Kolański tez taki istotny? Daj spokój, wieczny docent na Polibudzie, alkoholik, mitoman i zbieracz śmieci!
                                                    - Czy oni się znali?
                                                    Przez chwile wydawało mi się, że pyta, czy komandor Kolański znał się z przełożonymi Jacka. Przelazłam przez wyjątkowo dorodną kałużę i zatrzymałam się na chwilę.
                                                    - Nieboszczycy?
                                                    - Tak.
                                                    - Nie wiem… - powiedziałam powoli i niezbyt pewnie. – chyba nie, w każdym razie ja nie wiem. Możecie zapytać Mańcię albo Bartka… dorosłe dzieciaki Jacka, może wtajemniczał je w swoje wielkie interesy… Ale on się nie zajmował…
                                                    Jednocześnie z wielkim wysiłkiem starałam się schwytać wspomnienie, bardzo mętne i trochę nieprzyjemne, które na moment błysnęło mi w głowie, a potem zanurzyło się w głębi, pozostawiając wyłącznie męczące uczucie mania czegoś na samym końcu płatów czołowych.
                                                    - Czym się nie zajmował?
                                                    - Nie wiem. – odrzekłam z niechęcią. – Wiem, czym się zajmował, komandorzył na HOWie i w puckim HOMie, ale Skroński nie był działaczem żeglarskim, bo bym go znała. Owszem, blisko do siebie mieli, przez płot, mogli się poznać, ale nie mam pojęcia… - przerwałam i przyspieszyłam kroku, bo mój autobus zatrzymał się właśnie na światłach przy Torwarze. Biorąc pod uwagę fluktuacje korka na Wisłostradzie, mógł przejechać już po następnej ich zmianie, a na następny czekałabym 20 minut. – Powiem ci, jeśli sobie coś przypomnę. Nie budźcie mnie więcej o piątej, co?
                                                    Jadąc w stronę budowy BUW, próbowałam złowić wspomnienie. Dlaczego wydawało mi się, że Kolański może znać denata? Bo brał udział w oddawaniu Horyzontów młodemu polskiemu biznesowi? Tak łatwo ustąpił wtedy, właściwie niczego się dla HOWu nie domagał, owszem, dziwne… ale Skroński nie pojawiał się wtedy jako rozmówca z tamtej strony, to jeszcze się odbywała między nami żeglarzami, a Skroński to jakiś biznesmen…
                                                    I nagle pamięć przestała stawiać opór, i nieoczekiwanie, jak bąbel gazu w pierwotnej zupie, wspomnienie objawiło się na jej powierzchni. Za oknem autobusu spokojnie przesuwał się wiosenny wiślany brzeg, a ja nagle na jego pięknym tle ujrzałam, niemal jak na nowo odtworzony film, scenę jak z koszmaru.
                                                  • berrin Re: Prezencik 08.09.17, 14:19
                                                    I rzeczona scena.


                                                    To musiało się wydarzyć jeszcze za mojej niepełnoletności, czyli – obiektywnie – niezbyt dawno, burą październikową jesienią tuż przed holem w górę Wisły. Przyjechaliśmy z Anką i Bogdanem przygotować Nadzieję, Hańczę i Drwęcę do holu. Kiedy skończyliśmy się pakować, było już ciemno, sobotni, ponury wieczór na Zegrzu, hol miał ruszać następnego dnia rano. Anka i Bogdan poszli do Załubic po piwo, ja, niealkoholowa, odmówiłam, i siedziałam na burcie szalandy, słuchając odgłosów dobiegających z cumującego trochę z boku Słonia. Właśnie przestało mżyć.
                                                    Sądziłam, że na Słoniu siedzą Jacek z Mariuszem i Pawłem. Paweł był już tak pijany, że wyłącznie rymował, nawet to było zabawne, a raczej byłoby, gdyby nie obecność Piotrusia.
                                                    Piotruś, najmłodsze dziecko Jacka, wtedy chyba siedmioletni, najbardziej obrywał nałogiem ojca. Jacek twardo udawał, ze nie ma żadnego problemu, co myślała jego żona, nie mam pojęcia, ale jeszcze wtedy pozwalała mężowi zabierać ze sobą „na żagle” młodsze dzieciaki. Starszy Maciek szybko się zbuntował, pijackie ekscesy tatusia go nie bawiły, Piotruś za to długo chciał korzystać z okazji i być przy tacie. Teraz dostrzegłam go, jak wyłazi z kabiny Słonia i cały się trzęsie.
                                                    Wstałam, żeby mu się pokazać i zaproponować, żeby poszedł ze mną na Nadzieję, mógłby się tam spokojnie przespać, niepomna, ze w panujących ciemnościach i po wyjściu z oświetlonej kabiny może mnie zobaczyć tylko w jasnowidzeniu. Piotruś przyciągnął na cumie Słonia dziobem do burty szalandy i zaczął przełazić przez kosz – i dokładnie wtedy z kabiny wyskoczył Jacek, a za nim jakiś gość, ryczący: „ty p… szantażysto!”. Piotrek wrzasnął przerażony, odwrócił się z nogą już nad koszem, druga noga pojechała mu po mokrej wancie bukszprytu (która, po prawdzie nawet sucha nie dawała żadnego pewnego oparcia, zwisając smętnie łagodnym łukiem, bo Jackowi od dwu miesięcy nie chciało się wyregulować ściągaczy), wrzasnął jeszcze raz i poleciał do wody. Nie puścił cumy, więc Słoń, szarpnięty nią do przodu, majestatycznie jak chora kobyła przesunął się o kolejny metr, a potem to już skakałam z burty szalandy w roztwór amfoteryczny zegrzyńskiej cieczy, klnąc Jacka i zastanawiając się, jak głęboko jest przy samej barce i czy Słoń przejedzie mi po głowie, jak się będę wynurzać.
                                                    Zanurzyłam się z głową, a buty zagłębiły mi się w mule. Zdążyłam mocno zamknąć oczy, bo nie wzięłam zapasowych szkieł kontaktowych, i pomyśleć, że w sumie nic nie szkodzi, bo i tak nic nie widać, sięgnęłam w stronę, gdzie, jak zapamiętałam z chwili mojego skoku, powinien tonąć Piotrek, złapałam go za kołnierz koszuli, szarpnęłam w górę, prawie podrzucając, podparłam za tyłek i wepchnęłam na jedną z opon, wiszących na burcie szalandy na łańcuchach w charakterze odbijaczy. Piotrek kurczowo chwycił się łańcucha i zamarł, miałam nadzieję, ze nie spróbuje niczego więcej samodzielnie, bo nie miał żadnych szans bez mojej pomocy wyleźć wyżej, a ja miałam teraz problem z dostojnie przemieszczającą się tuż obok mnie okutą stępką Słonia, na którym cos się kotłowało. Ktoś nade mną zaczął złazić po bukszprycie, przez chwile wydawało mi się oczywiste, że to któryś z imprezowiczów rusza nam na pomoc – co by mnie ucieszyło zaledwie umiarkowanie, bo w stanie, w jakim jak podejrzewałam, byli, mogli się tylko potopić, chciałam krzyknąć i zaprotestować, ale tylko wzięłam potężny łyk rzadkiego mułu i na chwile zabrakło mi oddechu. A ten ktoś zlazł, zeskoczył na szalandę i ruszył w stronę trapu, przez krótką chwile widziałam jego twarz, oświetloną słabym blaskiem jedynej w okolicy latarni nad niedoszłym polem namiotowym.
                                                    Cóż, wychodzi na to, że trzy lata temu na Zegrzu obaj denaci już się znali na tyle, żeby się razem upić…
                                                  • gat45 Re: Prezencik 09.09.17, 11:21
                                                    Ojejkujejkujeju... Aż DWA odcinki !!!
                                                    Chyba poczekam, aż Tubylec skończy pichcić moje ulubione ostatnio danko na ciepło (soczewica uduszona bezlitośnie z cebulą i marchewką, niezapomnianego smaku dodaje liść bobkowy prosto z drzewa). Wezmę sobie taką moją miseczkę, nocniczkiem zwaną (bo duża i z uszkiem), położę na tacce i będę spożywać na rekamierze, czytając po.ma.lut.ku....
                                                    Dzięki, Berrin !
                                                  • berrin Re: Prezencik 09.09.17, 15:53
                                                    Mam nadzieję że będzie smakować☺
                                                  • minerwamcg Re: Prezencik 10.09.17, 01:06
                                                    Super! Już wiemy, że uniwersalnym mordercą są przekształcenia własnościowe, brak tylko personaliów. Palce lizać.
                                                  • berrin Re: Prezencik 10.09.17, 18:01
                                                    Czyż nie jest to godne i adekwatne do czasu akcji?
                                                  • minerwamcg Re: Prezencik 10.09.17, 20:28
                                                    Powieść prawie historyczna smile
                                                  • balamuk Re: Prezencik 10.09.17, 21:01
                                                    Ha. Znowu skądś wróciłam i znowu JEST, ale mi dobrze. smile))
                                                    Gatu, daj przepis na tę soczewicę...
                                                  • dorka_31 Re: Prezencik 12.09.17, 13:11
                                                    Uduszona soczewica brzmi nieźle, choć jak na moje potrzeby to jeszcze musiałaby zostać odpowiednio ostudzona przed spożyciem wink

                                                    Ciekawa jestem kiedy Berrin zakończy powieść, bo zamierzam ją sobie druknąć (na papierze jednak najlepiej mi się czyta), a właśnie w pracy wymienili mi toner w drukarce, więc byłby to całkiem dobry moment, co by mieć całość czyściutko wydrukowaną wink
                                                  • balamuk Re: Prezencik 12.09.17, 18:54
                                                    No przecież nie pospieszaj, niech będzie jak najdłuższe! wink))
                                                  • zaisa Re: Prezencik 12.09.17, 20:15
                                                    Zawżdy możesz doczekać następnego toneru.
                                                  • balamuk Re: Prezencik 12.09.17, 21:18
                                                    Esatto.
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 18.09.17, 12:55
                                                    A po co jakies konce? To moze byc never-ending story. Taki cymes!
                                                    Mniodek najwyzszej klasy.
                                                  • berrin Re: Prezencik 18.09.17, 13:37
                                                    Asia!!! smile smile smile
                                                  • gat45 Re: Prezencik 18.09.17, 14:07
                                                    Aśka ! Wszelki duch !
                                                    A teraz gimnastycznym krokiem do wątku wrześniowego odmeldować się maaaaarsz ! Bo tam się o Ciebie martwią dobrzy ludzie.
                                                  • berrin Re: Prezencik 21.09.17, 12:54
                                                    No to co? Ucd?
                                                    Dwa małe kawałki lecą, bo jeden większy minimalnie przekroczyłby dopuszczalny wymiar tekstu.

                                                    Oczywiście zaabsorbowana wspominaniem, nie wcisnęłam przycisku na żądanie i pojechałam aż do Mostu Gdańskiego, gdzie najpierw musiałam przedostać się na drugą stronę Wisłostrady a potem w dzikim pospiechu lecieć pieszo – bo autobus miałabym za dobry kwadrans. Po co się tak spieszyłam, w sumie nie miałam pojęcia, bo nawet w oczach mojej szefowej fakt znalezienia trupa nad Wisłą i następcze zawracanie mi głowy przez organa były pewnym uzasadnieniem dla uchybień w dyscyplinie pracy, ale logika nie miała na mnie żadnego wpływu, a poczucie obowiązku pchało mnie do galopu.
                                                    Jurek, na którego wpadłam w drzwiach baraku, grzecznie puścił mnie przodem a potem podążył za mną, machając przyjaźnie wielkim rulonem brystolu.
                                                    - Przyniosłem ci załącznik. – oznajmił, ładując się do pokoju i rozwijając rzeczony rulon.
                                                    - Co to jest?
                                                    - Plan ściany kulturowej BUW. Mańka chciała, żebyś to obejrzała.
                                                    Jęknęłam. Wśród sensacji, morderstw, archeologów i zarwanej kratownicy kompletnie wyleciało mi z pamięci, że mam także uciążliwe obowiązku służbowe.
                                                    - To jest całość? – zapytałam ponuro.
                                                    - Tak. Osiem sztuk rozpisanych w szczegółach. Ładny ten dzwon Gaussa.
                                                    Obdarzyłam go bardzo ciężkim spojrzeniem i rozwinęłam rulon, który do niczego nie był mi potrzebny, ale obie z Mańką uznałyśmy, że skoro i tak całe użeranie się z twórcami projektów spada na nas, to chciałybyśmy przynajmniej dostać te projekty w ogarnianej formie. No to dostałyśmy.
                                                    Na jakimś etapie projektu BUWu jego twórca, ulegając w tym zresztą zmasowanemu atakowi profesury UW, doszedł do wniosku, że skoro nie projektuje apartamentowca, tylko najnowocześniejszy gmach biblioteczny w kraju, to może należałoby jakoś bardziej łopatologicznie i zrozumiale dla przeciętnego odbiorcy zaznaczyć w projekcie, czym jest ten niski budynek na Powiślu. Jak to ujął, pokazać na zewnątrz, że w środku to nie byle co jest. Efektem tych wniosków było drobne przeprojektowanie jednej z elewacji budynku w tak zwaną ścianę kulturową.
                                                    Rzeczona ściana miała w założeniu zawierać różnorakie teksty w możliwie niezrozumiałych językach, jakoś tam poruszające tematy ksiąg i wiedzy. Kiedy wspominałam spotkania zarządu naszej fundacji i przedstawicieli projektanta, organizowane w celu pogodzenia wizji artysty z oczekiwaniami ciała profesorskiego UW, wciąż jeszcze miałam szczękościsk – trochę, żeby się histerycznie nie śmiać, trochę, żeby nie jęczeć. Kiedy już wydawało się, że ustalono wszystko, do rozmów włączyli się przedstawiciele nauk ścisłych (chcemy tablicy!!!) i Akademii Muzycznej (żądamy tablicy!!!) oraz nasi rodzimi poloniści (stanowczo domagamy się tablicy!!!). Po awanturze na forum Senatu UW ustalono, ze nie można tez pominąć słodkiego języka matematyki tudzież zapisu nutowego i ilość tablic najpierw rozrosła się do dwunastu, a potem, po wysłuchaniu projektanta, który zapewnił, że pragnąłby najgoręcej uczcić wszystkie uniwersyteckie wydziały, ale działka, na której BUW jest budowany, ma skończoną długość boków – zwinięta do ośmiu. Ukojono sfochanych. Fachowcy od greki, staroruskiego, sanskrytu i innych kompletnie dla mnie niepojętych hieroglifów wybrali stosowne działa, a potem ich jeszcze bardziej stosowne fragmenty, fachowiec od liternictwa opracował projekty tablic, które miały zostać odlane w miedzi, spatynowane na zielono i umieszczone od strony ulicy Dobrej, fachowcy od odlewów zrobili woskowe formy. A potem nagle ktoś odkrył, że ostatnia korekta trudnych w końcu tekstów miała miejsce przy przekazywaniu ich liternikowi, wiec może bezpieczniej byłoby zrobić kolejną, zanim niechybne błędy w funkcji jednej zmiennej, opisującej normalny rozkład prawdopodobieństwa czy w Powiesti wriemiennych liet zawisną na najbliższe stulecie na murze szacownej świątyni wiedzy uniwersyteckiej.
                                                    I jak łatwo zgadnąć, jeleniem, który miał zająć się zorganizowaniem wycieczki korektorów do odlewni na ochotnika wyznaczono mnie. O czym kompletnie zapomniałam wśród gęsto ścielących się zwłok i skomplikowanych uczuć na tle funkcjonariuszy po cywilnemu…
                                                  • berrin Re: Prezencik 21.09.17, 12:56
                                                    No i cz. 2

                                                    Cztery godziny później ustaliłam ostatecznie, ze nie tylko nie istnieje jeden termin, w jakim wszystkich zainteresowanych profesorów udałoby się wywieźć za Warszawę i ustawić przez woskowymi matrycami, ale jest też szansa, ze nie istnieje w ogóle żadna skończona liczba terminów, w których udałoby się tego dokonać (na jednej z tablic miał być uwieczniony początkowy kawałek dziesiętnego rozwinięcia liczby pi, stanowiącego dla mnie zawsze niezły wstęp do pojęcia nieskończoności…). Najwięcej trudu sprawiła mi filologia klasyczna, gdzie, jak zgadywałam, osoba, z którą przyszło mi rozmawiać, pozostawała w gorącym konflikcie prywatno-służbowym z naszym zleceniobiorcą i robiła wszystko, żeby uniemożliwić mu kontakt z nami – a w związku z tym i nam kontakt z nim. Mańka, widać znużona moimi desperackimi okrzykami po każdym telefonie, poszła na górę, za to nieoczekiwanie do pokoju zajrzał szalenie zakłopotany profesor Szacki.
                                                    Profesor Szacki, geolog, oddany był swej profesji naukowej duszą, ciałem i wszystkim, co jeszcze ewentualnie poza tym posiadał (może za wyjątkiem wnuczki). Fakt, że wybrano go do zarządu fundacji z jednej strony okazał się bezcenny, bo Szacki znakomicie znał się na warunkach geologicznych doliny Wisły i swoją wiedzą chętnie – a niekiedy bez opamiętania – dzielił się z poza tym raczej humanistycznie nastawionymi kolegami, lecz z drugiej, za każdym razem kiedy potrzebowaliśmy quorum do głosowań okazywało się, ze Szacki akurat gdzieś ze studentami brodzi w błocie albo ewentualnie wykonuje jakieś szalenie intratne zlecenie geologiczne dla którejś władzy lokalnej, koniecznie w szczerym polu względnie na bagnie. Więc go nie ma, bo wyjechał, a dziki luksus w postaci komórki wprawdzie posiada, ale regularnie przebywa w miejscach, gdzie ta komórka nie ma nawet śladu zasięgu, a jedyny stacjonarny telefon w okolicy jest na przykład u sołtysa. Kiedy wracał z tych wypraw, kajał się zawsze w sposób zdolny zawstydzić zdolnego buldoga francuskiego i obiecywał, ze następnym razem na pewno zostawi na siebie namiar oraz pytał, co ma podpisać. Przy tym wszystkim wcale nie uosabiał profesorskiego roztargnienia, perfekcyjnie ogarniał rzeczywistość, tyle, ze rzeczywistość błotnisto-piaskowa była dla niego jedyna interesującą, a może i jedyna rzetelnie prawdziwą.
                                                    - Och, pani Janko! – przywitał mnie radośnie. – Tak się cieszę, ze panią zastałem.
                                                    Z prawdziwą ulga przyjęłam alibi dla niedzwonienia chwilowo po kolejnych szalenie obrażonych wydziałach humanistycznych i zaprosiłam profesora do pokoju.
                                                    - Szefowa poszła na górę, wydzwonić ją?
                                                    - Nie, nie, ja właściwie do pani. Ja… chodzi o… - zakłopotał się straszliwie a ja poczułam się zaskoczona, gdyż nie wyobrażałam sobie, by Szacki był w stanie zaproponować mi cokolwiek nieprzyzwoitego, a w tej chwili wyglądał tak, jakby jego propozycja miała sięgnąć tańca na stole w stroju sporządzonym z pociętego rulonu z obrazkami ściany kulturowej.
                                                    - Panie profesorze?
                                                    - Bo to taka osobista sprawa, widzi pani… - westchnął. – mamy z żoną czterdziestą rocznice ślubu, aż wstyd przyznać… To znaczy, nie wstyd, że z żona, ale jakoś dopiero teraz zauważyłem, że to faktycznie już tyle lat… Strasznie stary jestem… - powiew jego westchnienia poruszył wiosenną dekoracją na partyzancie. – No, chodzi o to, że pokazywała mi pani kiedyś takie zdjęcia.
                                                    Grzecznie czekałam, co dalej. Szacki usunął spod łokcia zawadzający mu rulon i nagle machnął ręką.
                                                    - A co tam, w moim wieku i na moim stanowisku wolno się wygłupiać, jeśli mam ochotę. No więc pokazywała kiedyś pani takie zdjęcia… prawda, nie mnie, ale pani Maria miała je na biurku… w tle były dwa obrazy i ja tak jakby je sobie obejrzałem.
                                                    - Przez lupę? – zapytałam z zainteresowaniem.
                                                    - No nie, ale miałem ochotę. – uśmiechnął się rozbrajająco. – Czy pani przyjaciółka nadal maluje? Bo ja chciałbym dla mnie i mojej żony zamówić podwójny portret małżeński. Myślałem o admirale de Villeneuve…?

                                                    Smacznego tongue_out
                                                  • berrin Re: Prezencik 21.09.17, 13:21
                                                    Powyższe z dedykacją dla Gata (tem bardziej smacznego) - w końcu to Gat wspomniał o potencjalnych interakcjach HOWu z BUWem smile
                                                  • minerwamcg Re: Prezencik 21.09.17, 13:41
                                                    Ma Anglia Nelsona, a Francja Villeneuve'a, Medina Sidonia w Hiszpanii żył,
                                                    A forum ma Berrin, a Berrin ma talent, że inni pisarze chowają się w tył!!!
                                                  • gat45 Re: Prezencik 21.09.17, 13:42
                                                    Oh ! Gat się wzruszył - taką dedykację dostać, to ho... ho... ho ho ! Prawdziwe, wielkie hoho. Dziękuję.

                                                    Znowu mam soczewicę z marchewką. Lecę podgrzewać. Wio !
                                                  • berrin Re: Prezencik 21.09.17, 14:23
                                                    No to ja też sobie dzis zrobię soczewicę. A co.
                                                    Minerwo, teraz do końca dnia będę śpiewać szantę oliwską smile
                                                  • minerwamcg Re: Prezencik 21.09.17, 14:36
                                                    Admirał Villeneuve się na mnie rzucił, trudno smile Będziemy śpiewać obie, a nad nami będzie się unosił duch lekko wkurzonego Arenda Dickmana.
                                                  • balamuk Re: Prezencik 21.09.17, 15:39
                                                    To będzie nas więcej. Same zalety. smile
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 21.09.17, 18:47
                                                    Chor znaczy nam wyszedl, bo ja tez.
                                                    Mniodzik
                                                    Arcydobrze dzis
                                                  • berrin Re: Prezencik 05.10.17, 10:31
                                                    Przepraszam za przerwę.
                                                    Poprawię się.
                                                    Już sie poprawiam.

                                                    Anka była w domu, odebrała telefon i zgodziła się przyjechać na budowę. Marudziła cos na temat terminu na oddanie pracy semestralnej, bo ileż można w końcu studiować na drugim roku architektury, a ostatnio poważnie zaczęło jej zagrażać uczynienie tego po raz trzeci, jeśli znowu termin zawity potraktuje jak instrukcyjny - ale zwróciłam jej uwagę, że portfel pełen zleceń nie oznacza obowiązku natychmiastowej realizacji ich wszystkich, a klient to klient, zwłaszcza taki, który bez oporu zadeklaruje, ze zaczeka, i przyznała mi rację.
                                                    Miałam nadzieję, że tym razem uda się jej zjawić się bez Pusi. Psia rezydentka placu budowy, Gruba, była mniej cięta na koty, niż Marlena, ale Puśka swego czasu zdołała wzbudzić mordercze instynkty nawet w nowofundlandach, pracujących jako ratownicy na gdańskich plażach a potrzebowała na to zaledwie godziny. Po tejże godzinie, kiedy udało się wreszcie morderczą furię schwytać, zapakować do jej koszyczka i zablokować jego drzwiczki tak skutecznie, ze później trzeba było je zepsuć przy otwieraniu, jeden puchaty ratownik zakopał się w piachu na linii wody i leżał, warcząc, kiedy tylko koszyk się zakołysał, a drugi, odważniejszy – a może bardziej zajadły – koszyczka pilnował, wydając z siebie odgłosy wręcz sejsmiczne i płosząc co wrażliwszych plażowiczów. Ewidentnie uznał, ze jego psim obowiązkiem jest uratowanie świata przed szarym mutantem. Z Grubą, doświadczoną przez nielekkie życie i przywykłą do walki o swoje poszłoby Pusi zapewne jeszcze szybciej.
                                                    Uspokoiłam profesora Szackiego, że nie jest nietaktowny, Anka nadal maluje, ma klientów i zapewne chętnie podejmie się stworzenia ślubno-rocznicowego portretu okolicznościowego szczęśliwych małżonków w wersji francuskoadmiralskiej. Zaznaczyłam tylko, ze ostatnio przyjęła zlecenie na admirała Rodneya, zatem admirał de Villeneuve zapewne będzie musiał zaczekać na swoją kolej. Szacki kiwał głową i zgadzał się na wszystko.
                                                    - Bo widzi pani, pani Janko, zastanawiałem się, kto to powinien być… to znaczy, jako kogo chciałbym siebie oglądać przez następne lata. Oczywiście poza tym, że ja w ogóle nie za bardzo mam ochotę oglądać siebie jako kogokolwiek, to nie jest mój pomysł, ale musiałem reagować. Chodzi o to, że to nasza córka uznała, ze powinniśmy z żoną posiadać taki portret, chociaż ona z pewnością miała na myśli nas tak bardziej bezpośrednio, nie admirała z kochanką… i ona jest gotowa nam go zamówić, zasponsorować, ale jak sobie pomyślałem, że będę patrzył na mnie… bo żona to co innego, ale mamy na tym portrecie być oboje… na mnie w wersji ja, to pomyślałem, że wolałbym raczej nie. A potem przypomniałem sobie admirała Nelsona opartego o obrabiarkę…
                                                    - Sterowaną numerycznie. – podpowiedziałam uprzejmie.
                                                    - Tak właśnie. I w zasadzie wiem, ze lepiej byłoby wybrać dla mnie kogoś lądowego, no na przykład taki Blucher, żeby dać mu do rąk jakieś atrybuty geologiczne, bo Villeneuve to raczej kartografia by pasowała, prawda? Studenci to mylą notorycznie, jeszcze na drugim roku im się zdarza, ale ja nie powinienem. Ale pokazałem go żonie na obrazku w encyklopedii a ona postawiła stanowcze veto, za Prusaka mi nie wolno, rozumie pani, a w końcu ona ma być na portrecie moją lepszą połową, więc jej zdanie muszę brać pod uwagę.
                                                    - Wellington?
                                                    - Nos ma bardzo charakterystyczny, a poza tym jakoś mam sentyment do Francuzów.
                                                    - Cesarz?
                                                    - No nie, na Napoleona to ja się nie czuję – uśmiechnął się krzywo. – Włosów mam za dużo i za mało rzymsko wyglądam. Kiedy można się spodziewać pani koleżanki?
                                                    - Powiedziała, ze już wychodzi, daleko nie ma, więc w ciągu godziny powinna przyjść.
                                                    - To ja może popodpisuje te zaległe protokoły, co mnie nie było na posiedzeniach, chociaż obiecałem.
                                                    Wyciągnęłam z segregatora dokumenty oczekujące na ostatni szlif właśnie w postaci podpisu Szackiego. Profesor zasiadł do lektury, sumiennie czytając akapit za akapitem, przyzwyczajony do niepodpisywania niczego, czego starannie nie przestudiował.
                                                    - Naprawdę tak mądrze to ujęliśmy? – mruczał co jakiś czas z powątpiewaniem. – Jakoś mi się nie wydaje, żeby on znał takie konstrukcje gramatyczne…
                                                    Zostawiłam go na protokołami i zajęłam się wypisywaniem przelewów. Numer konta fundacji mieliśmy na pieczątce, ale numery kont odbiorców musiałam wpisywać ręcznie, co wymagało ode mnie maksymalnego skupienia – wszak należałam do istot, dla których liczby 345 i 453 wyglądają identycznie, a liczby powyżej trzycyfrowych już w ogóle wizualnie niczym się nie różnią.
                                                    - W tym miejscu posiedzenie przerwano z powodu konieczności ewakuacji. – przeczytał Szacki z zainteresowaniem. – Pani Janko, bardzo przepraszam, ale dlaczego?
                                                    - A jaka to data?
                                                    - 12 marca. Czyżby to nie była jedyna ewakuacja?
                                                    - Nie, niestety, to ostatnio jest bardzo częsty punkt posiedzeń w Kazimierzu, ale panowie profesorzy nie chcą się dać namówić na posiadywanie tutaj. Wolą na kampusie na górze. A 12 marca jakiś kretyn zadzwonił, ze w Pałacu Kazimierzowskim jest bomba. – starałam się zawrzeć w mojej wypowiedzi maksimum niesmaku.
                                                    - I ewakuowaliśmy się?
                                                    - W końcu tak, chociaż łatwo nie było. Wie pan, jaki profesor Dmowski ma stosunek do alarmów…
                                                    Alarmy bombowe na uniwerku, jako znak nowych, lepszych czasów, zaczęły się jakoś na początku mojego pierwszego roku studiów, oczywiście nasilając się w czasie sesji zimowej, a rozkwitły jak piwonie w czasie sesji letniej. Fakt, ze policja coraz skuteczniej łapała idiotów, dezorganizujących nam robotę albo powodujących przerwanie egzaminu, na który trzeba się było wdzierać kolanem, łomem i łopatą, nie przemawiał jakoś do wyobraźni ich następcom, zawsze znalazł się jakiś debil, gorąco pragnący przełożyć pisemny z historii państwa i prawa na najbliższą sobotę, bo wtedy na 100% będzie już wszystko umiał.
                                                    Ze względu na szczupłość miejsca, jakim dysponował mój rodzimy wydział, egzaminy dla prawników in spe odbywały się w wielu umiarkowanie dla nas gościnnych pomieszczeniach w innych budynkach kampusu, w tym w Pałacu Kazimierzowskim. Kiedy posiedzalismy się marcowo, jak to uroczo ujmował profesor Dmowski, w sali obok nas odbywał się akurat, w terminie ostatecznym jak sąd, poprawkowy pisemny z postepowania karnego, na który ktoś zapewne się spóźnił – bo jakże można oczekiwać, ze ludzie stawią się punktualnie na egzamin zaplanowany na 8.15 rano?! – i uznał, ze w tej sytuacji całość trzeba będzie i tak powtórzyć. No, to lecimy z ta bombą.
                                                    O tym, że jest alarm, zawiadomił nas wtedy cieć, pan Antoni, uroczy, wieloletni pracownik techniczny UW, irytujący mnie bezbrzeżnie, ponieważ regularnie próbował mnie uwodzić. Na szczęście szybko dał sobie spokój z klepaniem mnie po tyłku – moja pierwsza i jedyna reakcja zniechęciłaby ruski pancernik – ale za to przeszedł do starań bardziej w jego pojęciu wyrafinowanych. Na przykład blokował mnie w korytarzu i wdawał się ze mną w pogawędki filozoficzne, bardzo monologiczne, najchętniej wtedy, gdy niosłam do łazienki ciężką tacę z masą kruchej porcelany do zmycia po posiedzeniu albo dźwigałam po schodach cztery dwulitrowe termosy z wrzątkiem. Tym razem wszedł i zawiadomił, ze był telefon do rektora, Magnificencja zawiadomił policję, policja kazała opróżnić budynek, więc on opróżnia.
                                                    Akurat.
                                                    Pan Antoni wszedł, powiedział co miał powiedzieć i wyszedł. Profesor Dmowski, wcielenie uniwersyteckiej dyscypliny, poprosił, żeby zebrani dokończyli wymianę poglądów nad ostatnim dyskutowanym punktem porządku obrad, a kiedy skończyli, spokojnie przeszedł do kolejnego, ponieważ najprawdopodobniej w międzyczasie zapomniał, ze ma opuścić budynek. Poza tym Dmowski nigdy nie był podatny na wykonywanie poleceń Działu Administracyjnego.
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 05.10.17, 12:05
                                                    Jezu, jak to dobrze robi na zakoralikowana dusze ‼️
                                                  • berrin Re: Prezencik 05.10.17, 12:13
                                                    asia.sthm napisała:

                                                    > Jezu, jak to dobrze robi na zakoralikowana dusze ‼️
                                                    >
                                                    Koraliki, koraliki!
                                                    Mojego kajania sie U.C.D:

                                                    Ewakuowali nas wtedy pracownicy straży uniwersyteckiej, uciekając się do umiarkowanej przemocy fizycznej, co świetnie mi się nagrało na dyktafonie, zwłaszcza dyskusja ciała profesorskiego z komendantem zmiany na temat realności zagrożenia bombowego na terenie placówki dydaktyczno-badawczej. W protokole aż tak dokładnie tego nie ujęłam, a szkoda, dyskusja była bardzo merytoryczna i zawadziła nawet o wytrzymałość stropów w Pałacu Kazimierzowskim. Opisałam ją za to Szackiemu.
                                                    - A te inne ewakuacje? – zapytał, porządkując strony protokołu, które sfrunęły mu na podłogę.
                                                    - W lutym był niewybuch przy Wizytkach i ewakuowali wszystkich, a w styczniu, to było jeszcze przed naszą przeprowadzką, pierwszy z serii telefon o bombie, ale wtedy to nas usuwali prawie siłą…
                                                    - Profesor Dmowski stawił opór?
                                                    - Nnnie… ja stawiłam…
                                                    - Pani?! Pani Janko, to niezwykłe, ja tam bym wykorzystał każdą okazję, żeby się od nas trochę odczepić…
                                                    - No tak, ale wtedy mieliśmy spotkanie w biurze rektoratu, bo sala posiedzeń przy biurze prorektora była zajęta i szefowa wyszła na chwilę na pół godziny pilnie kupić nowe druki przelewów, bo zabrakło, i zostawiła mnie z otwartą kasą i bez kluczy do niej. W efekcie ona już nie mogła wejść, bo w wejściu do Kazimierza stał policjant z psem i nie chciał jej wpuścić. A ja nie mogłam wyjść zostawiając otwarty sejf.
                                                    - Narażała się pani na niebezpieczeństwo w imię obowiązków służbowych! – z podziwem i niemal bez drwiny zauważył Szacki.
                                                    - Jeszcze jak. – przyznałam zgryźliwie. – Profesor Dębski narażał się razem ze mną, bo rycersko oświadczył, że nie zostawi mnie samotnie w miejscu zagrożonym wybuchem, a poza tym na dworze padało, a on zostawił płaszcz w samochodzie. Ten policjant chyba mnie znienawidził na wieki. Na dodatek cały czas słyszałam dyskusję Mańki z policją na dole na temat tego, jak dalece prawdopodobne jest to, ze gdziekolwiek w Kazimierzu jest jakaś bomba.
                                                    - Ewakuowali panią w końcu?
                                                    - Tak, dogadałam się z Mańką przez okno i ten z psem przyniósł mi klucze. Pies był fantastyczny, zdemoralizowałam go potem waniliowym waflem...
                                                    Szacki wrócił do lektury, od czasu do czasu mamrocząc coś niezbyt pochlebnym tonem na temat uczestników posiedzenia a następnie zapewniając mnie, ze nie ma zastrzeżeń do treści ani formy samego dokumentu. Podpisywał z rozmachem już trzeci protokół, kiedy dość gwałtownie otworzyły się drzwi do naszego pokoju.
                                                    - A żona? – zapytała Anka, wkraczając do biura fundacji. W międzyczasie chyba zaczęło padać, bo miała na sobie swój sztormiak typu zbroja, w przerażającym, sinożółtym kolorze, kompletnie w tej chwili mokry.
                                                    Przez chwile oboje z Szackim zgodnie wytrzeszczaliśmy na nią oczy.
                                                    - Czyja żona? – zapytałam wreszcie.
                                                    - Admirała. Znaczy nie, pana żona, prawda? Admirał Villeneuve chyba nie miał żony, w każdym razie ja nic o niej nie wiem, a jeśli miał, to nie zapisała się niczym w annałach. Mam szukać, czy pani małżonka będzie sobie życzyła być inną postacią historyczną? Mnie zasadniczo wszystko jedno, chociaż prosiłabym o spójność epok. Względnie możemy sobie przyjąć, ze miał żonę i ja ją państwu zaprojektuję.
                                                    - Dzień dobry pani. – ostrożnie powiedział profesor Szacki.
                                                    Anka pozbyła się sztormiaka, położyła na naszym stole konferencyjnym własnoręcznie polakierowaną na wodoodpornie teczkę i podała Szackiemu rękę na powitanie.
                                                    - Anka Potocka. Dzień dobry. Przyniosłam odbitki z innych moich dzieł, bo Janka mówiła, ze pan widział tylko to, co mój brat dostał w prezencie ślubnym, a i to niezbyt wyraźnie. Proszę, najbardziej jestem dumna z Ludwika, ale Piotr Wielki tez jest dość sympatyczny… w każdym razie na tym obrazku, bo wątpię, czy osobiście… A sceny podwójne są tutaj, Napoleon z Józefiną, mój brat jako Nelson z lady Hamilton, tu jest drugi Napoleon z panią Walewską… te są sarmackie, proszę nie…
                                                    - A ta grafika? – Szacki z zainteresowaniem oglądał podsunięte mu zdjęcia formatu A4. – Cezar z Kleopatrą?
                                                    - Tak, ale też bardzo bym nie chciała musieć tego powtarzać, klimaty klasycystyczne wychodzą mi dużo lepiej niż klasyczne. Villeneuve całkiem mi pasuje, tylko trzeba ustalić, co z żoną.
                                                    Szacki zamyślił się głęboko.
                                                    - No nie, to tak nie może być. – powiedział wreszcie. – To ma być prezent ślubny, taki nasz wspólny na rocznicę, więc moja żona nie może być na doczepkę do mnie. Skoro admirał de Villeneuve nie umiał się stosownie znaleźć i nie eksponował swej żony…
                                                    - Bo może jej nie miał…
                                                    - Tym gorzej dla niego. Więc jeśli tak… pani Anno, doprawdy… ja nie jestem przywiązany do żadnej konkretnej epoki, chociaż wcześniej niż przed renesans europejski to bym się wolał nie cofać, rozumie pani, ale jednak chciałbym, żeby moja zona została uhonorowana.
                                                    Anka zamyśliła się równie głęboko jak Szacki przed chwilą i oboje zamarli nad stołem, wpatrzeni w wielkie, kolorowe odbitki.
                                                    Westchnęłam.
                                                    - Elżbieta Pierwsza? – zaproponowałam grzecznie – Skoro chce pan uhonorować żonę? Można do niej dobrać całkiem sporo kandydatów do wspólnego portretu, Cecil, admirał Howard, Walsingham, Drake, no może ten tam Robert Dudley niekoniecznie… ale ci pozostali to rzetelni fachowcy. No mogłaby jeszcze być Wiktoria, ale…
                                                    - Wiktoria nie. – stanowczo zaoponował profesor. – Elżbieta… Pani Anno, co pani o tym myśli?
                                                    - Poza tym, że wtedy to ona byłaby centralnym punktem portretu, a nie pan, to może być Elżbieta. Proszę się tylko zastanowić, jako kto pan by chciał stanąć obok niej jako ta podpora tronu? Walsingham czy Drake?
                                                    - Jeszcze by mogła stać na tym portrecie ze swoim ojcem Heniem ósmym. – od drzwi zaproponował Jurek. – bardzo dostojna para i oboje byliby docenieni.
                                                    Obie z Anka popatrzyłyśmy na smukłego, gładko ogolonego Szackiego w eleganckim szarym garniturze, potem na Jurka, a potem na siebie.
                                                    Szacki lekko uniósł brwi.
                                                    - Nie, żebym się bardzo czuł korsarzem albo twórcą tajnych służb – powiedział ostrożnie – ale jeszcze mniej czuje się sześciostopowym brodatym rudzielcem ze stoma funtami nadwagi… dzień dobry, panie inżynierze…
                                                  • franula Re: Prezencik 05.10.17, 12:22
                                                    o matko jak możesz przerywać w tak emocjonującym miejscu?! piernik mi w gardle stanął!
                                                  • berrin Re: Prezencik 05.10.17, 12:33
                                                    franula napisała:

                                                    > o matko jak możesz przerywać w tak emocjonującym miejscu?! piernik mi w gardle
                                                    > stanął!

                                                    Się mi sama koncówka nie wkleiła i dopierom się spostrzegła. Mikro usc.

                                                    Szacki lekko uniósł brwi.
                                                    - Nie, żebym się bardzo czuł korsarzem albo twórcą tajnych służb – powiedział ostrożnie – ale jeszcze mniej czuje się sześciostopowym brodatym rudzielcem ze stoma funtami nadwagi… dzień dobry, panie inżynierze… Pani Anno, muszę się dobrze zastanowić, czy wole towarzyszyć mojej żonie jako morski bandyta czy jako lądowy paranoiczny tajniak. Ale Elzbieta Wielka to świetny plan. Czy pani potrzebuje pozowania?
                                                    Anka aż się otrząsnęła.
                                                    - Bogowie brońcie. Chyba, ze to ma być część prezentu. Ale jeśli nie, to ja stanowczo wolę ze zdjęć. Proszę wybrać te, do których macie państwo największy sentyment, na których się lubicie i tak dalej…
                                                    - Ja się na żadnym nie lubię…
                                                    - To poproszę to, co ma pan w dowodzie plus sama panu dorobię jakieś obejmujące sylwetkę. W razie potrzeby obfotografuję także małżonkę. Potem ustalimy szczegóły tła, pan jest Geodetą?
                                                    - Geologiem, proszę pani…
                                                    - Przepraszam. Może pan mieć jako atrybut młotek geologicznym, proszę uprzejmie. No i bez dodatkowych opłat może być także dowolne zwierzę domowe – urwała, pomyślała przez chwile i dodała stanowczo: - poza koniem.
                                                    - Jest pani przeciwna koniom?
                                                    - Nie, nie jestem przeciwna żadnej żywinie, ale konie trudno się maluje i jak mam mieć konia na obrazie to obraz zajmuje mi dwa razy tyle czasu. Za to jakby pan sobie życzył krowę albo kozę, względnie innego zwierza gospodarskiego, to nie ma problemu, ostatnio jak malowałam młodą carycę Katarzynę, to znaczy wnuczkę mojego prodziekana, to zamiast podłogi klient zażyczył sobie łanu królików.
                                                  • minerwamcg Re: Prezencik 05.10.17, 13:02
                                                    Łaaaaa! Łan królików!!! Rewelacja. Jestem zachwycona. A jakie urocze psiokocie wątki!
                                                  • franula Re: Prezencik 05.10.17, 13:07
                                                    uf piernik trafił gdzie jego miejsce
                                                  • eulalija Re: Prezencik 05.10.17, 17:05
                                                    Na mnie wielkie wrażenie zrobiły nowofunlandy sterroryzowane przez demoniczną kocicę.
                                                    Dobrze Berrin, że tyle dałaś.
                                                    Gat się chyba do wypęku najadła.
                                                  • balamuk Re: Prezencik 05.10.17, 17:10
                                                    Ooo, ale się opłaciło cierpliwie czekać. smile
                                                    Dywagacje na temat żony Villeneuve'a boskie, wszystko boskie!
                                                  • gat45 Re: Prezencik 06.10.17, 14:53
                                                    - Nie, nie jestem przeciwna żadnej żywinie, ale konie trudno się maluje i jak mam mieć konia na obrazie to obraz zajmuje mi dwa razy tyle czasu. Za to jakby pan sobie życzył krowę albo kozę, względnie innego zwierza gospodarskiego, to nie ma problemu, ostatnio jak malowałam młodą carycę Katarzynę, to znaczy wnuczkę mojego prodziekana, to zamiast podłogi klient zażyczył sobie łanu królików.

                                                    Iiiiiiiiiitam sad
                                                    Tubylec mi ugotował kalafiora, ogromną porcję polał obficie masłem topionym z tartą bułką, wyfasowałam toto w kuchni i wraz z dymiącym korytkiem udałam się do laptopa.... A tu tylko taki malutki ogonek odcinka sad Taka królicza kitka zaledwie.
                                                    Mimo wszystko - Berrin, Ty mnie utuczysz chyba ! I przestanę wchodzić w swoje sweterki w rozmiarze na lat 10, w porywach 12 !
                                                    Nic to, pozostaję w miłym towarzystwie łanu futerkowego i polecam się na przyszłość.
                                                  • gat45 Re: Prezencik 06.10.17, 12:15
                                                    Obie z Anka popatrzyłyśmy na smukłego, gładko ogolonego Szackiego w eleganckim szarym garniturze, potem na Jurka, a potem na siebie.
                                                    Szacki lekko uniósł brwi.
                                                    - Nie, żebym się bardzo czuł korsarzem albo twórcą tajnych służb – powiedział ostrożnie – ale jeszcze mniej czuje się sześciostopowym brodatym rudzielcem ze stoma funtami nadwagi… dzień dobry, panie inżynierze…


                                                    Ten odcinek był pod jajo po wiedeńsku + kawał świeżutkiej, chrupiącej i jeszcze ciepłej bagiety.
                                                  • berrin Re: Prezencik 06.10.17, 14:17
                                                    Och Gacie. Jakże sie ciesze, że jajo po wiedeńsku sie odbyło, a Ty jak ten wołoduch sama je zjadłaś! Całe!
                                                    Mam jeszcze jeden pomysł na kolejny klimat na kryminał (budowlano-studencki był, żeglarsko-nieruchomosciowy się toczy i tak mi sie kluje trzeci), żeby nie było, że jak ten skończę, to spocznę na laurach.
                                                    Przede mną trudny weekend. Wsparcia upraszam.
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 08.10.17, 01:00
                                                    Jak by ci tu z przekonaniem....wspieram jak cholera przez reszte weekendu. Dzisiejsze wspieranie mi wyszlo to sila rozpedu dalej pojdzie.
                                                    Buzka.
                                                  • gat45 Re: Prezencik 05.10.17, 19:31
                                                    >Pan Antoni wszedł, powiedział co miał powiedzieć i wyszedł. Profesor Dmowski, wcielenie >uniwersyteckiej dyscypliny, poprosił, żeby zebrani dokończyli wymianę poglądów nad ostatnim >dyskutowanym punktem porządku obrad, a kiedy skończyli, spokojnie przeszedł do kolejnego, >ponieważ najprawdopodobniej w międzyczasie zapomniał, ze ma opuścić budynek. Poza tym >Dmowski nigdy nie był podatny na wykonywanie poleceń Działu Administracyjnego.

                                                    Były ruskie pierogi ze śmietaną - taką, co to łyżeczka w niej stoi na sztorc. A co do ruskich, to ostatnia porcja, którą mi wyszykowała i zamroziła w kwietniu pewna dobra dusza.
                                                    Dzięki, Berrin.

                                                    A teraz niech szanowne koleżeństwo wstanie, bo będzie świadkiem czynu nadludzkiego. Siły woli i samozaparcia, godnego najmarniej rzymskiej matrony, matki Grakchów albo czegoś w tym rodzaju. Otóż NIE CZYTAM DALEJ. WyłAŃczam laptopa i czekam do jutra. Może po raz pierwszy od ponad roku uda mi się zjeść śniadanko ?
                                                    Dzięki, Berrin. [bis repetita placent i już]
                                                  • berrin Re: Prezencik 05.10.17, 19:45
                                                    Ooch...
                                                    Jakże ja Ci kibicuję!
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 05.10.17, 20:54
                                                    Ojojoj, Gat zje moze nawet cale jajko na sniadanie.
                                                  • balamuk Re: Prezencik 05.10.17, 21:22
                                                    Gat wołoduch!
                                                  • zaisa Re: Prezencik 05.10.17, 21:59
                                                    Gat nie wołoduch, ale niech se zjada na zdrowie i tuzin jaj. I mogą być w formie jajecznicy.
                                                    A tak się mi przypomniało, jak znajomi rano zadzwonili, że przywiozą nam jajecznicy, bo oni już nie mogą. Z jednego jajka zrobili. Strusiego.
                                                    Berrin, łan królików mnie osłupiał a potem parsknął. Ja to jeszcze raz sobie przeczytam. A potem jeszcze raz.
                                                    Dziękuję.
    • balamuk Re: Prezencik 06.10.17, 14:42
      Wsparcie łykendowe mode on.
      • gat45 Re: Prezencik 06.10.17, 14:44
        Tyż przycisnęłam co tam trzeba.
        • berrin Re: Prezencik 19.10.17, 11:53
          Postaram sie dzielić tekst na kawałki kolacyjno-konsumpcyjne sensowniejszej dlugoszcza, żeby Gat zasiadający do posiłku nie był zawiedzion srogo, że on oto oczekiwał odcinka, a zamiast odcinka jest tylko ogąk*.

          *ogąk - niedorobiona wersja ogonka. Posiada takowy mój Kot Młodszy, któremu cos urwyło wiekszą częśc ogonka we wczesnym dzieciństwie i został tylko taki kawałek niepoważnie wieńczący zadek.
          Samo słowo wywodzi się z opowiadania sf, (ogąk - l.pj. od ogąki) popełnionego przez zaprzyjaźnionego gimnazjalistę. Gdym je pierwszy raz ujrzała, to najpierw sądziłam, że te ogąki to nazwa jakiejś obcej rasy. Potem dopiero kontekst dal mi do myslenia...


          No to częśc dalsza UCD.

          Szacki milczał dłuższą chwilę, ewidentnie próbując ogarnąć umysłem koncepcję łanu królików.
          - To może potem. Jakbym portretował wnuczkę. – powiedział wreszcie. – chociaż… ona woli koty…
          - Koty tez mogą być, w kotach mam wprawę. O, proszę – Anka podsunęła wybitnemu geologowi jedno ze zdjęć, dotąd wepchnięte pod spód sterty. Szacki obejrzał i osłupiał.
          - To jest święta Katarzyna…?
          - Poniekąd, oraz koty norweskie leśne.
          Westchnęłam cichutko, przyglądając się fotografii obrazka. Koty występowały na nim w ilości sztuk cztery, całkowicie zakrywając sobą tak z połowę osoby samej świętej Katarzyny, czyli najstarszej córki Blowera i każdy z futrzaków wyglądał inaczej, choć wszystkie – niezmiernie puchato. Niemniej do wszystkich pozował jeden model, a w zasadzie modelka. Kocica norweska leśna o wdzięcznym imieniu Małgorzata i rekordowym ogonie, stworzenie przesypiające 90% życia i odpoczywające przez resztę czasu, łagodne, ugodowe, pozwalające się układać w każdej pozie, w wieku wczesnokocięcym została przez nas znaleziona w charakterze kulki przerażonego futerka na wewnętrznym parapecie ósmego piętra klatki schodowej w bloku Anki. Liczne ogłoszenia poszukujące prawowitego właściciela nie dały żadnego efektu, a ze względu na obecności w domu Anki psychopatycznego kociego mordercy-rezydenta kociątko nie mogło pozostać u niej. Na szczęście rozczuliło sobą sąsiadkę z piętra niżej i tam zamieszkało, puchaciejąc i tyjąc z każdym dniem. Za modela do obrazów historyczno-zoologiczych robiło bez sprzeciwu od wczesnego dzieciństwa, ponieważ uwielbiało wylegiwać się na otwartej przestrzeni, w przeciwieństwie do Pusi, która zdecydowanie preferowała zamknięte pudła, szafy i wiadra z pokrywami i do jej uwiecznienia potrzebny byłby chyba noktowizor ze światłowodowa końcówką endoskopową.
          - Piękne. – przyznał Szacki. – Może na urodziny wnuczki…
          Ustalili jeszcze drażliwą kwestię zaliczki, po czym Anka zebrała fotografie. Potem wyjęła je znowu, żeby Szacki mógł sobie wybrać jedną przykładową i na jej podstawie przemyśleć kompozycję i rekwizyty. Profesor zatem skupił się na wyborze, co polegało na rozłożeniu wszystkich jak kafelków na naszym stole konferencyjnym na 24 osoby (dzięki któremu w obszernym pomieszczeniu przynależnym fundacji mieściły się już tylko dwa nasze zepchnięte pod ściany biurka oraz niewielka szafa na dokumenty) i nieśpiesznej kontemplacji każdego po kolei.
          - Nawet nie wiedziałam, ze tyle tego już jest. – mruknęłam. Anka pokiwała głową.
          - Mój wkład w upadek wrażliwości estetycznej społeczeństwa powiększa się z każdym miesiącem. – przyznała. – Wczoraj wieczorem dzwonił jeden gość, który chciał sarmackie portrety…
          - Spławiłaś go?
          - Powiedziałam, ze na razie mam za dużo zleceń. Muszę w końcu obrobić dokumentację z inwentaryzacji kaplicy Lendorfów bo mi semestru nie zaliczą. Poza tym czuje się moralnie odpowiedzialna, a dopóki nie będzie dokumentacji, to oni w gminie będą mieli pretekst, żeby nic nie robić, bo przecież ich nie stać na zrobienie dokumentacji i tak będzie, aż się chałupa zawali…
          - Porządnie budowana, to może przetrzyma… - westchnęłam, bo i mnie leżały na sercu mazurskie zabytki, w szybkim tempie popadające w ruinę, z każdym naszym przyjazdem na Mazury bardziej zdemolowane, robiące wrażenie, jakby instytucjom odpowiedzialnych za ich dobrostan zależało wyłącznie na ich zapadnięciu się w nadjeziorną glebę. Jak raz cypel, na którym stała rodowa kaplica sztynorckich grafów był kamienisty, więc się nie zapadała…
          - Dzwonił do mnie Przemas. – powiedziała Anka cicho, nie patrząc w moją stronę.
          - Tak?
          - To prawda z Jackiem?
          Przez chwilę nie zrozumiałam, o którego Jacka jej chodzi. Niewątpliwą prawdą było, ze wczoraj Jacek odwoził ją do domu swoim garbusem. Potem rzeczywistość zaskoczyła, a na mnie rzuciło się wspomnienie mokrej, splatanej brody i twarzy zamazanej żyznym wiślanym mułem.
          - Tak. Prawda. Znaleźli go rano, nad kanałkiem. – jednocześnie pomyślałam, ze źle ze mną, skoro tak łatwo i po prostu przeszłam do porządku nad udekorowaniem wiślanego brzegu kolejnymi zwłokami. Względnie przyzwyczajenie robi swoje. – Skąd Przemas wie?
          - Nie wiem. Zadzwonił do mnie kiedy szykowałam się do wyjścia tutaj. Mówił, ze byłaś rano na HOWie.
          - Byłam. Napadli mnie przed świtem w łóżku i przywieźli nad Wisłę.
          - Żebyś go im zidentyfikowała?
          Anka ciągle na mnie nie patrzyła, za to ja przyjrzałam się jej z uwagą.
          - Jeżeli sądzisz, ze mam z tym cokolwiek więcej wspólnego, niż znajdowanie zwłok o poranku, to sorry… - zaczęłam. Anka nerwowo zamachała rękami.
          - Nie sądzę, daj spokój… Ja tylko nie rozumiem…
          Świetnie. Ja tez nie rozumiałam. Tylko że mnie to coraz bardziej irytowało, bo czułam, ze w zasadzie już powinnam. Że mam dane. Nie wszystkie, jasne, ale wzorek na puzzlach powinnam już zauważyć. Szlag.
          - Cholera. – powiedziała jednocześnie Anka tonem odkrywcy. – Jakby go zabili dwa tygodnie temu, to nie trzeba by teraz w kretyńskim pośpiechu robić remontów na mrozie. A tak…
          - A tak popłyniemy Wisłą do Żerania w gali flagowej ku pamięci komandora Kolańskiego. – podsumowałam cokolwiek nieżyczliwie. – To była kara boska za ten debilny pomysł. Panie profesorze, ja będę za chwilę potrzebowała tego stołu…
          Szacki w zamyśleniu pokiwał głową.

          Anka pojechała w końcu do domu, zabierając większość zdjęć i zaliczkę, którą pan profesor uparł się wypłacić jej od razu i w gotówce. Mańka zajrzała do pokoju, uznała, ze nadal ciężko pracujemy i znowu sobie poszła, tym razem ścigać naszego strażaka, który właśnie wrócił z urlopu, na który formalnie wcale nie poszedł, bo zapomniał złożyć wniosku. Profesor powoli zaczął pakować do teczki swoje papiery, oraz dwie fotografie portretów olejnych Nelsona i Piotra Wielkiego.
          - Pani Janko… - zaczął w pewnej chwili, po czym urwał, wielce zakłopotany.
          - Tak, panie profesorze?
          - Ja bardzo przepraszam za zdrożną ciekawość, zapewne w ogóle nie powinienem poruszać tego tematu… ale… mówiła pani cos o znajdowaniu zwłok. To trochę nam opóźniło inwestycję, a ja sądziłem, ze tę kwestię mamy już za sobą od jakiegoś czasu…?
          Zagapiłam się na niego bardzo nieinteligentnie, nie potrafiąc z marszu wskoczyć w sens jego wypowiedzi. Też miałam nadzieję, ze kwestię znajdowania zwłok mam już za sobą, dwa nadwiślańskie trupy jak dla mnie wystarczały w zupełności, dalsze tego typu podrzutki uznałabym za całkowitą przesadę i niestosowne natręctwo, ale jakoś mi się wydawało, że Szacki nie o tym mówi, zwłaszcza w kontekście tej opóźnionej inwestycji. Fakt, remonty łódek były nieco opóźnione, ale jednak chyba nie w tym rzecz…?
          • berrin Re: Prezencik 19.10.17, 13:18
            oraz UCD:

            - Sprawa śmierci pana Rockiego została chyba ostatecznie wyjaśniona? – kontynuował Szacki, nadal pełen eleganckiego zakłopotania.
            Gwałtownie pokręciłam głową.
            - Nie nie nie, to nie chodzi o zabójstwo Ryszarda Rockiego. Tamto jest wyjaśnione, chociaż faktycznie jeszcze nie rozpoznali apelacji. Ja znalazłam zupełnie nowego trupa… - urwałam, słysząc własne słowa. – Znaczy… - Szacki patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami - No w zasadzie dokładnie to znaczy, co powiedziałam…
            - Pani Janko…
            - Panie profesorze, wiem, jak to brzmi, ale nic na to nie poradzę. W Porcie Czerniakowskim w ciągu ostatniego tygodnia zamordowano dwie osoby. Dwóch panów. Znalazłam jednego, osobiście, a dzisiaj rano władze śledcze kolejnego, prawie w tym samym miejscu, na Cyplu Czerniakowskim. Nie mamy pojęcia z czym to wiązać, tym bardziej, ze ewidentnie nie chodzi o pijackie porachunki – znowu urwałam, w końcu drugie zwłoki należały do Jacka Kolańskiego, więc pijackich ekscesów wykluczyć tak całkiem nie mogłam. – W każdym razie raczej nie o nie… I nie, na pewno nam to nie opóźni inwestycji. – dodałam optymistycznie. - Ostatecznie nawet gdyby mnie mieli zamknąć, moja skromna osoba nie ma wielkiego znaczenia dla dotrzymywania terminów budowlanych.
            - Pani znalazła…?
            - Ja. Ściśle biorąc jednego nieboszczyka tylko znalazłam, ale potem okazało się, ze chyba go znałam z widzenia, a drugiego wprawdzie znalazł kto inny, ale ja za to znałam go osobiście, i teraz trudno powiedzieć, co mnie czyni bardziej podejrzaną. Co gorsza, policja chyba tez się nie może zdecydować, bo niewątpliwie byłam niemal na miejscu i niemal dokładnie w chwili, kiedy obu ktoś wyprawiał na tamten świat, za pierwszym razem to dla nich mógł być przypadek, ale za drugim niekoniecznie…
            Szacki, prezentując zupełnie nietypowy dla niego wybuch emocji, poderwał się z miejsca i próbował obiec stół. Wymagałoby to podsunięcia pod blat ośmiu ciężkich krzeseł, więc zrezygnował, zamiast tego przespacerował się szybkim krokiem spod okna do drzwi i z powrotem. Tam na drodze stanął mu nasz partyzant z brązu, nadal powielkanocnie spowity w dekoracje jajeczno-kurczakowe. Szacki zatrzymał się i zagapił na rzeźbę, jakby dopiero teraz dostrzegł ją wraz ze strategicznie umieszczonymi na niej pisankami.
            - Podejrzewać panią? Przecież to absurd! Dlaczego miałaby pani kogokolwiek mordować w Porcie Czerniakowskim? – potrącił łokciem i zrzucił teczkę, podniósł ją i pieczołowicie ustawił pod partyzantem, po czym usiadł ponownie. – Zdenerwowałem się, wie pani?
            - Niepotrzebnie, panie profesorze. Ja w końcu wiem, że nikogo nie zabiłam, a co do samego zabójstwa, to tez nie wiem, czemu. W sensie, nie mam pojęcia, dlaczego ktoś teraz miałby się mordować w Porcie Czerniakowskim, ale jak się zaczęliśmy zastanawiać, to wyszło nam, że dokoła samego miejsca coś się dzieje, a my nie wiemy co.
            - A co się dzieje…?
            - Tak trochę to wygląda, jakby z jednej strony różni ludzie strasznie chcieli ten kawałek dla siebie na własność, a z drugiej, jakby ktoś tam czegoś szukał.
            Szacki poprawił upozowanie swej teczki. Następnie wycentrował położenie pisanki, dyndającej na wstędze w przednich partiach partyzanta. Pogłaskał pluszową zawieszkę-kaczuszkę o tak psychopatycznym wyrazie dzioba, ze nawet Puśka w jej obecności powinna poczuć się nieswojo. Na razie nieswojo poczułam się ja osobiście, ponieważ pan profesor wyraźnie koncentrował się do granic koncentratu i ewidentnie faktycznie był zdenerwowany – a ja nie widziałam żadnej sensownej przyczyny, dla której morderstwa pod Mostem Łazienkowskim miałyby tak go przejmować.
            Po czym zapytał:
            - Pani Janko… mam nadzieje, ze pani na siebie uważa?
            Przy największych staraniach nie zdołałby wymyśleć tekstu bardziej niedorzecznego. Milczałam, ponieważ za nic nie umiałam znaleźć sensownej odpowiedzi na takie pytanie, a on milczał, patrząc na mnie w napięciu. Doprawdy, dość miałam na dziś facetów wpatrujących się we mnie w napięciu!
            - Nie. - odrzekłam wreszcie niekoniecznie całkiem uprzejmie. – Nie uważam na siebie. Szlajam się po nocy wzdłuż Wisły, zasypiam luzem na burcie łodzi, jeżdżę komunikacją miejską w dzień i w nocy, wdycham poliuretan i butapren, nie wspominając już o tym, ze zawodowo biegam po placu budowy nad świeżym betonem i bez ochrony noszę w plecaku kasę z banku, ostatnio dziesięć tysięcy w nowych złotych, więc raczej na siebie nie uważam. Dlaczego, na wszystkich bogów, miałabym nagle zacząć?
            Szacki wyglądał dość nieszczęśliwie. Westchnęłam.
            - Przepraszam, panie profesorze, nie chciałam być nieuprzejma, ale powoli zaczynam mieć dość. Wszystko jest cholernie tajemnicze, ktoś się na coś czai, ja mam na karku fundację, sesję zerową, remont jachtu i podejrzenia organów ścigania, a pan się mnie pyta, czy ja na siebie uważam…
            Profesor Szacki popadł w widoczna rozterkę. Usiadłam za swoim biurkiem, uznając, ze o cokolwiek mu chodziło, piłka jest po jego stronie. Milczenie nabrało ciężaru.
            - Pani Janko. – Szacki wreszcie podjął decyzję. Dostawił sobie krzesło do mojego biurka, spojrzał, zorientował się, które krzesło dla siebie wybrał, odstawił je na miejsce i przystawił dla odmiany nieco zdemolowany, za to zdecydowanie wygodniejszy taboret - Ja oczywiście nie wiem, czy to w tym rzecz, ale… sam nie wiem, jak z wiarygodnością tych plotek, zresztą to bardzo stara historia…
            • franula Re: Prezencik 19.10.17, 14:50
              cóz za cliffhanger, zaparło mi dech.
              Profesor wchodzi do gry...
              • berrin Re: Prezencik 19.10.17, 14:52
                Ostrzeznie specjalnie dla Gata - nastepny kawałek bedzie ogąkiem.
                Czyli że krótki bedzie. Najwyżej na jedno kruche ciasteczko.
                • berrin Re: Prezencik 19.10.17, 14:53
                  - Pani Janko. – Szacki wreszcie podjął decyzję. Dostawił sobie krzesło do mojego biurka, spojrzał, zorientował się, które krzesło dla siebie wybrał, odstawił je na miejsce i przystawił dla odmiany nieco zdemolowany, za to zdecydowanie wygodniejszy taboret. Usiadł. - Ja oczywiście nie wiem, czy to w tym rzecz, ale… sam nie wiem, jak z wiarygodnością tych plotek, zresztą to bardzo stara historia… Dlaczego pani tak na mnie patrzy? Ja przecież wcale nie wiem, czy to o to chodzi. Ale skoro ktoś kogoś zabił… i to dwa razy… to znaczy, chciałem powiedzieć, w dwu przypadkach…
                  - Panie profesorze – jęknęłam, bo zaczęłam się obawiać, że Szacki nigdy nie przejdzie do rzeczy. – Litości! Mnie wychodzi, ze mamy od jakiegoś czasu nad Wisłą regularnych poszukiwaczy skarbów. Czy tam miedzy wałami ktoś cos kiedyś zakopał?
                  - Skąd pani to wie? – Szacki aż podskoczył, a ja niejasno pomyślałam cos na temat wytrzymałości starych taboretów.
                  - Nie wiem, ale od paru lat ciągle ktoś tam próbuje grzebać, a ostatnio to już nawet profesjonalnie, na przykład uniwersytecka ekipa archeo, zresztą fałszywa, robiła wykopki, a potem starszoharcerska banda biegała z wykrywaczami metalu. To co niby mam myśleć?
                  - Archeolodzy?!
                  - Tak, mieli nawet zdaje się oficjalne papierki na każda okoliczność, ale teraz okazuje się, ze żadna uczelnia ani inna placówka badawcza nie przyznaje się do ich wysłania. Kopali w wale przy samej Wiśle…
                  - Co za nieodpowiedzialność. – przerwał mi ciągle mocno zdenerwowany Szacki - Do tego jeszcze niszczyli budowle hydrotechniczne!
                  - Proszę? – musiałam przyznać, że ten aspekt działalności szukających w gruncie rzeczy do tej pory mi umykał. Ale Szacki był geologiem. – No tak, zasadniczo ma pan rację, niszczyli, chociaż nie za bardzo, bo nasza ekipa albo ciągle patrzyła im na ręce, albo wręcz zniechęcała. Potem kopali harcerze, w tym drugim wale, bliżej zatoczki, ale oni dla odmiany znaleźli tylko bombę lotniczą i ściągnęli sobie na kark saperów. Saperzy raczej byli tam legalnie i w dobrej wierze. Ale czego oni wszyscy szukają?!
                  Szacki rozejrzał się po pokoju, zagapił przez chwile na popiersie Lenina, ubrane ostatnio w przerażająca kominiarkę w kolorze amarantowym, drgnął, kiedy zza okna dobiegł nas oburzony wrzask Steinera w sprawie użycia motopompy spalinowej zamiast elektrycznej, i przestał się wahać.
                  - Skarbu szukają, pani Janko. Tylko że w ogóle nie jest tak, jak oni myślą i to nie jest takie proste…
                  Siedząc pod popiersiem wodza rewolucji, pijąc kompletnie zimną herbatę i nie przerywając już ani słowem, dowiedziałam się wreszcie, dlaczego nasz niewinny kawałek przywiślanego terenu stał się w ciągu ostatnich lat tak niezwykle pożądaną częścią stolicy…
                  • balamuk Re: Prezencik 19.10.17, 20:30
                    Berrin, jesteś ósmym cudem świata, wiesz? Czytam na bezdechu - z przerwami na ataki radości. Tym razem mój faworyt to kaczuszka: Pogłaskał pluszową zawieszkę-kaczuszkę o tak psychopatycznym wyrazie dzioba, ze nawet Puśka w jej obecności powinna poczuć się nieswojo.
                    To teraz sobie jeszcze raz przeczytam, a co. smile
                    • minerwamcg Re: Prezencik 19.10.17, 20:50
                      Berrin jest wielki człowiek.
                      • asia.sthm Re: Prezencik 20.10.17, 09:45
                        Bardzo wielki czlowiek!
                        • bluzeczka.zamszowa Re: Prezencik 20.10.17, 09:58
                          Howgh!
                          • berrin Re: Prezencik 20.10.17, 13:43
                            Takoż UCD. Rozmiarów umiarkowanych. Dzis tylko jeden.
                            Smacznego smile


                            - Zastanawiam się jak zacząć, tematycznie czy chronologicznie. – Szacki, kiedy już zdecydował, że będzie opowiadać, uspokoił się prawie całkowicie – Może chronologicznie, mniejszy bałagan zrobimy… I naprawdę, uprzedzam, to wcale nie musi o to chodzić, ale historia jest ściśle związana z Cyplem Czerniakowskim, więc może… Dla osoby tak młodej jak pani to pewnie w ogóle będzie prehistoria, ale właśnie w czasie okupacji, w tejże Warszawie mieszkał sobie pewien kupiec. Nie wiem, czy można go nazwać bogatym, przed wojną uchodził za… powiedzmy, przyjemnie zamożnego. Nikt bardzo znany, nazywał się Szymon Zaks, jeden z niewielu, którym udało się w czasie pierwszej wojny nie stracić, ale pomnożyć fundusze. Handlował wyrobami stalowymi. Jego ojciec był faktorem jednego hrabiego, i zdaje się, zrobił na tym naprawdę jakieś pieniądze, możliwe zresztą, że hrabiemu pożyczał na procent, sama pani wie, wtedy nawet skrzynkę gwoździ zapisywano na hipotece, tak sprawnie gospodarowali ci nasi ziemianie... a syn faktora był pierwszy w rodzinie, który nie martwił się, co będzie jadł razem z dziećmi pod koniec miesiąca. Koło 20 roku przeniósł się żoną do Warszawy, został skromnym ale jednak dobroczyńcą gminy warszawskiej, syna wysłał na studia do Berlina, córkę właśnie miał wydawać za mąż, kiedy wybuchła wojna. Ja to wiem jeszcze od mojego ojca, on był jakoś zaprzyjaźniony z tą rodziną jeszcze sprzed wojny, ja sam wprawdzie jestem przedwojenny, ale ledwo ledwo, urodziłem się wiosną 39, więc całą naszą dziejową katastrofę znam raczej z opowieści rodziny, w czasie wojny my siedzieliśmy w Radomiu, ale mój ojciec przez jakiś czas ukrywał się w Warszawie, nie wiem, jak się spotkali, ale ewidentnie im się udało. Jak pani zapewne zgaduje…
                            - Z rodziny Zaksów ktoś przeżył?
                            - Nie. Ojciec wspominał ich typ urody, nie mieli jednak szans, żadnych… - Szacki smutno pokręcił głową. – Syn zginął jeszcze we wrześniu 39, żona zmarła na tyfus, czy cos w tym rodzaju, w każdym razie jeszcze przed zamknięciem getta w 40 roku, samą likwidację getta kupiec z córką przetrwali, ukrywali się po aryjskiej stronie nawet dość długo, ojciec nie mówił wprost, ale chyba miał w tym jakiś udział, na pewno jakąś metrykę im załatwiał… ale niestety, mimo to wyzwolenia nie doczekali. Otóż tenże Zaks słynął… nie, nie, właśnie nie słynął, ale niektórzy wiedzieli, na przykład właśnie mój ojciec, kartograf z zawodu i zamiłowania… Szymon Zaks miał kolekcję starych map. Nie tylko starych, ale i bardzo szczególnego doboru, jeśli chodzi o tematykę. Może był niespełnionym podróżnikiem, może romantykiem, wie pani… mój ojciec swego czasu widział jego kolekcję… - Profesor westchnął, jakby wspomnienia spadły na niego wszystkie naraz. Słuchałam tej opowieści, na razie nawet nie starając się połączyć jej z wydarzeniami dokoła HOWu, coraz bardziej ciekawa, co takiego zbierał stary Zaks i co się z tym stało. Szacki tez milczał, i w tym jednym momencie wyglądał, jakby próbował przywołać w wyobraźni jakiś szczególnie piękny obrazek. –Pani, Janko, to była kolekcja map lądów niebyłych… Pani wie…
                            - Wiem. - prawie zabrakło mi tchu. - El Dorado, Góry Księżycowe…?
                            - Właśnie, ale nie tylko takie. Także mapy z pomyłkami popełnionymi tak jakby w jednym egzemplarzu… albo może raczej… źródła przyszłych pomyłek? Miał podobno kilka ręcznie kreślonych, zrobionych przez tych różnych wielorybników i kapitanów kliprów, którym woda się zmarszczyła w oddali, albo chmury się położyły nisko na wodzie, więc nanieśli na mapę nowy ląd, czasami go nawet nazwali na cześć zony czy sponsora rejsu, a potem inni, zasugerowani, potwierdzali istnienie tego lądu… Pani rozumie?
                            Pokiwałam głową. Tak, rozumiałam. Sama bym chętnie popatrzyła na taka kolekcję…
                            - Kolekcja była nieporęczna, nie mogli jej ze sobą wozić, kiedy przenosili się z kryjówki do kryjówki, poza tym nie za bardzo nadawała się na wynagrodzenie dla przechowujących, bo nie było jak jej spieniężyć. Ojciec opowiadał, ze stary Zaks nawet w obliczu śmiertelnego zagrożenia wyprzedawał wszystko inne, a map nie dawał tknąć, oglądał je sobie od czasu do czasu, ale kiedy wychodzili na aryjską stronę, musieli je ukryć. Zapakowali całość do skrzyni, takiej zwykłej, niemieckiej, w takie pakowano pancerfausty, otaśmowali, zawinęli w brezent, i ukryli.
                            - Pan wie, gdzie?
                            - Wiem, ale to bez znaczenia, bo paczka tam za długo nie poleżała. Wziął ją na przechowanie pewien antykwariusz, który wtedy skupował i brał bardzo wiele takich depozytów, znajomy Zaksa… Bez rzucania podejrzeń o nieuczciwość, musiał zdawać sobie sprawę, ze sporo z tego dobra już u niego zostanie, bo nikt się po nie nie zgłosi. Ale podobno o depozyt Zaksa miał zadbać szczególnie. Tylko że w Warszawie tamtych czasów papier był umiarkowanie korzystną lokatą kapitału…
                            - Chyba niewiele z tego przetrwało 44 rok?
                            - Niewiele, ale trochę jednak przetrwało. Za to antykwariusz nie przetrwał. Ale przed samym powstaniem… albo nawet już w sierpniu 44, tego dokładnie nie wiem… Proszę pani, to jest bardzo romantyczna opowieść o skarbach… Cztery skrzynie z zasobów antykwariusza, w tym depozyt Zaksa, próbowano wywieść na Pragę. Nie udało się, Wisła nie była wtedy łatwa do sforsowania w żadną stronę. Więc przyjechali tam, na cypel. I jak głosi legenda, znana kartografom… przepraszam za patos, ale dla nikogo innego te papiery nie przedstawiały aż takiej wartości… ukryto tam cztery skrzynie.
                            - Jaka jest szansa…
                            - Bardzo duża, pani Janko, bo po wojnie syn antykwariusza wydobył trzy z nich. W każdym razie część depozytów wróciła do właścicieli, część została sprzedana, bo właścicieli ani ich spadkobierców nie było. A depozyt Zaksa zaginął.
                            • asia.sthm Re: Prezencik 20.10.17, 14:42
                              O rany, widzialam globus z 1756 roku zrobiony przez jakiegos mistrza nad mistrze, podpisany ale ucieklo mi, globus na ktorym byl tylko kawalek wschodniego wybrzeza lekko zakrecony od poludnia w L. Niesamowicie to wygladalo. Sie czlowiek gapi i nie rozumie co widzi.
                              • asia.sthm Re: Prezencik 20.10.17, 14:44
                                Jezu...
                                Kawalek wybrzeza Austalii.
                                • balamuk Re: Prezencik 20.10.17, 14:52
                                  Aż gęsiej skórki dostałam od tych map i globusów. Poczułam się jak w głębokim niemowlęctwie, kiedy po raz pierwszy czytałam "Wyspę skarbów". Wow.
                                  • berrin Re: Prezencik 07.11.17, 14:47
                                    Kochane, mikro UCD. Może na jednego bananana wystarczy wink

                                    Potrzebowałam chwili na reakcję, głównie dlatego, że prawie zapomniałam, że powinnam oddychać.
                                    - Jak to zaginął?
                                    - Nie znaleźli skrzyni. Tej jednej. Każda była zakopana w innym miejscu, niezbyt daleko od siebie, ale jednak nie chcieli, żeby przypadkowy odkrywca zabrał sobie wszystko od razu… no i tej jednej nie było. Nie wiadomo, czy źle kopali, czy ktoś był przed nimi, choć o ile pamiętam samą romantyczną opowieść ojca, to wszytko tam wyglądało na nienaruszone, chaszcze i bagno…
                                    - Zakopali mapy w bagnie. – podsumowałam.
                                    - W metalowych tubach zalanych smołą. Pani Janko, niech pani spojrzy na to w ten sposób - Szacki odwrócił się do okna – Pewnie, starorzecze Wisły to umiarkowanie dobra lokalizacja dla starych papierów, ale jeszcze gorsze byłoby warszawskie Śródmieście latem czterdziestego czwartego…
                                    Wyobraziłam sobie te mapy. Chociaż właściwie wcale nie musiałam, po prostu pojawiały mi się przed oczami kolejne płachty, kartony, rulony… w ogniu zniknęłyby w minutę, bagno mimo wszytko dawało im większe szanse… Skrzynia po pancerfauście, taka, w jakiej mój dziadek przechowywał, dorobiwszy wewnątrz przegródki, cały cenniejszy sprzęt ogrodniczy, na przykład morderczy sekator z długaśnymi ramionami… Skrzynia, zabezpieczona smołą i towotem… W takiej skrzyni sporo się mieści…
                                    Pomyślałam o globusie Humboldta…
                                    - Ja oczywiście nie jestem pewien, czy to co pani opowiedziałem, wyjaśnia tę hekatombę w Porcie Czerniakowskim, może nie, ale sama pani rozumie… - kontynuował Szacki cicho. - To jest historia o skarbie, ale nie bajka, ten depozyt istniał, został tam zakopany a potem nie udało się nikomu go wydobyć. Syn antykwariusza nie miał zbyt wielkiej motywacji, żeby koniecznie odszukać tę akurat skrzynię, sądzę, ze mógł myśleć jak pani w tej chwili, nawet, gdyby ją znalazł, zawartość mogła się już do niczego nie nadawać. Właścicieli depozytu nie było, nie zgłosili się po niego.
                                    - Skąd pan to wie?
                                    - Od ojca. Znał Zaksa, po wojnie starał się go odszukać. I ustalił, że nie ostał się ani Zaks, ani jego córka, zginęli po wykryciu bunkra na Ochocie, oczywiście przy każdym takim ustaleniu trzeba dopisywać „prawdopodobnie”, bo ze świadkami też było krucho. Za to wieści o depozycie mogły krążyć, zwłaszcza, że młody antykwariusz szukał tam kilka razy i dociekał, czy ktoś tego nie wykopał wcześniej. A w sześćdziesiątym ósmym sam wyjechał… za żoną.
                                    - Cholera. Znaczy… dobrze, że nie zostawił żony, ale szkoda, że wyjechał, bo go już o nic nie zapytamy…
                                    Oboje siedzieliśmy długą chwilę w milczeniu. Jedynie zza okna dobiegały nas specyficznie polsko-austriackie wypowiedzi pana inżyniera Steinera, przerywane niekiedy okrzykami zgrozy komisji usterkowej, czyli ekipy szukających dziury w całym.
                                    Dopadło mnie poczucie straszliwej straty. Straty rzeczy, które spłonęły, zaginęły, zgniły, pochowane w skrytkach, o których wiedzieli tylko ci, co je ukrywali. I straty ludzi, którzy chowali rzeczy i siebie i nie ocalili ani siebie, ani rzeczy… A do tego próbowałam przyzwyczaić się do myśli, ze na naszym własnym HOWie ktoś kogoś zabija dla skrzyni ze starymi mapami.
                                    - Pani Janko. – zaczął nagle Szacki z wielka powagą w glosie. – Proszę spróbować sobie wyobrazić, jak w opowieściach musi teraz wyglądać ten nieodnaleziony depozyt. Mienie pożydowskie, własność bogatego kupca, jedyne, co chciał ocalić przed zagładą… czy pani tam musi bywać, w tym Porcie Czerniakowskim?
                                    - Jak się nazywał ten antykwariusz?
                                    - Czyli musi pani. – westchnął.
                                    - Przecież nie rzucam się rozkopywać budowli hydrotechnicznej! Panie profesorze, jeśli to tam leży, to trzeba to znaleźć z przynajmniej dwóch powodów! Po pierwsze, to tam leży i pleśnieje, rany, ja teraz spać nie będę mogła, jak sobie pomyślę, że atlasy Orteliusa pleśnieją, to mi się cos robi w środku! A po drugie, dopóki ktoś myśli, ze to tam jest, nieważne, co sądzi o zawartości, jeśli spodziewa się brylantów i obligacji to tym gorzej dla niego, to będą kolejne zwłoki! Bo wychodzi na to, ze jest o co się zabijać. A jak już zaczęli, to nie przestaną, prawda?
                                    Szacki smutno skinął głową.
                                    - Ale jak pani niby chciałaby temu zapobiec?
                                    - Znaleźć to!
                                    - Osoba najbliższa chowającemu nie zdołała tego znaleźć. Proszę spokojnie o tym pomyśleć. – wstał, rozejrzał się, nerwowo podniósł, upuścił i znowu podniósł teczkę, odstawił ja na blat i zaczął zakładać płaszcz. – Pani Janko, proszę. Nie chcę żałować, ze pani o tym powiedziałem…
                                    - Jak miał na nazwisko antykwariusz? Przecież ta wiedza mnie nie zabije!
                                    - Kramek. – poddał się Szacki - Nazywał się Aleksander Kramek.
                                    Po czym korzystając z tego, ze zamilkłam, wyszedł pospiesznie – tylko po to, żeby zaraz za drzwiami wpaść na Steinera i jako przedstawiciel inwestora zostać włączony do komisji usterkowej i w żółtym kasku wyruszyć na budowę.
                                    Kramek. Nigdy nie byłam za dobra w pamiętaniu nazwisk, jeszcze mniej w kojarzeniu ich z właściwymi osobami, ale niemal na pewno to nazwisko widywałam często.
                                    Napisałam je sobie teraz na odwrocie odbitki planu tablicy kulturowej i przyjrzałam mu się krytycznie. Jasne. Widywałam. Z pewnością. Nic z tego nie wynika, bo nazwisko nie jest jakieś bardzo rzadkie, a w papiery gapię się zawodowo. A jeśli tak się na przykład nazywa asystent na biologii, który starał się u nas ostatnio o dofinansowanie wyjazdu naukowego, to nie posunę się w swoich rozważaniach za daleko do przodu…
                                    • balamuk Re: Prezencik 07.11.17, 18:29
                                      Gęsiej skórki cd. smile
                                      A poza tym nie wiem, co napisać, bo się zatchnęłam w zachwycie, o.
                                      • minerwamcg Re: Prezencik 07.11.17, 22:16
                                        Aaa. No to nam przybyło powodów do gryzienia palców i siedzenia jal na szpilkach.
                                        • balamuk Re: Prezencik 07.11.17, 22:43
                                          I jeszcze z innej bajki - szapoba, Berrin, za analizę "Kalamburki" na ESD. Naprawdę wielkie szapoba.
                                          • berrin Re: Prezencik 08.11.17, 13:34
                                            Jidz, Gatu, jidz...

                                            Koledzy architekci na pytanie, czy nazwisko Kramek z czymś im się kojarzy, odpowiadali bez oporu – ale nie przydali się na nic. Nazwisko okazało się mniej popularne, niż mi się na początku wydawało, poza tym większość starannie słyszała „Kramer” i zaczynali dyskusje o Vabanku. Nawet ten jedyny, który jakoś znalazł Kramka w gęstwinie swej pamięci, ustalił po namyśle (i konsultacjach z żoną) że to jego dentysta. Zrezygnowałam chwilowo z dalszego śledztwa nie tylko z braku potencjalnego Kramka do przesłuchania, ale także dlatego, że jednak nie było wyjścia i musiałam umówić konsultantów-korektorów ściany kulturowej na konkretny moment czasoprzestrzeni.
                                            Do piętnastej osiągnęłam spektakularny sukces, to jest zawęziłam z ośmiu do dwóch ilość terminów, w jakich mieliśmy wozić profesurę do odlewni. Dwa przejazdy, dwukrotne organizowanie służbowego busa i dwukrotne wysyłanie się daleko za miasto z ekipą bardzo niezorganizowanych pracowników naukowych to było już coś, na co mogłam się zgodzić i co dałoby się ogarnąć. Oczywiście na jeden termin było na razie dwa razy więcej chętnych, niż na drugi, ale znałam życie i osoby habilitowane – dwa terminy to minimum nawet dla jednego konsultanta, który o pierwszym zapomni a na drugi się spóźni. Udało mi się nawet skontaktować z najbardziej problematycznym filologiem klasycznym, który osobiście i bez pośredników okazał się rozumnym, spokojnym i obdarzonym poczuciem humoru osobnikiem, bez oporu przyjmującym konieczność przeprowadzenia korekty.
                                            - Wie pani, to nawet będzie dla mnie pewna nowość. – wyznał mi, przekrzykując szum swego sekretariatu - Woskowych tablic jeszcze nie zczytywałem.
                                            Ucieszona, ze jednak się udało i że ostatni z dopadniętych nie wywrócił mi do góry nogami całego planowania, spakowałam się i ruszyłam w stronę przystanku. Wprawdzie powinnam była stanowczo odbywać dziś jeszcze jakieś zajęcia, ale były to zajęcia z procedury karnej, której to procedury, w pewnym jej szczególnym aspekcie, miałam ostatnio przesyt. Chciałam do domu, chciałam zjeść obiad, chciałam pokazać mojej kochanej, małej siostrzyczce, że mnie nie aresztowali i w ogóle chciałam potarzać się na łonie rodziny. Poza tym było mi zimno.
                                            W autobusie, który uprzejmie nadjechał prawie od razu, kiedy tylko dotarłam na przystanek, wpadłam na Przemasa. Zauważyłam najpierw nie tyle jego, co znajome kształty i kontury wysp na wielkim żółto-błękitnym plakacie, szeleszczącym na podwójnym siedzeniu pod oknem, przecisnęłam się bliżej i ujrzałam,– ku mojej grozie pomieszanej z oburzeniem – jak Przemas próbuje dojść do ładu z bardzo skomplikowaną mapą drogową Alandów. Jakimś tajemniczym sposobem zdołał ją rozpostrzeć przed sobą, uzyskując format płachty metr na półtora i całkowicie blokując sobie widoczność z przodu i po bokach a teraz starał się złożyć ją do akceptowalnego rozmiaru, nie wybijając przy tym zębów towarzyszom podróży. Towarzysze podróży na szczęście wykazywali sporo cierpliwości, być może zresztą zainteresowała ich zawartość płachty. Tylko dwie starsze panie, jedna w trampkach a druga na niebotycznych obcasach, kiwające się w okolicy miejsca, gdzie Przemas uprawiał teraz swoja skomplikowaną gimnastykę z przyrządami, piorunowały go wzrokiem, a i mnie się dostało, kiedy przepychałam się w jego stronę.
                                            - Dlaczego wywlekasz to w autobusie? – zapytałam z irytacją zamiast powitania.
                                            Przemas podskoczył i omal nie rozdarł papieru dokładnie na mojej ulubionej wyspie Köökari, rozejrzał się, zobaczył oczywiście tylko mapę, otaczającą go zewsząd bezmiarem alandzkiego archipelagu, a potem posłusznie zaczął ją składać. Mimo posiadania wielu niewątpliwie męskich cech, składania map drogowych wyraźnie nie opanował, zresztą, niech mu będzie, warunki nie sprzyjały. Ciężkim wzrokiem patrzyłam na niszczenie cennego przedmiotu.
                                            Dowcip polegał na tym, że zdobycie kompletu morskich map Alandów na planowany latem rejs okazało się być poza naszym zasięgiem tak logistycznym, jak i finansowym, a może przede wszystkim osobowościowym. Skandynawskie atlasy morskie były piękne, kompletne, znakomicie opracowane i dramatycznie drogie, a do tego żeby je kupić bez zbójeckiego narzutu, dokładanego sobie przez polskich importerów tych specjałów, trzeba było samodzielnie osobiście pojechać do miejsca sprzedaży, to jest najlepiej do Sztokholmu, ewentualnie do Helsinek. Dystans ogromem nie porażał, ale szwedzkie i fińskie ceny już tak. Wyprawa do Nynashamn może by i nas nie przerosła, w końcu wsiąść na prom każdy potrafi i nawet pewnie dałoby się znaleźć do tego zadania jakiegoś abstynenta. Zaprzyjaźniony szwedzki hafenmajster sprawdził dla nas ceny, dostępność i szanse na utargowanie czegokolwiek z racji posiadania przez nas statusu drużyny harcerskiej, okazało się, ze owszem, wydawca da nam rabat, nawet smakowity i wystawi nam – specjalnie dla nas - rachunek z pieczątką, bez którego popadaliśmy w zarzut defraudacji, ale wtedy komando Jacuś się zbiesił i oznajmił, że to jest za drogo, on nie da pieniędzy, a my mamy szukać używanego atlasu i go wypożyczyć albo ewentualnie odkupić.
                                            Znakomicie wyobrażaliśmy sobie wygląd takiego atlasu do odsprzedaży, zapewne wytartego z farby drukarskiej kolejnymi pokoleniami gumek do ścierania, i w pełni zdawaliśmy sobie sprawę z szans wypożyczenia czegoś takiego od osoby, która to sobie zakupiła za własne pieniądze. Oczywiście ustaliliśmy natychmiast, że atlas zakupimy już w Marienhaminie, na samym początku rejsu, z pieniędzy właśnie rejsowych, czyli dokładnie tych samych, których teraz nie chciał nam dać Jacek, ale jednak na bieżąco potrzebna nam była jakaś sensowna mapa całości, pozwalająca skomponować trasę i przewidzieć podstawowe przeszkody nawigacyjne zanim na jakąś wpadniemy.
                                            Zamiast zatem atlasu morskiego postanowiliśmy sprowadzić sobie wysyłkowo, poprzez znajomych z Gdyni, mapy drogowe tegoż rejonu. Znaków nawigacyjnych wprawdzie na nich zbyt obficie nie umieszczano, ale za to linia brzegowa to linia brzegowa a porty to porty, poza tym Szwedzi uprzejmie zaznaczali na mapach drogowych głębokości akwenów dokoła wysp. Biorąc pod uwagę, ze zdarzyło mi się już wpływać do Ventspils na pocztówkę ze zdjęciem lotniczym, to porządna mapa drogowa była znaczącym postępem. Mapy z Gdyni miał odebrać kumpel Przemasa – i wyraźnie niedawno to uczynił, skoro młody medyk w najmniej sprzyjających okolicznościach przyrody próbował właśnie oddawać się lekturze.
                                            Przemas, uzyskawszy wreszcie, po zajadłej walce z żywiołem, format A4, mieszczący się już w jego teczce, umieścił w niej mapę i spojrzał na mnie przytomniej.
                                            - A bo Piotrek właśnie dziś przyjechał i wetknął mi to tuż przed interną, nawet nie miałem jak zajrzeć. – wyjaśnił, podnosząc się z miejsca, które natychmiast zajęła dziarska starsza pani w trampkach, tryumfalnie popatrując na starszą panią w szpilkach, która nie była tak szybka. – Jedziesz na HOW?
                                            - Nie, byłam na HOWie. – przyjrzałam mu się z nagłą uwagą, bo coś mi się przypomniało. - Skąd, do cholery, wiedziałeś już rano, ze Jacek nie żyje?!
                                            - Ja?
                                            - Nie, ja. Mnie tam, kurde, bladym świtem zawieźli z szykanami nieoznakowanym radiowozem w towarzystwie dwóch funkcjonariuszy po cywilnemu, myślałam, ze mnie aresztują nad zwłokami pod zarzutem zabójstwa. Skąd wiedziałeś?
                                            Przemas lekko się zakłopotał.
                                            - Ja nikomu nie mówiłem, ze to ty. – powiedział po krótkim namyśle.
                                            • myq1 Re: Prezencik 08.11.17, 13:57
                                              Berrin krzepi, jak panawańkowiczowski cukier!
                                              • dorka_31 Re: Prezencik 19.02.18, 14:09
                                                I co dalej? Czy to już koniec? Tak się jakoś nagle urwało...
                                              • berrin Re: Prezencik 07.06.18, 12:32
                                                Kochane
                                                troszke się staram

                                                Przemas lekko się zakłopotał.
                                                - Ja nikomu nie mówiłem, ze to ty. – powiedział po krótkim namyśle.
                                                - Anka wiedziała o zgonie! I że ja tam byłam!
                                                Przemas dłuższą chwile staranie śledził zaokienny krajobraz. Wreszcie wzruszył ramionami.
                                                - Widziałem cię z mostu. Nad noszami. Twoja kurtka jest niepodrabialna. I kojarzę ekipę z Oczki jeden, naprawdę. A brodę Jacka poznałbym i bez lornetki. Nie podchodziłem, bo… po co.
                                                Łypnęłam na niego nieufnie. To był chyba pierwszy przypadek, kiedy nasz etatowy szalony medyk samodzielnie rezygnował z osobistego sprawdzenia, czy zwłoki to zwłoki… w końcu jak twierdził, do nikogo nie można mieć w tej sprawie zaufania i swego czasu nawet napoczętego przez mazurskie rybki topielca badał osobiście zanim dojechali zbrzydzeni medycy ze Szczytna. Poza tym…
                                                - Przesiadam się - oznajmił Przemas znienacka. – Jutro jak przyjadę, to przywiozę sztormowe żagle do Nadziei, bo mama już je skończyła. – po czym zanim zdążyłam się odezwać, przepchnął się do wyjścia i wyskoczył w ostatniej chwili, prawie dając się przyciąć drzwiom.
                                                Pozwoliłam tłumowi pasażerów przepchnąć mnie w głąb Ikarusa, ustabilizowałam się na przegubie i podejrzliwie popatrzyłam w stronę tylnej szyby. Niezależnie od tego, ze ten akurat autobus dowiózłby Przemasa pod sam dom, przesiadanie się w cokolwiek na przystanku, na którym staje tylko jedna linia, wydało mi się nieco dziwne.

                                                W domu zastałam całą żeńską część rodziny, to jest moją siostrę, moja mamę, starszą i młodszą ciotkę oraz babcię. Rozsiadły się w salonie przy rozłożonym stole jadalnym i niezbyt zgodnie lepiły pierogi. Mój powrót powitały krótkim „wałkuj” a mój nieśmiały sprzeciw zginął w ogólnym gwarze.
                                                Poszłam wałkować.
                                                W kuchni bardzo szybko odwiedziła mnie Milka pod pozorem konieczności dorobienia farszu. Odcedziła ziemniaki, wyrzuciła je na wielką, emaliowaną miskę, której zazwyczaj używałyśmy do nastawiania ciasta drożdżowego i obficie sypnęła do nich pieprzu. Odsunęłam się na bok, żeby mogła wybrać sobie z szafki stosowny tłuczek.
                                                - Z jakiej okazji ten spęd? – zapytałam, oburącz zza głowy waląc kulą surowego ciasta o blat kuchenny. Do wałkowania byłam wszak wykorzystywana niemal od zawsze właśnie dlatego, że znajdowałam wiele upodobania w używaniu półproduktu do treningu zapaśniczo-bokserskiego.
                                                - Zmarła jakaś powinowata babci z Głowaczowa, co nie jestem w stanie zlokalizować jej na drzewie. – odrzekła Mila. – I…
                                                - Jakim drzewie? – przerwałam, bo wyobraźnia oczywiście natychmiast podsunęła mi obraz starszej pani w chusteczce i na czereśni. Nie, żeby to było niemożliwe w naturze…
                                                - Genealogicznym. Zresztą co tam ja! Babcia sama nie jest pewna, czy to jest siostra męża jej ciotki, siostra żony jej wuja czy może jeszcze cos dalszego. Ale była samotna i pogrzeb organizuje wujek Edek. A Edek natychmiast uznał, że mu się nie chce wydawać na stypę dla całej rodziny, skoro i tak będzie zabezpieczał bimber, więc napadł na swą starsza siostrę…
                                                - …coś jak ty w takich momentach…
                                                - …a babcia uznała, ze woli wrobić nas wszystkie w pierogi niż zaspokoić oczekiwania braciszka w kwestii szynki i schabu. - Milka z godnoscia ominęła mój niestosowny wtręt - Nie aresztowali cię?
                                                - Jak widać.
                                                - No cóż. - Milka miała łagodny charakter i najwyraźniej mogła z tym żyć - Ale trup był?
                                                - Był. – z rozmachem walnęłam ciasto pięścią i poprawiłam drugą. Rozpłaszczyło się nieco, więc natarłam na nie wałkiem. – Nie gadaj o tym przy ciotkach i babci, bo mi znowu zaczną tłumaczyć, jakie to żeglarstwo niebezpieczne…
                                                - No przecież słowem się nie odezwałam. Mama też ich nie uszczęśliwiała informacją, że rano po ciebie policja przychodzi. To powiedz mi wreszcie, kto nie żyje?
                                                - Naprawdę jeszcze nie wiesz? – stęknęłam zgryźliwie, bo mi się przypomnieli Przemas, Anka i ogólna otaczająca mnie dyskrecja.
                                                - Nie mam pojęcia. – zirytowała się Milka – Skąd niby mam wiedzieć, nawet nie byłam pewna, czy faktycznie macie tam drugie zwłoki, dzwoniłam do Anki, ale jej nie ma w domu, w ogóle nikogo nie ma w domu, wszyscy siedzą na HOWie, a cieć z „Horyzontów” raczej ich do telefonu nie poprosi. – energicznie ugniatała ziemniaki i na dłuższą chwilę kuchnię wypełniły tylko odgłosy naszej ciężkiej pracy. Całkiem zresztą dobrze się stało, ponieważ ten właśnie moment wybrała sobie babcia, żeby do nas zajrzeć i sprawdzić, jak mi idzie wałkowanie i pouczyć, żeby nie za cienko. Pożaliła się przy okazji, ze nadal nie zdołały ustalić stopnia powinowactwa zmarłej.
                                                Milka z ciężkim westchnieniem przymknęła za nią drzwi
                                                - Przez tę idiotyczną maturę wszystko mnie omija. To powiedz wreszcie, kto nie żyje?
                                                - Cioteczna siostra męża ciotki babci.
                                                - Kretynka. Zresztą wcale nie, sama słyszałaś że skłaniają się ku siostrze wujenki. Kto nie żyje?!
                                                - Komando Jacuś…
                                                Milka znieruchomiała z tłuczkiem do ziemniaków w dłoniach. Potem powoli odwróciła się w moją stronę z takim wyrazem twarzy, że pożałowałam, że nie mam talentu Anki i tego nie odmaluję – i się zmarnuje. Chciała cos powiedzieć, poruszyła żuchwą, chrząknęła a potem z rozmachem odłożyła tłuczek do garnka z gotującą się woda na pierogi, przełożyła go do zlewu, wreszcie zreflektowała się i umieściła lekko podgotowane narzędzie w misce z częściowo zdemolowanymi ziemniakami.
                                                - Jacek nie żyje?!
                                                - Jacek.
                                                - Jak…??? Kto…?
                                                - Jeszcze nie wiem kto. Nie ja. Ktoś go utopił w błocie. Względnie się tak potwornie nawalił, że sam zleciał na twarz w błoto przy brzegi kanałku i tak został. Ale chyba nie…
                                                Milka rozejrzała się za tłuczkiem i wróciła do powolnego gniecenia kartofli. Kręciła głową.
                                                - Ale… Jacek?
                                                - Trudno się przyzwyczaić, nie?
                                                - Jakoś zawsze dotąd uważałam, ze jego wszystko ominie, nawet jak na Północnym poleciał za burtę to go znaleźli… - Milka przez chwilę potonęła we wspomnieniach z rejsu śladami Znaczy Kapitana, obfitującego w wydarzenia nieprzewidziane, z których akcja „człowiek za burtą” kiedy Jacek poszedł sikać za fokiem i nie przypiął się do niczego, bo szelki są dla trzeźwych mięczaków była tylko jednym, acz dobrze obrazującym całość – I co? Uważali, że to ty go utłukłaś?
                                                - … - otworzyłam usta, zamknęłam je i w efekcie nic nie powiedziałam. Milka pokiwała głową.
                                                - No tak, chcieli ci go pokazać i zobaczyć, jak zareagujesz. Zemdlałaś?
                                                - Zwariowałaś? Czemu miałabym zemdleć?
                                                - Nie wiem. Ja takie nieświeże zwłoki luzem widziałam tylko raz i pamiętam, ze mi się zrobiło niewyraźnie.
                                                - Tamto to był topielec. – zauważyłam. – I to mocno przechodzony, i do tego latem. Wszystkim nam się wtedy zrobiło niewyraźnie, tylko Przemas go macał. Jacek był świeżutki – zawiesiłam się na chwilę, bo doprawdy określenie to nagle wydało mi się mało adekwatne do widoku z poranka – to, w każdym razie z tej nocy… a noce zimne. Tyle, że cały w błocie.
                                                - No, jeśli zaczną szukać po tym, kto miał motyw…
                                                - To pierwszym podejrzanym będzie Magnificencja Rektor Polibudy, a zaraz następnym pierwszy sekretarz PZŻ. Siostro…
                                                - No?
                                                - Wiesz, że tam w czasie wojny zakopali skarb?
                                                Milka dłuższą chwilę gapiła się na mnie bez słowa, jednocześnie ugniatając tłuczkiem zawartość miski. Pomyślałam mętnie, ze tak doskonale utłuczonych ziemniaków tośmy jeszcze w pierogach nie mieli.
                                                - Wiesz, że już widać słoje? – powiedziała wreszcie.
                                                Teraz ja się ponownie zawiesiłam, w popłochu szukając w głowie jakiegokolwiek pasującego skojarzenia.
                                                - Słoje? – zapytałam wreszcie, możliwe, ze z nuta paniki w głosie. Milka kiwnęła głową.
                                                - Słoje blatu. Prześwitują ci już przez ciasto.
                                                • myq1 Re: Prezencik 07.06.18, 13:43
                                                  Dzięki Ci, Berrin. Wspaniale Cię znowu czytać! smile
                                                • asia.sthm Re: Prezencik 07.06.18, 14:17
                                                  Bozesztymoj!!!
                                                  Alez pierogi beda cudne. Dawno nikt tak smakowicie by tej roboty nie przedstawil.
                                                  Luśka od naszego Aprilka mi sie przypomniala, tam tez tak zateskinilam do pierogow ze bym zabila za polmisek takich parujacych ze skwarkami.
                                                  Nostalgia znaczy jak zaatakuje to nie ma umiaru big_grin

                                                  Dzieki Berrinku za cudny prezencik.
                                                  • myq1 Re: Prezencik 07.06.18, 22:52
                                                    Ale fajną niespodziankę będą miały jutro dziewczyny, nie rozumiem, dlaczego tylko Asia i ja zareagowałyśmy na reaktywację prezencika. smile
                                                • zaisa Re: Prezencik 08.06.18, 01:27
                                                  O, dzięki. Wdzięcznam bez granic i usiłuję nie być wredotą i nie zapytać, co tak ........
                                                  Ale teraz już na pewno idę spać.
                                                  • franula Re: Prezencik 08.06.18, 05:40
                                                    bo niektórzy czytają rano a nie wieczorem

                                                    Berrrin miałaś zmierzać do końca tymczasem wszystko się pięknie rozkręcasmile
                                                  • berrin Re: Prezencik 08.06.18, 06:54
                                                    Na "co tak..." odrzec moge jedynie, że strasznie trudno wrócic do nastroju sprzed. I żeby to sie trzymało razem. Więc tak zaczęłam troche obok, bo scena walki z ciastem chodziła za mną od jakiegoś czasu.
                                                    Mam tak w punktach wypisane, co jeszcze MUSI sie wydarzyć oraz co jeszcze pamiętam idiotycznego z HOWu, i fajnie byłoby Wam o tym opowiedzieć. Poza tym Gat lubi pierogi smile
                                                    c.d. powstaje. Niekiedy nawet na temat smile
                                                  • eulalija Re: Prezencik 08.06.18, 09:40
                                                    Ja się i tak cieszę, nawet, że trochę obok.
                                                    Wczoraj łyknęłam z przyjemnością ale już nie komentowałam.
                                                    Czy Gat coś zjadła?
                                                  • gat45 Re: Prezencik 08.06.18, 14:09
                                                    Oooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo !!!!!
                                                    A ja dziś będę miała PIEROGI !!!! Właśnie się robią, rękami jednego Anioła, który do mnie przyjechał.
                                                    Poważnie podeszłam do sprawy. Skleiłam wszystkie dotychczasowe odcinki w wordzie. Przekonwertowałam na pdf-a. Pdf-a wysłałam do kindla i już mi wrócił na czytnik. Bo mój własny Calibre się zbiesił i nie konwertuje w kierunku mobi. To znaczy niby konwertuje, ale moje niegdyś otrzymane staranne wychowanie nie pozwala mi określić tego, co z takiej konwersji wychodzi sad
                                                    Będę czytać od początku. Wy macie pojęcie, ile pierogów da się zjeść przy takiej całościowej lekturze? Dzięki, Berrin !
                                                  • se_nka0 Re: Prezencik 08.06.18, 15:40
                                                    Czytam oczywiście i szczęśliwam. Dzięki Berrin.

                                                    Najbardziej zaś z tego, że Gat będzie jadł wink
                                                    Jak się pierogi ładnie zeszły - Berrin jasnowidz (ka) smile

                                                    Nie poganiamy, bo wena nie słucha rozkazów wink big_grin
                                                  • balamuk Re: Prezencik 08.06.18, 21:31
                                                    Lubię pierogi. Lubię trochę obok. Wszystko lubię. big_grin
                                                    Dzięki, Berrin, dokleiłam sobie oczywiście i jutro (mam nadzieję, że uda mi się dzień wolny) też przeczytammm, przeczytammm, przeczytammm, mniam mniam, OD POCZĄTKU!
                                                  • minerwamcg Re: Prezencik 08.06.18, 23:01
                                                    Mniam! Pierogi malyna!
                                                  • myq1 Re: Prezencik 08.06.18, 23:16
                                                    A jaki farsz do tych pierogów? Bo Milka tłukła kartofle z pieprzem, czego do nich się dodawało? Pytam, bo na bazie kartofli znam tylko ruskie, a chętnie bym poznała inne smaki.
                                                    Z ciastem na chleb również się czasami boksuję. smile
                                                  • gat45 Re: Prezencik 09.06.18, 10:36
                                                    Ruskie to były (są !!!!). Ze śmietaną. Klasyka nadbużańska. Co do pierogów, to jestem zdeklarowaną tradycjonalistką i nie lubię udziwnień. Pewnie dlatego, że dla mnie to wciąż danie odświętne, bo nie umiem robić ciasta na pierogi. Żadnego ciasta zresztą nie umiem sad Co na podstawie mąki, to mój wróg.
                                                    Pożarłam ich wczoraj 9 w dwóch posiedzeniach (5 + 4), ale "Suchego doku" do końca nie doczytałam. Mam jeszcze trochę na dzisiejszą porcję (z mięsem).
                                                  • berrin Re: Prezencik 09.06.18, 12:58
                                                    Ser, zimniaki (ich więcej), cebulka. W wersji "raz się żyje" także słonina stopiona na skwareczki. Pieprz, duuuuuużo. Czasami babcia dowalała ziół, z działki świeżego marianka, lubczyk, pasternakową nać. Sól.
                                                    A jeszcze były: kapusta kiszona i grzyby, kapusta slodka i cebula, mięso (resztki pozupne zazwyczaj), soczewica, kasza gryczana z bialym serem...
                                                    Ojoj, idę coś zjeść.
                                                  • minerwamcg Re: Prezencik 11.06.18, 00:40
                                                    Czyli do literatury weszli ruskie. Dobra rzecz.
                                                  • koszmarna.baba Re: Prezencik 23.06.18, 14:12
                                                    >Pytam, bo na bazie kartofli znam tylko ruskie, a chętnie bym poznała inne smaki.

                                                    Na bazie kartofli to ja jeszcze bardziej od ruskich lubiejem z kiełbasą i oczywiście duużą ilością cebulki podsmażanej na masełku. Z innych smaków to kasza gryczana z mięsem i cebulką. wink

                                                    A w ogóle to dzień dobry wszystkim.
                                                • anchan Re: Prezencik 12.06.18, 12:45
                                                  Nie wiem jakim cudem dopiero teraz trafiłam na prezencik. Przeczytałam całość ciurkiem i proszę o jeszcze. Scena wodowania Kowalika godna sceny osadzania masztu na Radosnej Przygodzie w Zwariowanej łódce Mowata (gorąco polecam jeśli ktoś przypadkiem nie zna).
                                                  • dorka_31 Re: Prezencik 20.06.18, 15:21
                                                    Coś drgnęło! Jak cudnie smile Dokleiłam do już posiadanego tekstu i czekam na dalsze odcinki smile
                                                • minerwamcg Re: Prezencik 22.06.18, 12:29
                                                  Berrin, robię dzisiaj pierogi!!! Twoje dzieło będzie mi przyświecać jako ta Gwiazda Polarna żeglarzom, bo inne porównanie nie pasuje smile
                                                  • berrin Re: Prezencik 10.09.18, 14:53
                                                    C.d., choc wiem że to tyle co nic. Króliczku prokrastynacji, won, won!!!

                                                    Następne dwie godziny wypełniły bez reszty pierogi i babcia, przy której stanowczo nie zamierzałyśmy poruszać tematu zwłok na HOWie, a to sprawiało, ze w ogóle tematu wiosennych remontów także wolałyśmy nie tykać. Wprawdzie babcia nigdy nie uważała, ze jakiekolwiek zajęcie jest niestosowne dla kobiety, ale żagle, coś, czego sama nigdy nie spróbowała, w jej umyśle łączyły się – poniekąd zdecydowanie słusznie – z wodą, a woda, wiadomo, żywioł niebezpieczny. W przekonaniu tym utwierdzały babcię nasze kolejne wpadki i wypadki – moje połamane żebra, kiedy wpadłam między pomost i dobijającego burtą do brzegu Białego Słonia, Milki wybity bark, kiedy zleciała na nią z podpór źle ustawiona do malowania szalupa, moje zapalenie oskrzeli a potem płuc po czarownym listopadowym holu w górę Wisły w osiem łódek, dwa zdychające silniki i sześć osób, Milki rozdarta aż do ścięgien dłoń, kiedy ratowała tonący silnik i złapała za pęknięta pokrywę… że wszystkie te okoliczności, wprost wynikając ze sposobów uprawiania żeglarstwa, harcerstwa, improwizorki przepisów BHP, nie miały zarazem nic wspólnego z próbami utonięcia, babcia ignorowała.
                                                    Inna sprawa, że nie chcąc by do groźby utonięcia dołączyło się ryzyko śmierci głodowej, rzetelnie i na ochotnika sporządzała dla nas na każdy kolejny rejs zapasteryzowane zapasy wszystkiego najlepszego, zamknięte w litrowych słojach. To jej zawdzięczały załogi Nike, Alfa i Solarisa bliskie spotkania z pieczoną gęsią w zalewie, golonką z groszkiem, kiełbasą w słoiku, bigosem zawierającym więcej mięsa i grzybów niż kapusty, kurą duszoną z białą fasolą i innymi specjałami, nie mówiąc już o wojskowym chlebie, który miał w składzie kaszę, śliwki i ziemniaki i pozostawał jadalny przez cztery tygodnie bujania go w worku na północnym Bałtyku. To z jej polecenia dziadek zbudował wędzarnię, żebyśmy mogły sporządzać rejsowe wędliny, wywędzone na kamień i rzemień i przez to nie psujące się nawet w warunkach, w których zapleśnieć potrafiła wódka i zawartość apteczki. Babci zatem należały się względy. Okazałyśmy je, bez oporu znosząc produkcję pięciuset pierogów i pożyczając jej do stosownego stroju na pogrzeb ulubioną, wyplecioną z klockowej koronki czarną chustę Milki. Potem rodzina się oddaliła na Ochotę, mama upewniła się, że policja wypuściła mnie na dłużej, niż tylko po szczoteczkę do zębów i ciepłe majtki i poszła spać, a siostra i ja ledwo żywe zapadłyśmy w fotelach.
                                                    - Chyba trzeba będzie pójść na pogrzeb. – zauważyła Milka ponuro.
                                                    - Nie mam ochoty na ten Głowaczów, tam jest siedem kilometrów do przelecenia pieszo przez las, a na dodatek połowa rodziny się nawali… - mruknęłam w odpowiedzi, bo myśli moje krążyły nadal nad pierogami i stypą. Przyśni mi się…
                                                    - Co do siedmiu kilometrów pieszo, to zgoda, ale raczej na Wólce. Siostra, ja o Jacku mówię.
                                                    - O szlag… sorry, pierogi mi na mózg padły… no chyba trzeba będzie… ale daj spokój, na razie to on odjechał na Oczki, rodzinie oddadzą go najwcześniej na początku następnego tygodnia.
                                                    - Będzie wielka zrzuta na wieniec, a połowa ludzi nie da… - proroczo i wciąż dogłębnie ponuro mamrotała Milka. – A na stypę to chyba podciągniemy policje rzeczną, bo inaczej ta druga połowa się potopi…
                                                    - Twoją osiemnastkę jakoś przeżyli…
                                                    Milka łypnęła na mnie ponuro, temat jej osiemnastki, mimo że upłynęło od niej niemal pół roku, nadal był nieco drażliwy. Faktycznie, policja wodna nie interweniowała wówczas jedynie dlatego, że na początku grudnia po Zegrzu niewiele jej już pływa.
                                                    - Zaczekaj. – powiedziała wreszcie powoli. – Jestem pewna, że powiedziałaś mi dzisiaj o tym wszystkim cos, co było niezwykłe… nawet na tle wszystkiego. Co to było?
                                                    - Że na HOWie zakopali skarb?
                                                  • myq1 Re: Prezencik 10.09.18, 20:16
                                                    Dzięki, Berrin. Z przyjemnością przeczytałam. Smaku mi narobiłaś, na jeszcze. Prokrastynację w dupsk kopnij i pisz.smile
                                                  • zaisa Re: Prezencik 10.09.18, 23:55
                                                    O, Berrin! Tyle mnie tu nie było a jak czujnie trafiło mi się zajrzeć. smile
                                                    Zaintrygowałaś mnie pewnymi wątkami:
                                                    1) W jakich to warunkach pleśnieje wódka?
                                                    2) Chwała i cześć Babci. Chylę głowę z szacunkiem i zazdrością.
                                                    3) Trochę się Babci nie dziwię, że uznała żeglarstwo za sport niebezpieczny smile Chociaż mój pierwszy mazurski rejs miał w sobie złamany maszt, ale nikt tym masztem po głowie nie dostał. Z tym "Białym Słoniem" to wyszło przypadkiem czy usiłowałaś chronić burtę lub inny kawałek kadłuba? Hol robi wrażenie.
                                                    Dziękuję i pozdrawiam,
                                                    Zaisa
                                                  • balamuk Re: Prezencik 11.09.18, 17:24
                                                    Yea! big_grin
                                                    Doklejam, a co!
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 11.09.18, 17:36
                                                    > 1) W jakich to warunkach pleśnieje wódka?

                                                    Moze w takich co to woda sie przypala. Chetnie sie dowiem jak bylo naprawde big_grin

                                                    Piekny prezencik kiedy forum sie otwiera, a prezencik na gorze, mniam mniam taki widok
                                                  • minerwamcg Re: Prezencik 11.09.18, 22:48
                                                    Znam warunki, w których pleśnieje wódka. I słowo daję, przypaloną wodę przyjąłby wówczas człek z zachwytem, bo oznaczałoby to jakiś kwant ciepła, a może i - o, marzenie! - suchości.
                                                    Jest to czas, kiedy woda jest wszędzie, mokre jest wszystko, a nie dość że mokre, to jeszcze cholerycznie zimne. Trzecią dobę trwa sztorm, coś istotnego (wpisać nazwę) się zepsuło lub właśnie psuje, a przed tym sztormem to w ogóle już było parę dni deszczu. Miejsce akcji najlepiej Bałtyk albo Północnik. O okolicznościach związanych z kiwaniem jednostką pływającą nie wspomnę, bo może ktoś lubi późne kolacje i niedawno jadł.
                                                    Wtedy wódka pleśnieje. Wraz ze wszystkim innym.
                                                  • berrin Re: Prezencik 12.09.18, 07:52
                                                    Ależ w rzeczy samej. Takie zaś warunki na Bałtyku czy Północnym rzadkimi nie są. I nie ma wtedy mowy o przypalonej wodzie, bo czajnik razem z kuchenką, w wyniku przechyłu i fali, próbują się przykleić do sufitu, co podgrzewaniu nie sprzyja. Jedyny sposób, żeby wtedy coś utrzymać w cieple, to wetknąć to sobie za dekolt, względnie w majtki.

                                                    Gdzieś w odmętach archiwum naszej drużyny z pewnością tkwi (wszak nikt stamtąd niczego nigdy nie wyrzucił) wiekopomna fotografia butelki trunku - chyba Absoluta, w każdym razie był to płyn o wysokiej zawartości etanolu - tak pozieleniało-poczerniałej, jakby postanowiła zostać tygodniowymi zwłokami. Prawdą jest, że pleśń obejmowała raczej zewnętrze, czyli koreczek (banderolkę) i etykietę, ale wrażenie robiło. Choć nie przeszkodziło załodze (po szczęśliwym ocaleniu) jak najbardziej spożyć zawartość.
                                                    A apteczka zapleśniała nam dwukrotnie mimo teoretycznie przeciwwilgociowego opakowania i potem już jeździła w towarzystwie czule zbieranych silikonowych kuleczek pochłaniających wilgoć.

                                                    Kiedyś, dokładnie w takich warunkach, siedząc na zalewanej falą rufie i walcząc z zacinającą się mimo ciągłego czyszczenia pompą zęzową zapytałam kolegę -towarzysza od wajchy, ile musieliby mu zapłacić, żeby to robił zawodowo. Matys bez namysłu odrzekł, że takie pieniądze nie istnieją i że nikt nigdy by tego nie robił, jakby nie trzeba było za to dopłacać.
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 12.09.18, 10:24
                                                    > Matys bez namysłu odrzekł, że takie pieniądze nie istnieją i że nikt nigdy by tego nie robił, jakby nie trzeba było za > to dopłacać.

                                                    Tak samo mowia ci co to lubia po szczytach gor sie wloczyc i ci co bieguny sankami przejezdzaja.
                                                    Jeden wloczykij Norweg wyrwal sobie wlasne zęby zeby go nie bolaly podczas wielomiesiecznych wedrowek na polnocnych bezdrozach bo wtedy czekalaby go smierc glodowa - sztuczna szczeke ma jak prawdziwa, widzialam w TV big_grin
                                                  • myq1 Re: Prezencik 12.09.18, 14:50
                                                    Uwielbiam podróże i przygody, nawet te bardzo
                                                    niebezpieczne. Siedząc wygodnie i czytając. smile
                                                  • balamuk Re: Prezencik 12.09.18, 17:20
                                                    To masz komfort psychiczny. wink
                                                  • myq1 Re: Prezencik 12.09.18, 18:07
                                                    I o to chodzi. smile
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 12.09.18, 18:52
                                                    Jakos odwrotnie mi sie nasunela ta przypalona woda. O wedrowce przez pustynie pomyslalam.
                                                    Faktycznie w mokrej zimnicy to czlowiek marzy o przypalonej wodzie. Odwoluje wiec, bo tylko sobie namącilam w glowie. Teraz widze tropikalna dzungle i manierke zaplesnialej whisky...a tu malaria grasuje....trzezwe komary i muchy tse tse. Sen mara.
                                                  • myq1 Re: Prezencik 12.09.18, 19:19
                                                    A ja kiedyś czytałam książkę o Kanadyjczyku, który żył wśród Czukczów i oni, przed wyprawą na polowanie, wkładali sobie butelki z wodą do picia pod ubranie. Mogli na mrozie pić ciepłą, podgrzaną do prawie 37° wodę.
                                                  • se_nka0 Re: Prezencik 12.09.18, 20:05
                                                    ,,trzezwe komary...,, - po manierce (nawet zapleśniałej) whisky, to całkiem trzeżwe nie były wink big_grin
                                                  • balamuk Re: Prezencik 12.09.18, 23:43
                                                    Próbuję sobie wyobrazić nawaloną whisky muchę tse-tse. wink
                                                    Ten Norweg... Rozumiem pasję, sama miewałam. Ale to już fanatyzm, też miałam styczność i jakoś mi się nie podoba. Z drugiej strony - jeśli gość samotny i tylko na tym mu zależy, to może niech sobie te zęby wyrywa?
                                                    Chyba lepiej prześpię się parę godzin...
                                                  • berrin Re: Prezencik 13.09.18, 07:39
                                                    Jedyne, co pozwoliłam sobie odjąć w ramach ułatwienia w realizacji pasji, to warkocz. W zasadzie nawet dwa, ale po kolei, nie symultanicznie. Pierwszy dlatego, że leżąc na wznak przy malowaniu komór wypornościowych łodzi niestarannie wepchłam go byłam pod chustke i wypadł spod niej do zęzy, w której jeszcze nie wyschła farba, a zanim sie pokapowałam, to ta farba wyschła na nim. A parę lat później drugi, bo nie wysechł przez cztery dni sztormowego bujania na Bałtyku i uznałam, ze jednak prędzej zapleśnieje, niz wyschnie.

                                                    Taki nawalony komar... i mucha tse-tse... smile
                                                  • minerwamcg Re: Prezencik 13.09.18, 23:17
                                                    Własna osoba jako źródło ciepła dla płynu to patent przezacny wprost, przerobiłam karmiąc Chomika butelką, genialne. A nadprogramowo dostarczył mi niebywałej rozkoszy w... Bibliotece Jagiellońskiej. Chcecie? To posłuchajcie, tylko lojalnie uprzedzam, że będzie o łamaniu regulaminu. Ale już się przedawniło, nic mi nie zrobią smile
                                                    Był czas, kiedy jako zasmarkany pracownik naukowy Zakładu Teatru IFP robiłam kwerendy. Siedziało się wówczas w czytelni Jagiellonki od świtu do nocy i wertowało roczniki czasopism. Miłe zajęcie, bo wyszukiwało się teatralia, ale rzyć bolała... I pić się chciało, bo najmniejszy łyczek wody oznaczał konieczność wyjścia z sali, odmeldowania się bibliotekarzowi, pójścia do bufetu etc. - no kwadrans w plecy jak nic. Toteż kto żył, to przemycał na salę srogo zakazane butelki z piciem i pociągał cichcem. Będąc w takiej potrzebie, skitrałam jakiś Tymbark czy Tarczyn za pasek od portek - łomatko, jakież to było zimne! Siedziałam nad robotą i czułam, jak mi skóra na boku zamarza. Byłam gotowa to wyjąć w cholerę, ale bibliotekarz paskuda patrzył... Zresztą potem się trochę ogrzało. Chcę pociągnąć, a ten się dalej gapi, przypominam, że miałam wtedy ćwierć wieku mniej i gapienie nie było takie znowu bez sensu. I tak się przebawiliśmy w ciuciubabkę jakiś czas, pić mi się odechciało, zajęłam się robotą. W końcu przerwa na wietrzenie, wywalają z sali, sięgam po moją butelczynę... O niebiosa! To nie był Tymbark, to był napój bogów. Perfekcyjnie w tempetaturze ciała, wchodził jakby prosto w krew, wszystkie te owocowe smaki jakby się rozwinęły... No, rewelacja. W życiu nie piłam czegoś tak dobrego. A wszystko przez łamanie regulaminu.
                                                  • jottka Re: Prezencik 18.09.18, 00:36
                                                    chwilkę, ty chyba nie w lektorium siedziałaś?? tam wszyscy mają/ mieli coś nielegalnego do żarcia czy picia, chyba by trzeba siedzieć w pierwszym rzędzie, żeby w oko wpaść cerberowi... pun intendedsmile
                                                  • minerwamcg Re: Prezencik 18.09.18, 01:17
                                                    W Czytelni Głównej, jak najbardziej, ale korzystałam z czasopism - miejsca do tego były, skądinąd rozumnie, na samym przodzie. A bibliotekarze w czytelni mało co mając do roboty gapili się...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka