Dodaj do ulubionych

Reaktywacja - "Przypadki Rogatka"

02.09.05, 11:45
Zamieszczam poniżej w rozdziałach ostateczną wersję "Rogatka". Proszę o uwagi
i komentarze, zamieszczane pod stosownym rozdziałem - tak będzie łatwiej, bo
będę wiedziała, którego rozdziału wpis dotyczy. Natomiast jeśli wpis ma
dotyczyć Rogatka jako całości, to proszę skorzystać z odpowiedzi na tytułowy
wpis wątkowy.

Stylistyka mi trochę "kuleje" i z Waszą pomocą mogłabym ją poprawić, by
Rogatek wyglądał porządnie, a nie jak "kot niecnota, co spadł z płota".
Pozdrawiam i mam nadzieję, miłej lektury. smile
Sokoliczka
Obserwuj wątek
    • white.falcon Zapowiedź historii, czyli wstępne słówko 02.09.05, 11:48
      Coś nie wynika z niczego – zawsze ma swoją przyczynę, a skutki – cóż – skutki
      są rzeczą nieprzewidywalną. Gdyby je można było przewidzieć to
      w obawie przed nimi wielu rzeczy człowiek nie zrobiłby i może przez to
      bylibyśmy ubożsi o pewne doświadczenia życiowe. Inną kwestią pozostaje
      odpowiedź na pytanie, czy te doświadczenia są do czegoś nam potrzebne. Ale do
      rzeczy.

      To, co stało się udziałem kilku zaprzyjaźnionych osób - Mateusza, Anki, Wańdzi
      i autorki niniejszych słów, pracujących w pewnym biurze poważnej instytucji,
      mogło przydarzyć się każdemu lub równie dobrze nie przydarzyć się wcale.

      Praprzyczyna historii jest prozaiczna. Mateusz posiada kotkę, którą znalazłam
      pewnego ponurego dnia jesieni, gdy wydawać się może, że to, co dobre – dawno
      się skończyło, a do wiosny jest dalej, niż do bieguna Północnego i z powrotem.
      Zbiegając po schodach, zaspana, lekko rozczochrana usłyszałam cichutkie niby
      mysie popiskiwanie pod swoją skrzynką pocztową i wiedziona ciekawością
      zajrzałam do niedbale porzuconego pudełka po butach. Małe czarno-białe
      stworzonko kwiliło w nim żałośnie, nieudolnie podnosząc ślepą jeszcze łepetynę
      i siąkając różowym noskiem. Czułabym się jak potwór w ludzkiej skórze, gdybym
      zamknęła pudełko i pozostawiła maleństwo w zimnym i wrogim miejscu, więc nie
      pozostawało mi nic innego, jak zgarnąć pudło pod pachę, po drodze odwiedzić
      zaspany sklepik osiedlowy, nabywając mleko i udać się do pełnienia poważnych
      obowiązków służbowych w towarzystwie niepoważnego pudełka i jego żywej
      zawartości. Niezbyt stosowne wyposażenie, ale co miałam niby zrobić?

      Jadąc w zamarzniętym autobusie, malowniczo ozdobionym porannymi przymrozkami w
      esy-floresy z kwilącym pudełkiem w objęciach postanowiłam, że kotek, który w
      dość nieoczekiwany sposób wtargnął w moje życie zostanie mieszkać u mnie, ale
      Mateusz, gdy tylko ujrzał maleństwo – zapłakane, zakichane i smutne - tak się
      uparł, że byłam zmuszona podarować mu Znajdkę, która po upływie stosownego
      czasu wyrosła na przeuroczą koteczkę – prawdziwą kocią damę, która nie gorzej
      niż Kochana Kobieta jakiemuś Zakochanemu Panu – „zawróciła” w głowie
      Mateuszowi. Mateusz nie upilnował swojej podopiecznej i w odpowiednim czasie
      Znajdunia (w skrócie zwana przez nas Dunią) udała się na „rekonesans”, co
      zaowocowało tym, że Mateusz „awansował” do posiadania koteczki w stanie
      błogosławionym. Właściwie nic ciekawego niby nie zdarzyło się – tysiące
      szczęśliwych właścicieli kotek w pewnym momencie stwierdza podobną rzecz i
      żadna z nas w związku z takim komunikatem Mateusza nie miała żadnych dziwnych
      przeczuć. Solidaryzując się z kłopotem kolegi, zaczęłyśmy po cichu podpytywać
      znajomych, czy nie marzą o posiadaniu uroczego malutkiego kotka. Oczywista chęć
      niesienia pomocy koledze zemściła się jednak na nas i to w sposób
      niespodziewany, mocno mącąc nam w życiu i skutecznie wytrącając z szarej
      codzienności.
    • white.falcon Rogatek pojawia się 02.09.05, 11:55
      Obudziła mnie w nocy dzwoniąca natarczywie komórka, nieodparcie nasuwająca
      skojarzenie z buczeniem trąb, burzących mury Jerycha. Specjalnie zainstalowałam
      sobie taką melodyjkę, by natychmiast obudzić się, co mi zawsze, a już
      szczególnie w okresie jesienno-zimowym przychodziło z trudem. Już dawno doszłam
      do wniosku, że wstawanie wcześnie rano zostało wymyślone przez kogoś
      cierpiącego na bezsenność, ale dotąd nie wiem, dlaczego i za co mnie ukarano ta
      atrakcją w ciągu pięciu dni w tygodniu. Wygrzebałam się ze snu, w którym
      krążyłam po tajemniczym mieście z uczuciem nieokreślonego niepokoju. Gdybym nie
      była tak śpiąca, to zapewne ucieszyłabym się, że koszmar z rodzaju tych, które
      jak przez mgłę pamięta się przez cały dzień, został zduszony w zarodku, a po
      zerknięciu na budzik ucieszyłabym się podwójnie, że jeszcze nie muszę wstawać i
      to tylko fałszywy alarm. Wymacałam terkoczący aparat na stoliku, zrzucając
      przez nieuwagę budzik, więc podwójnie ucieszyć się nie miałam póki co szans.

      - Tak, - chrumknęłam półsennie, nie otwierając oczu, gdyż słusznie
      wywnioskowałam, że nie ma sensu gapić się w ciemność.

      - Są, są, aż cztery, - usłyszałam zachwycony wrzask Mateusza, - Są. Urodziły
      się w starej szafie. Dunia je teraz myje.

      Odsunęłam telefon od ucha, otrząsnęłam się z niegodnych uwagi resztek snu i
      nadal nie otwierając oczu odezwałam się bardziej zdecydowanym głosem: - Mateo,
      rozumiem. Są cztery kociątka, ale może mi wytłumacz, dlaczego urodziły się w
      szafie?

      - Bo tak Dunia wybrała, - z powagą wytłumaczył Mateusz, na chwilę porzucając
      ekscytujące go emocje, - Na moich koszulach urodziły się, - wytłumaczył
      rzeczowo.

      - To nie położyłeś jej kocyka? - zdziwiłam się, gdyż po przestudiowaniu mądrych
      poradników, traktujących o chowie kotów właśnie Mateusz doszedł do wniosku, że
      najbardziej przytulnym i najmniej stresującym miejscem dla Duni będzie duży
      wiklinowy kosz z wścielonym kawałkiem starego kocyka w kratkę.

      - Nie. Dunia nie pozwoliła. Zresztą nie miałem czasu. Da się je jakoś uprać?
      Mam na myśli koszule, - zapytał się Mateo z nutką zaniepokojenia w głosie.

      - Raczej wyrzucić, - rozmowa zaczynała mnie lekko śmieszyć, gdyż posiadana
      wyobraźnia przedstawiła mi humorystyczny obrazek i nawet w półsennej jawie jego
      niecodzienność mnie rozbawiła.

      - To co ja na siebie włożę? - z rozpaczą spytał Mateusz, widocznie
      uświadamiając sobie skutki nieprzemyślanego czynu.

      - Miałeś tam wszystkie koszule? – zapytałam z ciekawością, wyobrażając sobie
      równocześnie Mateusza, chodzącego w pracy w dresie.

      - Tak. Nie - jedna wisi na garniturze, – uprasowałem wczoraj, - ze sporą dawką
      ulgi w głosie odezwał się Mateo.

      - Wariat, - stwierdziłam posępnie.

      - Ale Dunia tak chciała, - wyjęczał żałośnie, - Nie mogłem jej tego zabronić.
      - Ale mogłeś zamknąć szafę. Chyba jeszcze sprzęty w domu u Ciebie nie gadają i
      nie opowiadają się po stronie kota.

      - No nie, - stropił się Mateusz, - Ale Dunia była szybsza i miała siłę
      perswazji.

      - Wiesz, pogadamy w pracy, - stwierdziłam, zastanawiając się, jak może wyglądać
      perswazja w wydaniu kocim i na czym ma polegać. Moja wyobraźnia postanowiła
      jednak skutecznie zaprotestować o tak wczesnej godzinie
      i odmówiła wykonania zadania porównania szybkości reakcji ciężarnej kotki i
      nieciężarnego Mateusza. Nijak mi nie wychodziło, by Mateusz był wolniejszy od
      Dni, która właśnie zaczynała rodzić i okazała się od Mateusza szybsza
      w pokonywaniu odległości do otwartych drzwi szafy.

      - Ale jak ja zostawię Dunię, - zajęczał Mateusz.

      - Masz być w pracy. Nic jej nie będzie, - zakończyłam obłędną rozmowę,
      naciągnęłam kołdrę na nos i nie reagowałam na dzwonienie komórki, gdyż słusznie
      domyślałam się, że nadal dzwoni Mateo, odczuwając niedosyt konwersacyjny. Nie
      miałam najmniejszej chęci uprawiania rozmów towarzyskich w środku nocy,
      słusznie wnioskując, że temat może spokojnie poczekać do rana.

      Nocne rozmowy o Duni na tyle wybiły mnie ze snu, że po dobrej chwili
      przewracania się z boku na bok i wściekania się po kolei: na siebie, Mateusza,
      Dunię, tego idiotę, który zarządził rozpoczęcie pracy instytucji państwowych
      w dzikich godzinach porannych, jednak wstałam, zaparzyłam sobie kawę
      i postanowiłam więcej nie kłaść się spać. Może właśnie to niewyspanie sprawiło,
      że przez cały dzień czułam się jak małe senne zamulone bajorko, do którego
      powoli i niechętnie docierają sygnały ze świata zewnętrznego, żyjącego bardziej
      intensywnym życiem. Chyba dlatego mój czas w nowym dniu znacznie różnił się od
      czasu, w którym funkcjonowała reszta otoczenia.

      Rano Mateusz potężnie spóźniał się. Siedziałyśmy z Anką przy porannej kawie i
      smętnie wpatrywałyśmy się w drzwi. Ja próbowałam udawać sama przed sobą, że
      wcale, a wcale nie marzę o małej poduszeczce i ciepłym kocyku i wszelakimi
      siłami powstrzymywałam ziewanie, zaś koleżanka ratowała się napojem
      energetyzującym, dochodząc do wniosku, że na nią w żaden zbawczy sposób ten
      wynalazek nie działa. Mateusz bowiem też i ją uszczęśliwił nocnym telefonem
      oraz radosną wiadomością o zapapranych koszulach. Nareszcie, pół godziny
      spóźniony, wleciał Mateusz, potykając się o próg, własne nogi i pudło z
      papierami, przeznaczonymi do zniszczenia. Pierwsze kroki skierował w stronę
      czajnika i, po zrobieniu herbaty, wbił się zębami w suchą bułkę od
      niepamiętnych czasów zalegającą parapet. Jakoś tak się złożyło, że ciągle
      zapominałyśmy ją pokruszyć gołębiom.

      - Mógłbyś coś powiedzieć, - powiedziała Anka z lekka naganą w głosie, - Choćby
      dzień dobry.

      - Mają …ogi, - wyciamciał Mateusz z wysiłkiem połykając potężny kęs bułki i
      zasypując malowniczo większymi i mniejszymi okruszkami pół biurka.
      Popatrzyłam na Ankę ze zgrozą, Anka popatrzyła na mnie, widocznie
      odwzajemniając moje uczucia. Stwierdziłam, że chyba przeżywamy podobny zamęt
      umysłowy, którego niewyspanie nie mogło w żaden sposób usprawiedliwić. Jakieś
      rzeczy niezbyt zgodne z prawami natury wkradały się w nasze życie i domagały
      się natychmiastowego wyjaśnienia, jeżeli nie jakiejś rozsądnej interwencji.

      - Wszystkie koty maja nogi, - powiedziałam umiarkowanie łagodnie, by nie
      drażnić "szczęśliwego Ojca", - Ściślej rzecz biorąc - łapki.

      - Jeden ma …ogi, - wyszemrał Mateusz.

      - Inne nie? – z rosnącą zgrozą w głosie spytała się Ania.

      - Inne nie. Jeden ma rogi, - powiedział Mateusz bardziej przytomnie, bo bułkę
      w końcu przełknął i, o dziwo, nie udławił się nią. Zapewne wzbudziłoby to nasze
      zainteresowanie, ale rzecz ważniejsza przyćmiła wszystko.
      Wyjaśnianiu tajemniczej sprawy przeszkodziło pukanie. Otworzyły się drzwi i
      stanął w nich nasz naczelnik, jak zwykle – zadowolony, pełen zawodowej
      życzliwości i wyraźnie sygnalizowanego otoczeniu profesjonalizmu - przywitał
      się, ubolewając nad wstrętną pogodą, powodującej powstawanie korków na mieście
      i autorytatywnie stwierdził: „Panie Mateuszu, jedziemy na naradę do Centrali.
      Zabieram Pana ze sobą, gdyż to Pan jest najlepiej zorientowany w ofertach
      pilotażowych. W końcu musimy zdecydować się na wybór. Będę oczekiwał twórczych
      wniosków Pana. Mam nadzieję, że jest Pan przygotowany?” Mateusz skwapliwie
      potwierdził, chwycił teczkę i już go nie było.

      - Biedny Mateusz, - westchnęła Ania, - Sądzisz, że jest przygotowany na
      przedstawianie twórczych wniosków?

      - Wątpisz, że nie da rady? – popatrzyłam na nią karcąco, - On potrafi w jakiś
      dziwny sposób przełączać się na inny temat, zapominając o drobnych szczegółach,
      takich, jak na przykład koszule. Pozostałe problemy będzie mu funkcjonować
      gdzieś na obrzeżach umysłu i niczego nie zawali.

      W ten oto nieco skomplikowany sposób dowiedziałyśmy się o pojawieniu się na tym
      świecie Rogatka. Nie wiedziałyśmy jeszcze, że Rogatek z uporem godnym maniaka
      będzie nas uszczęśliwiał różnymi swoimi przy
      • white.falcon Rogatek pojawia się - c.d.n. 02.09.05, 12:57
        Nie wiedziałyśmy jeszcze, że Rogatek z uporem godnym maniaka będzie nas
        uszczęśliwiał różnymi swoimi przypadłościami życiowymi, w których zmuszone
        będziemy brać udział. Mało tego – życiowa intuicja nie raczyła nam czegoś
        podpowiedzieć na ten temat. Ot – urodził się dziwny kotek i tyle. I AŻ TYLE.

        Wszystko na tym świecie przemija lub zmienia kształt, więc nie było paradoksem,
        że poranne zaskoczenie także nam minęło. Mateusz zaś znikł. Komórki nie
        odbierał przez cały dzień, co było jeszcze zrozumiałe, gdyż uczestniczył w
        poważnej naradzie. Natomiast to, iż nie odbierał jej w domu popołudniu
        zinterpretowałyśmy jako informację, iż nie chce zakłócać Wielkiego Spokoju
        Duni. „Na umysł mu padło, – posumowała z przekąsem Ania wieczorem, - Nie
        spodziewałam się tego po nim.”

        Dwa następne dni przeżyłyśmy, funkcjonując tak, jak należy w trybie codziennych
        szarych obowiązków, drobnych radości i malutkich smutków, snując czas od czasu
        dla rozrywki domysły na temat możliwości występowania rogów u zwykłego skądinąd
        kota. Żadne sensowne wytłumaczenia nie przychodziły nam do głów i tajemnica
        rogów powoli zaczynała nas absorbować coraz mocniej. Zapewne gdyby taka
        sytuacja trwała kilka następnych dni to zaczęłaby nas denerwować.

        Mateusz pojawił się trzeciego dnia – zmęczony, ale zadowolony z dużą teczką
        podpisanych dokumentów, segregatorami i resztą mało zabawnych rzeczy,
        zapowiadających wytężony wysiłek pracowniczy. Nic nie wskazywało na to, że
        pragnie w jakiś sposób wynagrodzić nam czas oczekiwania na wyjaśnienia, więc
        nie pozostawało nam nic innego, jak użyć metody łagodnej perswazji, zabierając
        mu paczuszkę z drugim śniadaniem. To, że napadłyśmy na niego właściwie od
        przekroczenia przez niego progu i mówiłyśmy równocześnie - miało znaczenie
        drugorzędne. Mateusz najpierw usilnie domagał się oddania mu paczuszki, potem
        widocznie uznał, iż z nami nie wygra, machnął ręką i przystąpił do składania
        jako takiej w miarę spójnej relacji.

        Najpierw Mateusz powiódł po nas zmęczonym wzrokiem, zapewne po to, by - który
        to już raz - uświadomić nam znęcanie się moralne nad jego delikatną duchem
        osobą, a następnie przemówił: - Siły do Was nie mam, więc cicho macie być
        i słuchajcie. Jeden kotek z piątki dzieci Duni ma rogi. Jest najmniejszy ze
        wszystkich. Na pozostałe maluchy dzięki Wam już znalazłem chętnych po ich
        odchowaniu, a tego chyba nikt nie zechce. Małe to i słabe, niewydarzone, ciche –
        takie niezbyt kocie z natury, a przecież każdy chce mieć w domu wesołego
        żwawego kotka. Zresztą mi go szkoda, bo jest chyba niedojdą. Muszę go nawet
        podstawiać pod brzuch Duni podczas karmienia, bo ona chyba mniej na niego
        zwraca uwagi. Jest maleńki i ma takie pieńki na główce pod skórą - takie, jak
        miewają małe baranki, gdy im różki się „wykluwają”. Chyba są to rogi, jak
        myślicie?

        - Koty nie miewają rogów, - oświadczyła Ania z przekonaniem, - Moja Niuńcia nie
        ma i jej dzieci też nie miały. Zanieś go do weterynarza.

        - Jeszcze chyba zbyt wcześnie, - ostudziła jej zapał Wańdzia, - To jeszcze
        bezradne maleństwo u którego niewiadomo, gdzie jest ogon, a gdzie nos. Ty,
        Mateo, lepiej odczekaj. Może on jest genetycznym mutantem...

        Nie zdążyła dokończyć, bo Mateusz „zapienił się”: - On nie może być mutantem!
        To będzie dobry normalny kot. Jeszcze zobaczysz! Przejdzie mu, może to fałdki
        skóry.

        - Zobaczymy, Mateo, - powiedziałam ugodowo, choć żaden, nawet najgłośniejszy
        protest ze strony Mateusza nie mógłby mnie przekonać, że jakieś ozdobniki,
        które dzięki niefrasobliwości Matki Natury wystąpiły u zwykłego kota, są
        zwyczajnymi fałdkami. Wolałam jednak bardziej nie denerwować Mateo niewczesnymi
        podejrzeniami i protestami, - Zrób mu zdjęcie, to zobaczymy...

        Następnego dnia nasza uwaga skupiła się na zdjęciu malutkiego kociątka, które
        leżało sobie na ozdobnej czerwonej poduszeczce z „chwaścikami” i miało bardzo
        niekocięcy wyraz kociej mordki. Rzeczywiście, po dwóch stronach łebka
        symetrycznie występowały małe „kopczyki” - coś, co można było rzeczywiście
        uznać od biedy za osobliwe różki, może dlatego, iż Mateusz wykadrował zdjęcie
        tak, że cień główki na ścianie robił wrażenie właśnie rogate.

        - Ma rogi, czy nie ma? - dopytywał się Mateusz, podtykając każdej z nas zdjęcie.

        - Ma, - stwierdziłyśmy jednoznacznie, - Idź Ty z nim do weterynarza, jak się
        trochę odchowa.

        Minęło kilka kolejnych tygodni, które, gdyby je podsumować, charakteryzowałyby
        się bodajże jednym słowem, które można powtarzać w różny sposób, odpowiednio
        modulując intonację i natężenie głosu, ale znaczenie słowa pozostanie to
        samo; „praca, praca, praca…”. Po pierwszym wybuchu emocji problematyka
        występowania rogów u kota zaczęła obchodzić nas w mniejszym stopniu – miałyśmy
        inne pilne zajęcia i problemy nas nękające.

        Kolejny przełom nastąpił pewnego niczym nie wyróżniającego się dnia, gdy Mateo
        wszedł „na pokoje urzędowe” z miną marsową. Guziki kurtki miał zapięte
        nieodpowiednio, i co mu się zdarza wyjątkowo rzadko - nieogolony. Opadł na
        fotel i nic nie mówiąc zaczął uporczywie wpatrywać się przez okno, udając, że
        podziwia niezbyt atrakcyjny wielkomiejski pejzaż za oknem, a raczej ścianę
        budynku po przeciwnej stronie chodnika – szarą w dziwne sadzowo-kurzowe placki.
        Nastrój Mateusza momentalnie dostrzegłyśmy, gdyż nikt w spokojnym stanie ducha
        nie poświęcałby tak intensywnej uwagi czemuś, co przy dłuższym patrzeniu
        wpędziłoby w depresję każdego zrównoważonego człowieka. Uznałyśmy za stosowne
        podjęcie działań, służących powrotowi Mateusza do świata rzeczywistego.
        Wręczyłyśmy mu herbatę, ciasteczko, usłużnie „w zębach” dostarczyłyśmy
        korespondencję z jego teczki w sekretariacie.

        „Pękł” gdzieś około południa, porzucając kontemplację kolejnego
        małointeresującego obiektu, a mianowicie spisu inwentaryzacyjnego
        pomieszczenia, porastającego pajęczynami na ścianie i już dawno
        zdezaktualizowanego, jak stwierdziłam w swoim czasie, gdy w przypływie handry
        wyczytałam, że na stanie pokoju mamy takie urządzenie, jak teleks. Nie wiem,
        jak wygląda teleks, koleżanki też tego nie wiedzą, ale jak żywo – nie miałyśmy
        w pokoju żadnego urządzenia, którego nie umiałybyśmy stosownie nazwać. Mam
        oczywiście na myśli nazwę, używaną przez ogół ludzi, nie nazwę wymyśloną na
        własny użytek.

        Skądinąd kwestia nazewnictwa różnych rzeczy i potem ich opisania w spisie
        inwentaryzacyjnym budzi moje wątpliwości od czasu udziału w komisji
        inwentaryzacyjnej, gdzie mnie oddelegowano z braku możliwości umieszczenia tam
        kogokolwiek innego. Mianowicie przypadło mi w udziale liczenie takich urządzeń,
        jak wiertarki, frezarki i jeszcze jakieś dziwne urządzenia w magazynie
        technicznym naszej instytucji. Całość procedury odbyła się wbrew moim obawom
        szybko i sprawnie.

        Weszłam z miną stropioną do magazynu i po dobrej chwili błąkania się po
        surowych odnogach piwnicznych korytarzy znalazłam żywą postać magazyniera,
        tonącą w kłębach dymu papierosowego i spoczywającego na lichym krzesełku w
        jednym z – na moje oko – niedokończonych pokoików. Wąsaty osobnik był mocno
        zaabsorbowany magazynem krzyżówek i dopiero na dźwięk słowa „inwentaryzacja”
        pokiwał przyjaźnie łapką, zaprowadził do większej komnatki, gdzie zostały
        skupione różnego rodzaju rzeczy i zapytał się, co potzrebuję obejrzeć.

        Obejrzeć chciałam wszystko zgodnie ze spisem, który miałam pod pachą, więc
        załatwiliśmy sprawę w ten nieskomplikowany sposób, iż odczytywałam nazwę
        urządzenia, które miałam zapisane w karcie, a magazynier miotał się po
        magazynie, sięgał do szaf i stojaczków i wyciągał coś, co jak dla mnie mogło
        nazywać się jakkolwiek bądź, gdyż i tak nie miałam pojęcia, jak
        w rzeczywistości powinna wygląda
        • white.falcon Re: Rogatek pojawia się - c.d.n. 2 02.09.05, 13:52
          Obejrzeć chciałam wszystko zgodnie ze spisem, który miałam pod pachą, więc
          załatwiliśmy sprawę w ten nieskomplikowany sposób, iż odczytywałam nazwę
          urządzenia, które miałam zapisane w karcie, a magazynier miotał się po
          magazynie, sięgał do szaf i stojaczków i wyciągał coś, co jak dla mnie mogło
          nazywać się jakkolwiek bądź, gdyż i tak nie miałam pojęcia, jak w
          rzeczywistości powinna wyglądać na przykład taka wiertarka z jakimiś
          tajemniczymi dla mnie funkcjami. Miałam nadzieję, że magazynier jest uczciwym
          człowiekiem i nie okłamał mnie, pokazując jakiś złom, do którego poprzyczepiał
          tabliczki z rzeczy, które powinny być w magazynie, a ich już dawno nie ma. Po
          przygodzie z inwentaryzacją pojęłam kilka rzeczy. Wśród nich taką, iż to, co
          jest wpisane w spisie inwentaryzacyjnym może być czymś zgoła innym, niż to się
          wydawało osobie spis sporządzającej.

          Nie podejrzewałam dotąd Mateusza o zmianę charakterologiczną, polegającą na
          wprowadzaniu innowacji w dziedzinie inwentaryzacji, więc wyraźnie zaniepokoił
          mnie rodzaj lektury, którą uprawiał.

          - Byłem wczoraj z Rogatkiem u weterynarza, - zakomunikował nam słabym głosikiem
          umierającego na niedożywienie skowronka, - Wiecie, że to, co ma na łbie to jest
          niewiadomo co? Doktor tłumaczył mi zawile i bardzo mądrze, więc tak naprawdę
          nie pamiętam, co mówił, ale sedno jest w tym, że stwierdził, że to chrząstkowo-
          kostne narośle, które raczej nie warto usuwać chirurgicznie, bo... nie wiadomo,
          z czym są powiązane i wogóle to niewiadomo, co to jest. Powiedział, i to jest
          pocieszające, że kotu to nie przeszkadza w żaden sposób. Poprostu do końca
          swoich dni będzie miał rogi i już.

          - I tym się zmartwiłeś? - zainteresowała się Wańdzia.

          - Nie, - Mateusz popatrzył w sposób, sugerujący otępiałość, - Nie powiedziałem
          tego Wam jeszcze. On mnie bodzie.

          - Co robi? - nieomalże chóralnie zadałyśmy pytanie. Anka strąciła ze stolika
          pudełko pinezek, które malowniczo rozsypały się po podłodze. Nikt jakoś nie
          kwapił się zbierać deficytowego produktu, podstępnie wybłaganego w
          sekretariacie.

          - Bodzie, - westchnął Mateusz, zadowolony z wrażenia, które uczyniło na nas
          jego wyznanie, - Wiecie - on jest najmniejszy i braciszek z siostrzyczkami
          upodobali gnębienie go na wszelkie możliwe sposoby włącznie ze szturchaniem go,
          odpychaniem po chamsku od karmidełka – nawet w dziecięcym światku zwierząt
          rządzą prawa ludzkiej piaskownicy. Gdy im się nudzi – ciągną go za ogonek,
          podgryzają za uszka. W przełożeniu na ludzkie zachowania maluchy go biją. A
          kotek ma charakter, więc w jakiś sposób odkrył, skubany, swoistą broń. Gdy już
          mu dokuczą tak, że nie idzie tego wytrzymać, to najpierw udaje, że ucieka, a
          potem zawraca i nachyla łeb i tymi rogami bodzie dowcipnisia. Koty tak się nie
          zachowują. Dzisiaj z rana, gdy zamiast napełnić odrazu karmidełko, odebrałem
          telefon od Mamusi, rozpędził się i ubódł mnie. Mało - bodzie i nie odzywa się,
          nie powie nawet zwykłego „miau”. I potem znowu - do osiągnięcia skutku. Czy on
          jest - ten-tego - normalny?

          Nie odpowiedziałyśmy na to pytanie z prostego względu – nie znałyśmy jeszcze
          osobiście kotka, by stwierdzić, czy jest on normalny, czy wręcz przeciwnie.
      • anchan Re: Rogatek pojawia się 15.09.05, 11:36
        „Chrumknęłam półsennie” – może lepiej mruknęłam albo wymamrotałam?
    • white.falcon Rogatek sobie radzi 02.09.05, 11:59
      - Lubicie gołąbki, takie z ryżem i mięsem w środku? - któregoś dnia zapytał
      Mateusz.

      - Mogłabym zjeść. A co - zrobiłeś i przyniosłeś do spróbowania? -
      zainteresowałam się, gdyż w brzuchu mi burczało, a nie miałam możliwości
      oderwania się od papierkowej roboty i wyjścia do sklepiku po nabycie czegoś do
      wrzucenia na ząb.

      Pytanie mnie nie zdziwiło, gdyż od czasu pojawienia się w domu Duni Mateusz
      robił już różne dziwne rzeczy, więc produkcja gołąbków w jego wykonaniu
      świadczyłaby tylko o tym, że Mateusz kolejny raz postanowił jeszcze bardziej
      zadbać o swoją uwielbianą współlokatorkę, zjednując jej względy kolejnym
      przysmakiem.

      Niegodnym uwagi jest szczegół, że co najmniej kilkanaście wcześniejszych
      pomysłów Mateusza nie spotkało się ze spodziewaną akceptacją ze strony Duni i
      jeszcze więcej - nie obeszło jej wcale. Trudno bowiem wyobrazić sobie kota,
      który uzna, że nowy obrazek zdobi ścianę w stopniu większym, niż kalendarz lub
      zachwyca się tym, że Mateusz postanowił usmażyć powidła ze śliwek, których
      żaden czworonóg nawet nie tknie z wiadomych względów. Już dawno zaprzestałyśmy
      podejmowania nędznych prób uświadamiania Mateuszowi, że nawet najbardziej
      rozgarnięta kotka nie pojmie skomplikowanego wykładu filozoficznego, ani nie
      popadnie w zachwyt nad nową klawiaturą komputerową. Uznałyśmy, że każdemu wolno
      mieć złudzenia i bawić się wymyślaniem bajkowego świata mądrych zwierząt, skoro
      otaczająca rzeczywistość z jakichś względów mu nie pasuje. Póki wyobraźnia nie
      szkodzi nikomu włącznie z jej właścicielem, to chyba wszystko jest w porządku.

      Jednak teraz w obliczu pytania o gołąbki miałam spore wątpliwości co do
      realizacji zamysłu - reklamówki ze słoikiem Mateusz nie przyniósł ze sobą,
      a w teczce gołąbki zapewne się nie zmieściłyby się, nawet gdyby były małe –
      takie miniaturowe. No i nie pachniało gołąbkami wcale, a wcale.

      - Może zadam pytanie trochę inaczej: jak ugotujecie dużo tych gołąbków w
      wielgachnym garnku i chcecie je ostudzić, to wystawiacie na balkon? - zapytał
      Mateusz, - Co jeszcze z jedzenia wystawiacie na balkon?

      - Ja w zimie „zimne nóżki”. Szybciej ścinają się na mrozie, - powiedziała
      Wańdzia.

      - Szampana, by się schłodził przed Sylwestrem, - dodała Ania, - Ale, Mateo, o
      co chodzi?

      Ciężko zadumany Mateusz wertował dokumenty i po dłuższej chwili, zmuszającej
      nas do skupienia się na jego osobie, odrzekł: - Pamiętacie, jak wygląda mój
      balkon? Chodzi mi o to, że jest sprężony z balkonem sąsiadów, którzy namiętnie
      hodują różnorodne egzotyczne czasem kwiaty. Ostatnio mają zasadzone w kilku
      donicach pnącza - takie ozdobne, które już zwisają na moją stronę balkonu.
      Sięgają prawie podłogi.

      Zamilkł. Popatrzyłyśmy na siebie z zainteresowaniem, bo związek pomiędzy
      pnączami, gołąbkami w wielgachnym garze i sprężonym balkonem klarował się w
      dość zagadkowy sposób. Ponadto, dość dobrze pamiętałyśmy zachwyt Mateusza nad
      pnączami sąsiadów, bo pozwalały mu wykorzystywać ich cień, wystawiając na
      balkon koszyk z Dunią, gdy ta była bardzo malutka.

      - No i? - przypomniałam Mateuszowi o naszym istnieniu, gdyż ma stresujący
      zwyczaj opowiadania rzeczy go bulwersujących z niesamowicie długimi przerwami.

      - Od jakiegoś czasu w moim domu działy się rzeczy tajemnicze i dla mnie
      niepojęte, których istnienie i dzianie się odkryłem właściwie przypadkiem. Jak
      wiecie, ostatnio zlecono mi dość duże tłumaczenie naukowego tekstu. Najpierw
      nie miałem czasu, by nim się zająć porządnie, a teraz muszę nadrabiać stracony
      czas, - przyznał się Mateusz.

      - Nie mogłeś lepiej zorganizować się? – łagodnie skarciła go Wańdzia.

      - Nie mogłem tak jakoś zebrać się. Tekst mi wydawał się być łatwiejszym, niż w
      rzeczywistości. Dopiero gdy przyjrzałem mu się uważniej, dostrzegłem te
      wszystkie niuanse językowe, no i doszedłem do wniosku, że jest mi potrzebny
      solidny słownik techniczny. Najpierw go szukałem po księgarniach, a koniec
      końców – pożyczyłem od kolegi, - zwierzył się Mateo ze skruchą.

      - Nie zbaczaj z tematu, - poprosiłam, - Co to za tekst? Tłumaczysz książkę
      kucharską, czy jak? Jak się mają do tego gołąbki?

      - Wiecie, - kontynuował opowieść Mateusz, - Tłumaczyłem sobie ten tekst i
      tłumaczyłem, tłumaczyłem...

      Ania wzniosła oczy ku górze: - Przestań natychmiast i przejdź do sedna sprawy.

      - Od dwóch dni u siebie na biurku za słownikiem polsko-angielskim
      znajdowałem „wypatroszone” liście gotowanej kapusty – takie pożute
      i nadgryzione, - stropił się Mateusz i zaczął streszczać się, - Wcześniej
      odkrywałem tam okruszki gotowanego mięsa. Wiecie, okruszki mogły jeszcze
      pochodzić z karmidełka, ale liście kapusty? W domu żadnej kapusty nie mam, ale
      mi się one skojarzyły z gołąbkami. Później znajdowałem przez kilka dni taką
      masę w rodzaju zeschniętego nie bardzo wiadomo czego – chyba nadzienia ze
      śliwkami i wykałaczki. Postanowiłem dowiedzieć się, o co chodzi i skąd
      w moim domu pojawiają się przedmioty dziwne i nie należące do mnie, a do tego –
      spożywcze.

      - Bardzo przydało mi się to tłumaczenie, bo siedzę wtedy cicho – tylko tłukę w
      klawiaturę i wtedy właśnie podejrzałem rzecz wstrząsającą - Rogatek kradnie.
      Sąsiadka, jak się okazuje, wystawia gar na balkon po to, by ostygł przed
      wstawieniem do lodówki, czasem jej się nie mieści i stoi w ciągu całego dnia w
      cieniu pod pnączami. Ma dużą rodzinę, a sama pracuje, więc gotuje
      z zapasem na kilka dni. Skąd o istnieniu garnka dowiedział się Rogatek - nie
      wiem, ale dziś widziałem sam, jak on to robi. Od mojej strony gramoli się na
      stołek, potem wdrapuje się na krawędź donicy i po pnączach przełazi na
      sąsiedzki balkon. Osuwa pokrywkę garnka i wyciąga łapką to, co akurat jest na
      wierzchu. Potem, pomagając sobie ząbkami i łapkami transportuje zdobycz na mój
      balkon. Jak sądzę, gdyby miał chwytliwy ogon to też by z niego skorzystał –
      taką uprawia ekwilibrystykę. Gdy już dotrze na mój balkon – chwilkę odpoczywa,
      myje się, ale od zdobyczy nie odchodzi na krok. Później, by uchronić zdobycz
      przed rodzeństwem, chowa się z nią za słownik i tam ją konsumuje w ciszy i
      spokoju. No i powiedźcie mi - czy ja go nie karmię? Czy może karmię źle? -
      Mateusz powiódł smutnym wzrokiem po nas.

      - On pppollujjeee, - wyjęczałam, płacząc ze śmiechu.

      - A nie pomyślałeś o tym, że on postanowił Ciebie dokarmiać? - prychając,
      spytała Wańdzia, - Ostatnio wyglądasz mizernie – może się przejął?

      - Tak myślicie? To może on mnie lubi? - rozpromienił się Mateusz.
      • anchan Re: Rogatek sobie radzi 15.09.05, 11:38
        Zjadło Ci się „z” w słowie sprzężony, sprężony jest gaz w butli, a może lepiej
        napisać o połączonych balkonach?
        • white.falcon Re: Rogatek sobie radzi 17.09.05, 23:29
          Dziękuję za tę i następną uwagę - poprawię. Natomiast osoby kopiujące tekst na
          użytek własny upraszam o wniesienie tych poprawek w swój egzemplarz tekstu. smile
    • white.falcon Przyjaciel Rogatka, czyli kapciowa teoria dziejów 02.09.05, 12:05
      Zapewne o roli obuwia w rozwoju ludzkiej cywilizacji spisano wiele mniej lub
      bardziej naukowych rozpraw, w których poruszono tak frapujące tematy, jak wpływ
      rodzaju noszonego obuwia na rozwój średniowiecznej myśli filozoficznej lub też
      ukuto spiskowe teorie dziejów, przykładowo uzależniając powstawanie wielkich
      idei marksistowskich od kształtu, metody wykonania, rodzaju zużytego materiału
      do kapci, które nosił Lenin. We wszelkim wypadku nasza kapciowa teoria dziejów –
      a w czym ona gorsza od bardziej popularnej spiskowej - zrodziła się w naszych
      umysłach za sprawą Rogatka i za pośrednictwem Mateusza. Innego rodzaju
      pokłosiem teorii był wniosek, iż za każdym genialnym wynalazkiem, za każdym
      geniuszem ludzkim stoi nikt inny – tylko jakiś domowy zwierzak, który dał
      impuls ku powstaniu wiekopomnego dzieła muzycznego, literackiego, czy
      jakiegokolwiek innego. Wynalezienie kapciowej teorii dziejów zawdzięczamy zatem
      Rogatkowi, a gdyby ktoś doszukiwał się praprzyczyny jej powstania, to oto ona.

      - Miałem kapcie, - któregoś pięknego dnia, wynurzając się z otchłani recepcji,
      powiedział Mateusz.

      Jak jeden mąż - a raczej, jak jedna Pani, zerknęliśmy podejrzliwie na nogi
      Mateusza. Chadzał raczej w normalnym męskim obuwiu i kapci u niego nigdy nie
      zaobserwowałyśmy. Spostrzegawcze jesteśmy, a gdyby nawet fakt wdziewania przez
      Mateusza kapci umknąłby nam w ferworze obowiązków, to na pewno by to dostrzegł
      naczelnik, a tym bardziej nasi petenci, uważnie obserwujący urzędników, z
      którymi mają do czynienia.

      Mateusz usiadł ciężko, odkładając na bok dokumenty. - Miałem paputki, - z
      pewnym żalem w głosie oświadczył raz jeszcze, spodziewając się jeżeli nie
      współczucia, to przynajmniej zainteresowania z naszej strony.

      - Rogatek?! - domyślnie nawet nie spytałam, a oświadczyłam smętnie.
      Zdecydowanie nie miałam czasu na jakąkolwiek ponadnormatywną rozrywkę,
      a tu wyraźnie kroiło się coś właśnie tego rodzaju, wykraczające poza ramy
      wszelakich norm obyczajowych i społecznych.

      - A żebyś wiedziała, - z niejaką zaciętością w głosie powiedział dobitnie
      Mateusz i trzasnął dłonią w biedne sponiewierane papiery petenta. Nic już im
      nie mogło zaszkodzić - wyglądały na wyciągnięte co najmniej z gardła krowy. To
      już nas nie dziwiło od dawna, gdyż petenci niezbyt wiadomo, czemu zwykli
      przechowywać nasze pisma urzędowe w bardzo dziwnych miejscach. Zdarzyło nam się
      zidentyfikować na jednym z pism plamy po kawie, likierze i bardzo ładne odciski
      brudnych butów. Trudno stwierdzić, czy pismo, wzywające do odbioru dokumentów,
      o które sam petent ubiegał się, wyprowadziło go z równowagi na tyle, że aż
      musiał je tak sponiewierać, czy też był to osobliwy przejaw radości. We
      wszelkim wypadku pisma, które otrzymujemy z rąk petentów często wyglądają tak,
      że odechciewa się je sporządzać ładnie i pięknie. Już kiedyś twórczo
      proponowałam, że powinniśmy w ramach oszczędności produkować je na marginesach
      starych gazet, skoro nie cieszą się one żadnym szacunkiem naszych petentów. Ale
      pomysł nie spotkał się z akceptacją i zdechł w zarodku.

      Pamiętna pismowych perypetii, takie, a nie inne zachowanie Mateusza
      w połączeniu z jego niewyraźną miną złożyłam na karb trudnej rozmowy
      z wyjątkowo uciążliwym petentem, który od kilku dni uporczywie prześladował nas
      na recepcji, namolnie opowiadając swoją historię, początki której miały miejsce
      jeszcze w czasach młodości jego szanownej mamusi. A załatwienie jego sprawy
      ewidentnie nie należało do naszych kompetencji, co wszyscy usilnie próbowali mu
      przekazać, nie docierało jednakże do niego nic. Człowieczek ów trwał bowiem
      uparcie przy myśli przewodniej, iż jeżeli zgłosił się do pierwszej z brzegu
      instytucji, szyld której wpadł mu w oko na ulicy, to jej pracownicy powinni mu
      pomóc, choć wcale, a wcale tego rodzaju sprawami nie zajmują się. Pogawędki z
      człowieczkiem trwały, choć należy przyznać, że nareszcie petent zaczął
      wykazywać dawno wyczekiwane przez nas objawy niezadowolenia. Mieliśmy bowiem
      nadzieję, że nareszcie na nas obrazi się za brak załatwienia sprawy i pójdzie
      szukać szczęścia gdzie indziej, nękając kogoś innego. Złośliwie żartowaliśmy,
      że następnym urzędem na naszej uliczce jest Urząd Skarbowy, gdzie zapewne
      wsiąknie na bardzo długo. Sądziłam zatem, że petent złapał tym razem Mateusza.

      - Nie duś w sobie, powiedz, co „rogi” znów umyśliły, - powiedziałam
      umiarkowanie łagodnie.

      Mateusz wyciągnął nogi i zadał retoryczne pytanie, wpatrując się z hipnotycznym
      natężeniem w obuwie, tkwiące na jego nogach: - Pewna pociecha, że to nie moje
      buty wyjściowe, bo boso bym nie chodził.

      - Mów, bo Ci te buty przedziurkuję dziurkaczem i rzeczywiście będziesz chodził
      boso, - zagroziła Anka, z ciekawością łypiąc okiem znad papierów na buty
      Mateusza.

      - Sądzę, że Rogatkowi brakuje przyjaciół, czuje się osamotniony, może mu się
      nudzić, - powiedział smętnie Mateusz.

      Takie oświadczenie nas zaskoczyło. Do odbioru reszty rodzeństwa przez
      namówionych chętnych zostawało trochę czasu, więc naszym zdaniem, niczego mu
      nie brakowało, a w szczególności rozrywki. Również, naszym zdaniem, nie mogło
      być mowy o jakiejkolwiek samotności lub nudzie, tym bardziej, że nawet przy
      rzeczywiście dobrych chęciach i bujnej wyobraźni nie podejrzewaliśmy Rogatka o
      prowadzenie rozbudowanych konwersacji na jakieś poważne tematy.

      Mimo wszystko stan Mateusza wzbudzał lekki niepokój, więc wolałam nie domyślać
      się, tylko poznać rzeczywiste powody tegoż. - I co?, - zapytałam się
      podejrzliwie. Uznałam bowiem, że tak sformułowane i zadane pytanie nie uczyni
      wielkiej szkody. Znając bowiem Mateusza mógł on wpaść na równie genialny
      pomysł „umilenia” życia Rogatkowi, co sam rogaty kotek, przy okazji powodując
      trudne do przewidzenia szkody dla otoczenia.

      - Miałem klaputki, - jeszcze smętniej powiedział Mateusz, wzdychając tak
      ciężko, jakbyśmy osobiście zrobiły mu potężną krzywdę z rodzaju długo
      pamiętanych i ciężko wybaczalnych.

      - Mam dość. Miałeś i nie masz? - Wańdzia zsunęła na czoło okulary, - Mów po
      ludzku, co się stało! Męczą mnie zagadki!

      - Nie mogę od kilku dni założyć kapci, a właściwie tego prawego, bo tam mieszka
      przyjaciel Rogatka, - cichutko wyszeptał Mateusz.

      Zamknęłam oczy na dłuższą chwilę, zatchnęło mnie. Nie mogłam sobie wyobrazić,
      co żywego mógł kot przywlec, ulokować w kapciu i dokarmiać. Nie mieściło to mi
      się w głowie.

      Po dłuższej chwili zorientowałam się, że panuje cisza jak makiem zasiał. Trudno
      bowiem znaleźć właściwą formę reakcji na tak dziwne oświadczenie. Współczuć w
      związku z faktem zniszczenia papucia? Cieszyć się z powodu tego, iż Rogatek
      okazał się być zwierzęciem towarzyskim, przyjacielsko nastawionym wobec innych
      stworzeń? Dawać dobre rady? Tylko jakie i czego miały dotyczyć – tego żadna z
      nas nie umiała określić.

      - Kto to jest? - spytałam słabo, nie wiedząc, czego mam się spodziewać, a
      jednak wyczuwając, że tak milczeć do końca świata w żaden sposób nie możemy.

      - Jaszczurka, - odpowiedział niespodziewanie rzeczowo Mateusz. - Rogatek ją
      przyniósł z podwórka i tam ulokował pod moją nieobecność. Przynosi jej
      kawałeczki jedzenia z karmidełka, wpychając je do kapcia, - dodał jednak po
      chwili ze smutkiem Mateusz. - Co mam robić? Nie chcę zabrać Rogatkowi
      przyjaciela. Nie mogę pozbawiać kotka przyjaciół.

      - A co na to rodzeństwo? – zainteresowałam się i wręcz wszystkimi zmysłami
      odczułam zmianę atmosfery w pokoju na lepsze. Nawet leżące przede mną papiery
      nabrały wyglądu bardziej zachęcającego.

      - Rogatek pilnuje kapcia. Nie dopuszcza ich do kapcia, wwindował go na parapet,
      a Dunia patrzy na to łaskawym okiem.- zwierzył się Mateusz, - W ogóle całą
      sprawę odkryłem dopiero wtedy, gdy zacząłem tych kapci potrzebować. Zrobiło się
      zimnawo i przestałem boso chodzić w domu. Najp
      • white.falcon Przyjaciel Rogatka, czyli kapciowa teoria dzi -cdn 02.09.05, 12:51
        Najpierw zajrzałem na pawlacz, przetrząsnąłem szafkę z butami i znalazłem tylko
        jeden kapeć. Już chciałem go wyrzucić, bo myślałem, że podczas porządków przed
        Wielkanocą wyrzuciłem jego brata, ale coś mnie tknęło i zajrzałem na parapet za
        zasłonę, no i znalazłem kapcia. Znając Rogatka i całą ferajnę wolałem nie
        ryzykować i najpierw sprawdzić, co wewnątrz jest. No i jest. Jaszczurka – taka
        mała, bardzo skulona i w okruszkach.

        No rzeczywiście, znając Mateusza, kapeć schowany za zasłoną na parapecie mógł
        leżeć dość długo, szczególnie jeżeli był niewidoczny. Interesowało mnie coś
        innego.

        - Czy ten – hmm – przyjaciel – daje jakieś oznaki życia? – zapytałam się
        ostrożnie, by nie być posądzoną o rzucanie niecnych podejrzeń na Rogatka
        o popełnienie czynów, które w ludzkim pojęciu są niegodziwe, ale wręcz
        przeciwnie wyglądają w pojęciu kocim.

        - Żywy, jak najbardziej żywy i chyba nieźle się miewa dzięki Rogatkowi, -
        oświadczył ze źle ukrywaną niecierpliwością Mateusz, widocznie znudzony
        wyjaśnianiem rzeczy oczywistych w jego mniemaniu, - Ale, ale. Powiedzcie, co ja
        mam zrobić?

        Wyczułam zaczynające się schody. Z jednej strony – Mateusz z Rogatkiem,
        stanowiącym nieodłączną część osoby naszego kolegi lub też potroszę będącym
        czymś w rodzaju namiastki niesfornego dziecka, które nigdy nie dorośnie. Z
        drugiej strony – jaszczurka w bucie – ewidentnie nie na miejscu, a ściślej – to
        znajdująca się w bardzo złym dla siebie miejscu, bo trudno uznać za normalne
        mieszkanie w bucie i odżywianie się kocią karmą przez jaszczurkę. Natury
        pierwszej kwestii wolałyśmy nie dociekać, akceptując na swój sposób dobrowolne
        uzależnienie się Mateusza od Rogatka. Druga kwestia natomiast wzbudziła reakcję
        jednoznaczną, choć chęci podzielenia się swoją opinią żadna z nas nie wyraziła.
        Ale ktoś w końcu coś powiedzieć musiał.

        - Nie bądź taki łaskawy, - nagle powiedziała Wańdzia, widocznie dostając
        kopniaka natchnienia odwagi cywilnej, - Rozbestwiasz kota, pozwalając mu mało,
        że na kradzież gołąbków, to jeszcze na sprowadzanie przyjaciół do domu, jacy by
        oni nie byli i co by nie robili. Wyrzuć jaszczurkę gdzieś na polance razem z
        kapciem. Chyba nie sądzisz, że będziesz tego kapcia jeszcze nosił?
        I kup sobie na jakimś straganie parę nowych papuci. W końcu nie kosztują
        majątku!

        Wbrew naszym oczekiwaniom ziemia nie zadrżała w posadach, nie byłyśmy zmuszone
        do wysłuchania referatu o konieczności szacunku wobec odmienności innych
        jednostek żywych na tym świecie, nie zaczęła się niekończąca się polemika.

        Mateusz jedynie pokiwał głową nad naszym brakiem zrozumienia skomplikowanej
        sprawy natury towarzyskiej i podobno zastosował się do dobrej rady. Podobno -
        bo zapytany o jej realizację zawsze wymiguje się od sensownej odpowiedzi.
        We wszelkim wypadku, jakie by rozwiązanie Mateusz nie wybrał, więcej o
        jaszczurce i perypetiach z nią związanych nie miałyśmy okazji usłyszeć. Kto
        wie, może o jaszczurce Mateusz woli opowiadać komuś innemu, wykazującemu się
        większym zrozumieniem i poszanowaniem prawa Rogatka do posiadania przyjaciół i
        przechowywania ich w kapciach w domu.
    • white.falcon Tajemna przygoda Rogatka 02.09.05, 12:32
      Najpierw ciężką smugą wpłynęła do pokoju ohydna, koszmarna woń. Mało, że smród
      nadszedł nagle, to dodatkowo - nie potrafiłyśmy zlokalizować źródła fetoru i
      natychmiast zaczęłyśmy kichać i kaszleć jak oszalałe. Smród nasilił się tak, że
      odnosiło się wrażenie, iż za chwilę zmaterializuje się w postaci trwałej, a w
      jego chyba szczytowej fazie w drzwiach stanął Mateusz, trzymając pod pachą
      teczkę i spore zawiniątko, na które składały się ręczniki, ścierki, reklamówka
      i jakieś inne szmaty, nie byłyśmy pewne, czy nie skarpetki. W ślad za Mateuszem
      zbiegli się zaniepokojeni lokatorzy sąsiednich pokoi i nawet naczelnik
      pofatygował się do nas, choć należało wątpić, by woń dotarła aż do jego
      gabinetu. Chyba raczej zwabiło go nietypowe o tak wczesnej porze zamieszanie na
      korytarzu.

      - Panie Mateuszu, co to znaczy? Co Pan do jasnej cholery przyniosłeś? - spytał
      się głosem obrażonego tygrysa naczelnik, bezbłędnie lokalizując sprawcę
      zamieszania.

      - Kota, - Mateusz miał łzy w oczach i sam wyglądał tak, jakby obejrzał
      z dziesięć odcinków wyjątkowo łzawego serialu o nieszczęściach, trapiących
      jakąś brazylijską piękność.

      - Dlaczego kot śmierdzi? - zainteresował się naczelnik, podejrzliwie zerkając
      na zawiniątko i widocznie postanawiając interweniować w tak niecodziennej
      sprawie. Swoją drogą, naczelnika dziwiło mało rzeczy, które nam przydarzały
      się. Miał okazję przyzwyczaić się do niecodziennego zachowania swoich
      podwładnych, którzy potrafili pod wpływem melancholii, przywianej jesiennym
      deszczem choćby przycinać wąsy tępymi nożyczkami biurowymi. Skutki tego były na
      tyle opłakane, że koleżanki nieszczęśnika, korygującego swój wygląd, musiały
      szybko szukać jednorazowej maszynki do golenia, gdyż wyniki eksperymentu
      przeszły wszelkie możliwe oczekiwania i kolega wyglądał może i oryginalnie,
      aczkolwiek nie nadawał się do oglądania bez wewnętrznego wzdrygnięcia się.

      - Nie miałem czasu go wymyć, a nie chciałem się spóźnić do pracy, - skwapliwie
      wyjaśnił Mateusz.

      - To Pan go chce tu prać? - zdziwił się naczelnik.

      - A gdzie?! - z rozpaczą w głosie wyjąkał Mateusz, ostatecznie gubiąc się w
      koncepcjach wybrnięcia ze śmierdzącej sprawy.

      Naczelnik powiódł po wszystkich zebranych dziwnym wzrokiem, widocznie
      zastanawiając się nad kwestią opłacalności zatrudniania specjalistów o
      inklinacjach do bycia wariatami, machnął ze źle skrywaną rezygnacją ręką
      i odchodząc w dal korytarza, rzucił przez ramię: - Koleżanki niech Panu pomogą -
      hiiiii - uprać kota. Tylko potem - hiiii - porządnie wywietrzcie pokój - hiii.

      Współpracownicy też woleli cichaczem wycofać się – mało, że śmierdziało
      nieziemsko, to perspektywa prania zwierzęcia w warunkach biurowych wyglądała
      zdecydowanie mniej atrakcyjnie, niż zmagania z papierami i petentami.
      Na polu bitwy zostałyśmy my, Mateusz i lekko szamoczący się przybrudzony
      pakunek z którego co chwila wypływały krople jakiejś cieczy, powoli zbierając
      się na wykładzinie w małą kałużę o nieregularnym kształcie. Wańdzia,
      przewidując zapewne dalsze wydarzenia, udała się do sprzątaczki
      w celu wyżebrania jakiejś balii, bądź wiaderka.

      - Odwiń Rogatka, - poleciłam Mateuszowi zbolałym głosem.

      - A skąd wiesz, że to Rogatek? - zdziwił się niepomiernie Mateusz, zapominając
      na chwilę o czekającej go atrakcji i dławiących go emocjach.

      - A jak myślisz, kto inny miałby to być? Może Dunia? To porządna kotka, a nie
      taki komplikator życia, jak Rogatek, - odparłam zniesmaczona.

      Mateusz powoli zaczął odwijać kotka z łachów. Z kłębka mokrych szmat wyłoniło
      się coś, co mało przypominało kota. Ściślej może i przypominało, ale na
      pierwszy i drugi rzut oka można było długo zastanawiać się nad przynależnością
      gatunkową zwierzęcia. Stwór ów, patrząc od głowy, rzeczywiście był niedużym
      pręgowanym kotkiem, należącym do rasy zwanej „zwykłus podwórkowus” z nietypową
      ozdobą na łebku – dobrze widocznymi różkami, natomiast tylna część ciałka
      stworzenia, usmarowana ściśle i na amen czarną substancją, wydzielającą ten
      obrzydliwy fetor, budziła nieodparte skojarzenia z piekłem, smołą i podobnymi
      atrakcjami.

      - Gdzie wlazł? – rzeczowo, aczkolwiek z ciekawością spytała Anka.

      Mateusz nie zdążył udzielić sensownej odpowiedzi, bo rogaty kotek, dotąd
      spokojnie siedzący na łachach i sprawiający wrażenie lekko przymulonego
      nagle... otrzepał się. Kawałki substancji, oblepiającej jego futerko,
      rozbryzgły się dookoła, ozdabiając ściany, sufit i biurka malowniczą serią
      mniejszych i większych „ciapków”. Woń wydatnie zwiększyła się, a pokój biurowy
      zyskał mocno dropiaty oryginalny wygląd. - Miau, - żałośnie poskarżył się
      Rogatek, i, by unaocznić wszystkim swoją wielką krzywdę, potrząsnął tylną
      łapką. Pac. Większy kawałek tego czegoś, co oblepiało go, wylądował na ekranie
      komputera.

      - Zawiń go! - wrzasnęła Ania, machając w panice rękami i jednocześnie rzucając
      się w stronę swojego biurka, na którym akurat rozłożyła dokumenty, które miała
      dołączyć do akt spraw.

      W drzwiach stanęła Wańdzia z niebieskim kubełkiem napełnionym ciepłą wodą w
      jednej ręce i gumowymi rękawiczkami w drugiej. Powiodła smutnym wzrokiem po
      najnowszym zdobieniu pomieszczenia i łamiącym się głosem skomentowała: - Dziś
      do domu chyba nie wyjdziemy.

      Czym jest umycie kota w wiaderku przy pomocy zwierzęcego szamponu w warunkach
      ku temu kompletnie nie sprzyjających wie tylko ten, kto dokonał tego czynu.
      Najpierw jednak należało zlokalizować sklep z artykułami zwierzęcej potrzeby.

      - A nie dałoby się go uprać w zwykłym szamponie do włosów? – zastanowił się
      Mateusz. Żadna z nas bowiem dotąd jakimś dziwnym zrządzeniem losu nie
      interesowała się kwestią prania zwierząt domowych i nie mogłyśmy pochwalić się
      żadnym doświadczeniem w tym względzie.

      Ania poskrobała się po nosie i chwyciła za słuchawkę aparatu telefonicznego: -
      Wiesz, jakoś tak mi się wydaje, że nie. Mam wrażenie, że Rogatkowi mogłoby to
      zaszkodzić.

      Informacja telefoniczna była czystym błogosławieństwem, bo okazało się, że
      wcale nie musimy daleko szukać sklepu – tylko wyjść z gmachu naszego urzędu i
      skręcić za róg. Zachęcać do pójścia do sklepu nas nie trzeba było. Pierwsza
      sięgnęłam po kurtkę i po sekundzie mnie i Ani już w pokoju nie było. Wcale mi
      się nie chciało przebywać w zasmrodzonym pokoju – wolałam choć przez chwilę
      pooddychać czystym powietrzem. Wańdzia, niestety, zareagowała zbyt późno i
      przyszpilona do krzesła rozpaczliwym wzrokiem Mateusza, który wyraźnie nie
      chciał pozostać sam na sam z problemem, zrezygnowana machnęła ręką: - Dobrze,
      już dobrze, zostaję.

      - Wolę przejść się, niż przesiąkać smrodem, - stwierdziłam półgębkiem, wchodząc
      do sklepiku. Dopadało mnie przygnębienie w związku z cała sytuacją i włączało
      się czarnowidztwo. Wyobraziłam bowiem sobie, że w sklepiku na pewno nie będzie
      szamponu dla zwierząt lub będzie tylko taki do prania chomików i zaczniemy
      miotać się po całym mieście w poszukiwaniu odpowiedniego środka dla kotów. W
      międzyczasie mazidło Rogatka zaschnie na amen, zespalając zwierzaka
      nierozerwalnie z łachami, więc trzeba będzie go moczyć w kubełku. Smród
      spowoduje migrenę Wańdzi, uprany w nieodpowiednim płynie Rogatek wyłysieje lub
      oblezie parchami, Mateusz zapłacze się z żalu i przestanie wykonywać swoje
      obowiązki, które w zastępstwie przypadną nam...

      Gdyby nie to, że już przekroczyłyśmy próg sklepu, mogłabym popaść w chandrę
      ostateczną i wyobrazić sobie jeszcze więcej nieszczęść, które nas dopadną.

      - Poproszę o szampon dla kota, - grzecznie odezwała się Ania. Sympatyczna pani
      wystawiła na ladę szereg mniejszych i większych buteleczek, dopytując się,
      jakie cechy płynu są przez nas szczególnie poszukiwane, bo w ofercie były i
      takie środki pielęgnacyjne, które miały wspomóc uzyskanie pożądanego wyglądu
      przez koty długowłose, pły
      • white.falcon Tajemna przygoda Rogatka - c.d.n. 02.09.05, 12:40
        płyny antypchelne, zwalczające jakieś inne szkodniki, antyalergiczne i – nie
        byłam tego pewna – ale chyba odstraszające psy. Ania popatrzyła na mnie, ja na
        Anię, i, by długo nie tłumaczyć się, odważnie powiedziałam: - Kotek nam wleciał
        do czegoś okropnie śmierdzącego i chcemy go umyć.

        - Ach, - uśmiechnęła się pani za ladą, - A w co cuchnącego on wpadł? Zapewne
        gdzieś przypadkiem znalazł kałużę oleju silnikowego lub czegoś równie ohydnego.
        Ludzie nie szanują naszych braci mniejszych, wykorzystują ich naiwność i wiarę
        w ludzi. Nawet panie nie wiedzą, co dla taniej rozrywki potrafią im zrobić.

        Wolałam nie wdawać się w dywagacje nad sytuacją zwierząt w wielkim mieście i
        globalnie na świecie, tylko postarałam się wrócić do tematu rozmowy, aczkolwiek
        postanowiłam pominąć kwestię, iż Rogatek nie wydaje nam się być zwierzęcą
        ciamajdą i sprawia wrażenie wręcz odwrotne:
        - Dokładnie to nie wiemy, co to jest, ale okropnie śmierdzi i klei się do
        wszystkiego. No i zaczyna chyba już na nim zasychać, - wolałam być ostrożna
        i jak najszybciej zakończyć pogawędkę, która miała wszelkie przesłanki
        przerodzić się w ożywioną dyskusję na tematy ogólne.

        Ekspedientce widocznie leżało na sercu ratowanie z opresji kotka, więc
        z niejakim żalem porzuciła wdzięczny temat i podjęła za nas decyzję, wręczając
        plastikową butlę z wizerunkiem rudego kota na etykiecie, mającym taki wyraz
        pyszczka, iż ostatni niedowiarek nie miałby wątpliwości, że ten oto produkt tak
        go wprawił w koci zachwyt, że odtąd nie ma innych marzeń, niż doświadczenie
        dobrodziejstwa kąpieli właśnie w tym środku.

        Oszołomiona Anka przemówiła dopiero pod drzwiami naszej rodzimej instytucji: -
        No, no. Jak ja bym swoją Niuńcię zaczęła tak kąpać, to bym
        z torbami poszła. Za tą cenę to swoje dwa szampony bym kupiła i jeszcze na
        mydło by mi zostało.

        Od momentu naszego wyjścia sytuacja w pokoju nie uległa zmianie. Ubyło tylko
        trochę czarnych placków ze ścian i biurek, gdyż Wańdzia nie mogąc znieść
        bałaganu ze wstrętem przystąpiła do jego ogarniania. Mateusz patrzył na jej
        czynności na tyle baranim wzrokiem, że Wańdzia na wszelki wypadek wolała nie
        angażować go do pomocy przy tych prostych czynnościach.

        - No i po co to robisz, - marszcząc nos skomentowała Ania, - Jak zaczniemy prać
        to nieszczęście, to wszystko dookoła się wybrudzi. Nie lepiej posprzątać raz i
        po wszystkim?

        - Nie mogłam wytrzymać, - usprawiedliwiała się Wańdzia, - Organicznie nie
        znoszę brudu, a tu takie coś. Umysł mi mówił jedno, a ręce sam wyciągały się po
        szmatę.

        Mateusz oderwał otępiały wzrok od zwoju, w którym lekko szamotał się kotek,
        wywalczając sobie względną możliwość wytykania z niego ucha, oka
        i nosa. Wańdzia bowiem autorytatywnie nakazała Mateuszowi pilnowania huncwota,
        który gotów był wyleźć z zawiniątka, co sygnalizował piskliwymi trwożliwymi
        miauknięciami.

        - Ile jestem Wam winien za ten szampon? – zapytał zbolałym głosem właściciel
        czworonożnego nieszczęścia. Wymieniona kwota wstrząsnęła nim do głębi i to ona
        zapewne spowodowała natychmiastowy powrót Mateo do świata rzeczywistego.

        - To było pierwszy i ostatni raz, - oświadczył, zwracając się do kota
        i sięgając po portfel, - Nie zamierzam przez Ciebie zbankrutować.

        Rogatek, słysząc głos opiekuna, na chwilę zaprzestał szamotania się, przyjrzał
        się mu z lekką dezaprobatą spod opadającej na nos ścierki i kichnął.

        - On się przeziębi! – Mateusza w sekundę poderwało z krzesła, - Dawajcie
        szybciej tę wodę! Gdzie Was tak długo nosiło?!!! W tym czasie można było
        dotrzeć na Antarktydę i to idąc tyłem!

        - Jak dotąd nie przeziębił się, to i dalej nic mu nie będzie, - uspokajająco
        stwierdziła Ania, jednakże ruszyła się z miejsca i poszła nabrać ciepłej wody
        do kubełka, poprzednia bowiem zdążyła wystygnąć.

        Gdyby ktoś w chwilę później zajrzał do pokoju, to zapewne miałby niesamowitą
        darmową zabawę, obserwując cztery dorosłe i poważne osoby obojga płci, klęczące
        dookoła kubełka z parującą wodą. Obok kubełka na rozścielonych gazetach
        zobaczyłby spory brudno-kraciasto-pasiasty kolorowy tobołek, który te osoby z
        wielkim namaszczeniem i atencją rozwijały, nie zamieniając przy tym między sobą
        ani jednego słowa.

        Delikatnie wysupłany Rogatek odzyskał swoją wrodzoną żywotność
        i próbował wężowym ruchem wyślizgnąć się z rąk Mateusza. Każdemu by się
        znudziło więzienie go w brudnych mokrych szmatach. Jednak zdecydowanie
        Mateusza, który widocznie rozumiał, że w interesie Rogatka leży naruszenie jego
        wolności, nie pozwoliło kotkowi na wędrówki poznawcze w brudnym stanie. Bez
        zbędnych dywagacji Rogatek został wepchnięty do spienionej wody, co widocznie
        mocno go zaskoczyło, bo zaprzestał szamotania się na dobrą chwilę. Pozwoliło
        nam to na szybkie pierwsze mycie. Ociekający wodą kotek wylądował w rękach
        Wańdzi, która natychmiast ciasno zawinęła go w czystszą szmatę. Dopiero po tej
        szybkiej akcji Rogatek odzyskał głos i wydarł się tak, że my z Anią zatkałyśmy
        uszy, a Mateusz podskoczył z wrażenia.

        - Dawaj czystą wodę, natychmiast! - wrzasnęłam do niego. Mateusz poderwał się
        jak smagnięty batemi nie zadając zbędnych pytań, popędził do łazienki.

        Drugie zanurzenie Rogatka już nie odbyło się tak ulgowo. Kotek postanowił
        stawić zaciekły opór, rozcapirzając łapki i zapierając się nimi
        z całych sił o brzegi kubełka. Zapewne tylko cud sprawił, że nie został do
        niego wepchnięty głową w dół, bo w pewnym momencie przechylił się tak, że tylne
        łapy znalazły się na wyższym poziomie, niż przednie. Mimo zaciętego oporu
        wpychanie Rogatka było o tyle korzystne, że zaprzestał on rozpaczliwego
        wrzasku, bo zapewne nie miał siły na podzielność czynności, choć nie zaniedbał
        eksperymentowania i spróbował smaku wody, w której był nurzany.

        Trzecie i czwarte zanurzenie przypominały to drugie, choć zostały urozmaicone
        wywinięciem się Rogatka z rąk Wandzi. Huncwot przebiegł kilka razy po pokoju,
        zostawiając czarne smużki na wykładzinie i dopiero po piątym kubełku wody
        odzyskał wygląd zbliżony do kociego. Nie ma sensu wspominać o tym, że
        bohaterska czwórka osób, uczestniczących w praniu kota, przestała przypominać
        ludzi: mokrzy, w przybrudzonych i sponiewieranych ubraniach, damska część
        uczestników - z rozmazanym makijażem. Mogłyśmy w takim stanie zgłosić się na
        plan jakiegoś filmu akcji traktującego o katastrofie żywiołowej i, jak sądzę,
        charakteryzacja nam nie byłaby potrzebna.

        Zawinięty w czysty ręcznik i pachnący szamponem Rogatek prawdopodobnie poczuł
        się lepiej, a dodatkowo – piastowany przez Anię w ramionach na zasadzie dobrze
        zawiniętego niemowlęcia – sennie, więc nie zgłaszał specjalnych chęci wyrwania
        się z jej objęć. Później, zawinięty w ciepły ręcznik, i, zapewne zmęczony
        przygodami, przedrzemał cały dzień, ulokowany na szerokim parapecie. Wyraz
        rogatej mordki dobitnie sugerował, że czuje się niebiańsko szczęśliwy po
        pozbyciu się smarowidła i zapachu, którym obdarował... sam siebie. Gdzie - to
        pozostało jego smrodliwą tajemnicą.

        Mniej szczęśliwi byliśmy my, bo musieliśmy jeszcze posprzątać pokój
        i doprowadzić sami siebie do wyglądu, który nie prowokowałby otoczenie do
        snucia domysłów na temat naszej bezdomności i sypiania
        w warunkach niehigienicznych.

        - Wiecie, co? - spytał Mateusz, gdy zziajani praniem kotka i myciem pokoju
        nareszcie usiedliśmy spokojnie przy biurkach, - Ja muszę jeszcze dziś dom
        wysprzątać i zmienić pościel, bo gdy kocio wrócił, to o nią się wycierał chyba.
        Tarzał się po niej i darł się tak, że sąsiedzi mnie teraz będą uważać za
        dręczyciela zwierząt i wezwą Animalsów. Skubaniec poszedł na spacer w nocy i
        musiał gdzieś znaleźć szambo, czy coś równie oryginalnego i - to już mój
        domysł - chyba ćwiczył skoki. Dobrze, że się nie
        • white.falcon Tajemna przygoda Rogatka - c.d.n. 2 04.09.05, 14:58
          - Wiecie, co? - spytał Mateusz, gdy zziajani praniem kotka i myciem pokoju
          nareszcie usiedliśmy spokojnie przy biurkach, - Ja muszę jeszcze dziś dom
          wysprzątać i zmienić pościel, bo gdy kocio wrócił, to o nią się wycierał chyba.
          Tarzał się po niej i darł się tak, że sąsiedzi mnie teraz będą uważać za
          dręczyciela zwierząt i wezwą Animalsów. Skubaniec poszedł na spacer w nocy i
          musiał gdzieś znaleźć szambo, czy coś równie oryginalnego i - to już mój
          domysł - chyba ćwiczył skoki. Dobrze, że się nie utopił. Wyobrażacie sobie, co
          by było, gdyby wpadł głową do tego czegoś?

          Solidarnie wzdrygnęłyśmy się, a sprawca zamieszania cichutko chrumkał na
          parapecie, śniąc tajemnicze kocie sny, w których zapewne nie było miejsca na
          coś koszmarnego lub okropnego.
    • white.falcon Rogatkowy "skarb" 02.09.05, 12:45
      - Jak tam Twój remont, Mateusz? - zapytała Ania po powrocie z delegacji, z
      rozmachem, mającym sygnalizować ulgę, rzucając torbę podróżną na fotel, - Nie
      było mnie parę dni, więc nie jestem w „temacie”.

      Mateusz radośnie uśmiechnął się: - Od przedwczoraj mam już spokój
      i przestaliśmy wraz z Dunią i ferajną mieszkać na stylizowanych ruinach
      Groznego – wszędzie miałem kurz, gruz, kawałki cegieł i materiały budowlane.
      Właściwie to mieszkałem na tapczanie i miałem wydeptane ścieżki dojścia do
      szafy, lodówki i czajnika. Parę razy zapomniałem się i ledwo nie połamałem nóg,
      gdy w nocy potknąłem się o wielki wór z jakimś klejem, czy gipsem, który
      wcześniej w tym miejscu nie leżał. Teraz już koniec tej wątpliwej przyjemności,
      a łazienkę zrobili mi na super luks – w kolorze szaro-błękitnym, tylko Dunia
      jest niezbyt zadowolona. Chyba ma pretensje, o to, że na kafelkach jej łapki
      się ślizgają, gdy tam raczy wdreptać.

      - Kup dywanik - są takie, które można prać w pralce, - poradziła Wańdzia.
      Mateusz z wdziękiem podziękował skinięciem głowy.

      - No to wszyscy jesteśmy, - stwierdził radośnie, - Dziś piątek,
      a pamiętacie, Dziewczyny, co Wam obiecałem kiedyś?

      Jak było nie pamiętać? Na imieniny Mateusz otrzymał od nas w prezencie oprócz
      oprawionego w skórę podręcznego notatnika - dużą, niezmiernie brzydką i
      wściekle różową glinianą świnię-skarbonkę wspartą na rachitycznych raciczkach.
      Na świnię w drodze do pracy natknęła się Ania, mijając jakiś stragan uliczny i
      kupiła, zauroczona jej wyjątkową brzydotą oraz melancholijnym wyrazem
      glinianego ryjka. Po obejrzeniu przez nas nabytku długo musiała tłumaczyć się,
      że nic się nie stało - mąż jej nie rzucił, nic ciężkiego jej na głowę nie
      spadło i nie ma ukrywanej skrzętnie depresji. Uznałyśmy solidarnie, że artysta –
      jakiś twórca z Bożej łaski – mógł cierpieć na to schorzenie i w ten
      zawoalowany sposób – przy pomocy świni - postanowił uświadomić reszcie
      społeczeństwa, iż twórcze zmagania męczą go, nie są źródłem radości, tylko
      niewymownej udręki. „Przecież mógł zmienic zawód i zostać szczęśliwym
      murarzem,” – skomentowała Wańdzia, szturchając świnię jednym palcem
      i obserwując jak chyboce się na koślawych raciczkach, próbując odzyskać
      równowagę.

      Mi świnia kojarzyła się bardziej z biblijnym Golemem, chyba przez oddalone
      podobieństwo do bałwana na glinianych nogach, które to porównanie przyszło na
      myśl samo i nie tak bez związku: i tam i tu sprawa dotyczyła tego samego
      wdzięcznego tworzywa. Nigdzie nie było napisane, że golem, czy bałwan miał
      kolor różowy, ale to już drobiazg.

      Po dłuższej dyskusji nie udało się nam jednoznacznie uzgodnić, co twórca
      właściwie chciał nam przekazać poprzez swoje dzieło, zaś sama świnia wylądowała
      najpierw w szufladzie biurka, gdyż jakaś dziwna litość, może szacunek dla
      nieudanego, ale jednak dzieła sztuki ludowej nie pozwoliła nam wyrzucić jej do
      kosza, a potem - właśnie w trakcie imienin, podczas poszukiwania w szufladzie
      czegoś innego – odnaleziona - po ponad półrocznym leżakowaniu w cichym i
      spokojnym miejscu. Może poprzez to leżakowanie – tak, jak dobre wino – nabrała
      dodatkowych walorów, ale jej ponowne pojawienie się w biurowym świecie zostało
      przyjęte z radością i zadowoleniem.

      Mateusza zachwyciła wątpliwa uroda świni, więc bez większych żali
      z naszej strony dołączyłyśmy ją do jego prezentu. Mateo wtedy solennie
      przyobiecał nam, że będzie gromadził w skarbonce dwuzłotówki na wspólne
      świętowanie tego wspaniałego dnia, gdy zakończy rozpoczęty i niemrawo ciągnący
      się remont mieszkania.

      Fachowcy, zajmujący się tą sprawą, widocznie szybko poznali się na ewidentnym
      braku jakiegokolwiek rozeznania Mateo w kwestiach prowadzenia remontu i prace
      wykonywali powoli, choć sumiennie. Najpierw zgromadzili w niemrawym tempie
      potrzebne materiały, w tym celu wymagając obecności Mateusza przy wyborze
      gwoździków, które miały być użyte do zamocowania czegoś tam lub przy kupowaniu
      innych gratów o tajemniczym dla Mateusza przeznaczeniu budowlanym. Mateusz znał
      się na tym jak nie przymierzając królik na hodowli buraków cukrowych, ale
      dostosowywał się do zaleceń ekipy. Ślepo wierzył, że dajmy na to takie małe
      gwoździki typu „nic” występują tylko w jednym jedynym sklepie w stolicy,
      a sklep ten jest usytuowany akurat blisko domu jednego z budowlańców,
      wykonujących remont, a mieszkającego na drugim końcu stolicy. Dzięki wpieraniu
      w niego tych absurdalnych prawd nasz kolega odwiedził większość drobnych
      sklepów i sklepików z materiałami budowlanymi, dziwnym trafem rozlokowanych
      wyłącznie w dzielnicach, gdzie mieszkali budowlańcy. Milczeniem wypada pominąć
      fakt, że wojaże po sklepach odbywały się w godzinach popołudniowych, po czym
      Mateusz wracał z zakupionymi materiałami do swojego domu, a zadowolony
      pracownik szedł sobie spokojnie do swojego, który miał o rzut beretem od
      sklepu.

      W kolejności robotnicy powoli zrujnowali mu całe mieszkanie, w tym - łazienkę,
      robiąc kilkudniowe przerwy, zapewne na wykonanie pilniejszych robót gdzie
      indziej. Przy czym owe niespodziewane przestoje i częsty brak części ekipy
      tłumaczyli faktem występowania ciężkich chorób, które nagle zaczęły nękać
      bliskich krewnych pracowników i naturalnie wymagały ich obecności przy łożach
      boleści ciężko doświadczanych krewniaków. Inną plagą były naprzemiennie
      występujące śluby i pogrzeby znajomych i przyjaciół, w których to fachowcy
      uczestniczyli z wielkim zapałem i poświęceniem. Mateusz wierzył w te oczywiste
      dla nas bujdy długo i cierpliwie, utwierdzając się w przekonaniu, że nasze
      nieśmiałe sugestie skorzystania z usług znanych nam z autopsji ekip budowlanych
      są jedynie wyrazem naszej nieuzasadnionej zazdrości i braku wiary w ludzi. Cóż,
      jak to bywa u zodiakalnych Baranów – Mateusz uwielbiał uprzeć się przy swoim
      wbrew zdrowemu rozsądkowi i oczywistym faktom. Jedynie pozwalał sobie
      ponarzekać i to tylko sporadycznie – w ramach wyjątku - na niedopałki, które
      robotnicy zwykli byli zostawiać we wszelakich pustych pojemnikach.

      Mateusz ze wstrętem wyrzucał je, bowiem sam nie palił i ze wzgardą spozierał na
      palaczy. Skarżył się nam, że potrafi dostosować się do wszystkiego – nawet do
      grzecznościowego korzystania z łazienki sąsiada z góry, ale wstrętu do
      papierosów przezwyciężyć w żaden sposób nie umie. Gdy oświadczył nam, że
      próbował delikatnie poruszyć drażniący temat palenia z szefem ekipy – osobą
      kopcącą szlugi jak mała lokomotywa – nie wierzyłyśmy w jakikolwiek sukces.
      Jednak od jakiegoś czasu Mateo zaczął dzielić się z nami radosną wieścią, że
      chyba nareszcie zmusił robotników do palenia poza miejscem pracy, bo
      niedopałków nie znajduje. Zapewne potajemnie sądził, że pierwszy raz
      w życiu osiągnął sukces propagandowy i przekonał ludzi do niepalenia, co dla
      nas z Anią wydawało się absurdem i węszyłyśmy zgodnie jakiś kant ze strony
      robotników i pospolite nabieranie Mateusza.

      Cóż, nareszcie jednak nastał piękny dzień i Mateusz, postawiwszy na uprzednio
      rozłożonej gazecie glinianą świnię o krzywych raciczkach, popatrzył na trzy
      koleżanki-harpie i powiedział: - Już nawet dwuzłotówki mi źle się w niej
      mieściły. Starczy chyba na szampana. Po czym odwrócił świnię różowym brzuszkiem
      do góry i lekko nadtłukł go dziurkaczem, wysypując zawartość na gazetę.

      Zamarłyśmy jak posągi, bo zawartość świni była wielce nietypowa
      i budziła dziwne skojarzenia. Owszem, prawie połowę brzuchatego „majątku”
      stanowiły rzeczone dwuzłotówki, resztę zaś... pety i całe papierosy, małe i
      ciut większe guziczki, kuleczki papieru, kilka niemiłosiernie sponiewieranych
      sznurówek i nawet kawałek obgryzionego niewątpliwie przez Mateusza ołówka.

      - Co t
      • white.falcon Rogatkowy "skarb" -c.d.n. 02.09.05, 12:47
        - Co to jest? – niepomiernie zdumiał się Mateusz, wytrzeszczając oczy na
        zawartość, - Robotnicy mi zrobili popielniczkę ze świni?

        - Aha, dodatkowo zabrali Ci sznurówki, ołówek i dla zabawy Ci wepchnęli do
        skarbonki, - zaczęłam się śmiać, - A ulubionym ich zajęciem, oczywiście w
        ramach aktu zemsty za wygłoszenie referatu o niepaleniu, było wciskanie do
        świnki kulek papieru i waty. A może sądzili, że świnia – to jest najbardziej
        odpowiednie miejsce na śmietnik?

        Ania i Wańdzia nie powiedziały nic - zwijały się ze śmiechu.

        Po dobrej chwili, gdy już uspokoiłyśmy się i rozpoczęłyśmy nasze skromne
        świętowanie, poradziłam Mateuszowi, by po powrocie do domu umieścił świnię na
        stałym miejscu i bacznie ją obserwował. Minęło kilka dni i nie dochodziły do
        nas żadne wieści o fascynujących świńskich losach.

        Nie trwało to jednak tak długo, tyle byśmy zapomniały o całym zdarzeniu.
        Pewnego ranka Mateusz wpadł jak burza do pokoju, gromko obwieszczając: - Mam!
        Przyłapałem!

        - Kogo? - spytała Wańdzia nieufnie, gdyz przyłapanie kogokolwiek przez Mateusza
        na czymkolwiek mogło oznaczać kłopoty dla nas wszystkich.

        Od Mateusza biło coś w rodzaju wewnętrznego światła, jak żywo, kojarzącego się
        ze świątecznym wystrojem supermarketu: - Żartownisia. Wiecie, kto to jest?

        - Nie musisz mówić, - powiedziała spokojnie Ania, nie poświęcając zbytniej
        uwagi radości, kipiącej w Mateuszu, kontynuując stawianie parafki pod
        pieczątką „Za zgodność” na dokumentach.

        - Tak, Rogatek, - powiedział Mateusz, - On bardzo się z tym kryje.
        A przyłapałem go przypadkowo. Pamiętacie, odbierałem nadgodziny i pisałem w
        domu, narzekając, że muszę kwitnąć w domu w tak ładną pogodę. Kotek chyba
        zapomniał o mojej obecności i gdy rodzeństwo udało się na sjestę, wyszedł i
        potem wrócił, potem tak zrobił jeszcze parę razy.

        - Gdzie wyszedł? - zainteresowało mnie to, - I po co?

        Mateusz uśmiechnął się z wyższością osoby wszystko wiedzącej, tłumaczącej małym
        dzieciom rzeczy oczywiste: - Na dwór - przez balkon. Nie uwierzycie, ale
        popatrzcie, co jako skarb gromadzi.

        Mateusz wyjął z teczki znaną nam świnię, tym razem bezpiecznie ulokowaną w
        plastykowym woreczku, z namaszczeniem umieścił ją na gazecie i dokonał
        operacji opróżniania zawartości, odklejając plaster z jej brzuszka. Na gazetę
        wysypały się... niedopałki papierosów.

        - No tak, - powiedziała po chwili milczenia Wańdzia, - Jaki Pan, taki
        kram. „Zapatrzył” się w Ciebie, Mateo, kto wie – może przejął się Twoim
        wykładem o szkodliwości palenia i teraz z rozpędu sprząta okolice, bo w domu
        tego towaru zabrakło. Przecież Ty nie palisz.

        - Może powinienem? - zastanowił się Mateusz i podrapał się po czuprynie.

        Dużo czasu nam zajęło przekonanie Mateusza, że dla przyjemności
        gromadzenia „skarbów” przez Rogatka wcale, a wcale nie musi zaczynać palić.
    • white.falcon Rogatek w roli artysty 02.09.05, 17:18
      Mateo wyraźnie zadręczał się. Wyglądał jak z krzyża zdjęty, cierpiętniczo
      marszczył czoło, opierał je o lampkę na biurku w geście mającym odźwierciedlać
      wewnętrzną rozpacz i wyraźnie nie wykazywał chęci do wytłumaczenia się z
      czegokolwiek, a wszelkie próby przekupienia go czekoladowym batonikiem,
      ciasteczkiem, czy herbatą zbywał smętnym „dziękuję” i niewiadomo, co mogłoby
      być gorsze – pozostawienie kolegi jego losowi, czy też życzliwe współczucie.

      Po kilku dniach takiej, a nie innej sytuacji, która miała wydatny wpływ na nasz
      stan ducha na paluszkach wymknęłyśmy się z pokoju. Doświadczałyśmy chyba tego,
      co podobno w fachowych poradnikach jest opisywane jako jeden z objawów
      pracocholizmu, przy którym to praca „idzie” za człowiekiem do domu i tam
      zagnieżdża się, rzutując na poprawne relacje z domownikami.

      - Tak nie może być, - oświadczyła Wańdzia, - On taki jest od kilku dni, ale nie
      jest chory, tylko smętny. Od tego ja dostaję „smętnika” i zaczyna mi się nic
      nie chcieć. W domu już zaczęli dopytywać się, dlaczego chodzę taka przybita i
      nawet nie cieszą mnie drobiazgi.

      - Ja też czuję się podobnie, - konstatowała Ania, - Wczoraj mąż spytał się, czy
      mam jakieś kłopoty w pracy i nalegał, bym się zwierzyła. A ja nie mam
      z czego się zwierzać. Przecież nie zacznę opowiadać o koledze, który przychodzi
      do pracy sfrustrowany niewiadomo czym i potem przez cały dzień mam okazję
      oglądać różne odcienie stanu jego frustracji, muszę uwzględniać ten drobny
      szczegół i dopasowywać ciągle swoje zachowanie tak, by nie
      sprowokować „krótkiego spięcia”. Jakby na mnie popatrzył? Jeszcze by uznał, że
      zakochałam się w Mateuszu. Rodzinne życie mi człowiek rozwala.

      - Istotnie, jak Twój mąż tak uzna, to gotów będzie zażądać od Mateusza rozmowy
      na temat. O ile znam charakter Mateusza, to wstrząśnięty dogłębnie dziwnymi
      insynuacjami zacznie niezbornie tłumaczyć się mało, że Twojemu mężowi, ale
      gotów będzie list o dziwnej treści wysłać do Magdy. Magda na Węgrzech
      stwierdzi, że Mateo ma z czego się spowiadać i zagrozi mu rozwodem lub rzuci
      wszystko i wróci do kraju, żądając wytłumaczenia się z romansu i przyczyn, dla
      których przestał tak nagle ją kochać. Do tego mogą dojść jakieś dodatkowe
      komplikacje i..., - snułam czarny scenariusz zdarzeń, którego nie udało mi się
      jednak dokończyć, gdyż Ania w sposób bezceremonialny zatkała mi usta.

      - Zamknij się, - mało dyplomatycznie ofuknęła mnie, - Lepiej nie baw się w
      domysły i prognozy przyszłości, bo czasem gdy tak przekonująco snujesz domysły,
      gotowa jestem uwierzyć, że to prawda. Tylko mi brakowało uwierzyć, że mam
      romans z Mateo. Jeszcze nie zgłupiałam do reszty. Właściwie, to czemu tak się
      cieszysz? – Ania wyraźnie nie miała najmniejszej ochoty na tradycyjną niemalże
      zabawę w domysły.

      - A Ty tak wszystko na serio, - skwitowałam zastrzeżenia koleżanki, - Mi nie
      rozwala nic, więc próbuję choć trochę Wam poprawić humor. Ale jestem ciekawa co
      mu jest, bo domysły możemy sobie snuć przeróżne, ale do prawdy nie zbliżamy się
      ani na krok.

      - Weźmiemy może go na piwo? - zaproponowała twórczo Wańdzia.

      - Upije się w takim stanie ducha jednym piwem i naopowiada nam licho wie,
      czego, - podrapała się po nosie Ania, - Możemy dowiedzieć się wszystkiego –
      najróżniejszych dziwnych rzeczy, wiedzieć o których wcale nam nie potrzeba.
      Piwo odpada.

      Rozsądne i sensowne wnioski nie przychodziły nam do głów. Uzgodniłyśmy, że nic
      w tej sytuacji zrobić nie możemy. Pozostawało nam zaciśnięcie twardo zębów i
      dalsze znoszenie z niesmakiem uciążliwego humoru Mateusza. Nawet piątkowe
      popołudnie, które cieszy wszystkich ciężko pracujących, nie miało wpływu na
      zachowanie naszego kolegi. Wręcz przeciwnie – wyglądało na to, że stan Mateusza
      wyraźnie pogarsza się, bo odzywać się przestał w ogóle, każdą próbę nawiązania
      jakiegokolwiek kontaktu zbywał ugrzecznionymi półsłówkami i o mały włos, a
      naraziłby się gościom zagranicznym, którzy w ramach wymiany doświadczeń
      postanowili tego dnia odwiedzić naszą instytucję.

      - Panie Mateuszu, - oznajmił naczelnik z samego rana, - Zajmie się Pan naszymi
      miłymi gośćmi i zapozna ich z zakresem funkcjonowania naszego Wydziału, -
      polecił, wprowadzając w nasze progi dwie uśmiechnięte Japonki, podobne do
      siebie jak dwie krople wody i sympatycznego blondyna z Norwegii. Mateusz gości
      podjął, uśmiechając się tak, że od samego patrzenia na jego uśmiech wszystkie
      trzy dostałyśmy szczękościsku, gdyż minę Mateusza trudno było określić jako
      wyraz twarzy osoby życzliwej. Mimo to goście albo nie dostrzegli, że uczynny
      kolega po fachu sili się na uśmiech, albo stwierdzili, że nie muszą wnikać w
      jakieś skomplikowane sprawy natury psychologicznej faceta, uśmiechającego się w
      sposób sugerujący chęć rozerwania na drobne strzępki wszystkich dookoła.
      Widocznie pragnienie ochrony własnego bezpieczeństwa jednak zwyciężyło i
      delegaci, po grzecznie wysłuchanej prelekcji z ust „uznanego i cenionego
      fachowca” – jak przedstawił Mateusza naczelnik, woleli na wszelki wypadek nie
      zadawać dociekliwych pytań i wynieśli się czym prędzej gdzie indziej poznawać
      bardziej życzliwych polskich fachowców. Zapewne na przykładzie Mateusza
      wyrobili ciekawą opinię na temat Polaków, ale w tamtym momencie obchodziło nas
      to w stopniu znikomym.
      • white.falcon Rogatek w roli artysty -c.d.n. 02.09.05, 17:25
        Nastrój Mateusza, uwolnionego od obecności delegacji, wcale nie uległ poprawie.
        Wręcz przeciwnie – pogorszył się maksymalnie, gdyż przestał on już opierać się
        czołem o lampkę, tylko poświęcił pół godziny na obgryzienie długopisu, który,
        jak to rzecz, nie wytrzymał znęcania się i pękł wraz z wkładem na dwie części,
        plamiąc atramentem szczęśliwie tylko stare gazety na biurku Mateusza. Mateo nie
        poświęcił temu zdarzeniu jakiejkolwiek uwagi, tylko zgarnął do kosza gazety
        wraz z winowajcą całego zdarzenia, wybrał następnie, zapewne już przewidująco –
        ołówek i zajął się obgryzaniem kolejnego przedmiotu, w doskonale bezmyślny
        sposób wpatrując się w kalendarz na ścianie. Na nasze „do widzenia” nie
        odpowiedział, choć miejsce pracy kiedyś tam opuścił, gdyż w inny sposób nie
        mógłby uczestniczyć w nocno-porannych sobotnich wydarzeniach.

        Nie cierpię rozmów telefonicznych, prowadzonych w sobotę rano. Wszyscy moi
        znajomi i przyjaciele doskonale wiedzą o tym, że albo nie odbiorę telefonu,
        albo mało że będę nielogicznie odpowiadać na najprostsze pytania, to dodatkowo –
        nie będę pamiętać o tym, kto dzwonił i co mi chciał tak pilnego, że nie
        cierpiało zwłoki, zakomunikować. Nawet jeżeli ktoś miał kiedykolwiek wbrew moim
        chęciom przyzwyczajenie do wczesnoporannych indagacji mnie nawet w sprawach,
        nie wymagających zbytniego wysiłku intelektualnego, musiał przyzwyczaić się do
        tego, że do rozmów w dni wolne o tej godzinie nie nadaję się, bo nawet
        wyglądając na przebudzoną – śpię.

        Toteż, gdy w sobotę o dzikiej porannej godzinie wyrwała mnie ze snu komórka z
        dziwnym komunikatem Mateo: „Ratuuunku, przyjedźcie do mnie!” najpierw trochę
        pozastanawiałam się, czy przypadkiem mi to wszystko się nie śni, a potem
        wolałam upewnić się, wybierając numer telefonu Mateo.

        - Przyjedźcieeeee. Ania i Wańdzia już jadą, - prawie płakał z drugiej strony
        Mateo, - Pomóżcie mi, bo nie dam rady sam, a o 14-ej przyjeżdżają rodzice. No
        przyjedź.

        - Ale co się stało? - próbowałam dopytać się, ale Mateo rozłączył się.

        Zadzwoniłam do Ani, mając nadzieję, że osoba prowadząca higieniczny tryb życia,
        polegający między innymi na uprawianiu codziennej wczesnoporannej gimnastyki i
        bieganiu po kilka kilometrów dziennie jest bardziej przytomna i wypytała
        Mateusza lepiej, niż mogłam ja w danej chwili.

        - Też Ci płakał? - spytała rzeczowo, znając mój zwyczaj długiego spania w
        sobotni poranek, - Podjadę samochodem najpierw po Wańdzię, potem po Ciebie.
        Umyj się, jakoś wyszykuj się. Może nie na wyjściowo, ale jakoś tak bardziej
        sportowo, bo doprawdy trudno przewidzieć, co nas tam czeka.

        Sama już rozumowałam normalnie, więc raczej nie byłam nastawiona na zabawę
        towarzyską i ubrałam się w stare dżinsy. Jeszcze zdążyłam napić się kawy i
        dojść do budującego wniosku, że chyba nareszcie coś się ruszyło i Mateusz
        przestanie nam zatruwać życie biurowe niezrozumiałym zachowaniem.

        W samochodzie snułyśmy domysły, co takiego mogło się stać, że aż nasza
        interwencja stała się niezbędną, ba - wręcz pożądaną. Czułyśmy się trochę jak
        anioły zbawienia, śpieszące z pomocą nawroconemu grzesznikowi. Wyraźnie jednak
        brakowało nam mieczy ognistych, aureolek i podobnych niebiańskich rekwizytów,
        co stwierdziłyśmy prawie jednogłośnie.

        Mateusz siedział chyba pod drzwiami wejściowymi i czekał, bo natychmiast nam je
        otworzył. - Tylko ostrożnie wchodźcie, - uprzedził dziwnie spokojnie. Rogatek
        ocierał się o nogi Mateo, drepcząc ze zdwojoną energią po pasiastym chodniczku
        i zadzierał ku nam rozradowany rogaty łebek, zapewne ogromnie zadowolony ze
        zwiększonego liczebnie towarzystwa. Dunia wmaszerowała do przedpokoju krokiem
        obrażonej księżniczki i usiadła, uroczo zawijając ogonek dookoła królewskich
        łapek, czekając na należną jej „jednostkę głaskania”.

        Przedpokój wyglądał normalnie, jeżeli nie uwzględniać szczegółu, że chodniczek
        od radosnego dreptania kotka zwinął się w rulonik i Mateusz został zmuszony do
        jego rozprostowania. Mateusz też wyglądał przyzwoicie. - Chodźcie dalej, ale
        nie zdejmujcie butów, - zaprosił Mateo, - Zobaczycie same, - powiedział.

        Weszłyśmy do większego pokoju, będącego połączeniem sypialni, salonu i pokoju
        do pracy i widok na dobrą chwilę nas zamurował. Porządek panował i owszem -
        względny. Ale w końcu czego można wymagać od faceta, który został na
        gospodarstwie sam na kilka miesięcy. Nie zdziwiło nas, że kilka kubków z fusami
        po kawie i herbacie stało rozstawionych po kątach, że na fotelu w nieładzie
        poniewierał się sweter, a garnitur zamiast w szafie – malowniczo wisiał na jej
        drzwiach. Biurko zawalone książkami oraz różnorodnymi pomocami naukowymi i
        komputer, zasypany papierami były miejscem stałego bałaganu, pieczołowicie
        pielęgnowanego przez Mateusza, więc ten widok także nie zdumiał nas specjalnie.
        Z opowieści żony Mateusza wiedziałyśmy, że uważał on wprowadzanie przez
        kogokolwiek jakichkolwiek porządków w jego papierach za bezprawną ingerencję.

        Natomiast zaskoczyło i to nieprzyjemnie nas coś zupełnie innego. Jako
        bynajmniej nie oryginalne ozdobniki ścian, dywanu i rozgrzebanej pościeli na
        łóżku występowały białe, czarne i brązowe smugi czegoś. Ostro – tak, że kręciło
        w nosie - pachniało pastą do butów i pastą do zębów.

        - Co tu się stało? - zainteresowała się Wańdzia. - Tyś to zrobił, - zwróciła
        się bezbłędnie z naganą w głosie w stronę Rogatka. Rogatek z niewysłowionym
        zdziwieniem na pyszczku popatrzył na Wańdzię, chyba – o dziwo - pojął, że słowa
        krytyki są uzasadnione, i widocznie w obawie o możliwe ich następstwa schował
        się za Mateo, ciekawskim okiem łypiąc z bezpiecznego miejsca w jej kierunku.

        - No jasne, że on, - powiedziała Ania, - Bierzemy się za sprzątanie, a Ty
        lepiej opowiedz najpierw nam, na jaki szatański pomysł tym razem wpadł ten
        pacan.

        Mateo przyniósł sobie stołek z kuchni, przysiadł na nim i opowiedział. - Od
        kilku dni zauważałem zainteresowanie Rogatka tym, że myję zęby.

        - Ja też myję zęby i od wieków, o ile siebie pamiętam, w moim domu były koty,
        których to nie interesowało, - wtrąciła swój komentarz Ania.

        - Phi, - pogardliwie prychnęła Wańdzia, - Ale to nie był Rogatek. Mów, Mateo, -
        dodała z zaciekawieniem.

        - No przecież mówię, tylko Wy mi przerywacie komentarzami, - z delikatną naganą
        w głosie powiedział Mateo. Jak sądzę, starał się ze wszech miar być gościnny i
        cierpliwy w okazywaniu emocji, bo obrażone harpie mogły w dwie sekundy opuścić
        miejsca, gdzie przycupnęły, wyjść z jego domu i zostawić go samego na
        pobojowisku, zmagającego się z problemem nie do ogarnięcia dla jednej osoby.

        - Widocznie kotek poobserwował i ostatnio opracował sposób na zdzieranie
        nakrętki z tubki, wrzucanie jej do umywalki i chyba skakania po niej,
        wyciskając zawartość, - kontynuował opowieść Mateo, - Miałem z tym niezłe
        utrapienie, choć gwoli prawdy w łazience pastę dość łatwo pozbierać, ale to nic
        miłego codziennie zastawać łazienkę w malowniczych farfoclach i ciągle prać
        ręczniki. Dodatkowo stresowało mnie to niezmiernie i nie potrafiłem odczepić
        się od myśli, że kotek w tej chwili skacze po paście i dajmy na to – przeniósł
        tubkę na moje biurko na moje papiery. Wracałem do domu i dopiero gdy
        stwierdzałem, że nie przekroczył progu łazienki mogłem zacząć funkcjonować jak
        człowiek.

        Wańdzia skrzywiła się z niesmakiem: - Mateusz, ja zawsze uwałam i nadal uważam
        Ciebie za mądrego faceta, ale tym razem przekroczyłeś wszystkie możliwe
        granice. Trzeba było chować tubkę za każdym razem do szafki. Nie miałbyś tego
        dylematu i nie stresowałbyś nas. Nie pomyślałeś?

        - A wiecie, że jakoś tak chyba nie, - stropił się Mateo, - Ale coś Ty!
        Pomyślałem, tyle, że Rogatek mógł wpaść na pomysł poszukania materiału
        zastępczego.

        - Wiele Ci z tego myślenia przyszło, - z przekąsem odezwałam się ze swojego
        kątka, - Pocz
        • white.falcon Rogatek w roli artysty -c.d.n. 2 02.09.05, 17:26
          - Wiele Ci z tego myślenia przyszło, - z przekąsem odezwałam się ze swojego
          kątka, - Poczekał na nadejście jednego z ważnych dni i postanowił przeprowadzić
          eksperyment na szeroką skalę. W łazience mu już było zbyt ciasno.

          - No rzeczywiście, masz rację, - potulnie kiwnął głową Mateo, - Dziś Rogatek
          przeszedł sam siebie. Widocznie stwierdził, że w łazience jego czynności są
          mało atrakcyjne i nie wzbudzają oczekiwanej reakcji. Widocznie postanowił
          rozwinąć działalność, i, dodatkowo - wygrzebał dwie tuby pasty do butów. No i
          mam to, co widzicie. A dzisiaj przyjeżdżają moi rodzice, a ja im tyle
          naopowiadałem o miłym grzecznym kotku. Da się posprzątać to?

          - Pewnie, - powiedziała dziarsko Ania, - Tylko ja bym na Twoim miejscu
          następnym razem nie opowiadałabym niestworzonych historii o tym huncwocie. Może
          powoli przygotuj Rodziców na to, że kotek nie jest do końca aż tak grzecznym
          kotkiem, na jakiego powinien wyglądać.

          - Sami się przekonają, - stwierdziła Wańdzia, kątem oka obserwując, jak Rogatek
          zaczyna skradać się w stronę torebki Ani, którą ta nieopatrznie umieściła na
          małym zydelku: - A Ty lepiej zamiast pouczać – pilnuj swoich gratów, bo jeszcze
          i Tobie zrobi niespodziankę, - dodała.

          Trzy godziny zajęło nam dokładne sprzątanie pokoju i odskrobywanie z różnych
          powierzchni zasychających resztek po pastach do zębów i butów. Przyznałyśmy
          zgodnie, że jest to niezwykle pracochłonne i niewdzięczne zajęcie. Przy okazji
          natrafiłyśmy na ładny stosik niedopałków za tapczanem, wyschnięty na wiór liść
          kapusty, ukryty za regałem i przez niedopatrzenie zamknęliśmy w szafie Dunię.
          Wyszła obrażona na cały świat i nafuczała na nas głośno, dając wyraz swojej
          królewskiej dezaprobacie.

          - Po co mu to było? - zadał retoryczne pytanie Mateo, gdy w kuchni popijałyśmy
          kawę.

          - Ma duszę artysty i talent, - powiedziała Wańdzia i pogłaskała Rogatka po
          łebku, - Ale z Ciebie pacan, co?

          Rogatek zwinął się w kłębuszek i zamruczał. A potem – nagle odwrócił łebek i
          puścił w moją i Ani stronę przecudowne perskie… oko.
        • anchan Re: Rogatek w roli artysty -c.d.n. 15.09.05, 11:39
          „Uleganie poprawie” jest bardzo częste, ale jest błędem. Ulega się czemuś, co
          jest niekorzystne, np. przemocy, pogorszeniu, lub nad czym trudno zapanować,
          np. pokusie.
    • white.falcon Rogatek kontra listonosz 02.09.05, 17:34
      - Ciekawość Rogatka nie zna granic, - tonem zmęczonego bawoła stwierdził
      pewnego dnia Mateusz, - Teraz mam przerąbane u wszystkich. Powinienem się
      zamknąć z Rogatkiem i nie wychodzić na świat Boży, powinienem mieszkać na
      bezludnej wyspie lub w dobrze strzeżonej piwnicy. W ostateczności uszłaby jakaś
      piramida, ochraniana przez kapłanów starożytnego Egiptu, bo oni ponoć byli
      najlepszymi i najbardziej sumiennymi nieprzekupnymi strażnikami, - widząc nasze
      zdziwione spojrzenia uzupełnił wypowiedź Mateo.

      Nie z grzeczności nie zaprzeczyłyśmy. Więcej, skłonne byłyśmy podzielić
      przekonania Mateusza w tym względzie, choć może niekoniecznie w kwestii miejsca
      odosobnienia dla kotka Mateusza. Coraz bardziej byłyśmy przekonane, że kotek ma
      wyjątkowy dar sprawiania nietypowych kłopotów ludziom. Należy jednak przyznać,
      że talent ten huncwot okazuje z niebywałym wdziękiem, w związku z czym
      znielubić się go nie da.

      - Póki kotek był mały, to jeszcze dawało się przetłumaczyć ludziom, że głupie
      to-to, bawi się, dokazuje, - dalej wylewał swoje żale Mateo, - Teraz wygląda na
      normalnego podrośniętego kotka, aczkolwiek z rogami, ale to szczegół.
      Zachowania jednak swojego nie zmienił. Dalej jest taki sam i, jak
      zaobserwowałem, rozwija swoje umiejętności.

      - Nie wątpię, - stwierdziła sceptycznie Wańdzia, w końcu jakiś autorytet, bo
      osoba poważna, ze zdaniem której należało się liczyć chociażby z racji stażu
      pracy w naszej instytucji, - Musiałbyś pilnie udać się do weterynarza, gdyby
      czegoś nie umyślił w ciągu tygodnia, by Ci umilić życie. Byłoby to co najmniej
      podejrzane.

      Ania i ja milczałyśmy, wiedząc, że zapewne Rogatek coś znów zmalował i za
      chwilę dowiemy się o kolejnym jego przypadku losowym.

      - Był u mnie listonosz z listem poleconym, - powiedział Mateo, odrywając się od
      absorbujących go rozważań ogólnych na tematy Rogatkowe, - Jest to starszy
      nobliwy Pan, którego znam tyle, ile mieszkam w swoim mieszkaniu. Zawsze jest
      ciekaw, co u kogo słychać, co komu przydarzyło się, jak się mają sprawy. Lubi
      też czas od czasu pogawędzić na temat ostatnich wydarzeń, czasem powymieniamy
      poglądy na temat polityki. Jest sympatyczny, więc nawet było mi miło, że mogę
      nareszcie oderwać się od prac zleconych i pogadać sobie. Poczęstowałem go
      herbatą, - powiedział Mateo ze źle ukrywanym nagłym smutkiem. Taka zmiana
      nastroju kojarzyła się nieodparcie z chmurami, za którymi schowało się
      późnojesienne słoneczko, stwierdzając, że nie trzeba mamić ludzi płonną
      obietnicą ciepła, skoro lato minęło i nie sugerowała nic dobrego.

      Oczami duszy ujrzałam listonosza, który napił się herbaty, w przyrządzaniu
      której przez niedopatrzenie Mateusza, brał chyba udział Rogatek. Nie chciało mi
      się patrzeć na ten obraz duszy. Ania widocznie wyobraziła coś podobnego, albo
      gorszego, bo lekko zbladła.

      - I co? – zapytała z zaniepokojeniem.

      - Nic, - odpowiedział Mateo, - Listonosz wypił herbatę, zjadł ciasteczko.
      Rozmawialiśmy o ostatnich nowościach filmowych i ogólnie – o postrzeganiu
      współczesnego świata. Jeżeli w kwestii nowych filmów zbytnio się nie różnimy w
      poglądach, to pozwoliłem sobie jednak nie zgodzić się, że kiedyś ludzie byli
      lepsi. Ludzie od zawsze są tacy sami, tylko my ich widzimy z różnych
      perspektyw. Można ocenić kogoś pozytywnie za to samo, jak i negatywnie.
      Natomiast Pan Marian upierał się przy swoich poglądach, twierdząc, że nastąpiło
      ogólne zdziczenie obyczajów i zanik moralności. Wiecie, ja sądzę, zdziczenie od
      zawsze było na tym samym poziomie, tylko świat nie był tak globalną wioską i
      najzwyczajniej mniej informacji do nas docierało, natomiast kwestia moralności.
      Hmmm – tu nie mam jeszcze sprecyzowanych poglądów, poza tym, że ewolucja
      społeczeństwa w kierunku globalnej wioski zmienia też sprawy etyki i zachowań
      ludzkich. Pewne formy zanikają, gdyż są nieprzydatne, pewne nowe powstają.

      - Mateusz, dyskusje na tematy etyczne możemy prowadzić kiedy indziej, -
      poprosiłam, wiedząc, że akurat ten temat jest ulubionym przedmiotem rozważań
      Mateusza i dyskutować może całymi godzinami, choć niekoniecznie jakieś
      konstruktywne wnioski z tego wynikną, - Podyskutowałeś z listonoszem i co było
      dalej? I co z tą herbatą?

      - Przecież Ty pijesz kawę, - zdziwił się Mateusz, - Jak babcię kocham, nie
      prosiłaś o zrobienie Ci herbaty.

      - Co było w herbacie Twojego listonosza? - zadałam bardziej precyzyjne pytanie.

      - Herbata, wrzątek, cukier, - wyliczył Mateusz, - Aaaa, masz na myśli, czy
      Rogatek nie ingerował w herbatę? Zapewniam Cię, że nie. Ale, ale. Tak sobie
      pogadaliśmy i listonosz poszedł sobie z torbą dalej. Akurat miał do roznoszenia
      renty i emerytury, więc chwalił sobie krótki odpoczynek u mnie od biegania po
      domach. Jednak minęło pół godziny i wrócił. A tak mi czegoś brakowało w
      mieszkaniu po jego wyjściu, takie miałem dziwne uczucie, że czegoś nie ma.
      Wiecie, w trakcie naszego popijania popołudniowej herbatki Rogatek wszedł do
      torby listonosza i chyba przysnął w niej, więc nie poczuł, że jest przenoszony.
      Później obudził się i chyba w akcie desperacji rozdydolił pakiet z emeryturami,
      czy rentami, czy czymś takim. We wszelkim wypadku – pakiet z paczkami pieniędzy
      w banderolach. Mało, że listonosz natknął się na łepetynę Rogatka, gdy
      wymacywał pakunek z pieniędzmi będąc w mieszkaniu u jakichś emerytów, to
      jeszcze pakunek i pieniądze zostały uszkodzone - podziurkowane pazurkami
      i obślinione. Szczęśliwie listonosz zna mnie i wie, że kocio jest mój, bo nikt
      dookoła - jak mi powiedział: „nie ma takiego cudaka” - i mi go odniósł. Ja nie
      chcę mieć problemów z Pocztą Polską, jeszcze mi brakuje, bym był podejrzany o
      próbę podwędzenia jakichś pieniędzy! Jak niby mam udowodnić, że nie
      wytresowałem kota do okradania listonoszy? – rzekł Mateusz, a smutna nutka,
      pobrzmiewała w jego głosie.

      Wbrew komizmowi całej sytuacji, zdawałyśmy sobie sprawę z jej powagi, choć w
      głębi duszy uważałam, że skoro listonosz nie miał pretensji do Mateusza i całe
      to zdarzenie uznał za zabawne, to nie należy spodziewać się żadnych przykrych
      konsekwencji. Z drugiej strony: listonosz mógł sobie po-ludzku tak uznać, bo od
      lat zna Mateusza i wie, że kto, jak kto, ale Mateusz nie jest zdolny do
      perfidnego ograbiania kogokolwiek. Natomiast przełożeni listonosza, którym, tak
      mi jakoś się wydawało, listonosz musiał streścić przebieg niecodziennego
      zdarzenia, mogli być mniej życzliwi względem sytuacji i mogli nie mieć poczucia
      humoru. Więcej, w obliczu mnożących się napadów na banki, osoby prywatne i
      konwoje, przewożące pieniądze, mogli sądzić, że Mateusz wraz z kotem stanowią
      zagrożenie. Konsekwencje takiej wątpliwej nobilitacji do bycia bandytą mogłyby
      być kłopotliwe dla kolegi.

      Tym bardziej byłyby przykre dla niego z tej racji, że Mateusz sam z siebie jest
      jednostką ogromnie praworządną. Osobiście byłam świadkiem, gdy w deszczu i po
      kałużach wrócił do sklepu, bo obliczył sobie, że ekspedientka przy wydawaniu mu
      reszty pomyliła się na swoją niekorzyść. Nie o wiele – o złotówkę, ale tej
      złotówki starczyło, by Mateo zdenerwował się niebotycznie, odsądził siebie od
      czci i wiary i skazał się nieomal na banicję.

      Wzięłyśmy więc czynny udział w uspokajaniu Mateusza, tłumacząc mu jak krowie na
      miedzy, że w obślinianiu pakietu z pieniędzmi nie ma jego winy, gdyż nie może
      być odpowiedzialny aż na tyle za pomysły, realizowane przez Rogatka.

      - Ale zawsze mi można postawić zarzut braku nadzoru nad zwierzęciem, - upierał
      się przy swoim Mateo, - Jeżeli dajmy na to świnia ucieknie z podwórka i wejdzie
      w szkodę u sąsiada, to kto, jak myślicie, ponosi konsekwencje? Świnia, czy
      rolnik – jej właściciel?

      - Nie porównuj kota do świni, - z niesmakiem stwierdziła Wańdzia, - Pomyśl
      rozsądnie, jaką szkodę zrobił kot. Obślinił trochę pakiet, poszarpał go, parę
      dziurek zrobił w banknota
      • white.falcon Rogatek kontra listonosz - c.d.n. 02.09.05, 17:38
        - Nie porównuj kota do świni, - z niesmakiem stwierdziła Wańdzia, - Pomyśl
        rozsądnie, jaką szkodę zrobił kot. Obślinił trochę pakiet, poszarpał go, parę
        dziurek zrobił w banknotach. Nawet gdyby ktoś chciał przyczepić się, to nie
        bardzo może. Znikoma szkodliwość czynu wychodzi i nawet grzywny by za to Tobie
        nie wlepili.

        - Łatwo Ci tak mówić, jak to nie Twój kot, - zgryźliwie ripostował Mateo, -
        Ponadto, w naszych czasach z kota mogą zrobić i świnię, jeżeli nie będę miał na
        dobrego adwokata albo nie nagłośnię sprawy w mediach.

        - Owszem, kot jest Twój, ale czy Ty, Mateo, nie przesadzasz w nadawaniu
        większego znaczenia jego poczynaniom, niż trzeba? – wtrąciłam się ja, - Świat
        się nie kręci dookoła Rogatka i, jak sądzę, przez jakiś czas pracownicy poczty
        będą mieli niezłą uciechę ze słuchania historyjki o próbie kradzieży emerytur
        przez kota, ale jak wszystko, tak i to zdarzenie – pójdzie w zapomnienie.

        - A nie możecie jakoś bliżej czegoś się dowiedzieć u samego źródła, czyli u
        Poczty? – zapytała Ania, - Póki co to poświęcamy czas na przekonywanie
        Mateusza, że jest niewinny, a może wystarczy wykonanie paru telefonów i
        przygotowanie się na ewentualne konsekwencje? Może przecież okazać się, że
        rzeczywiście nie ma czym się denerwować.

        Najprostsze rozwiązania, mało, że z reguły najskuteczniejsze i najbardziej
        sensowne, niewiadomo dlaczego przychodzą do głowy jako ostatnie. Może to leży w
        naturze człowieka, że woli najpierw wszystko skomplikować, zadręczyć siebie i
        innych, by potem w ciągu pięciu minut wpaść na właściwe rozwiązanie. Należy też
        przyznać, że istotną rolę może odgrywać strach. Człowiek nawyobraża sobie
        konsekwencji, przerobi kilka fatalistycznych scenariuszy i stwierdza, że lepiej
        nie robić nic, biernie czekając na skutki, które okazać się mogą gorsze, niż
        gdyby od razu podjął właściwe czynności. Nie na darmo mówią, że strach ma
        wielkie oczy i niewiele osób uświadamia sobie, że bać się trzeba mądrze i wiele
        naszych strachów tak naprawdę są strachami na niby, do przeskoczenia, choć –
        jeżeli im nie stawimy czoła – mogą nieźle dać w kość. Spojrzeliśmy wszyscy
        naraz na aparat telefoniczny. W tym momencie podniesienie słuchawki i
        wykręcenie numeru informacji telefonicznej Poczty Polskiej wydawało się być
        czynnością niewyobrażalną, koszmarem rodem z najgorszych snów. No ale ktoś
        musiał to zrobić. Zapewne każde z nas zadawało sobie egoistyczne
        pytanie: „Dlaczego właśnie ja?” Mały strach o dużych okrągłych oczach
        zagnieździł się w naszych duszach.

        Nie wytrzymała Ania i trzy inne istoty ludzkie wewnętrznie odsapnęły. Ania, po
        wybraniu numeru, utkwiła przerażony wzrok we mnie i rozpoczęła rozmowę.
        - Dzień dobry, - odezwała się grzecznie, - Chciałabym uzyskać informację
        w nietypowej sprawie, bardzo nietypowej, proszę Pana. Widzi Pan, odwiedził mnie
        listonosz… Ach nie, proszę Pana, nic mi nie zabrał, wręcz przeciwnie… Nie, nie
        zabrałam nic mu, nic u mnie nie zostawił nie mojego… Chociaż może inaczej, mój
        kot, a tak szczerze, to wcale nie mój, tylko kolegi, bo – mam nadzieję, że Pan
        zrozumie – że nie przydarzyło się to mi, tylko koledze… Odłożył słuchawkę, - ze
        zdziwieniem stwierdziła Ania.

        - Bo nie tak zaczęłaś rozmowę, - porzuciłam obgryzanie końcówki długopisu i
        sama wybrałam numer, - Dzień dobry. Proszę Pana, chciałabym uzyskać informację
        w następującej sprawie: mój kot wszedł do torby listonosza… Jak to gdzie to
        miało miejsce? U mnie w domu. Potem listonosz wyszedł wraz z kotem w torbie…
        Ależ odzyskałam kota – listonosz mi go odniósł, ale sprawa dotyczy czegoś
        innego. Mianowicie ten listonosz roznosił renty i kot mu uszkodził paczkę
        pieniędzy… Nie, nie obsikał, tylko opluł… Nie robię sobie żartów, proszę Pana…
        Też odłożył słuchawkę, - popatrzyłam na kolegów chyba z niemniejszym
        zdziwieniem w oczach, niż Anka, - Czy coś powiedziałam nie tak? Ten Pan
        powiedział mi, bym nie zawracała mu głowy bzdurami.

        Wańdzia sama wybrała numer, zanotowany przez Anię na skrawku gazety: - Dzień
        dobry, proszę Pana, czy będę ponosić jakieś konsekwencje, jeżeli przypadkiem
        uszkodziłam listonoszowi pakiet z pieniędzmi?... Nie szarpałam się z nim,
        skądże!... Mój domowy kot to zrobił – wszedł mu do torby i obślinił pakunek… Ja
        rozumiem, że Pan uznaje to za żart, ale to prawda! Nikt z Pana nie robi idioty!
        Może mi Pan odpowiedzieć, czy nie?!… Ze mną tez nie chciał rozmawiać, -
        podsumowała dyskusję wzburzona Wańdzia.

        - No to nie pozostaje nam nic innego, jak uwierzyć, że nic się nie stanie
        i Mateo za nic odpowiadać nie będzie, - podrapałam się za uchem ja, - swoją
        drogą, gdyby wydarzenie zostało uznane za poważne, to ten Pan potraktowałby je
        inaczej. Wiecie, ja myślę, że listonosz nikogo nie powiadomi, bo posądzą go o
        zmyślanie lub chęć ograbienia emerytów w przyszłości i budowanie sobie w ten
        sposób alibi, - dodałam.

        Definitywnie straciłyśmy ochotę na zadawanie kretyńskich pytań pracownikom
        Poczty Polskiej. Mateo też nie przejawiał chęci wydzwaniania gdziekolwiek i
        dopytywanie się, czy ma oczekiwać na pozew sądowy za rozdydolenie przez kota
        pakietu, zawierającego pieniądze, bo widząc, że zostałyśmy potraktowane
        niepoważnie, uznał, że nic mu jednak nie grozi. Nie miałyśmy wyjścia i
        odetchnęłyśmy, choć ziarenko niepokoju przez jakiś czas jeszcze obijało się nam
        po obrzeżach umysłu. Perspektywa przebywania Mateo i Rogatka w jakimś areszcie
        i donoszenia im paczek bardzo nam się nie podobała. Znając bowiem pomysłowość
        Rogatka, mógłby sprowadzić na manowce, i to licho wie, jakie, każdą porządną
        instytucję, łącznie z jakimś aresztem i jego klientami. Wolałyśmy mieć pewność,
        że takie coś nie nastąpi.
    • white.falcon Jak Rogatek pomógł 03.09.05, 08:06
      Mateusz przyszedł do pracy z „kocim koszykiem”. A miał po ostatnich
      wydarzeniach, związanych z praniem Rogatka, surowo zabronione przynoszenie do
      pracy kogokolwiek podobnego do kota lub nawet niepodobnego, ale mogącego być
      źródłem nieprzewidywalnych kłopotów dezorganizujących prace biura. Otrzymał
      wyraźny zakaz wnoszenia jakichkolwiek zwierząt, ptaków, gadów lub kogokolwiek
      żywego. Nie próbował uściślić, czy na przykład zakaz także dotyczy ludzi,
      którzy czasem nas odwiedzali bez związku z pracą. Naczelnik wyraził się jasno i
      dobitnie: - Panie Mateuszu, ja rozumiem wszystko i to, co się przydarza Panu,
      rzeczywiście jest śmieszne. Ale ostatnio Dyrektor stwierdził, że zdziwiło go,
      gdy podczas ostatniej wizyty (nastąpiła ona szczęśliwie już po upraniu Rogatka
      i starannym uprzątnięciu „śladów przestępstwa”, choć tego samego dnia) wszędzie
      śmierdziało jak w miejskim szalecie i to wyjątkowo zaniedbanym. Zwaliłem to na
      petentów, ale nie wiem, czy uwierzył. Ja Pana błagam, żadnych kotów do prania!
      Żadnych płazów, gadów, ssaków i ptaków! I Pan w ogóle jest pewien, że to jest
      kot?

      - A kto? - zdziwił się Mateusz, solennie obiecując, że żadnych prań kotów
      więcej nie będzie i że w ogóle nie zamierza sprawiać jakichkolwiek kłopotów.
      Wyglądał przy tym tak, że postronny obserwator gotów byłby uwierzyć, że to
      wykroczenie rzeczywiście było czymś wyjątkowym. My niestety w to uwierzyć nie
      mogłyśmy, choć świadomość tego starałyśmy się odsunąć, uważając, że mamy czas
      jeżeli nie na przyzwyczajenie naczelnika do dziwnych wydarzeń, to przynajmniej
      na poczynienie jakichś bliżej nieokreślonych wewnętrznych przygotowań do
      zażegnywania trudnych do przewidzenia skutków czynów Rogatka.

      A teraz Mateo pojawił się z koszykiem. Zgodnie stwierdziłyśmy, że jest mocno
      niedobrze, tym bardziej, że w koszyku coś się szamotało. Jednak niewiadomo
      czemu byłyśmy pewne, że nie jest to Rogatek, chociaż ten „ktoś” niewątpliwie w
      jakiś tajemniczy sposób ma coś wspólnego z rogatym utrapieniem.

      Mateusz umieścił koszyk na biurku, zrobił parę kroków do tyłu, badawczo mu się
      przyjrzał, pokręcił z niesmakiem głową i zamaskował go gazetami. Następnie
      rozejrzał się dookoła i sięgnął po wazon z suchymi chwaścikami, ozdabiający
      dotąd komputer. Misterna konstrukcja z wszystkiego, co było pod ręką widocznie
      usatysfakcjonowała jej twórcę, który uznał, że koszyk jest niewidoczny i udał
      się w nieznanym kierunku opuszczając pokój. Koszyk przyciągał wzrok każdej
      wchodzącej do pokoju osoby bardziej, niż gdyby Mateo go nie maskował. Na
      wszelki wypadek nie dotykaliśmy koszyka. Niewiadomo, kto tam mógł siedzieć.
      Chociaż ciekawe byłyśmy niezmiernie. Nabyta ostrożność kazała nam jednak nie
      ruszać kosza, gdyż znając litościwość Mateusza i pomysłowość Rogatka, mógł tam
      siedzieć nawet diabeł tasmański.

      Najchętniej byśmy wszystkie razem i każda oddzielnie zaświadczyły, że żadnego
      koszyka na biurku Mateusza nie ma, że w ogóle nie mamy pojęcia, czym jest koci
      koszyk, że w życiu żadnego koszyka nie widziałyśmy. Zdecydowane byłyśmy
      zaniewidzieć i wcale, a wcale nie musiałyśmy naradzać się, co robić dalej z tym
      przykrym fantem. Wańdzia otworzyła największy segregator z dokumentami,
      potrzebny jej w tej chwili jak dziura w moście, oparła go o lampkę i w ten
      nieskomplikowany sposób odgrodziła się od biurka Mateusza i widoku koszyka.

      Anka odwróciła się gwałtownie na fotelu tyłem do biurka Mateusza, a przodem do
      komputera, sięgnęła po listy interwencyjne i pogrążyła się w odpisywaniu na
      skargi. Mogła zaświadczyć, a każdy by uwierzył, że z tyłu głowy oczu nie
      posiada.

      Ja nie miałam takiego pola manewru, więc zgarnęłam kajet z wpisanymi nazwiskami
      interesantów, umówionymi na dzisiejszy dzień i opuściłam niebezpieczne
      pomieszczenie, udając się na recepcję. Zawsze mogłam oświadczyć, że mnie nie
      było przy jakichś wydarzeniach. Jednak wrodzona ciekawość pchnęła mnie z
      recepcji z powrotem do jaskini wydarzeń. Zupełnie czym innym jest widzieć, co
      się dzieje, niż potem słuchać opowieści i pluć sobie w nos, że nie widziało się
      czegoś. „Raz kozie śmierć,” – pomyślałam i z determinacją wkroczyłam do pokoju.
      Zaabsorbowana wewnętrznym przygotowaniem na przeżycie jakiegoś szoku,
      zapomniałam, że otworzyłyśmy okno, by dobrze wywietrzyć pokój. Łupnięcie
      drzwiami może i nie było potężne, ale dziewczyny podskoczyły, ale nie
      skomentowały mojego wyczynu nijak – tylko spiorunowały mnie wzrokiem.
      Przekradłam się za swoje biurko i odgrodziłam się od koszyka gazetą – nic mi
      innego nie wpadło do ręki, więcej – byłabym chyba zdolna stanąć na głowie, niż
      wziąć na siebie odpowiedzialność za świadomą tolerancję bytności koszyka.

      - Ja tego nie ruszę za żadne skarby świata, nawet gdyby mi dopłacili, to nie
      ruszę, - z naciskiem zaznaczyła Ania, choć nikt jej nie zachęcał do zbliżania
      się do niebezpiecznego przedmiotu.

      - A ja tego w ogóle nie widzę, - powiedziała Wańdzia, - Zarobiona jestem, mam
      terminy, muszę przygotować dokumenty na naradę. Nie widzę i nic mnie to nie
      obchodzi. To nie moje biurko, - oznajmiła w przestrzeń. Przestrzeń nie kwapiła
      się z odpowiedzią, więc Wańdzia, czując się usprawiedliwiona, zajęła się w
      spokoju statystyką.

      Po nieudanej próbie nawiązania rzeczowego kontaktu z przestrzenią przez
      Wańdzię, postanowiłam nie podejmować podobnej czynności z gatunku skazanych na
      niepowodzenie i wróciłam do swoich zajęć. Spokój, który zapanował, nie trwał
      długo.

      - Odbieram nadgodziny, - powiedział Mateo, wpadając jak burza do pokoju i już
      chciał wymknąć się, unosząc tajemniczy koszyk.

      Drogę zastąpiła mu Wańdzia: - Możesz sobie je odbierać, ale dopiero jak
      opowiesz, coście z Rogatkiem znów wymodziliście. I co oznacza to coś, co
      przyniosłeś.

      - Ja - nie, nie wymodziłem, - ugodowo powiedział Mateo i wyraźnie okazując
      respekt wobec starszej stażem koleżanki, przysiadł na biurku i piastując w
      objęciach kosz powiedział: - To Rogatek. On jest dobrym kotkiem, ale czasem mu
      niektóre pomysły szwankują.

      Co do takowej oceny Rogatka nie wyraziłyśmy żadnych wątpliwości, chyba że
      należałoby uznać, iż dotychczasowe poczynania miały służyć zapewnieniu rozrywki
      Mateo i otoczeniu.

      - No to mów, - powiedziała Ania.

      Wewnętrznie nastawiłyśmy się na coś bardzo dziwnego. Mateo widocznie zauważył
      odźwierciedlenie niepokoju na naszych twarzach i uspokajająco pomachał ręką: -
      Nie to, co myślicie. Teoretycznie powinienem zabronić Rogatkowi tych spacerów
      po okolicy, ale nie mogę go przeistoczyć w kota wyłącznie domowego. Parę dni
      temu stwierdziłem, że Rogatek i Dunia zbyt dużo jedzą. Nigdy nie zdarzyło im
      się „wymieść” z miseczek wszystkiego, łącznie z suchą karmą. Zawsze do mojego
      powrotu z pracy coś tam zostawało w karmidełkach. A od kilku dni - nic.

      Najpierw myślałem, że koty cierpią na efekt gromadzenia tłuszczyku na zimę, ale
      nie przybierały na wadze i już. Stwierdziłem, że musi w tym być coś innego. No
      i jest. Dzisiaj przypadkiem dowiedziałem się, że mam dodatkowego lokatora.

      - Kogo? - spytałyśmy nieomalże chórem.

      - A - o - popatrzcie, - powiedział Mateo, i wyjął z koszyka straszliwie
      zaniedbanego i chudego szarego kotka. Kotek płaczliwie zaprotestował przeciwko
      wyjmowaniu go z cieplutkiego i przytulnego koszyka. Wyglądał bardzo
      nieszczęśliwie z rozczochranymi kosmykami sierści, mającymi zapewne imitować
      bujne owłosienie i skwaszonym wyrazem mordki. Pierwszym naszym odruchem, który
      szczęśliwie opanowałyśmy, był odruch poszukania jakiejś ściółki, by nie
      nabrudził nam z tego swojego nieszczęścia w pokoju.

      - Same widzicie, jaki jest. Rogatek go przyprowadził i, widocznie po przygodzie
      z jaszczurką, stwierdził, że kolega, któremu chce pomóc, powinien się chować
      przede mną. Nie przyszło mu do głowy, że chorego kociaka bym nie wyrzucił.
      Wiecie, gdzie kazał mu chować s
      • white.falcon Jak Rogatek pomógł - c.d.n. 03.09.05, 08:07
        - Same widzicie, jaki jest. Rogatek go przyprowadził i, widocznie po przygodzie
        z jaszczurką, stwierdził, że kolega, któremu chce pomóc, powinien się chować
        przede mną. Nie przyszło mu do głowy, że chorego kociaka bym nie wyrzucił.
        Wiecie, gdzie kazał mu chować się przede mną? Pod wanną.

        A ja cały czas zastanawiałem się przez tych kilka dni, co mi chce Dunia
        powiedzieć, bo ciągle upierała się przy tym, bym poszedł za nią do łazienki.
        Widocznie miała od razu inne zdanie, niż Rogatek. Dziś odkryłem tego dzikiego
        lokatora, bo wyszedł skorzystać z kuwetki i przyłapałem go na tym. Wybieram się
        do weterynarza - przecież nie pozwolę, by rozchorował się na dobre.

        Ulga, z którą odetchnęłyśmy, nie miała sobie równych. No może przypominała w
        czymś odetchnięcie XIX-wiecznej matrony, której udało się wydać dobrze zamąż
        wszystkie pięć córek. Jeszcze spokojniej odetchnęłyśmy po tym, gdy Mateo
        zapakował kotka do koszyka i opuścił nasze towarzystwo.

        - Wiecie, dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że byłam potężnie
        przerażona, - odsapnęła Wańdzia. Odczuwałyśmy to samo, choć nie kwapiłyśmy się
        z wyrażaniem swoich odczuć w słowach. Wolałyśmy pomilczeć.

        Dziki lokator o kwaśnym wyrazie pyszczka mieszkał u Mateusza, a może raczej u
        Rogatka, kilkanaście dni, aż nie wydobrzał. Słusznie Mateo stwierdził, że
        Lemonka – tak go nazwał – należało pilnie zanieść do lecznicy, bo jeszcze
        trochę, a pozarażałby jakimś świństwem Dunię i Rogatka. Jednak Lemonek nie
        zdradzał chęci pozostania w domu Mateusza na stałe, gdyż był widocznie zbyt
        przywiązany do wolnego świata tajemniczych śmietników, wysokich dachów,
        niebezpiecznych ogrodzeń, by zamienić je na spokojny uregulowany żywot
        kanapowca. Gdy już rzeczywiście poczuł się lepiej, zaczął wychodzić na spacery
        i kiedyś już nie wrócił na nocleg. Nie znikł zupełnie z życiorysu Rogatka i
        Mateo. Z wieści, które do nas docierają, wiemy, że czasem ich odwiedza, woli
        jednak wolne życie dzikiego kota, niezależnego od ludzi. Sądzimy, że jednak
        odczuwa wdzięczność wobec Mateo, bo daje się mu pogłaskać. Każdy ma wolny wybór
        i nie do nas należy ocena tych wyborów. Lemonek wybrał takie, a Rogatek – inne
        życie.
    • white.falcon Cukierkowe gafy 03.09.05, 09:29
      Mateo znów chodził od kilku dni niezadowolony z otoczenia i życia, co wyrażało
      się w niechętnym stosunku wobec wszystkiego i wszystkich: wyrażał swoje opinie
      wtedy, gdy było trzeba i gdy było to niewskazane, drażniło go dosłownie
      wszystko - nowy sweterek Wańdzi, który uznał za krzykliwy, choć jeszcze nie
      zdarzyło mi się słyszeć, by ktoś coś podobnego powiedział o kolorze beżowym,
      petenci, których uznał za niewydarzonych pretensjonalnych idiotów, nie
      umiejących podpisać się w odpowiednich rubryczkach, własnoręcznie zrobione
      kanapki, które po dokładnym obejrzeniu przez Mateo okazywały się być według
      niego produktem ubocznym przedsiębiorstwa produkującego co najwyżej odpady
      żywnościowe, źródłem salmonelli i innych zagrażających zdrowiu bakterii, choć
      były robione przy nas z produktów świeżo nabytych w sklepie. Był nie do życia.
      Wszelkie dociekania powodów tego, a nie innego zachowania spełzały na niczym.
      Więcej – zostałyśmy uznane za osoby nieżyczliwe, czyhające jedynie na
      jakiekolwiek potknięcie Mateusza i skłonne do pogrzebania go żywcem.

      Najpierw zastanawiałyśmy się, potem delikatnie dociekałyśmy, narażając się na
      kąśliwe uwagi i złośliwe przycinki z jego strony, w kolejności - wkurzałyśmy
      się, ale efekty to dawało praktycznie żadne, jeżeli nie liczyć otrzymywanej
      przez nas porcji złośliwości i uszczypliwości. W najlepszych przypadkach
      Mateusz milczał jak głaz, lub zbywał nas niewiele mówiącym
      twierdzeniem: „Dziewczyny, lubię Was, ale odczepcie się, zejdźcie z mojego
      tematu, dajcie mi święty spokój...”. Było to o tyle zagadkowe, że Mateusz nigdy
      nie zaliczał się do „nieużytków społecznych”.

      Pytanie pod tytułem „Jak wytrzymać ze znerwicowanym kolegą” nękało nas mocno i
      usilnie. Już zaczęłyśmy zastanawiać się nad sensownością odszukania w księgarni
      poradnika, poświęconego temu tematowi i nauczenia się paru sztuczek, zalecanych
      przez autorów takiego dzieła. Jednak w porę przypomniałam sobie o tym, czym
      zakończyło się doświadczenie Ani z poradnikiem niechybnie należącym do
      kategorii tego rodzaju wytworów książkowych.

      Pewnego słonecznego dnia bowiem Ania oświadczyła nam, że postanowiła
      uszczęśliwić męża, aktualnie przebywającego w dłuższej delegacji służbowej.
      Mianowicie postanowiła pomalować jeden z pokoi ich mieszkania na oryginalny i
      nowoczesny sposób.

      Popatrzyłam na rozradowaną Anię krytycznie i podchwytliwie spytałam: - A wiesz,
      od której strony trzyma się pędzel do malowania, czy wałek?

      - Nie wiem, ale nauczę się, - Ania nie dała się podpuścić i wyciągnęła
      eleganckie książkowe wydanie z serii „Zrób to sam”, natrętnie reklamowane na
      bilboardach, w prasie i innych mediach, - Popatrzcie, tu jest opisane wszystko
      krok po kroku. Nawet samemu można wyliczyć, ile i jakiej farby potrzeba, jakie
      szczoteczki i te – tego – aha, szablony chyba.

      Wańdzia zainteresowała się niecodziennym problemem: - A co – szlaczek chcesz
      namalować, czy dać inny kolor? Odradzam kolory zbyt odważne, przecież macie
      standardowe meble, a różne nowoczesne łączenie kolorów, na przykład
      pomarańczowego z czerwonym będzie gryźć się z ich jasnym kolorem.
      Ania pokręciła przecząco głową: - Moja droga, ja jeszcze w księgarni
      przeczytałam rozdział o przecieranych ścianach. Popatrzcie, tu są nawet obrazki
      i rysunki, jak można korzystając z tej techniki stworzyć przytulny nastrój
      w zwykłym mieszkaniu.

      - Kiedy zamierzasz przecierać te swoje ściany? – byłam ciekawa praktycznie, bo
      przeczucie mi mówiło, że na przecieraniu rzecz się nie skończy.

      - Jutro, no może zacznę jeszcze dzisiaj, - radośnie stwierdziła Ania, - Potem w
      ciągu tygodnia wszystko ładnie wyschnie, powieszę obrazki i zrobię
      niespodziankę.

      - Ciekawe, - Wańdzia była pod wrażeniem lektury o przecieranych ścianach, -
      Wiesz, Anka, jeżeli Ci wyjdzie to ładnie, to pożyczę książkę od Ciebie i sama
      spróbuję coś z niej zastosować. Podobają mi się te malowane ręcznie wzorki na
      kafelkach. Może kuchnię sobie odmienię.

      - Ty się lepiej nie rozmarzaj i nie nastawiaj na odmiany w kuchni, - półgębkiem
      odezwałam się do Wańdzi, - Postaraj się nic nie planować na jutro.

      - Niedowiarek z Ciebie, - Anka jednak usłyszała moją wypowiedź
      i lekceważąco machnęła ręką, - Jeszcze mi zazdrościć będziesz.

      Niestety, z zazdroszczenia nazajutrz wyszły nici, bo wspólnie z Wańdzią
      ratowałyśmy Anię przed - w jej mniemaniu - upokorzeniem i tragedią życiową,
      przemalowując buro-rude przecierane ściany na tradycyjny kolor biały.

      - Próbowałam poprawiać, gdy mi nie wyszło, ale od tego poprawiania robiło się
      coraz gorzej i gorzej, - chlipnęła Ania po zakończeniu robót malarskich, -
      Najpierw mi podobało się to mazanie kulami z papieru po ścianach, ale gdy
      przyjrzałam się temu, co zrobiłam z pokoju, stwierdziłam, że jest mocno nie tak
      i chciałam poprawiać, ale wychodziło gorzej i gorzej.

      Widziałyśmy, jak wyszło to gorzej – pokój, do którego wprowadziła nas chlipiąca
      Ania prezentował się więcej, niż ponuro. Można było od biedy uznać, że Ania
      litościwie udostępniła pokój do malowania pracy dyplomowej jakiemuś studentowi
      ASP, pragnacemu udowodnić odbiorcom, iż świat jest chaosem, a chaos ten
      powoduje depresję i inne choroby o podłożu psychicznym. Bure plamy mieszały się
      z plamami w kolorze fiołkowym, w niektórych miejscach burych paćków było jakby
      więcej, a w niektórych miejscach przeważał fiolet. Wrażenie istotnie było
      piorunujące, ale daleko nie pozytywne. Ja tam nie chciałabym nawet za dopłatą
      dłużej niż chwila przebywać w tak mrocznym wnętrzu, które kojarzyło mi się z
      rytuałami czarnego voo-doo, czy czymś równie ponurym i krwawym. Doświadczenia w
      przemalowywaniu dziwnie pomazanych ścian na tradycyjny kolor starczyło nam na
      tyle, byśmy zmądrzały i zaprzestały bezrozumnego stosowania porad z książek,
      sugerujących, że niefachowiec wszystko potrafi. Więcej, nabyłyśmy pewnej
      nieufności wobec poradników, więc kupno poradnika, w którym doradzono by nam,
      jak rozwiązać problem z nieużytym kolegą, odpadło w przedbiegach.

      Nie mając lepszego pomysłu postanowiłyśmy solidarnie czekać. Tym razem
      zwyciężył zdrowy rozsądek i doczekałyśmy się...

      - Popatrzcie, - powiedział Mateusz pewnego pięknego poranka, - Tylko
      popatrzcie. Zrujnowano mi życie, zepsuto na amen. Ubogi jestem, a zubożałem
      jeszcze bardziej.

      - Tak gwoli prawdy, to Ty nam rujnujesz życie, zachowując się jak nieużyty
      osioł, - stwierdziła zniesmaczona Ania, - Co zaś dotyczy Twojego ubóstwa, to
      chyba cierpisz z powodu ubóstwa umysłowego, pozwalającego na dręczenie nas w
      taki wymyślny sposób. Mimo jej nieprzychylnego komentarza z ciekawością
      czekałyśmy na ciąg dalszy. Nie od dziś bowiem wiemy, że jeżeli Mateusz zaczyna
      mówić, to mówi, a nie poprzestaje na obrażaniu się i milczeniu.

      Mateusz położył na biurku piękną piekielnie drogą bombonierę cukierków. -
      Przepraszam Was, ale ten problem mnie dręczy od kilku dni, - powiedział.
      Wańdzia podejrzliwym okiem zerknęła na pudełko. Ani ja, ani Ania także nie
      kwapiłyśmy się ze zbliżeniem się do tego czegoś, gdyż świeżo w pamięci nam
      pozostawały „skarby” Rogatka, skrzętnie ukrywane w brzuchu świni. Nie
      łudziłyśmy się, że Mateo postanowił nam wynagrodzić swoje zachowanie
      z ostatnich dni.

      - Dziewczyny, zobaczcie, - poprosił Mateusz, - Ja nie mam już sił i wyobraźni
      mi braknie.

      - Rogatek, - powiedziałam ja. Hasło zadziałało. Rzuciłyśmy się na pudełko we
      trójkę. Otworzyłyśmy i zamarłyśmy na moment. Pudełko prezentowało dość ciekawy
      obraz: zawierało normalne apetyczne cukierki czekoladowe, niejako w całości,
      jeżeli nie liczyć oznakowania ich wyraźnymi śladami małych ząbków.

      Mateusz westchnął: - Mama miała urodziny i ja kupiłem te cukierki na straganie.
      Nie miały fabrycznej foliowej obwoluty, ale cierpiałem na pewne braki finansowe
      po remonci
      • white.falcon Cukierkowe gafy - c.d.n. 03.09.05, 09:31
        Mateusz westchnął: - Mama miała urodziny i ja kupiłem te cukierki na straganie.
        Nie miały fabrycznej foliowej obwoluty, ale cierpiałem na pewne braki finansowe
        po remoncie, więc nie stać mnie było na inne, a Mama te akurat uwielbia.
        Kupiłem, przyniosłem do domu. Nawet nie leżały na stole zbyt długo – tylko
        tyle, ile normalnemu człowiekowi zajmuje kąpiel, ubranie się w strój wyjściowy,
        zapakowanie ich zgrabnie w papier na prezenty.

        - Jak widzę, Rogatkowi to wystarczyło, - stwierdziłam z przekąsem, - Może mi
        powiesz, po co otwierałeś bombonierkę?

        - Tylko chciałem sprawdzić, czy nie sprzedano mi cegły, - kajał się Mateo, -
        Słyszałem o takich przypadkach.

        - Cegły sprzedawali zamiast cukierków? – zdumiała się Anka, - Przecież waga by
        się nie zgadzała. Cukierki ważą mniej niż cegła, no i komu by się chciało robić
        taki szwindel dla paru groszy. Przecież ktoś mógł od razu otworzyć bombonierkę
        i chcieć zjeść cukierka!

        - Ja słyszałam o czyms podobnym – o sprzedaży cegieł zamiast odtwarzaczy
        video, - powiedziała Wańdzia, - Ale to działo się chyba w Rosji i odbywało się
        zupełnie inaczej. Chyba Ty, Mateo, zbyt dużo czytujesz kryminałów, skoro
        sądzisz, że na ulicznym straganie ktoś mógł zrobić taki szwindel z cukierkami.
        Ja bym jeszcze uwierzyła, gdyby sprzedano Ci przeterminowane czekoladki.

        - Mniejsza o to, - przerwałam znęcanie się nad Mateuszem, - Kiedy odkryłeś, że
        Rogatek partycypował w ostatecznej wersji kształtu prezentu?

        - Wtedy, gdy Mama otworzyła pudełko, - smętnie odparł Mateo, - Szczęśliwie dla
        mnie zjawiłem się razem z Wujostwem i prezentów było więcej, więc Mama nie
        spojrzała na czekoladki, tylko uchyliła wieczko, a potem zajęła się kwiatkami,
        które wstawiała do wazonu. Szczęśliwie zauważyłem ubytki i po zakończeniu
        przyjęcia zabrałem czekoladki ze sobą.

        - Hiiii – ukradłeś własny prezent, - chichotała Ania, - Ciekawa jestem, jak
        zareagowała twoja Mama?

        - Najpierw nie zauważyła, a potem jej powiedziałem, że przypadkiem zabrałem ze
        sobą pudełko, - sprostował chichoty Mateusz, - Przez pomyłkę. Ona wie, że
        jestem bardzo roztargniony i mogłem to zrobić.

        - Wiesz, co, - Wańdzię coraz bardziej bawiło opowiadanie, - Gdyby ktoś próbował
        mi wmówić, że przez roztargnienie zabrał prawie półmetrowe pudło, nie
        uwierzyłabym za nic w świecie i prawdopodobnie straciłabym zaufanie do tej
        osoby.

        - Mama też na początku nie uwierzyła, ale ją przekonałem i obiecałem odnieść
        czekoladki, - posmutniał Mateusz, - Nie te – poznaczone przez Rogatka, tylko
        chcę kupić inne pudło.

        - Więcej nic nie mów, - domyślnie powiedziała Ania, - Ile te czekoladki
        kosztują w normalnym sklepie i ile Ci pożyczyć?

        - A możecie? - z nadzieją w głosie zapytał Mateusz.

        Pożyczyłyśmy. Trzeba jakoś ratować kolegę, choć wyżebrałyśmy od niego solenne
        przyrzeczenie, że nie będzie sprawdzał, czy w fabrycznie zapakowanym pudełku
        przypadkiem nie ma cegły.
    • white.falcon Rogatek naraża się 03.09.05, 10:04
      Mateusz chyba w końcu odzwyczai nas od sypiania - jak Bóg przykazał - w nocy.
      Takie wyrwanie z łagodnych marzeń sennych - to nic dobrego, szczególnie, gdy
      dzwoni komórka i na ekraniku wyświetla się napis „Mateo”. Tak stwierdziłyśmy
      wspólnie i tak sobie siedziałyśmy, nękane losami Rogatka, a pośrednio -
      Mateusza. Ostatnie jego nocne telefony wyprowadziły nas z równowagi kompletnie.

      Mało, że dzwonił z jakiejś knajpy, która chyba nie należała, sądząc z
      wdzierających się odgłosów otoczenia, do restauracji, gdzie serwują łososia z
      grilla i wykwintnie pytają o rocznik wybranego wina, to rozmowa nie miała
      sensu, gdyż uporczywie przewijały się słowa: „Rogatek” i „co mam robić” i nic
      poza tym. Mateo wkroczył w końcu „na pokoje” jakoś - z jednej strony dumny, a
      z drugiej - jakiś przytłamszony. Usiadł, rzucił niedbale teczkę na stół i
      wygłosił: - Wszędzie jest mafia.

      Tąpnęło nami lekko. Znając praworządny charakter Mateusza, który umarłby ze
      strachu, gdyby przejechałby się autobusem „na gapę” lub zrobił coś w tym stylu,
      zamarłyśmy w oczekiwaniu na opowieść. Mateusz nie kwapił się z opowiadaniem.
      Trochę poszperał w papierach i nagle spytał: - Drogo by mnie kosztowało, gdybym
      nabył broń?

      Wańdzia skamieniała. Dosłownie. Zamieniła się w słup soli, czy w pomnik "Matki-
      Polki" - jak kto chce.
      - Mateusz????!!! - wysyczała ze zgrozą.

      Ja i Ania, jako to młodsze pokolenie, zamarłyśmy w totalnym bezruchu. A
      Mateusz - nic. Nie zareagował nijak na Wańdzię. Przechylił się na krześle
      i, co mu się nie zdarzało nigdy, położył nogi na biurko. Powiało zgrozą.
      Ania nie wytrzymała. Wstała, wzięła zszywacz i walnęła nim przed nosem
      Mateusza. - Po co Ci broń? Zwariowałeś? - zapytała tonem nie znoszącym
      sprzeciwu.

      Mateusz niejako się ocknął. - Rogatek, - powiedział jednak mało przytomnie.

      - Co, Rogatek? - tym razem Ania wrzasnęła.

      - Zadał się z mafią, - powiedział Mateusz i powiódł po nas wzrokiem,
      wyrażającym coś takiego, że nie szło tego określić, ani nazwać w ludzkim
      języku. Cisza wręcz zmaterializowała się w pokoju do momentu, póki ja nie
      parsknęłam śmiechem. To, co widziałam przed chwilą, przypominało mi kiepski
      kryminał z niewydarzonymi aktorami w rolach głównych. Ani Mateo nie pasował do
      roli mafiosa, ani Wańdzia nie nadawała się do odgrywania roli matki rodu
      mafijnego, ani tym bardziej wiotka blondynka – Ania – nie pasowała do bycia
      femme fatale, niecnie wykorzystującą i porzucającą biednych narzeczonych.
      Sceneria też była nie ta, bo skromne biuro nijak się miało do apartamentów Cosa
      Nostry. Najgorsza wytwórnia filmowa nie przyznałaby się do takich aktorów i
      nawet mając maksymalnie ograniczony budżet nie umieściłaby akcji filmu w takich
      wnętrzach, jak nasze biuro. To mnie rozśmieszyło, dzięki czemu rozładowałam
      atmosferę, choć sytuacja wcale nie była do śmiechu.

      W międzyczasie skamieniała Wańdzia wróciła do postaci zwykłej Wańdzi. - Powiedz
      normalnie, - poprosiła.

      Mateusz westchnął i opowiedział: - Nie wiem, po co, nie wiem, jak, ale Rogatek
      podczas swoich spacerów gdzieś się natknął na tak zwanego „Igora”. Tak go tu
      nazywają - to znaczy u mnie na osiedlu. Podobno „trzęsie” Stadionem X-lecia i
      cudzoziemcami tam handlującymi – wszyscy go się boją, należy do jakiejś ruskiej
      mafii, jest szalenie niebezpieczny i złośliwy, a gdzieś na moim osiedlu
      wynajmuje mieszkanie. Podobno nienawidzi zwierząt, a Rogatek mu się spodobał.
      Ja na wewnętrznej stronie obróżki Rogatka wypisałem na wszelki wypadek numer
      komórki, bo chcę mieć pewność, że gdyby coś, to ktoś mnie powiadomi. I
      powiadomili... – Mateusz ponownie westchnął ciężko i zamilkł na dłuższą chwilę,
      widocznie zastanawiając się nad słusznością swoich czynów.

      - Zadzwonili do mnie z knajpy, proponując pieniądze za Rogatka, - kontynuował
      po chwili, - Poszedłem tam, bo bałem się, że zrobią mu krzywdę. Mateusz
      przerwał straszliwą opowieść, zdjął nogi z biurka i teraz wyglądał jak bardzo
      nieszczęśliwy i przejęty Mateusz. Miałam wrażenie, że mało mu brakuje i zacznie
      płakać. Jednak trzeba było dowiedzieć się więcej, więc udałam, że niedostrzegam
      jego smutnej miny i spytałam się ostrożnie: - Chcieli okup?

      Mateusz spojrzał na mnie i rzeczywiście zobaczyłam w kącikach oczu dwie duże
      łzy: - Nie, - odparł cichutko, - Ja bym każde pieniądze zapłacił za Rogatka,
      przecież wiesz. Oni chcą mi zapłacić za kota, tylko chcieli dowiedzieć się, ile
      za niego chcę. Mówili, że to ma być uczciwa transakcja, bo zwierząt się nie
      kradnie, tak, jak nie kradnie się obrączek. Podobno wtedy pecha przynoszą, -
      Mateo wytarł oczy rękawem. Wyglądał z każdą chwilą coraz nieszczęśliwiej.
      A my – my milczałyśmy. Nie było dwóch zdań – Mateo na pewno nie sprzedał kota,
      ale coś z tą sprawą należało zrobić.

      - Co było dalej, Mateo? – spytała najspokojniej jak umiała Wańdzia.

      - Nie zgodziłem się najpierw, - prawie chlipnął Mateusz, - Powiedzieli, że dają
      mi czas do namysłu do dzisiaj. Mam wieczorem przyjść do knajpy na rozmowę z
      Igorem.

      - To nie rozmawiałeś z Igorem? – zdziwiłam się, - Tylko z kim? Za wszelka cenę
      starałam się ratować sytuację. Gdyby Mateusz rozkleił się, to prawdopodobnie
      nie tylko nic byśmy się nie dowiedziały, ale jeszcze sam Mateusz narobiłby
      nieodwracalnych kłopotów, nabywając broń lub robiąc coś równie
      nieodpowiedzialnego.

      - Z jakimiś Grzegorzem i takim drugim, który milczał i patrzył na mnie tak,
      jakbym mu całą rodzinę w łyżce wody utopił, - Mateusz powoli wracał do stanu
      względnie normalnego, pozwalającego przynajmniej na prowadzenie sensownej
      rozmowy.

      - Jakim cudem mogłeś rozmawiać z kimś, kto na Ciebie tylko patrzył? – Anię
      wyraźnie zainteresowała możliwość rozmowy z kimś, kto nic nie mówi. Nie była
      niewrażliwa, tylko chciała poznać szczegóły.

      - Mówił Grzegorz – od razu przy wejściu mnie zaczepił, - wyjaśnił Mateusz, -
      Chyba wiedział, jak wyglądam. Potem usiedliśmy przy stoliku i ten drugi tylko
      kiwał głową na wszystko, co powiedział Grzegorz. Dzisiaj w tej knajpie ma być
      Igor i mam rozmawiać z nim, bo Grzegorz mi proponował pięćset złotych, a gdy
      nie zgodziłem się, uznał, że bez konsultacji z Igorem on stawki nie podniesie.
      Zamknęłam oczy, a po krótkiej chwili usłyszałam własny głos: - Mateusz, ja
      pójdę z Tobą do knajpy.

      - Ja też z Wami pójdę, - usłyszałam głos Wandzi.

      - A co – myślicie, że ja nie pójdę? – z lekką obrazą w głosie odezwała się
      Ania, - Mało, ubezpieczać nas będzie mój mąż. Nie dam się porwać tak, jak
      Rogatek.

      Jeżeli ktoś myśli, że nie bałam się, to myśli bardzo źle. Bała się każda
      z nas – osobno i razem. Z Anią co kilkanaście minut wychodziłyśmy na papierosa,
      rozważając kwestię zabrania ze sobą jakiegoś tłuczka, by w przypadku gdyby ktoś
      próbował coś nam zrobić – zaprawić go tłuczkiem w łeb i uciekać. Z Rogatkiem
      pod pachą oczywiście.

      Po namyśle i kilku spalonych, a raczej zmarnowanych papierosach, doszłyśmy do
      konstruktywnego wniosku, że lepiej nie zabierać ze sobą niczego, bo zapewne
      bandyci mają pistolety i pałki, przy których nasz tłuczek wyglądałby co
      najmniej śmiesznie. Rozsądnie uznałyśmy, że nie zabieramy ze sobą kart
      bankowych, bo gdyby nas ograbiono i puszczono żywe, niepowetowaną stratą byłoby
      utracenie marnych oszczędności, które wystarczyłyby na jedno posiedzenie
      bandytów w jakiejś restauracji, a nam dawały złudne uczucie jako-takiej
      pewności na tym pełnym przykrych niespodzianek świecie. Przed opuszczeniem
      miejsca pracy Wańdzia ukryła się w łazience. Podejrzałam, że przed lustrem
      ćwiczyła surowe miny, które jej jakoś nie wychodziły i bulgotała do siebie z
      niesmakiem pod nosem wyszukane, aczkolwiek mocno niedzisiejsze inwektywy. Nie
      odważyłam się rozczarować ją sprostowaniem, że określenie typu „
      • white.falcon Rogatek naraża się - c.d.n. 03.09.05, 10:10
        Nie odważyłam się rozczarować ją sprostowaniem, że określenie typu „skurczybyk”
        lub „hamidło” we współczesnym języku już nie są uważane za ciężką obrazę na
        honorze. Każda z nas starała się odpowiednio nastawić się psychicznie, w czym
        wydatnie przeszkadzało nam wykonywanie obowiązków służbowych.

        - Co Wam jest, bo widzę, że z Wami coś się dzieje niedobrego? – delikatnie
        zapytała się Pani Maria na korytarzu, - Przyniosłam Wam te papiery, na które
        tak czekałyście, a Wy machacie ręką na mnie, jak na uciążliwą muchę.

        - Jutro opowiem, - zapewniłam, - Jeżeli zobaczymy się jutro, czy kiedykolwiek
        jeszcze, - dodałam w przypływie czarnowidztwa i, widząc zdumiony wzrok Pani
        Marii, czym prędzej ukryłam się w sekretariacie.

        Ostatnie pół godziny w pracy przesiedziałyśmy we własnym gronie, spoglądając na
        siebie, co chwila sprawdzając zegarki i powoli zieleniejąc na twarzach. W
        dzikim tempie przebyłyśmy drogę z pracy do drzwi knajpy, gdzie Mateo był
        umówiony na spotkanie z Igorem. Miałyśmy wrażenie, że od szybkości pokonania
        tej niewielkiej odległości zależą losy Mateusza i Rogatka, choć gdyby nas
        zapytano o stan naszego ducha, żadna nie przyznałaby się do wewnętrznych obaw i
        rozterek. Skądże – gotowe byłyśmy przyrzec na wszelkie skarby świata, że wcale,
        a wcale nie boimy się bandziorów i kontakty z nimi dla nas to pestka.

        Przed drzwiami knajpy nas zamurowało. Czułyśmy się bardzo nieswojo, tym
        bardziej, że mąż Ani nie uwierzył nam, twierdząc, że nigdy nie słyszał
        o porywaniu zwykłych dachowców, a tym bardziej – o tym, by bandyci proponowali
        uczciwe zapłacenie za zwykłego kota. – Lepiej się przyznajcie, że chcecie
        poplotkować we własnym gronie i nie wymyślajcie bajek o porwanych kotach, -
        poprosił. Ania poczuła się bezsilna i oświadczyła, że popamięta te swoje słowa,
        gdy przyjdzie czas rozpoznawania jej ciała w kostnicy. Mąż Ani tylko się uśmiał
        i zasugerował, byśmy nie siedziały w knajpie zbyt długo i, o ile będziemy
        wracać po dwudziestej pierwszej, wzięłyśmy taksówkę. Byliśmy we czwórkę – sami,
        bez żadnego wsparcia, bez tłuczka, czy czegokolwiek podobnego pod ręką.

        - Może nie stójmy jak barany, tylko wejdźmy do środka, - nieśmiało
        zaproponowała Wańdzia, - Do spotkania z Igorem jeszcze zostaje godzina, więc
        może napijemy się jakiejś kawy.

        Weszliśmy zatem, o mały włos nie zlatując po śliskich kafelkowych schodach,
        knajpka bowiem mieściła się w podziemiach osiedlowego sklepu spożywczego. Mała
        kawiarenka, określona przez Mateusza gromkim mianem knajpy, nie przypominała w
        niczym jaskini rozpusty, czy podrzędnego lokalu, ale wrażenie mogło być złudne,
        bo w końcu nie wystrój się liczy, tylko kategoria ludzi, spotykających się w
        danym miejscu. Półmrok panował, słabo tliły się światełka nad barem, wewnątrz
        oprócz dwóch znudzonych kelnerek nie było nikogo.

        - Na filmach widziałam, że trzeba siadać tak, by widzieć całą salę lub
        przynajmniej wejście, - szepnęła Ania.

        Wybraliśmy zatem stolik w rogu lokalu, sympatyczna kelnerka przyniosła
        zamówione napoje, zapaliła świeczkę, tkwiącą w ozdobionym stroikiem świeczniku
        na środku stolika. Zapłaciliśmy z góry i nie bardzo wiedzieliśmy, co robić.

        - Może coś zjemy? – zaproponował Mateusz, który w chwilach stresu odczuwał
        wzmożony głód.

        - Coś Ty, - obruszyła się Ania, - Ja bym może setkę wypiła na odwagę, ale
        przełknąć to nic bym nie przełknęła.

        - Żadnych setek, - zadysponowała Wańdzia, - I żadnego jedzenia. Najedzone
        osoby, postrzelone w brzuch, umierają w strasznych męczarniach, - pouczyła i,
        widząc nasze spłoszone spojrzenia, dodała: - Co tak się patrzycie? W książce o
        tym czytałam.

        Opinia Wańdzi zmroziła w nas chęć do jakiejkolwiek konsumpcji. Każde z nas
        intensywnie wpatrywało się w napoje przed nami, ale jakoś nie czuliśmy się na
        siłach przełknięcia czegokolwiek. Miałam wrażenie, że w tej chwili moglibyśmy
        pozować do obrazu mającego w koncepcji przedstawić współczesnych ludzi
        utrapionych. Jak długo siedzielibyśmy w milczeniu, wpatrzeni w szklaneczki -
        niewiadomo. Drgnęliśmy, gdy usłyszeliśmy cichutkie „miau”. Tego „miau” nie
        można było pomylić z żadnym innym „miau” – to „miau” było głosem Rogatka.
        Unieśliśmy głowy wszyscy naraz i jakiekolwiek rozważania na temat
        niebezpieczeństw, które miały stać się naszym udziałem w najbliższej
        przyszłości, wywietrzały nam z głów jak bąbelki noworocznego szampana.

        Facet, piastujący na ręku Rogatka, nie wyglądał specjalnie groźnie. Żadne tam
        złote łańcuchy, czy pistolet, wystający spod poły marynarki. Normalny facet,
        jakich wielu mija się na ulicy: ubrany w garnitur, ogolony, z normalną męską
        fryzurą. Ani na pierwszy, ani na drugi rzut oka nie wyglądał na groźnego
        bezlitosnego bandytę. Z dziwnym rozbawieniem przyglądał się nam, głaszcząc po
        łepetynie rogatą zgubę.

        - Pan go tak nie głaszcze, - naburmuszyła się Anka, - On za tym nie przepada.
        Nie lubi, gdy go głaszcze się po łebku.

        - Skąd Pani wie? – zapytał się facet i zbliżył się do stolika. Poczuliśmy
        delikatną nutkę dobrej wody po goleniu.

        - Wiem i już, - buńczucznie stwierdziła Ania, - Nie od dziś znam Rogatka.

        - A pozostałe Panie też go znają? – uśmiechnął się domyślnie rozmówca,
        przysiadając się do naszego stolika.

        - Znamy, - ponuro stwierdziła Wańdzia, podejrzliwie przyglądając się gościowi, -
        To jest kot naszego kolegi i mu na nim bardzo zależy.

        - Zdziwi się Pani, ale mi zwierzak też się podoba, - powiedział facet, skinął
        ręką na kelnerkę i półgłosem zadysponował: „To, co zawsze”. Szklaneczka z
        jakimś trunkiem pojawiła się jakby znikąd. – Państwo, jak widzę, jeszcze mają
        napoje, choć może coś sobie życzycie dodatkowo? – zapytał gość grzecznie.

        - Życzymy sobie kota, tego kota, - wyrwało się mi.

        - Pani tak od razu chce rozmawiać o interesach, - lekko zdegustował się
        rozmówca – Igor jestem, - nagle wstał, wyciągnął rękę i ucałował dłoń najpierw
        oniemiałej Wańdzi, potem Anki, która bez protestu, raczej w odruchu, podała
        swoją dłoń, a potem mi, - Pana Mateusza już znam jako właściciela kota, ale
        przyznaję, że nie miałem dotąd przyjemności poznać go osobiście. Jak Panie mają
        na imię? Łatwiej będzie nam rozmawiać, - nie przestawał uśmiechać się.
        „Złotych zębów tez nie ma,” – dziwna myśl przemknęła mi przez głowę
        i kopnęłam w goleń Ankę, która, widocznie nie mogąc otrząsnąć się z wrażenia,
        już się przedstawiła. – „Jeszcze byś nazwisko powiedziała”, - syknęłam. Wańdzia
        miała lepszą reakcję: - Maria jestem, - przemówiła, uśmiechając się tak, że
        tylko skończony idiota mógłby uznać ten uśmiech za przyjemny i radosny. -
        Bożena, - wydusiłam z siebie ja, widząc, że Igor wyczekująco zwrócił wzrok w
        moją stronę.

        - Panie chyba się mnie boją, a całkiem niesłusznie, - kontynuował kulawą
        konwersację Igor, - Nie interesuje mnie, gdzie mieszkacie, jak – zrobił
        szczególny nacisk na to słowo – się naprawdę nazywacie, co robicie. Nie
        wchodzicie, że tak się wyrażę, w zakres moich zainteresowań. Przynajmniej do
        momentu, aż nie będziecie Państwo chcieli zajmować się tym samym, czym zajmuję
        się ja. A zapewne Państwo nie będą chcieli? – upewnił się pro forma Igor.

        - Ja na pewno nie, a jak Wy? – spytałam się kolegów.

        Dziewczyny pokręciły przecząco głowami, a Mateusz, dotąd wpatrujący się
        hipnotycznym wzrokiem w kotka i nijak niereagujący na otoczenie,
        z nieznanych powodów skinął głową. Zdumiony Igor zamarł, a Mateo, nie
        poświęcając uwagi wrażeniu, które tąpnęło Igorem, dalej wpatrywał się w Rogatka.

        - Mateo, czyś Ty oszalał? – wyrwało się zrównoważonej Wańdzi ze zgrozą.

        - A? Co? O co chodzi? – przebudził się do życia Mateo, - Odda mi Pan kota? –
        poprosił nagle Igora żało
        • white.falcon Rogatek naraża się - c.d.n. 2 03.09.05, 10:13
          - A? Co? O co chodzi? – przebudził się do życia Mateo, - Odda mi Pan kota? –
          poprosił nagle Igora żałośnie i popatrzył na naszego rozmówcę w najbardziej
          smutny ze znanych nam Mateuszowych sposobów.

          Igor chwilę przyglądał się Mateuszowi w dziwny sposób, a następnie zapytał się
          Wańdzię, wydającą się być najbardziej rozsądną w tym towarzystwie: - Czy Pan
          Mateusz dobrze się czuje?

          - Nie widzi Pan? – nagle natchnęło mnie, - Pan myśli, że on cokolwiek słyszał z
          tego, co Pan mówił? – dodałam z przekąsem, - Pan się myli, jeżeli tak myśli.
          Dla niego w tej chwili istnieje tylko ten kot i wyłącznie ten kot. Miał Pan
          kiedykolwiek przyjaciela? Takiego małego, całkowicie zależnego od Pana? Pewnie
          nie. I na pewno Pana teraz bawi ten kotek z różkami, a jutro Pana przestanie
          bawić, bo nasika Panu do ulubionego buta lub podrapie Panu teczkę za tysiąc
          dolarów i Pan go wyrzuci. A dla Mateo nie liczą się żadne teczki tego świata i
          żadne, nawet najdroższe buty. Dla niego jest ważny ten mały kot, jaki by nie
          był i co by nie zrobił. Myśli Pan, że Mateo nie złości się na Rogatka, bo tak
          kotu na imię – Rogatek – nie narzeka? Ale potrafi wydać wszystkie pieniądze, by
          go w nocy w święto zawieźć do weterynarza, potrafi nim się opiekować. Rogatek
          ma Mateusza, a Mateusz ma Rogatka, a Pan dla kaprysu chce Mateuszowi zabrać
          przyjaciela! I jeszcze Pan proponuje pieniądze! – skończyła mi się chyba
          inwencja twórcza i zamilkłam, dopiero teraz zastanawiając się, co będzie dalej.
          Dziwnie się poczułam – nigdy nie posądzałam bowiem siebie o możliwość produkcji
          patetycznych przemówień, nawet na akademiach „ku czci” wypadałam nijako, a tu
          nagle popisałam się ukrytym talentem krasomówstwa.

          Igor przeniósł lekko zdumiony wzrok teraz na moją skromną osobę: - Ładnie to
          Pani ujęła, - pochwalił, - W jednym Pani się myli – miałem takiego małego
          przyjaciela we wczesnym dzieciństwie. Był to Placuszek – kotek bez łapki. Taki
          się urodził i już, był bardzo niezaradny i pamiętam, jak się nim opiekowałem
          przez kilka lat. Potem przeniósł się do krainy wiecznych kocich łowów, gdzie na
          pewno czuje się dobrze, o wiele lepiej, niż my wszyscy tu – razem wzięci. A
          Waszego Rogatka zobaczyłem przypadkiem, gdy wysiadałem z samochodu. Nie
          uciekał, choć był ostrożny, a ujął mnie tym, że zachowuje się niezbyt kocio,
          wykazuje dużo zdrowego rozsądku i pomyślunku. Kto wie, może gdyby był
          człowiekiem, to byłby genialny w jakiejś dziedzinie? Pierwotnie sądziłem, że
          jest to zwykły bezpański kot, ale na obrożce znalazłem numer telefonu do Pana
          Mateusza i wysłałem kogoś, by ustalił cenę kota. Byłem i nadal jestem
          nastawiony na uczciwą transakcję i gdyby doszła ona do skutku, to zapewniam, że
          kotek nie będzie miał u mnie źle, - dodał Igor.

          Podejrzliwie zerknęłam na Igora: - Odda nam Pan kota?

          Igor pogłaskał Rogatka, a Rogatek wyciągnął łapkę i pacnął Igora w nos. – Nie
          lubię zabierać czegoś lub kogoś, co do mnie nie należy, jeżeli nie muszę. Ale
          prosiłbym o zastanowienie się. Gdyby Pan, Panie Mateuszu, jednak namyślił się,
          to zawsze może Pan zostawić kartkę kelnerkom w tym lokalu. Spotkamy się raz
          jeszcze i dogadamy się.

          Igor wstał, podał Rogatka Mateuszowi, ukłonił się szarmancko i westchnął: -
          Czas na mnie, Państwo rozumieją – interesy. I oddalił się ku wyjściu. Jeszcze
          się odwrócił, zerknął na Rogatka i powiedział: - Sprawuj się dobrze, kocio.

          Przez dłuższą chwilę trwaliśmy w osłupieniu przy stoliku. Rogatek, widocznie
          zmęczony przygodami, zwinął się na kolanach Mateusza i postanowił uciąć
          drzemkę, pomrukując cichutko. Mateusz nareszcie odnalazł się w świecie nie
          ograniczonym do Rogatka: - Bez Was tak łatwo by mi nie poszło. Dziękuję Wam,
          jesteście kochane Dziewczyny.

          - Wcale Ci nijak nie poszłoby bez nas, - oponowała Wańdzia, wyraźnie
          rozchmurzona po odejściu Igora, - Wgapiałeś się w Rogatka i nawet słowa
          ludzkiego nie wydusiłeś z siebie.

          - Nie wyglądał na bandziora, - otrząsała się z wrażenia Ania, - Nawet był
          sympatyczny i wychowany.

          - A co – miał się rzucać? – stwierdziłam, - Przecież wyraźnie powiedział, że
          interesujemy go tyle, co sanki na wiosnę.

          - On jeszcze coś powiedział, - przypomniał Mateusz, - On powiedział, że nie
          lubi zabierać komuś coś wtedy, jak nie musi. Jesteście pewne, że nie musi mi
          zabrać Rogatka?

          Popatrzyłyśmy po sobie jednocześnie tracąc dobry humor.

          - Popatrzcie tylko, a ja sądziłam, że tak, jak zaniewidział, to też ogłuchł, -
          z rezygnacją powiedziała Ania.

          - Zmień numer komórki, - poradziła Wańdzia, - Cholera, że też nie mieszkamy w
          Stanach, gdzie ludzie mogą przeprowadzać się ile wlezie. Przecież to
          własnościowe mieszkanie i nie zamienisz go tylko po to, by uciec przed Igorem.

          - Ale Rogatek może na jakiś czas uciec, - stwierdziła nieopatrznie Ania, - Nie
          można porwać kogoś, jeżeli go fizycznie nie ma w tym miejscu.

          - Pomyślę, - powiedział Mateusz, - Dajcie mi odsapnąć trochę.

          Wracając do domu wraz z Anią długo milczałyśmy. Dopiero pod domem Ani koleżanka
          się odezwała: - Przynajmniej jeden pozytyw – wiem, jak wyglądają prawdziwi
          bandyci.

          - Nie przesadzaj, jest jeszcze drugi – powiedziałam na pożegnanie, - Mateusz
          odzyskał Rogatka.

          Na jak długo przypadkiem nie wiesz? – pesymistycznie zapytała Ania.

          Tylko machnęłam ręką, bo wróżką nie jestem i poszłam do domu, rozbryzgując
          jesienne kałuże i zbierając mokre kasztany.
    • white.falcon Rogatek odwiedza Wańdzię 03.09.05, 10:42
      Mateusz poczuwał się do bycia wdzięcznym i następnego dnia po dwóch godzinach
      doświadczania wdzięczności z jego strony poczułyśmy się zmęczone. Ile można
      wytrzymać, słysząc co kilka minut: „Wandziu, czy nie poczęstujesz się
      ciastkiem?”, „Aniu, wcale nie musisz sama zanosić to pismo – ja z chęcią to
      zrobię”, „Ach, nastawiasz wodę na kawę – nie musiałaś iść po wodę, ja bym
      skoczył. Ile Ci łyżeczek kawy wsypać? Może chcesz mleko lub śmietankę?”
      Właściwie nie można było ruszyć się, by nie narazić się na wybujałą uczynność
      Mateusza, nastawionego wiernopoddańczo wobec koleżanek.

      - Czy jak pójdę do łazienki, to też mi zaproponuje zastępstwo? –
      z ciekawością spytała się Ania, wykorzystując chwilę, kiedy Mateusz pobiegł
      zrobić kserokopię dokumentów do jej sprawy.

      - Wytrzymaj trochę, może szybko wyhamuje lub mu przejdzie, - poradziłam, choć
      wcale nie podobało mi się, że Mateusz w ramach dobrych uczynków bez uzgadniania
      tego ze mną postanowił posprzątać moje biurko, przy okazji wyrzucając kilka
      starych pism z których chciałam wyciąć parę artykułów, które miałam zamiar
      zachować, bo coś w nich mnie zainteresowało. Prawdą jest, że te pisma leżały u
      mnie na biurku od dwóch miesięcy, ale przecież w końcu bym wycięła potrzebne mi
      strony. Nieistotne, że mogłoby to nastąpić za miesiąc – liczy się efekt
      końcowy. No i Mateusz pozbawił mnie przyjemności uporządkowania papierzysk.
      Podziękowałam, ale miałam nadzieję, że to mu przydarzyło się jednorazowo.

      Chwilę przerwy w pracy Mateusz wykorzystał na przeprowadzenie poważnej rozmowy.
      Wbrew oczekiwaniom nie motał się w artykułowaniu zdań i wyciągać z niego sedna
      problemu nie trzeba było.

      - Dziewczyny, przemyślałem to, co powiedział Igor, - powiedział, - Obawiam się,
      że może uznać rezygnację z praw do Rogatka za decyzję pochopną, że mu odwidzi
      się. On wie, gdzie ja mieszkam, bo bandyci wszystko wiedzą, więc potrzebna jest
      mi Wasza pomoc. Nie jeden raz mi pomagałyście, więc jeszcze jeden raz chyba nie
      sprawiłby Wam jakiejś specjalnej różnicy? – zapytał się grzecznie Mateo.

      - Więcej z bandytami nie spotykam się, - na wszelki wypadek oświadczyła
      Wańdzia. – Ten jeden jedyny raz mi wystarczył i w zakresie kontaktów z mafią
      moje potrzeby są zaspokojone.

      - Nie chcę prosić Was o spotkanie z Igorem, - uspokoił Mateusz, - Sam go więcej
      na oczy nie chcę widzieć. Chodzi o coś innego. Aż boję się Was o to prosić.

      - Już lepiej powiedz, - pogodnie poprosiła Ania, - Chyba nic gorszego nie
      mogłeś wymyślić.

      - Mam pewien pomysł, - powiedział Mateo, - Pomyślałem, że jeżeli na jakiś czas
      Rogatek zmieni miejsce pobytu, to Igorowi nie uda się go porwać po raz drugi, a
      po jakimś czasie w natłoku codziennych bandyckich spraw zapomni o jego
      istnieniu i w ten prosty sposób Rogatek zostanie u mnie.

      - Pomysł jest bardzo dobry, - pochwaliła Wańdzia, - Zamierzasz wywieźć Rogatka
      do rodziców?

      - Nie, nie chciałbym ich obciążać dodatkowym kotem – mają już dwa swoje, -
      pokręcił głową Mateo, - Chciałem prosić o pomoc Was. Przecież wszystkie trzy
      miałyście do czynienia z kotami w swoim życiu, a Waszych adresów Igor nie zna.
      Więcej, w Warszawie na pęczki jest Ań, Marii, i, jak Ty powiedziałaś, że masz
      na imię? – zwrócił się do mnie.

      - Bożena chyba, ale to nie jest istotne, - odparłam, - Ja mogę przechować u
      siebie Rogatka przez jakiś tydzień. Sądzę, że nic mu się nie stanie. A Wy,
      Dziewczyny?

      Wańdzia tylko kiwnęła głową, a po chwili dodała: - U mnie może gościć właściwie
      od dzisiaj, nawet dla mnie będzie to wygodniejsze. Moi domownicy wyjechali,
      więc jeden mały nieszkodliwy kotek wieczorem tylko uprzyjemni mi czas.

      - Potem pomieszka u mnie, - uzupełniła plan Ania, - A na końcu przypadnie Twoja
      kolej, - skinęła w moją stronę.

      Ustalenia zostały wykonane w tempie ekspresowym. Już w godzinę po opuszczeniu
      miejsca pracy Mateusz przywiózł Rogatka wraz z kocim wyposażeniem do Wańdzi.
      Zastanawialiśmy się jeszcze, czy nie urządzić czasowej przeprowadzki także dla
      Duni, ale mieliśmy spore wątpliwości, czy udzielna księżna Dunia mogłaby
      wzbudzić zainteresowanie Igora. Nie posądzaliśmy też Igora o ślepotę, by nie
      odróżnił Duni od Rogatka. Dunia bowiem nie jest pręgowaną kotką. Ma czarne
      futerko w białe łatki, nie ma rogów i nie przejawiała nigdy specjalnych chęci
      do dalszych spacerów po okolicy, uważając, że do kąpieli słonecznych wystarcza
      balkon i koszyczek z mięciutkim kocykiem.

      Po kilku dniach "goszczenia" u siebie Rogatka Wańdzia zaczęła wykazywać pewne
      objawy, jak stwierdziłyśmy, "mateuszowate" w swoim zachowaniu. Zdążyła przyjść
      do pracy w klipsach nie od pary, nieuprasowanej spódnicy, co jej się nigdy nie
      zdarzyło dotąd, zapomniała o zabraniu ze sobą przepustki. Przykłady drobnych
      uchybień i niedopatrzeń można było mnożyć. No nieznana nam Wańdzia to była i
      już.

      Mateo w pracy nękał ją pytaniami o stan zdrowia i zachowanie Rogatka. Podobno,
      jak niechętnie wyznała, czynił to też przez komórkę i to o różnych porach, bo
      mu na przykład przypomniało się, że ulubiona gumowa piłeczka Rogatka została w
      domu i był zdecydowany o pierwszej w nocy ją wieźć z Pruszkowa na Sadybę, co
      musiała mu wyperswadować wszelkimi siłami, między innymi używając argumentu w
      postaci autorytatywnego stwierdzenia, że Rogatek śpi i naprawdę w tej chwili
      nie potrzebuje zabawki.

      Piątek był feralny. Mateo jeszcze nie było, ale Wańdzia i owszem. Minę miała
      bardzo niewyraźną. Ania, widocznie pragnąc uprzedzić moje pytania, czekała na
      mnie przed drzwiami wejściowymi do pracy. Tupała nogami i osłaniała się
      parasolką, bo było wstrętnie zimno i lało.

      - Zwariowałaś? Przeziębisz się, - zamiast powiedzieć „cześć” obsztorcowałam
      przyjaciółkę, - Kurtkę przy takiej pogodzie zostawiłaś w domu, czy co?

      - Kurtkę zostawiłam w pokoju, ale mamy przykrość - Wańdzi coś jest, ale nie
      wiem co, tylko myślę, że to ma - hmmm – „rogatkowate” podłoże, - powiedziała
      smętnie.

      - Dopytamy się - chodź, - stwierdziłam.

      - Kiedy chcę poczekać jeszcze na Mateusza. Może będzie lepiej, jak nie pojawi
      się odrazu w pokoju? - wyraziła swoją wątpliwość Ania.

      - A myślisz, że jak pojawi się później, to mu się „upiecze”? - zapytałam.
      Ania poczuła się przekonana i razem wróciłyśmy do pokoju.

      - A, jesteście nareszcie obydwie, - powiedziała Wańdzia z lekką ulgą, - Chce
      Wam coś opowiedzieć, póki ta ofiara - Mateo - jeszcze nie przyszła. Ja mu nie
      powiem tego za skarby świata, bo jestem zbyt dobrze wychowana, ale Wy wiedzieć
      musicie, bo będziecie gościć Rogatka u siebie i musicie wiedzieć, co mały kotek
      może zrobić.

      - Chyba rzeczywiście popisał się przed Tobą, - powiedziałam domyślnie, - Lżej
      Ci będzie, gdy przyznasz się, co takiego się stało.

      - Nie gotujcie barszczu, - po chwili milczenia powiedziała Wańdzia.
      Oświadczenie zainteresowało nas ogromnie. - Nie gotujcie barszczu, - z
      naciskiem powtórzyła Wańdzia.

      - Przestań mówić tak, jak Mateo, - poprosiłam, - Opowiedz normalnie.

      Wańdzia popatrzyła na nas smutno. - Wiecie, Rogatek jest kotem z tego
      niepowtarzalnego rodzaju „do rany przyłóż”, nawet z tymi jego rogami
      i bodzeniem. Zastrzeżenie mam jedno - pomysły ma bardzo nie-kocie.
      Wańdzia starała się mówić w sposób uporządkowany i spokojny lecz widać było, że
      jest wstrząśnięta do głębi wychowanej w ukochaniu ładu i porządku duszy: -
      Wiecie, jak lubię czerwony barszcz? Wiecie, bo nie jeden raz Wam o tym mówiłam!
      Ugotowałam barszcz na dużym kawałku mięsa, bo chciałam sprawić sobie
      przyjemność i urządzić pod nieobecność domowników małe obżarstwo. Zupa stygła
      sobie na kuchence, a ja zdjęłam wysuszone pranie - akurat uprałam białe rzeczy,
      no i położyłam na fotelu, by później poprasować sobie, oglądając telewizję.
      Wyszłam do sąsiadki na chwilę, bo pożyc
      • white.falcon Rogatek odwiedza Wańdzię - c.d.n. 03.09.05, 10:43
        Wyszłam do sąsiadki na chwilę, bo pożyczałam od niej dzień wcześniej cukier i
        gdy wróciłam, to pokrywkę z garnka zastałam odsuniętą, barszczowe ślady
        prowadziły na fotel z praniem i na moim pięknym haftowanym obrusie odkryłam
        ślady konsumpcji i resztę z tego kawałka mięsa.

        - Hiiii, zapomniałaś o tym, że Rogatek kradnie gołąbki? - zapytała Ania.

        - A na czym miał konsumować, jak nie na obrusie - przecież jest wychowanym
        kotkiem i gości w domu z tradycjami? - skomentowałam ja, - Dziwne by było,
        gdyby poczęstował się mięskiem na podłodze. To byłoby dopiero faux paux, -
        uśmiechnęłam się.

        - Pożyjecie, zobaczycie, - stwierdziła równie kąśliwie Wańdzia, - Ja nim
        jeszcze opiekuję się przez dwa dni, a potem same będziecie płakać. Przejdzie
        Wam ochota do śmiechu.

        Zapowiedź Wańdzi była trafna. Oj, przeszła nam ochota do śmiechu, przeszła.
        Teraz podziwiamy Mateo za jego cierpliwość i wyrozumiałość wobec Rogatka.
    • white.falcon Rogatek jedzie do Ani 03.09.05, 11:41
      Przeniesienie kotka z Sadyby na Mokotów teoretycznie nie powinno sprawiać
      trudu. Może to się i sprawdza w przypadku porządnych kotów, ale nie w przypadku
      Rogatka, przyzwyczajonego jeżeli już - to do wygodnej podróży samochodem Mateo.
      To, że czasem w naręczu łachów i w postaci mocno smrodliwej jest naprawdę
      sprawą drugorzędną. Rogatek bowiem jak się okazało organicznie nie znosi
      kociego koszyka. My – naiwne - sądziłyśmy, że skoro Mateo posiada koci koszyk,
      to wykorzystuje go czasem do noszenia Rogatka. Jak później wyjaśniło się -
      koszyk należał do Duni, która uważa, że szanujące się księżniczki powinny być
      odpowiednio izolowane od gruboskórnych dwunożnych istot na czas jakiejkolwiek
      podróży. Natomiast Rogatek ma odmienne zdanie na ten temat, o czym świadczy
      chociażby jego zawieranie kompletnie nieodpowiednich znajomości podczas
      wędrówek po okolicy.

      Traf chciał, że pod koniec tygodnia Mateusz oddalił się z Warszawy w delegację
      służbową, mąż Ani zabrał się samochodem na działkę i Ania, pozbawiona wygodnego
      środka transportu, uzbrojona w koci koszyk swojej Niuńci musiała udać się do
      Wańdzi po odbiór Rogatka zwykłym autobusem. Sądziła, że pomysł nie jest zły
      szczególnie w piękny słoneczny dzień „babiego lata” i, jak uważała, spacer
      nikomu nie zaszkodzi. Gdybym wiedziała o tym zamiarze, to wybijałabym z całej
      siły podobny pomysł jej z głowy. Przy czym niekoniecznie metodą łagodnej
      perswazji – możliwe, że skorzystałabym z bardziej przekonujących słów i wyrazów
      ogólnie uznawanych za nieprzystające do języka wychowanych osób. Staram się
      pamiętać o tym, jaki jest Rogatek, choć sam kotek sprawia wrażenie łudzące i
      ludzie nagminnie zapominają o pewnych cechach jego charakterka, objawiających
      się w najbardziej nieoczekiwanych po temu chwilach.

      Niechęć do koszyka przez Rogatka nie została zaprezentowana tak od razu –
      na „dzień dobry”. Był wyraźnie zadowolony, że opuszcza gościnny, ale zapewne
      jak na jego gust – zbyt uporządkowany w swoim funkcjonowaniu dom Wańdzi.
      Widocznie był też ciekaw, co też jego Mamusia widzi w noszeniu jej w tym
      dziwnym czymś, więc bez zbędnych oporów pozwolił Ani umieścić się w kocim
      koszyku. Ale już na przystanku stwierdził, że jest to wyjątkowo nudny sposób
      podróżowania. Słyszał dookoła ciekawe dźwięki, głosy jakichś nieznanych mu
      osób, poznanie których uznał za niezwykle ważne w jego życiu. Najpierw drapał
      delikatnie w drzwiczki koszyka, potem chyba zaczął je „bodać”, a następnie,
      słusznie wnioskując, że w ten sposób nie osiąga nic do „bodzenia” dołączył
      krzyk. Krzyk o następującej zapewne treści: „Ratunku, zamknęli mnie – wolnego i
      nieubezwłasnowolnionego, zdrowego na ciele i umyśle kota.” Nie był to krzyk
      strachu - jak opowiadała Ania - to był wrzask żądający i chyba, ale nie
      jesteśmy tego pewne, padały inwektywy w języku kocim. Wrzask ulegał nasileniu,
      przechodząc w jakieś tygrysie warczenie. Rogatek nasilił atak na drzwiczki i
      plastikowa obudowa nie wytrzymała i pękła. Ania schwytała w objęcia Rogatka w
      ostatniej chwili. Pół przystanku prawie leżało na ziemi ze śmiechu. Rogatek
      lekko się uspokoił, uznając, że odzyskał wolność i liznął Anię w nos. Natomiast
      odrazu wydarł się wniebogłosy, gdy Ania chciała wepchnąć go do zdemolowanego
      koszyka. Swój protest poparł szamotliwym bodaniem, co jeszcze bardziej
      rozbawiło ludzi na przystanku.

      Starsza Pani, wycierając chusteczką mokre od śmiechu oczy, powiedziała do Ani: -
      Niech Pani go wiezie na ręku. On widocznie nie lubi koszyka.

      Ania usłuchała. Lepiej by jednak było, gdyby pozostała przy swoim
      dotychczasowym zamiarze.

      Do autobusu kotek i Ania wsiedli bez przeszkód. Rogatek pozwolił Ani skasować
      bilet, żywo zainteresowany dziwnie świszczącym urządzeniem, wypluwającym
      kartoniki. Nawet chciał wepchnąć na próbę łapkę w szczelinkę, „połykającą”
      bilety zapewne celem otrzymania nadruku i udowodnienia wszystkim, że nie jest
      gapowiczem. Ania usadowiła się na wolnym miejscu, drzwi się zamknęły, a
      Rogatek, dotąd nie podejmujący prób wyrwania się z objęć Ani, nagle dał susa i
      z rozmachem, ułańską fantazją i rozradowanym uśmiechem na pyszczku wylądował
      parę siedzeń dalej w koszyku jakiejś Pani. Pasażerowie, siedzący z przodu w
      pierwszej chwili oniemieli. Jakbyście się czuli, gdyby nad Wami, w miejskim
      autobusie przeleciał dziwny obiekt skacząco-latający i dodatkowo za miejsce
      lądowania obrał Wasz koszyk?

      Ania wrzasnęła, obca Pani wrzasnęła, a Rogatek, widocznie sądząc, że tak trzeba
      i należy to do dobrego tonu – gromko odwrzasnął. Powstało małe zamieszanie.
      Rogatek, próbując odzyskać równowagę w koszyku stłukł jajka, rozwalił pojemnik
      z jogurtem i utytłał się w powstałej mazi, Ania też się umazała, bo jak niby
      miałaby usunąć jajkowo-jogurtową masę z Rogatka w autobusie? Pani nie była zła,
      raczej lekko rozbawiona, tym bardziej, że Ania uczciwie zwróciła jej pieniądze
      za szkody, poczynione przez Rogatka. Natomiast wszyscy pasażerowie w autobusie
      ryczeli ze śmiechu. Nawet kierowca, zatrzymując się na następnym przystanku
      wyjrzał ze swojej kabiny, by poznać powody ogólnej wesołości. Rogatek rozglądał
      się dumnie i ciekawsko. Jestem pewna, że wiedział, iż jest sprawcą tej radochy
      otoczenia.

      - Ma Pani gazetę, bo tak to Pani całkowicie zaświni sobie płaszcz, - powiedział
      młody chłopak i oddał Ani czytane pismo.

      - Nie szkoda Panu? - zapytała Ania.

      - Nie, absolutnie, - roześmiał się, - Nigdy w życiu czegoś tak zabawnego nie
      widziałem. Poratuję więc Panią.

      Ania dotarła do domu w poplamionym płaszczu, z brudnym kotem, ciekawsko
      gapiącym się na okolice z rulonu gazety i ze zdemolowanym koszykiem kocim
      Niuńci. Natychmiast powiadomiła nas o zdarzeniu na przemian wyjąc i płacząc ze
      śmiechu.

      Natomiast Rogatek widocznie uznał, że może przestać być niejako „na siłę”
      grzecznym kotkiem, tak, jak udawało mu się sprawiać wrażenie w domu u Wańdzi
      (mięso, ukradzione przez niego z barszczu, nie liczy się przecież – każdy ma
      prawo być spragnionym skosztowania smakołyków) i postanowił pokazać Ani, co tak
      naprawdę potrafi, a zapewne też własnym zachowaniem udowodnić, że
      zainteresowanie Igora jego skromną kocią osobą chyba nie było zbyt bezpodstawne.
    • white.falcon Rogatek chowa 03.09.05, 11:53
      W poniedziałek Ania przyszła do pracy roztrzęsiona. Wańdzia, widząc jej
      roztargnienie i podejrzany wyraz twarzy tryumfalnie uśmiechnęła się: - Też Cię
      trafiło, ale nie wiem, co. Powiesz, czy też z Ciebie wszystko trzeba będzie jak
      z Mateusza wyduszać?

      - Mów, póki Mateo nie przyszedł, - poprosiłam ja, - Ale uprzedzam – nie
      naśladuj Mateusza i mów jednym ciągiem, a jak zatniesz się – to dopiero
      zobaczysz, co nastąpi.

      - Dajcie mi spokój. Mąż się ze mną rozwiedzie, - powiedziała Ania,
      a w jej dużych niebieskich oczach nagle zobaczyłam autentycznie kłębiące się
      łzy, - Dajcie mi spokój, - powtórzyła.

      - Anka, nie wygłupiaj się, co się stało? - przez stolik podałam jej jednorazową
      chusteczkę.

      Ania jednak poryczała się: - Rogatek schował nam klucze od samochodu. Nikt nie
      wie, gdzie.

      - Macie chyba zapasowe? - spytała najbardziej przytomna z nas Wańdzia.

      - Mieliśmy, - powiedziała Ania, - Ale najpierw schował te zapasowe. Rogatek
      chowa klucze. Nie wiem, czy go bawią, czy daje mu niewymowną satysfakcję
      obserwowanie tego, że potem ludzie przewracają do góry nogami cały dom. Nie
      wiem. Nie możemy korzystać z samochodu, a co o nas pomyślą w serwisie, gdy
      powiemy, że to kot zapodział klucze i to w trzech kompletach – wolę już nie
      myśleć. Mąż mnie póki co łagodnie karci za nieodpowiedzialne zachowanie i
      przyjmowanie pod nasz dach złośliwego gnoma w kocim wcieleniu, ale chyba jest
      coraz bardziej niezadowolony i chyba niedługo zacznie na mnie wrzeszczeć.

      - Wrzeszczał kiedyś już? – rzeczowo zapytała się Wańdzia.

      - Nie, ale nie miał powodu, więc to nie jego zasługa, ale może chyba kiedyś
      zacząć, - Ania powoli uspokajała się, - Wcześniej nie było o co kłócić się.
      Niuńcia – moja stara kotka – zachowywała się poprawnie i nie interesowały jej
      klucze, czy inne przedmioty domowego użytku.

      - Znamy zwyczaje Rogatka, to może wyliczmy teoretycznie, co z nimi zrobił, -
      powiedziała Wańdzia, - Za kanapą poszukaj, za książkami, za regałem.

      - Zajrzyj na balkon, - dodałam, - Przyjrzyj się książkom na regale.

      - Szukałam, tam już szukałam, - wyjaśniła Ania, - Nie jestem tak głupia, na
      jaką może wyglądam, ale sprawdziłam tradycyjne miejsca schowków Rogatka i nic
      tam nie znalazłam.

      - Po pracy poszukamy razem, - stwierdziłam ja, - A może je oddał w prezencie
      Igorowi?

      - Przestań, - powiedziała Wańdzia, - Nabijasz się teraz z Anki. Gdzie Igor, a
      gdzie Rogatek.

      - No to musimy poszukać, - stwierdziłam teraz już poważnie, - Pacan i tak nie
      powie, co zrobił z kluczami, więc musimy domyślić się my.

      - Gdyby powiedział, to też nie słuchałaby, tylko już by siedziała na kozetce u
      psychiatry, wyznając, że kot do niej gada, - sprostowała moje słowa Wańdzia, -
      Zwierzęta według wierzeń i klechd ludowych mówią tylko w Boże Narodzenie. Sama
      w dzieciństwie chodziłam posłuchać, czy krowy nie obgadują gospodarzy, a w tym
      czasie rodzina prezenty wkładała pod choinkę, - wspomniała Wańdzia.

      - Coś podsłuchałaś ciekawego? – wyraziła zainteresowanie Ania.

      - Coś Ty, - obruszyła się Wańdzia, - Od siódmego roku życia udawałam, że wierzę
      chyba bardziej ze względu na młodszych brata i siostrę. Teraz dzieci nie wierzą
      w te rozkoszne bajki, a szkoda, - westchnęła.

      - Nie zaczynaj, - poprosiłam, - Zaraz powiesz, że drzewiej było inaczej: świat
      był porządny, ludzie uczciwsi, a kanony etyczne i moralne inne i bardziej
      przestrzegane.

      - Nie powiem, bo jestem mądra i wiem, że tak się tylko wydaje, - ucięła
      Wańdzia, - Ja na tamte czasy patrzę z perspektywy dziecka i tęsknię trochę za
      beztroskością lat dzieciństwa. Ot i na tyle.

      - To co mam robić? – żałośnie przypomniała o swoim problemie Ania.

      Uczciwie poprzesuwałyśmy z Wańdzią umówione spotkania i razem
      z uspokojoną naszą obecnością Anią ruszyłyśmy w kierunku jej domu.

      - Jakoś spokojniej się czuję,- wyszemrała Ania spod omotującego ją po samo
      czoło grubego wełnianego szalika, - Tak jakoś bardziej pewnie.

      - Aha, bo przesunęłaś odpowiedzialność za znalezienie tych pioruńskich kluczy
      na nas, - odszemrała druga opatulona dla odmiany szalem kulka – Wańdzia w
      naciągniętej na sam nos czapce.

      - Turlajmy się szybciej, bo zamarzniemy, - w ramach oszczędności ciepłego
      powietrza wywarczałam przez zaciśnięte zęby.

      Przywitane przez radosnego Rogatka, który uznał widocznie nas za coś
      w rodzaju ruchomego dodatku do Mateusza, który to pojawia się, to znika,
      najpierw ogrzałyśmy się ciepłą herbatą, a potem dokonałyśmy czegoś w rodzaju
      przeszukania, starając się nie koncentrować na kosmetykach Anki w łazience, na
      nowej wełnianej kapie w kratkę na kanapie, na ciekawym przepisie, dotyczącym
      przyrządzania kurczaka w sosie grzybowym. Odpytywałyśmy Ankę na temat bytności
      w różnych pomieszczeniach Rogatka i tego, czym się w nich zajmował, albo raczej
      tego, co robił, gdy został na tym przydybany przez kogoś z ludzkich domowników.

      Sprawozdanie Ani mogłoby wywołać wewnętrzny popłoch w kimś, kto dotąd miał do
      czynienia wyłącznie z kotami, zachowującymi się po kociemu. W trakcie dwóch dni
      gościnnych występów u Ani Rogatek zdążył wybebeszyć lwa-maskotkę, pracowicie
      roznosząc kłaczki waty z lwiego „nadzienia” po wszystkich pokojach, wścielając
      je też do kozaków Ani zapewne w przewidywaniu nagłego ataku chłodu. Pewien czas
      poświęcił też na ściągnięcie z półki w łazience pieczołowicie ułożonych
      ręczników, przenosząc część z nich do pokoju gościnnego. Ania wraz z mężem
      zastali huncwota w objęciach Morfeusza w swoistym tunelu z ręczników na środku
      pokoju. Zrzucenie solniczki do garnka z zupą pomidorową w kuchni można śmiało
      zaliczyć do przypadkowych zdarzeń szczególnie dlatego, że na półeczkę,
      zawieszoną przy piecyku gazowym, nijak nie szło wskoczyć nie osmalając futerka
      lub nie robiąc sobie innej krzywdy. Ania wyjaśniła, że Rogatek wcale nie
      ćwiczył skoków, tylko podbijanie gumowej piłeczki, która uderzyła
      w półeczkę, a solniczka ustawiona najbliżej jej brzegu zachybotała i wpadła do
      zupy. To wszystko, co Rogatkowi udało się uczynić w ciągu zaledwie dwóch
      pracowitych dni. No i oczywiście – schowanie trzech kompletów kluczy od
      samochodu. Skarciłyśmy Anię, że niepotrzebnie z mężem doczepili do nich małe
      maskotki.

      - Kluczy od mieszkania Wam nie ruszał, - powiedziała z naganą Wańdzia, - Do
      tych kluczy macie doczepione płaskie blaszki, a z tego, co mówisz – do kluczy
      samochodowych doczepiliście pluszaczki.

      - Może mi powiesz, skąd miałam wiedzieć, że będę gościć Rogatka, który gustuje
      w małych pluszowych zwierzątkach? – zgryźliwie zaprotestowała Ania.

      - Nie kłóćcie się, proszę, - poprosiłam, - Inaczej nie tylko nie znajdziemy
      kluczy, ale jeszcze popsujemy sobie nawzajem humory.

      Rozpoczęłyśmy dokładne przeszukanie mieszkania. Ile pracy umysłowo-fizycznej –
      bo odsuwałyśmy tez meble - nas kosztowało przebrnięcie w poszukiwaniach kluczy
      przez trzypokojowe mieszkanie Ani wie tylko ten, kto to zrobiłby. Przy okazji
      znalazłyśmy sporo drobiazgów, które zapodziały się dawno temu i o których
      istnieniu zapomnieli nawet ich właściciele. Najbardziej chyba ucieszyła się
      Ania, bo odnalazła się płytka z jej ulubioną muzyką, która w tajemniczy sposób
      zaginęła nieomal natychmiast po wybłaganiu w prezencie od koleżanki i Ania
      niesłusznie podejrzewała, że wetknęła ją w stertę gazet, a potem razem z nimi
      wyrzuciła na śmietnik. Ja w duchu przyznałam palmę pierwszeństwa Ani za
      sprzątanie – nigdzie nie było kurzu, nie poniewierały się stare czasopisma, nie
      było niepotrzebnych, a gromadzących kurz, przedmiotów. Bardzo ułatwiało to nam
      zadanie poszukiwawcze, choć po poszukiwanych przedmiotach nie było ani śladu,
      ani popiołu.

      - Ania, jesteś pewna, że Rogatek nie wychodził z domu? – upewniłam się, choć z
      góry wiedziałam, że tego rodzaju nied
      • white.falcon Rogatek chowa - c.d.n. 03.09.05, 11:55
        - Ania, jesteś pewna, że Rogatek nie wychodził z domu? – upewniłam się, choć z
        góry wiedziałam, że tego rodzaju niedorzeczne przypuszczenie nie wchodziło w
        rachubę.

        - No coś Ty! - bardziej zdziwiła się, niż zdenerwowała udręczona Ania, - Ja
        mieszkam przy ruchliwej ulicy i do tego na dole mam domofon. Chyba nikt nie
        wpadłby na pomysł wypuszczania kota na ulicę.

        - A przez balkon nie mógł wyjść? – zastanowiła się Wańdzia.

        - Po pierwsze – balkon jest zabezpieczony od dołu deseczkami jeszcze z czasów
        Niuńci, a po drugie – kot nie ma skrzydeł i nie mógłby na piąte piętro ot tak
        sobie wrócić – to nie X-Man, - sprostowała niedorzeczne przypuszczenie
        gospodyni.

        Opadnięte z sił przycupnęłyśmy na kanapie w pokoju, który pełnił rolę
        gościnnego, czekając na przybycie męża Ani. Jakoś tak wewnętrznie byłyśmy
        nastawione na zapobieganie awanturze, grożącej rozpadem małżeństwa. W milczeniu
        popijałyśmy herbatę, zagryzając ją kruchymi ciasteczkami, gdy coś zwróciło
        moją uwagę.

        - Anka, Ty zawsze tak ozdabiasz paprotki? - spytałam. Pozostałe harpie
        podniosły głowę. Z krawędzi dużej ozdobnej doniczki z paprotką zwieszał się
        breloczek w kształcie małego biało-czarnego misia pandy.

        - Pacanie, jak to zrobiłeś? - zapytała Wańdzia, głaszcząć po rogatym łebku
        Rogatka, - Tam przecież nie ma szans dotarcia.

        Jak rogate cudo dotarło do doniczki, zawieszonej pod sufitem, nie wie dotąd
        nikt. Schował tam trzy komplety kluczy od samochodu i dziesięciozłotowy banknot.
    • white.falcon Rogatek uprawia slalom 04.09.05, 23:36
      - Jak się miewa Rogatek, Aniu? – z troską odezwał się Mateo, czyszcząc irchową
      ściereczką okulary, - Czy aby nie zachowuje się niepoprawnie i czy nie jest mu
      nudno, gdy Was nie ma w domu?

      Ania wewnętrznie widocznie nie była przygotowana na tego rodzaju pytanie, więc
      wzdrygnęła się lekko, czego Mateusz szczęśliwie nie zauważył. Zerknęła z ukosa
      na nas i wygłosiła oczywiste kłamstwo: - Ależ doskonale czuje się – nie jest
      mu nudno, zachowuje się tak, jak należy, je dobrze, dużo śpi.

      - Może to niedobrze, że tyle śpi? – zastanowił się Mateo.

      Ania gwałtownie zaprzeczyła, ale na nic to nie zdało się. A ja już z góry –
      zanim Ania zorientowała się – przewidziałam, do czego dąży Mateusz. Od samego
      początku przebywania Rogatka poza domem zastanawiałam się, kiedy Mateusz
      zacznie tęsknić za szarym rozrabiaką i kiedy ostróżność i obawa przed
      śledzeniem go przez Igora przegrają w obliczu braku kontaktu z kotkiem. Wańdzię
      i wizytę Rogatka w jej domu Mateusz dzielnie przetrzymał, ale drugi tydzień
      braku kotka widocznie tak zaczął dawać się mu we znaki, że postanowił przemóc
      się, zignorować zastrzeżenia i jednak chociaż jednym oczkiem rzucić na swojego
      podopiecznego, by upewnić się, że jednak wszystko jest w jak najlepszym
      porządku. Zapewne Mateo był pewien, że kotkowi krzywda nie dzieje się, ale
      czasami bardziej liczą się uczucia i odczucia, niż dobre wychowanie.

      - Ania, odwiedziłbym Cię na chwilkę dzisiaj, - prosząco zwrócił się do niej
      Mateusz, - Przy okazji przyniósłbym ulubiony przysmak Rogatka – kawałek
      wędzonej rybki.

      Należało wątpić, czy Rogatek akurat tęsknił za wędzoną rybą, tym bardziej, że
      nie od dziś wiadomo, że jest to pokarm szkodliwy dla kotów. Mateo wyznawał
      jednak teorię, według której nie należało w imię zdrowia odmawiać sobie i innym
      drobnych przyjemności. Uważał, że nadmiar przyjemności jest szkodliwy, lecz
      drobne grzeszki są ze wszech miar dopuszczalne, a nawet pożądane, inaczej
      człowiek zacząłby być jednostką zbyt poważną, wyrachowaną i w związku z tym –
      nudną śmiertelnie. Pogląd ten przeniósł na wychowanie Duni, a potem Rogatka, w
      związku z czym Dunia czasem kosztowała zupy fasolowej, którą lubiła pasjami, a
      Rogatek dostawał kawałeczek wędzonej ryby. O innych nagannych zwyczajach
      żywieniowych swoich kotów Mateo nie raczył nas informować, choć nie zdziwiłoby
      nas, gdyby tak na przykład Dunia lubiła lizaki lub Rogatek jadałby ziemniaki w
      łupinkach, doprawione musztardą.

      Ania widocznie nie umiała być w dniu dzisiejszym asertywną i z trochę sztucznym
      uśmiechem na buzi odparła: - Mateo, jesteś naprawdę mile widziany. Właśnie,
      dziwiłam się, dlaczego jeszcze nie odwiedziłeś Rogatka.

      - No i po co tak łgałaś? - zapytałam później, w cztery oczy, - Przecież na
      kilometr było widać, że robisz dobrą minę do złej gry. Najpierw nałgałaś, że
      Rogatek zachowuje się poprawnie, potem, że masz dziką chęć, by akurat dzisiaj
      Mateusz Ciebie odwiedził. Przecież planowałaś dzisiaj upiec ciasto dla sąsiadki.
      - Nie umiałam odmówić, - odparła Ania, - No co tak patrzysz?

      Mateusz i tak jest biedny z tymi swoimi kłopotami, więc nie chciałam mu
      przysparzać zmartwień. Jeszcze gotów byłby uznać, że Rogatek czuje się u mnie
      źle i dlatego nie chcę jego wizyty.

      Pokrętne tłumaczenia nie trafiły do przekonania ani mi, ani tym bardziej
      Wańdzi, która z zainteresowaniem przysłuchiwała się wymianie zdań. Jedynie
      dodała nagle od siebie: - Wiesz, ja mam po drodze i też może wraz z Mateuszem
      przyszłabym.

      Przejrzałam podstęp Wańdzi i w duchu uznałam, iż metodę wymyśliła rzeczywiście
      całkiem dobrą. Mateusza znałyśmy na tyle, że wiedziałyśmy, że odwiedzając kogoś
      potrafi tkwić w gościnie murem przez kilka godzin, zwykle dezorganizując życie
      odwiedzonego domu na dany wieczór. Same doświadczyłyśmy malowniczo w nas
      pieniących się uczuć, gdy Mateo gawędził miło do dwudziestej czwartej, tak,
      jakbyśmy nie mieli spotkać się we wczesnych godzinach porannych w pracy lub nie
      widzieliśmy się co najmniej z pięć lat. Należy mu przyznać, że potrafi robić to
      z wdziękiem, jest ciekawym rozmówcą, ale nawet najsympatyczniejszy gość może
      nieźle zniechęcić do swojej osoby domowników, gdy nie wyczuwa delikatnej
      sugestii, że wizytę warto już zakończyć, bo gospodarze mają do roboty coś
      innego. Dlatego też postanowiłam dołączyć się do udziału w misternym planie
      Wańdzi i oświadczyłam: - Wiesz, ja też bym odniosła Ci pożyczoną książkę. Przy
      okazji spotkamy się wszyscy naraz.

      Ania wyraziła zgodę i odwiedziny u Ani, a raczej u Rogatka zostały
      przypieczętowane.

      Tego, co nastąpiło w drodze do Ani, nie spodziewał się nikt, chyba nawet
      doświadczony i obyty z rogatkowymi zwyczajami Mateo. Bez przeszkód dotarliśmy
      do domu Ani, kupując po drodze wędzoną makrelę, którą Mateusz wybrał po
      dłuższej chwili wybrzydzania w sklepie rybnym i doprowadzenia do stanu wrzenia
      jakiejś babci, która nieopatrznie ulokowała się w kolejce za Mateo. Z dołu Ania
      zadzwoniła do męża, by nam otworzył drzwi. Michał, zapewne w odruchu
      gościnności, otworzył nie tylko drzwi wejściowe do bloku, ale też drzwi do
      mieszkania, stając w nich. Już docieraliśmy. Pierwsza szła Wańdzia, za nią
      dreptałyśmy ja i Ania, a na końcu niemrawo wlókł się Mateo, intensywnie siejąc
      dookoła siebie zapach wędzonej ryby.
      • white.falcon Rogatek uprawia slalom - c.d.n. 04.09.05, 23:39
        Wańdzia krzyknęła wesoło: „Część!”, kierując swe słowa do Michała, ale więcej
        powiedzieć nie zdążyła. Nagle z mieszkania „wychynął” jakiś niezidentyfikowany
        obiekt latająco-ślizgający, który z impetem, podskakując na schodach, minął
        Wańdzię, przejechał pomiędzy nogami Ani, otarł się o Mateusza i zniknął za
        zakrętem schodów. Dał się słyszeć lekki rumor, jak domyśliliśmy się, zleciała z
        podstawki palma, ulokowana na półpiętrze i usłyszeliśmy dość głośne
        lekkie „klap”. Nie skamieniałyśmy tylko dlatego chyba, że zaskoczyło to nas, a
        nie przestraszyło. W tempie ruszyliśmy na półpiętro, gubiąc po drodze - ja -
        parasol, Mateusz – rękawiczki i zawiniątko z rybą, a Ania - ciastka w firmowej
        torebce.

        To, co ukazało się naszym oczom było niezapomnianym widokiem grozy i rozpaczy.
        Wśród szczątków rozbitej glinianej donicy, poniewierającego się zielska i
        ziemi, tkwił kapeć Michała, a uczepiony żałośnie sterczącego sponiewieranego
        pieńka palmy siedział - któżby inny - jak nie Rogatek z mordką uśmiechniętą,
        aczkolwiek lekko zestresowaną.

        - O, Mamo, - powiedziałam ja i usiadłam na schodku.

        - Mamo, - powiedziały dziewczyny i uczyniły to samo, co ja. Jak okazało się, to
        siadanie na schodku wyszło nam nie najlepiej. Wańdzia bowiem usiadła na
        zawiniątku z rybą, które okazało się być nieszczelnym. Biorąc pod uwagę ten
        smutny fakt, że Mateusz wybrał wyjątkowo tłustą sztukę makreli, to palto Wańdzi
        musiało następnego dnia powędrować do pralni chemicznej. Już wolę nie
        wspominać, jakie uczucia miotały Wańdzią podczas powrotu do domu
        z tłustą plamą na tyłku.

        - Wydawało mi się, że wszyscy na mnie patrzą i wstyd mi było okropnie, -
        wyznała nam dnia następnego.

        - Mogłaś myśleć, że niekoniecznie wszyscy dookoła muszą uznawać Ciebie za
        flejtucha, - próbowałam uspokoić Wańdzię, co chyba niezbyt mi się udało, - Mało
        to kiedy mogłaś tłustą plamę „zarobić”. Może akurat chwilę przed usiadłaś w
        innym autobusie na czymś tłustym i nie wiesz jeszcze o tym.

        - Toteż i ktoś mi uwagę zwrócił i zrobiło mi się podwójnie wstyd, - stwierdziła
        z niesmakiem Wańdzia.

        - Że też ten ktoś nie miał nic innego do roboty, tylko znalazł się w pustym
        autobusie, akurat wtedy, gdy do niego wsiadła Wańdzia i wpadł na pomysł
        przyglądania się jej paltu i plamie, - zdziwiła się Ania.

        Popatrzyłam w nagłym olśnieniu na Wańdzię: - Ile osób było w tym autobusie?

        - No chyba ze dwie lub trzy, - niechętnie przyznała się Wańdzia.

        - To tym bardziej bym się nie przejmowała tym, co o Tobie w wielomilionowym
        mieście będą myśleć jakieś całkiem obce trzy osoby, - nadal bagatelizowałam
        całe zdarzenie, - Nie masz większych zmartwień, czy masz zamiar chodzić nadal
        z tłustymi plamami na tyłku?

        Wańdzia wyraźnie postanowiła trwać w markotnym nastroju i uparcie powtórzyła: -
        Ale nawet nie wiesz, jak się czułam!

        - Nie wiem, ale mogę domyślać się, - ugodowo odparłam, - Kiedyś zdarzyło się mi
        z oczkiem w rajstopach jechać metrem. Ale uświadomiłam sobie, że każdemu się
        takie coś może zdarzyć, a skoro nie wyglądam na zawodowego brudasa, to nikt nie
        pomyśli o mnie jako o niechluju, a jak i pomyśli, to jego strata, - dodałam.

        Trudno powiedzieć, czy Wańdzię uspokoiły te słowa, ale markotna była do końca
        dnia. Wtedy, siadając n rybie, nie uświadamiała sobie, że siedzi na czymś
        więcej, niż zimny kamienny schodek. Zresztą żadna z nas nie była świadoma tego,
        co czyni, a właściwie nie czyni. Tylko Mateo, widocznie czując się na siłach,
        oderwał kotka od palmy i tuląc go do swojej kurtki, zaczął delikatnie otrząsać
        z ziemi i trocinowych farfocli, - Nic Ci się nie stało? - dopytywał się u kotka
        z niepokojem.

        - Jemu nic nie będzie, ale nam chyba tak, - stwierdziła Wańdzia, - Chyba
        dostanę zawału serca kiedyś. Co z tego pacana kiedyś wyrośnie? - zapytała się
        retorycznie, rozluźniając szalik.

        Co wyrośnie - nie wiemy, ale pytanie nas ciągle dręczy, bo chyba jeszcze żaden
        kot nie praktykował w ramach gestu powitalnego, skierowanego do lubianych przez
        niego osób, jazdy w kapciu po schodach.
    • white.falcon Rogatkowe sprzątanie 04.09.05, 23:47
      Ania po wizycie rogatego pacana otrząsała się długo powoli dochodząc do siebie.
      Jeszcze przez jakiś czas wzdrygała się na wspomnienie wizyty Rogatka w jej
      mieszkaniu i, jak odniosłam wrażenie, nie powiedziała nam o wszystkich
      wyczynach kotka w jej i Michała domu. Może jej było wstyd, a może sądziła, że
      lepiej nie opowiadać, bo i tak nie uwierzymy, choć skłonne byłyśmy uwierzyć w
      wiele rzeczy, które mogą przytrafić się ludziom za sprawą rogatego utrapienia.
      Ja, by nie ryzykować jakichś bliżej nieokreślonych jajeczno-jogurtowych
      przygód, zmusiłam nieomalże krzykiem Mateusza do przewiezienia Rogatka do mnie
      jego autem. Moją argumentację została poparły bardzo zdecydowanie Wańdzia i
      Ania. Mateusz poczuł się z lekka obrażony, gdyż nie spodziewał się takiej
      babskiej solidarności.

      - Czego Wy od niego chcecie? No stłukł komuś tam jakieś jajka, no rozwalił
      palmę, ale on się nie powtarza w swoich czynnościach, - burzył się nasz kolega.

      - I o to mi chodzi, że się nie powtarza, - stwierdziłam ja, - Nie wiem, jakie
      coś by umyślił znów, ale ja nie chcę mieć do czynienia z jakimś zezłoszczonym
      taksówkarzem, czy kimś tam. Masz rację, Mateo, tylko w tym, że na pewno nie
      poznam żadnego gangstera jakiegoś tam autoramentu, bo to już
      zostało „przerobione”. Ale ja wcale nie chcę przygód.

      - Ee tam, takie już zaraz przygody, - próbował bagatelizować sprawę
      przeprowadzki Mateusz.

      - Nie żadne „ee tam”, - upierałam się przy swoim zdaniu, - Posłuchaj mnie
      uważnie, bo powtarzać się – jak serial brazylijski w TV – nie będę. Ilekroć
      gdziekolwiek pojawia się rogaty pacan, wraz z nim, jak doklejone do niego,
      pojawiają się jakieś problemy, kłopoty lub co najmniej grozi to
      nieporozumieniami na gruncie służbowym lub towarzyskim. Ja nie chcę żadnych
      przygód, a jeżeli już jestem na nie skazana w jakiś sposób, to chcę
      zminimalizować skutki lub w ogóle im zapobiec. Nie rozumiesz tego? – zapytałam,
      mając nikłą nadzieje, że Mateusz zrozumie moją argumentację.

      Mateo pokręcił głową: - Przesadzasz jak zwykle. Taki mały zwyczajny kotek i
      zaraz wielkie „halo”.

      - Mateo, po dobremu proszę, bo inaczej pogniewam się na Ciebie i Rogatek
      zostanie u Ani, - zagroziłam.

      Ania natychmiast wpadła w popłoch: - O nie! Mateo, mowa była tylko
      o jednym tygodniu. Więcej czasu nie wchodziło w rachubę! Zresztą, my
      z Michałkiem wyjeżdżamy na weekend do jego rodziców, biorę dodatkowo chyba ze
      dwa dni wolnego.

      Mateusz widocznie coś tam sobie przemyślał w trakcie dyskusji, uświadomił, że
      obarczanie innych swoimi kłopotami powinno mieć jakieś granice, bo pomachał
      uspokajająco ręką i zgodził się na transport Rogatka. Ciężkie teatralne
      westchnienie które towarzyszyło wyrażonej zgodzie miało dać mi do myślenia lub
      spowodować wyrzuty sumienia, ale jestem uparta i moje sumienie milczało.

      Pod koniec dnia zdążyłam złapać Anię na korytarzu i z ciekawości zapytałam: -
      Wyjazd Wam tak nagle wyskoczył? Wszystko w porządku?

      - Jaki wyjazd? - niepomiernie zdziwiła się Ania, której temat ostatniej rozmowy
      z Mateo najwyraźniej wywietrzał z głowy.

      - Przecież mówiłaś, że jedziesz do rodziców Michała, - przypomniałam, sądząc
      najpierw, że zaabsorbowana obowiązkami służbowymi koleżanka najwidoczniej o
      wszystkim zapomniała, - Nie powinnaś odebrać nadgodzin i iść się spakować, bo
      pociąg, o ile pamiętam, odjeżdża około tej godziny, o której kończymy pracę.

      Ania patrzyła na mnie doskonale baranim wzrokiem: - Kiedy ja Ci powiedziałam,
      że gdzieś się wybieram? W ogóle nie wybieram się nigdzie, chcę w ten weekend
      odpocząć nareszcie bez Rogatka. Nie wmawiaj we mnie czegoś, czego nie mówiłam.

      Popatrzyłam na koleżankę z politowaniem: - Znów nałgałaś, ale to jest
      wybaczalne. Sama bym łgała jak z nut w takiej sytuacji. Mogłaś tylko potem
      odszczekać informację, bo zaczęłam martwić się, że Twoja teść poczuł się źle.

      Resztę dnia pracy poświęciłam na dyskretne pilnowanie Mateusza, który mógł
      gdzieś zniknąć, powołując się na pilne obowiązki służbowe, które w
      rzeczywistości byłyby zwykłym wykrętem od zobowiązania wożenia kotka. Nie raz
      zdarzyło się, że Mateo nagle przypominał o tym, że koniecznie musi pojechać do
      nielubianej dyrekcji w jakiejś szalenie – to należy przyznać – męczącej i
      skomplikowanej sprawie, co ciągle było odkładane. Powód jego uczynności i chęci
      pozbawienia nas akurat jakiejś konkretnej troski był zazwyczaj prozaiczny:
      wypatrzył na recepcji petenta, z którym nie chciał mieć do czynienia, a wiedząc
      o naszym obłożeniu sprawami mógł być pewien, że petent trafi ze swoją sprawą na
      niego. Jedyną możliwością uniknięcia mało przyjemnego spotkania było wybranie
      się do Centrali i odciążenie nas w innym zakresie tematycznym, co tak z ręka na
      sercu – przynosiło nam korzyści. Ponadto, było to poniekąd uczciwe załatwienie
      sprawy, bo Mateusz nie tak do końca „migał się”, tylko zastępował nas w czymś
      innym, więc złego słowa za to swoje postępowanie nigdy nie usłyszał. Natomiast
      w tej sytuacji obawiałam się, że Mateusz zastosuje podobnego rodzaju wykręt,
      jednak pozwolić mu na to zwyczajnie nie chciałam.

      Po wielu wahaniach i rozterkach, widocznych wyraźnie na twarzy kolegi, Mateusz
      stwierdził pod koniec dnia: - Trudno, odporna jesteś jak mało kto bywa. Odwiozę
      Rogatka do Ciebie. W ten dosyć skomplikowany sposób Rogatek dotarł do mojego
      mieszkania w jego aucie i bez przeszkód został dostarczony do mojego mieszkania.

      - Czy aby na pewno tu mu będzie dobrze? - dopytywał się Mateo, rozglądając się
      po mojej kuchni, z której byłam dumna, bo nie każda kobieta potrafi z czegoś
      ciasnego i małego zrobić coś wzbudzającego podziw wystrojem, - Ty nawet nie
      masz balkonu.

      - A u Igora byłoby mu zapewne lepiej, - powiedziałam zgryźliwie ja,
      rozstawiając karmidełka, - Miałby balkon i rozrywki.

      Mateusz wycofał się z dalszej dyskusji, uspokajająco kręcąc głową: - No coś Ty,
      nie to miałem na myśli!

      - Tylko co, można dowiedzieć się? – lodowatym tonem spytałam, nalewając mu
      herbaty.

      - Miałem na myśli świeże powietrze, - wyjaśnił Mateo, rozsiadając się wygodnie
      na kanapie w pokoju, nazywanym przeze mnie salonem. Nazywanym, bowiem w
      budowlach z wielkiej płyty trudno uznać za salon największy z pokoi, a coś tym
      mianem trzeba nazwać, jeżeli czas od czasu człowieka odwiedzają znajomi.

      - Mam tak zwany „koci balkon” w kuchni, odpowiednio zabezpieczony siatką, -
      powiedziałam, - Rogatek na pewno zmieści się na tym kawałku muru
      i będzie mógł oddychać świeżym powietrzem ile wlezie, tym bardziej, że okienko
      w kuchni zostawiam otwarte, gdy wychodzę do pracy. Lubię wietrzyć
      pomieszczenia, - dodałam. Nie powiedziałam tylko, że każdy by lubił na moim
      miejscu, gdyby salon miał połączony z kuchnią. A połączenie powstało
      w związku z tym, że przy innym rozwiązaniu kuchnia przypominałaby wnękę, w
      której nie dało by się nic ugotować poza wodą w czajniku.

      Mateusz umieścił na kolanach jedną z moich pasiastych poduszeczek, pogłaskał
      Rogatka i z wątpliwością w głosie rzekł: - Jesteś pewna, że on nie wypadnie na
      zewnątrz?

      - Nie wypadnie, - odparłam głosem radosnego akwizytora przekonującego o tym, że
      tylko ubezpieczenie w jego firmie rzeczywiście ochroni nas przed ulewą,
      gradobiciem, najazdem kosmitów i atakiem pszczół-mutantów, - W okienku są dwa
      potężne pręty antywłamaniowe, na których znajomy specjalista zamontował mi
      metalową siatkę przeciwko osiedlaniu się na tym kawałku murku gołębi. Skubane
      ciągle chciały zakładać gniazdko i wiecznie wyrzucałam patyki.

      - Po co? – nie zrozumiał Mateo.

      - Jajka bym nie wyrzuciła, więc wolałam wyrzucać patyki, by się ptaszki nie
      zagnieździły, - wyjaśniłam, - Kiedyś im pozwoliłam na wyhodowanie pisklaka, a
      potem mało, że okienka nie mogłam otworzyć, to po całej przygodzie musiała
      • white.falcon Rogatkowe sprzątanie - c.d.n. 04.09.05, 23:50
        - Jajka bym nie wyrzuciła, więc wolałam wyrzucać patyki, by się ptaszki nie
        zagnieździły, - wyjaśniłam, - Kiedyś im pozwoliłam na wyhodowanie pisklaka, a
        potem mało, że okienka nie mogłam otworzyć, to po całej przygodzie musiałam
        skrobać cały murek. Nigdy więcej, - wzdrygnęłam się na wspomnienie czyszczenia
        beznadziejnie brudnego i śmierdzącego murku z dolepionymi gdzie – niegdzie
        piórkami.

        Uspokojony Mateo dopił herbatę i zaczął się śpieszyć. Wyraźnie zaufał mi i
        mojemu zabezpieczeniu „kociego balkonu”. Widocznie niemożność przedostania się
        gołębi na stronę murku przemówiła do niego mocniej, niż gdybym zapewniała go o
        wszystkich zaletach siatki lub też polecała skontaktować się z sąsiadem, który
        tą siatkę montował w okienku.

        Wreszcie zostałam sama z Rogatkiem. Rogatek ufnie poprzyglądał się mi, pokręcił
        się po mieszkaniu, obejrzał liczne doniczki z kwiatkami, nie przejawiając
        jednak chęci wytrząchnięcia ziemi na zewnątrz, przeleciał się po półkach,
        zapewne oceniając księgozbiór, zainteresował się przelotnie dużą pamiątkową
        muszlą, wsadzając do niej łepetynkę i wyjmując ją bez przeszkód, wreszcie
        spoczął na fotelu w twórczym zamyśleniu oglądając własną łapkę.

        - Co Ty mi umyślisz i zmalujesz? - spytałam go na głos, nie spodziewając się
        odpowiedzi.

        - Mniau, - powiedział godnie Rogatek, nie przerywając kontemplacji swojej
        łapki. To mogło znaczyć wszystko.

        Postanowiłam dokończyć rozpoczęte poprzedniego dnia sprzątanie. Sprzątałam
        bowiem na raty. Na tym chyba polega luksus mieszkania samemu: brudzi się dowoli
        ile chce, można hodować całe warstwy kurzu, rozrzucać ubrania, choćby
        zaczepiając skarpetki na żyrandolu i robić wiele innych rzeczy, napawając się
        komfortem sytuacji, iż nikt nam w tych czynnościach nie przeszkodzi, ani
        niczego nie zabroni. Może świadomość takich możliwości i kusząca, ale jak
        osobiście sprawdziłam, realizacja hodowli kurzu i rozwieszania skarpet pod
        sufitem w rzeczywistości wcale nie bawi. Chociaż kto wie, może i bawi kogoś
        mniej uporządkowanego, niż moja skromna osoba? Sama stwierdziłam, że wole
        jednak wracać po całym dniu pracy do czystego wysprzątanego mieszkania, bowiem
        widok bałaganu potęgował wewnętrzny dyskomfort. Wizyta Rogatka w moim mniemaniu
        nie musiała mi przeszkodzić w dokończeniu odkurzania. Domyślałam się, że warkot
        odkurzacza nie powinien przestraszyć kotka, bo Mateusz nie sprawiał wrażenia
        brudasa i zapewne taki sprzęt, jak odkurzacz w domu posiadał.

        Włączyłam odkurzacz w mniejszym pokoju i zapomniałam o istnieniu Rogatka.
        Wydatnie pomogły mi w tym okruszki glinianego dzbanuszka, który zleciał z
        półeczki, zdmuchnięty przeciągiem. Okruszki miały to do siebie, że wbiły się w
        dywan i pochowały się po kątach i uparłam się je wyzbierać co do jednego. A
        Rogatek nie przypominał się nijak. Przez warkot odkurzacza usłyszałam dzwonek
        telefonu. Wyłączyłam odkurzacz, porzucając go na środku pokoju, pomiędzy kanapą
        dla gości i fotelem i poszłam go odebrać. Dzwoniła moja Mama, więc, nastawiona
        na co najmniej półgodzinną rozmowę, przysunęłam sobie stołek i usiadłam.
        Dwadzieścia minut rozmowy zleciało szybko, gdyż miałyśmy interesujący temat do
        omówienia.

        - Kto u Ciebie sprząta? - nagle bez związku z tematem zapytała Mama. - Masz
        jakąś pomoc domową? - zainteresowała się. Włosy mi dęba stanęły, bo
        przypomniałam o obecności w domu Rogatka.

        - Rogatek, mam na przechowaniu Rogatka!, - wrzasnęłam do słuchawki.

        Mama obeznana na bieżąco z rogatkowymi przygodami, prychnęła dziwnie i kazała
        mi się rozłączyć: - Idź zobacz i zadzwoń sama, jak pozbierasz to, co rozwalił.
        Z niejakimi obawami weszłam do pokoju i mnie zatkało. Pokój był usiany tym
        wszystkim, co znajdowało się w worku odkurzacza: drobnymi paprochami,
        tajemniczymi wełnistymi kłębuszkami, drobinami wazonika i niewiadomo, czym
        jeszcze, bo Rogatek, wyręczając mnie w sprzątaniu, najpierw usunął
        z mojego bardzo nowoczesnego odkurzacza z przyciskami worek ze śmietkami,
        rozdydalając go następnie na miałkie strzępki, a potem w kolejności zabawił się
        w sprzątanie, skacząc na klapkę i na przemian włączając i wyłączając odkurzacz.
        Podobało mu się to tak bardzo, że przez chwilę stałam jak słup soli i gapiłam
        się na rozkoszny obrazek pod tytułem odkurzający kot.

        Do Mamy zadzwoniłam wieczorem, upewniając się przedtem, że Rogatek jest w
        zasięgu mojego wzroku.
    • white.falcon Rogatkowy wodny świat 17.09.05, 23:12
      Noc spędziłam jak królik. Przysypiałam na trochę, ale mając świeżo w pamięci
      obecność i ostatni wyczyn rogatego lokatora, budziłam się na każdy
      najdrobniejszy szmer czy szelest. Sądzę, że gdyby w mieszkaniu był jakiś pająk
      i zechciałby tłuc się po nocy po mieszkaniu, to dyskretne chrobotanie jego
      odnoży, słyszalne tylko dla stworzeń z jego świata, zostałoby odebrane przeze
      mnie jako tupot pułku słoni, depczącego po betonie. A nowoprzybyły lokator
      sobie spał, cichutko pochrapując, malowniczo przewieszony przez mój pantofel.
      Niezbyt się mieścił, ale z dwojga złego wolałam, by spał w pantoflu, niż
      odkurzał mi mieszkanie. Wygoda - to rzecz względna i uznaniowa. Mi by tam nie
      pasowało ulokowanie się w bucie i zwisanie z różnych jego stron.

      Około czwartej nad ranem jednak przysnęłam. Obudziło mnie dziwne dyszenie mi w
      nos. Wyrwana ze snu, otworzyłam oczy i mało nie wypadłam z łóżka. Jakbyście się
      czuli, gdyby pierwszą rzeczą, którą widzicie wyrwani ze snu nosa byłby rogaty
      pyszczek natrętnie gapiący się na Was i dmuchający Wam w nos?

      Wylazłam z łóżka i poczłapałam napełnić karmidełko, Rogatek w radosnych
      podskokach zabrał się za jedzenie, a ja udałam się do łazienki. Pamiętając o
      zamiłowaniu Rogatka do tubek, przed jego wizytą pochowałam wszystko, co mogłam
      do szafek, dzięki czemu przykre niespodzianki mnie nie spotkały. Następnie
      udałam się na sobotnie zakupy.

      Jakoś dziwnie zaopatrzyłam się w masę rzeczy, mając na względzie przede
      wszystkim kotka, czym wprawiłam w lekkie osłupienie sprzedawców w
      zaprzyjaźnionych sklepach. Trudno by było podejrzewać mnie osobiście
      o nagłe stosowanie diety w postaci kocich puszek, a nadto - wcześniej
      wielokrotnie zarzekałam się, że po odejściu Żbikusia do Krainy Wiecznych Kocich
      Łowów nigdy więcej nie pokuszę się o chowanie zwierzaka. Jednak żaden ze
      sprzedawców nie kwapił się o dopytywanie. Tylko Pani Iza ze sklepu mięsnego,
      pakując ładny kawałek wątróbki, spytała dyskretnie: - Nie wytrzymała Pani i
      jednak przełamała się?

      Zastanowiłam się przez chwilę, czy rzeczywiście obecność Rogatka
      w moim mieszkaniu można uznać za „przełamanie się” w kwestii ponownego
      dzielenia domu z cichym czterołapem. – Pani Izo, gdybym opowiedziała od
      początku historię pojawienia się w moim domu kotka, nie uwierzyłaby Pani. Na
      pewno jednak, gdy już będzie po wszystkim, opowiem Pani, co się stało i jakie
      przyczynki doprowadziły do takiego zbiegu okoliczności, - obiecałam solennie, -
      Zdziwi się Pani, ale póki co zdania nie zmieniłam, a kot jest u mnie gościnnie.
      Właściciel ma kłopoty, a ja mu służę pomocą w temacie przechowania kotka.

      - Ale opowie mi Pani? – z nadzieją poprosiła Pani Iza.

      - Opowiem, - obiecałam. I słowa dotrzymałam, bo nie widziałam powodu, dla
      którego miałam pozbawiać możliwości rozrywki innych ludzi. Tym bardziej, że nie
      sądzę, by w sklepie mięsnym działy się jakieś wyjątkowe rzeczy – raczej każdy
      dzień przypominał poprzedni. Zmieniał się tylko asortyment, a ludzi cieszy
      ubarwienie dnia codziennego, jeżeli samo życie nie kwapi się z nadaniem mu
      zabawnych barw – takich trochę cyrkowych.

      Cieszyło mnie, że nareszcie wracam, byłam dumna i zadowolona z siebie i z tego,
      że nie zapomniałam niczego nabyć, a przytrafia się mi to nagminnie. Do
      mieszkania weszłam jednak ostrożnie, nastawiając się na widok niezapomniany. A
      tu nic. Porządek, spokój, gra radio. Rogatka nie widać. To już powinno było
      wzbudzić niepokój, ale pomyślałam naiwnie, że kotek uciął sobie poranną
      drzemkę. Pozbyłam się siatek w kuchni i postanowiłam umyć ręce przed
      przystąpieniem do skomplikowanych kuchennych czynności.

      Wkroczyłam do łazienki i o... Mamo. Najpierw zamarłam w bezruchu, a następnie
      rzuciłam się ratować sytuację w jedyny możliwy sposób. Jednym ruchem nacisnęłam
      na kurek, zamykając dopływ wody do wanny, drugą ręką wyławiałam z upiornie
      zimnej wody zielony ręcznik kąpielowy, zatykający odpływ wody. Ręcznik dobrze
      nasiąknął wodą i musiałam wyciągać go oburącz, dostając natychmiast gęsiej
      skórki. Rogatek, siedzący we wnęce na szampony i mydło po drugiej stronie
      wanny, przyglądał mi się całkiem spokojnie, choć nie bez życzliwego
      zainteresowania. Owinął ogonek dookoła łapek i lekko przekrzywiał głowę,
      widocznie zastanawiając się, jak też ta istota ludzka poradzi sobie z tą
      arcynieprzyjemną mokrą tragedią. Był niezmącenie całkowicie spokojny. Ja tez
      bym na jego miejscu była spokojna – kto to widział, by jakiś kot angażował się
      w zapobieganie potopowi? Teraz się wyjaśniło, dlatego go nie było w żadnym z
      dwóch pokoi! Nalał wody do wanny i ugrzązł we wnęce, zapewne zainteresowany
      zawartością półki. Wanna napełniła się wodą i Rogatek został odcięty od świata
      jak rozbitek na bezludnej wyspie.

      Wszystkie możliwe szmaty w domu posłużyły mi do zebrania wody
      z terrakoty w łazience. Szczerze w duchu dziękowałam fachowcom, którzy robili u
      mnie remont. Terrakota i kafelki zostały położone tak solidnie, że woda nie
      zdążyła przedostać się do spoin i przelać się do mieszkania sąsiadki. No i
      dziękowałam w drugiej kolejności w duchu sama sobie, że nie poszłam na dłuższe
      zakupy, gdyż krytyczny moment przelania się wody do przedpokoju był bardzo
      blisko.

      Rogatek z nabożną atencją przyglądał się moim poczynaniom, jednak nie kwapił
      się do namoczenia łapek. Po zakończeniu skomplikowanych czynności, zgarnęłam
      rogatego pacana, co nie zostało przyjęte z aprobatą. Też miałabym zastrzeżenia
      do noszenia mnie w zimnych jak lód rękach. Gdy odrętwienie mi trochę minęło i
      ogrzałam się kubkiem kawy z Rogatkiem na ręku zadzwoniłam do Mateusza.

      - Mateo, wybieraj, - powiedziałam nie bawiąc się w żadne grzecznościowe
      wstępy, - Albo przywiążę Rogatka do siebie sznurkiem, albo mi powiesz, skąd ma
      tendencje do odkręcania kurka z wodą. Mało mi nie zalał sąsiadki. Może mi
      powiesz też łaskawie, co on jeszcze lubi regulować, bo mam dość eksperymentów.
      • white.falcon Rogatkowy wodny świat - c.d.n. 17.09.05, 23:13
        - Kurki od kuchenki gazowej, - tchnęło z drugiej strony, - Zabezpiecz je jakoś,
        bo czasem lubi nimi się pobawić. Teraz nic mi do głowy sensownego nie
        przychodzi, bo jestem zajęty, wybacz, - i Mateo rozłączył się.

        - To w końcu Twój kot!, - wrzasnęłam do komórki pikającej sygnałem rozłączenia
        i ponownie wpukałam numer Mateo, ale Mateusz chyba przewidując moje zachowanie,
        nie odebrał.

        Pociemniało mi w oczach na myśl o kuchence gazowej, więc najpierw poszłam do
        kuchni i zdjęłam pokrętła, chowając je do szufladki, a następnie podziękowałam
        Rogatkowi, że tym razem wolał jednak zabawić się wodą, a nie gazem. Próby
        dodzwonienia się do Mateo w ciągu całego dnia nie przyniosły żadnego efektu i
        posądziłam go o tendencyjne uniemożliwienie mi kontaktu z nim w kwestiach
        Rogatkowych. Po namyśle jednak przyznałam mu rację: charakterek mam
        nieszczególnie udany i Mateusz wcale nie chciał, bym przez telefon awanturowała
        się z nim. Wiedział bowiem, że złość mi szybko wywietrzeje i pogodzę się z
        obecnością Rogatka. Rogatek tez mi zadania nie utrudnił, bo po tym występie
        przez resztę soboty i niedziele zachowywał się poprawnie, tak, jak na
        grzecznego domowego kotka przystało. A może kocio wyczuł, że ze mną przegiąć
        nie wolno? Któż to wie?
    • white.falcon Rogatek i rajstopy 17.09.05, 23:17
      Poniedziałkowy poranek powitał mnie przeraźliwym zimnem w mieszkaniu. Nie
      zdziwiłam się - śpię przy otwartym małym okienku w kuchni, natomiast zimniej
      było dlatego, że wiatr, uparcie dmuchający przez cały wieczór w okno, bębniący
      skostniałymi palcami w zamazaną kroplami szybę i rzucający we wściekłości w nią
      śniegiem, wreszcie zwalczył okienny opór. Okazało się, że jest to okno jednak
      niedomknięte, a tak właśnie wydawało mi się podczas jesiennego mycia okien, że
      chyba jednego okna niedomknęłam, i otworzyło się ono w nocy na oścież, w ten
      sposób mszcząc się na mnie straszliwie za zaniedbanie.

      Najpierw schowałam nos głębiej pod pikowaną kołdrę, łudząc się, że okno ulituje
      się nade mną i samo się zamknie, albo też nastąpi cudowna zmiana pogody na
      lepsze. Nie zanosiło się ani na jedno, ani na drugie. Okazałam się niegodna
      cudów w taki dzień, co wcale nie oznacza, że inne dni bywają lepsze w tym
      zakresie. Od dawna bowiem przestałam się łudzić, że coś takiego nagle stanie
      się. Raczej zapobiegliwie wolałam wierzyć, że nic nie pogorszy się w przebiegu
      mojego losu. Cóż, optymizm to nie moja wrodzona cecha, a raczej nabytek, który
      z różnym efektem stosuję u siebie, czasem dając się jednak ponieść jego
      przejawom, choć pesymistką, przewidującą wszystko, co jest najgorszego na
      świecie i trochę obok, też nie jestem.

      Dodatkowymi motywacjami, zmuszającymi mnie do ingerencji w niezbyt miły stan
      rzeczy była potrzeba udania się do pracy i uporczywe macanie małej łapki po
      włosach. Oczywiście – „zakopałam się” głęboko pod kołdrę i Rogatek nijak nie
      mógł mnie dosięgnąć, żądając, bym wstała i napełniła jego karmidełko.

      „Raz kozie śmierć,” - pomyślałam i zanurkowałam w zimne i wilgotne powietrze w
      mieszkaniu. Dopadłam obydwu okienek, zamknęłam je, napełniłam karmidełko i
      znikłam, przytypując z zimna w łazience, gdzie szczęśliwie było przytulnie
      ciepło od rur z gorącą wodą. Jak zwykle rano, krzątałam się po mieszkaniu,
      starając się nie nadepnąć na ciekawskiego pacana, który po napchaniu brzuszka -
      zamiast porannie podrzemać i dać mi czas na szybkie opuszczenie domu,
      postanowił mi towarzyszyć. Widocznie uznał, że do dobrego tonu należy
      zawracanie głowy komuś, kto się śpieszy. Akurat wciągałam rajstopy, gdy
      Rogatkowi zechciało się sprawdzić, co takiego przywdziewam i na ile jest to
      produkt trwały i nadający się do zabawy. Najpierw lekko żartobliwie ubódł mnie,
      a gdy go odsunęłam na bok, podskoczył radośnie do góry i klepnął obydwiema
      przednimi łapkami po nodze. Nie wypuścił pazurków, bo nigdy nie przepadał za
      drapaniem kogoś, ale nawet tego starczyło z nawiązką. „Drrrr,” - poleciały na
      całej długości rajstop oczka. Machnęłam ręką i sięgnęłam do małej szufladki,
      gdzie od dawien dawna przechowuję zapasowe rajstopy.

      Zgarnęłam kilka kłębuszków i udałam się do łazienki. „Co za cholera,” -
      stwierdziłam po dłuższej chwili. Wszystkie kłębuszki prezentowały po ich
      rozwinięciu mniejsze lub większe dziury. Wyszłam jeszcze raz z łazienki,
      świadoma, że zabawa w rozwijanie kłębuszków grozi mi spóźnieniem się na
      autobus, ale uparcie szukałam całej pary. Po rozwinięciu ostatniego kłębka
      wpadłam w lekki popłoch. No niemożliwe, bym chowała do szufladki same dziurawe
      rajstopy, przy czym w stanie kwalifikującym je do wyrzucenia do kosza.
      Nie podejrzewałam siebie o marazm i idiotyczne schorzenie, polegające na
      gromadzeniu wszelakich śmieci z jedynego powodu: „bo kiedyś może się przydać”.
      Dawno przekonałam się, że przedmioty zostawione w spokoju właśnie z tego powodu
      mają tendencje do mściwego przyciągania do siebie podobnych im i pilnowałam się
      przed upychaniem na półkach gazet, które kiedyś przeczytam, pustych kopert po
      przesyłkach urzędowych z nadzieją, że coś do nich kiedyś schowam. Owe kiedyś
      oznaczało oczywiście wielkie nigdy i później odnajdywałam te koperty po latach,
      dziwiąc się, że nie mam gdzie wetknąć rzeczywiście potrzebnych mi kwitków.
      Uparłam się nie gromadzić śmieci i dotąd mi się to ze zmiennym szczęściem
      udawało. Przeraziłam się teraz, że gromadzenie śmieci jednak mnie nie ominie i
      że pierwszym jego objawem jest zgromadzenie przeze mnie pokaźnej szufladki
      dziurawych rajstop. Zastanawiającym było to, że za Chiny Ludowe nie byłam
      świadoma tego, bym takie rajstopy gromadziła.

      Szczęśliwie przypomniałam sobie, jak parę dni wcześniej zastałam Rogatka,
      smacznie śpiącego w szafce z rajstopami. Skojarzenia nasunęły się same i
      odetchnęłam z ulgą. Przywdziałam najmniej dziurawą parę, złapałam kotka i
      patrząc mu prosto w jego ślipka, powiedziałam: „Chciałeś mnie zatrzymać tym
      sposobem w domu. Nie uda Ci się. Kiosk z rajstopami mam pod domem i, nie wiesz
      o tym, ale ja mam długaśny płaszcz, a w pracy zdążę zmienić potargane rajstopy
      na całe”. Rogatek tylko chytrze się uśmiechnął, po czym, już na progu, zdążył
      jeszcze klepnąć mnie po nodze, powodując powstanie kolejnego oczka w rajstopach.

      Nie przejmowałam się szczególnie rajstopami. Poranek był na tyle niemiły i
      senny, że wszyscy napotkani nieliczni przechodnie woleli walczyć z parasolami,
      otulać szczelnie nosy przed podmuchami ostrego wiatru szalikami i kołnierzami
      palt. Zupełnie nie zdradzali najmniejszej chęci do lustrowania odzieży
      napotkanych innych jednostek ludzkich i dostrzegania drobnych szczegółów,
      szpecących ich garderobę. Do pracy dotarłam więc nie wzbudzając niczyjego
      zainteresowania. Nawet w autobusie przysypiający lud pracujący nie dostrzegł
      osoby z potężnymi dziurami w rajstopach, wyzierającymi spod płaszcza.

      Oczywiście po przyjściu do pracy powiedziałam Metuszowi o tym, co nastąpiło.

      - Mi tam nigdy nic nie "pooczkował", - stropił się i zdziwił Mateo.

      - A nosiłeś kiedykolwiek rajstopy? - dławiąc się ze śmiechu spytała Ania.

      - No nie, - przyznał się Mateusz, - Ale skoro rajstopy tak podobają się
      Rogatkowi, to kupię mu kilka par.

      Nie wiemy, co robią Mateo i Rogatek z nabytymi rajstopami, ale jestem więcej
      niż pewna, że Mateusz rajstopy nabył i to w ilości większej, niż jedna para.
    • white.falcon Rogatkowe oszczędzanie 17.09.05, 23:20
      - Nie chciałyście mi pomóc, a teraz mam za swoje, - smętnie oświadczył Mateo po
      powrocie z delegacji. Poczułyśmy się lekko zaniepokojone, bardziej jakoś tak
      winne, choć jeszcze nie było wiadomo, co się takiego potężnego stało i w
      związku z czym Mateo ma do nas łagodne pretensje. Wańdzia, najbardziej chyba
      wrażliwa, podsunęła Mateo kubek z herbatą i własną kanapkę. Mateusz, bez
      mrugnięcia okiem, przyjął dar, komentując: - Bardzo dobra ta szyneczka.

      Poczekałyśmy cierpliwie na spożycie przez Mateo leczniczo-uspokajającego
      produktu i nastawiłyśmy się na słuchanie opowieści. Chciałyśmy dowiedzieć się,
      dlaczego Mateusz uważa, że w czymś zawiniłyśmy, no i jednak nie chciałyśmy, by
      Mateo cierpiał z naszego powodu.

      - Byłem w delegacji, nieźle mnie wymęczyli. Ogólnie czuję się zmęczony, nie
      chce mi się nic robić, - powiedział Mateo i wyciągnął nogi przed siebie.

      - Ja nie mam zamiaru odwalać za Ciebie papierkologii stosowanej, - stwierdziła
      Ania, wskazując na swoją stertę akt do rozpatrzenia.

      - Ja też nie, - poparłam ją solidarnie, na potwierdzenie swoich słów poklepując
      swoją górkę w służbowej rynience.

      - A mogłybyście. Żadna z Was nie chciała powtórnej wizyty Rogatka na te głupie
      kilka dni, - stwierdził Mateo. - Co ja mam z tym pacanem, co ja mam, -
      westchnął.

      Wańdzia też się zbuntowała: - Pacan jest Twój, a nie nasz. Ty go rozbestwiłeś,
      zamiast w stosownym czasie wyprostować mu ten charakterek. Przy czym tu my?

      - A przy tym, - westchnął Mateo, - że musiałem kota oddać na przechowanie
      zamiast Wam, to wyrozumiałym osobom - sąsiadom z góry. Owszem, chętnie go
      przyjęli, ale gdy go odbierałem, to patrzyli na mnie dziwnie i miałem wrażenie,
      że z radością pozbywają się Rogatka. Co im zrobił - nie wiem, ale coś napewno.
      Ponadto, musiałem oddać im pieniądze i długo się tłumaczyć, że kotek to robi z
      własnej inwencji twórczej, a nie dlatego, że ja go nauczyłem. Przez Was
      najadłem się koszmarnego wstydu.

      - Jakiego? - koniecznie chciałam się dowiedzieć, tym bardziej, że wcale nie
      poczuwałam się do żadnej winy.

      - A takiego, - powiedział Mateo, - oddałem na przechowanie Rogatka wraz z jego
      sypialnym koszem i wścielonym w kosz kocykiem. Lubi tam spać, sypiał w nim u
      sąsiadów.

      - Jak sypiał, to chyba nie robił w tym czasie nic złego, - weszła mu w słowo
      Ania, - Nie wmówisz we mnie, że kot zaczął lunatykować.

      Wyobraziłam sobie lunatykującego Rogatka: śpiąca krągła wiecznie uśmiechnięta
      mordka, wyciagniete przed siebie przednie łapki, kiwający się chód na tylnych.
      Widoczek byłby niezapomniany, tak, jak i ewentualne popełniane czyny.

      Otrząsnęłam się z wizji i stwierdziłam, że to już byłaby lekka przesada – to
      lunatykowanie kota.

      - A, nie, - powiedział Mateo z niesmakiem odrzucając supozycje Ani, - Okazuje
      się, że ci ludzie, moi sąsiedzi, zwykli zostawiać sobie nawzajem pieniądze na
      rachunki, czy coś podobnego na lodówce. Wiecie, do jakiej doprowadził ich
      awantury? Sąsiadka pisała kartkę, że zostawia pieniądze na opłacenie rachunku
      za gaz, a na talerzyku nie było pieniędzy i sąsiad musiał lecieć do bankomatu.
      Gdy to powtórzyło się któryś raz z rzędu, najpierw sami się pokłócili i
      milczeli przez dwa dni, a potem ja odebrałem od nich Rogatka, prześcieliłem mu
      kocyk i pod kocykiem znalazłem ponad siedemset złotych. Zwróciłem je, ale co
      się natłumaczyłem, to moje. Przynajmniej Rogatek nie zdążył rozwalić małżeństwa.

      - Dobry kotek, porządny kotek, - wycierając oczy, wydusiła z siebie po ataku
      śmiechu Wańdzia, - Co pieniądze miały walać się na wierzchu, jeszcze by ktoś
      ukradł. Zabezpieczył je po prostu.

      - Bankier, - zachichotała szatańsko Ania, - Ma powołanie, oddaj go następnym
      razem na przechowanie do banku. Może szybciej spłacisz kredyt.

      - Nie ma obaw – nic takiego by nie nastąpiło, - zgasiłam niestosowna wesołość
      koleżanek, - Jak widać w odróżźnieniu od Rogatka Mateusz jest praworządny.

      - A mówią, że dzieci są podobne do rodziców, - westchneła Wańdzia.

      - Bywają i wyrodne, - odparła niewiele myśląc Ania.

      Wypadało z nią się zgodzić, gdyz dotychczasowe poczynania kotka nie wskazywały
      na naśladowanie jego właściciela.
    • white.falcon Rogatek w podróży noworocznej 17.09.05, 23:26
      Mateusz stwierdził, że ma dość siedzenia w Warszawie. - Nie lubię petard, tego
      całego zgiełku i zamieszania, bo i tak w końcu Sylwestra spędzam z kieliszkiem
      szampana przez telewizorem, a następnego dnia śpię do późnego popołudnia, -
      smęcił nam w ostatnich dniach grudnia, z melancholijnym wyrazem twarzy
      obserwując małe płatki śniegu wolniutko krążące za oknem. - Postanowiłem
      pojechać do rodziców, by nie siedzieć w domu i nie zazdrościć tym wszystkim,
      którzy potrafią się bawić. Ja na dyskotekę nie nadaję się, a zwyczaj
      towarzyskiego spędzania czasu w czyimś mieszkaniu upada. Kiedy któraś z Was
      uczestniczyła w czymś takim? Nie mam na myśli zjazdu rodziny z okazji chrzcin,
      ale przypomnijcie sobie, kiedy.

      Wańdzia nie powiedziała nic, nie miała też ochoty na wspominki starych dobrych
      czasów, tylko upewniła się rzeczowo: - Pacana komu zostawiasz? Nie sąsiadom
      chyba.

      - A nie - zabieram koty ze sobą, - powiedział Mateo, lekceważąc oczywisty
      kłopot, którego my byłysmy świadome – podróż z dwoma kotami w koszykach z
      obciążeniem w postaci plecaka to nielada wyczyn dla jednej osoby. Tym bardziej –
      na kierunku południowym i tym bardziej – w okolicach Sylwestra. Nie zachwyciła
      nas odwaga przedsięwzięcia Mateusza. Doskonale zdawałyśmy sprawę z jednej
      podstawowej wady Mateusza – jego beztroski.

      - Rodzice mają duży dom i będzie im miło poznać kogoś nowego, - dodał radośnie
      Mateo.

      Nie sprecyzował, komu ma być miło: kotom, czy rodzicom, a uściślić nie
      zdążyłyśmy, bo musiałyśmy pilnie stawić się u naczelnika w gabinecie na
      przednoworocznym szampaniku.

      Dlaczego żadnej z nas nie tknęły żadne przeczucia - tego nie wiemy. Znamy
      doskonale i charakter kotka i jego przypadłości życiowe, doświadczyłyśmy ich
      skutków w końcu na własnej skórze, a jednak żadna z nas nie nabrała stosownych
      podejrzeń. Życzyłyśmy sobie nawzajem wesołego Sylwestra, radośnie obcałowałyśmy
      wszystkich dookoła i w pośpiechu rozbiegłyśmy się w sobie znanych kierunkach.
      Każda z nas bowiem miała tego Sylwestra jakoś zaplanowanego, a nie wypadało
      wyglądać powszednie, jak każdego dnia w roku.

      Alarmująca wieść dotarła do nas po kolei - oczywiście przez komórkę. Mateo
      dzwonił, zachłystując się rozpaczą, przerażeniem, histerią i innymi bardzo
      skomplikowanymi uczuciami z jakiegoś dworca kolejowego w jakimś Lublińcu, o
      istnieniu którego ja dotąd nie miałam specjalnego pojęcia. Wydobycie z niego
      powodów panicznych telefonów równało się chyba możliwości ustalenia miejsca
      spożywania trunków wysokoprocentowych u pijaka, przywiezionego na izbę
      wytrzeźwień. Dopiero po czwartym telefonie sytuacja jako-tako "wyklarowała
      się", choć kosztowało to nie wiadomo czego więcej – pieniędzy, czy cierpliwości.
      Mianowicie Mateo popełnił ogromny błąd, wsadzając obydwa koty do kocich
      koszyków na czas podróży. Doskonale przecież wiedział, że koci kosz jest
      uznawany przez Rogatka za potężną ujmę na kocim honorze. Wiedział też, że
      Rogatek toleruje kocie szelki, które, choć ograniczają jego wędrówki, ale
      pozwalają mu na oglądanie otaczającego świata i czynny udział w okolicznych
      wydarzeniach natury towarzyskiej. Sama go wyprowadzałam na spacer w szelkach i
      poza jednym nieistotną przygodą nie wydarzyło się nic.

      Skoro gazety nie pisały o tym, jak dorosła kobieta włazi na drzewo w parku, by
      zdjąć drące się wniebogłosy koty, to rzeczywiście nic takiego się nie stało,
      chociaż pół parku zbiegło się, by obejrzeć niecodzienne widowisko. Wtedy
      błogosławiłam fakt, a właściwie dwa fakty. Po-pierwsze, to, że w latach
      wczesnej młodości nauczyłam się nieźle łazić po drzewach. Po-drugie zaś, iż
      miałam na sobie dżinsy i trampki. Jednym z drących się kotów był oczywiście
      Rogatek, i, o ile odniosłam słuszne wrażenie, to podopieczny wydzierał się
      niejako do towarzystwa koteczce, którą raczył się zainteresować, wyrywając mi
      się z rąk razem z szelkami podczas jednego ze spacerów. Czego zaś nasłuchałam
      się po zejściu z drzewa – to moje.

      Zostałam odsądzona od czci i wiary przez starszą Panią w kapelusiku żywcem
      wyjetym z przedwojennego magazynu „Bluszcz”, pochwalona przez starszego Pana z
      siatką, w której telepały się jakieś leki, podziwiana przez kilku miejscowych
      blokersów, dotąd bezmyślnie spoczywających na ławce. Ganiona, chwalona i
      podziwiana byłam właściwie za różne apekty tego samego czynu. Podsumowując,
      zgrozą i obrazą Boga jest łażenie przez kobietę po drzewach, a już noszenie
      spodni tym bardziej; chwalebne jest to, że nie zostawiłam zwierzaki w
      potzrebie: podziwu zaś godny fakt, że potrafię coś, czego utyci, młodsi ode
      mnie co najmniej o dekadę, faceci zrobić nie potrafią. Ale nadal uważam, że to
      wydarzenie nie było niczym nadzwyczajnym i chyba dokonując takiej jego oceny
      popełniłam błąd. Trzeba było powiedzieć o tym Mateuszowi!

      Drogę na dworzec w zatłoczonym autobusie Rogatek zniósł dzielnie, podobnie
      przetrzymał wędrówkę na peron. Wrażenia akustyczne dostarczane przez tłum
      ludzki najpierw w autobusie, później – na peronie zapewne wystarczały do
      dokonywania analizy przez Rogatka, więc do opuszczenia kosza nie dążył. Możliwe
      też, że realnie oceniał swoje szanse i nie chciał być stratowanym przez ciżbę
      ludzką z torbami, plecakami i sprzętem narciarskim. Oczywiście w przedziale
      pociągu Rogatek stwierdził, że kosz mu przeszkadza i gwałtownie zaczął domagać
      się wypuszczenia go, awanturując się tak, że konduktor nadbiegł, gdyż myślał,
      że ktoś maltretuje jakieś zwierze w pociągu. Współpasażerowie dostali ataku
      śmiechu, a Mateusz przez dłuższą chwile wzbudzał ogólne zainteresowanie, co go
      niezmiernie stropiło.

      Unikając dalszego rozgłosu i niepotrzebnej sławy Mateusz postanowił dalszą
      część podróży odbyć wioząc Rogatka na kolanach. Dunia spała smacznie w swoim
      koszyku, Rogatek, po zapoznaniu się ze wszystkimi pasażerami w przedziale,
      uspokoił się i też postanowił przysnąć. Uspokojony Mateusz także zdrzemnął się
      na chwilę, gdyż, jak się usprawiedliwiał, towarzystwo
      w przedziale doszło do wniosku, iż drzemka nie zaszkodzi i przygasiło
      światełko. Rogatek odczekał trochę, stwierdził, że śpiący ludzie są mało
      wdzięcznym tematem do badań, zeskoczył z kolan Mateusza i udał się na
      rekonesans. Nikt nie wie, co kotu przyszło do głowy, ale wysiadł wraz z innymi
      podróżnymi na stacji w Lublińcu. Ludzie widzieli dziwnego kotka przy drzwiach
      wyjściowych z wagonu oraz na dworcu, lecz nie potrafili powiedzieć, gdzie z
      tego dworca udał się.

      Mateusz wysiadł na następnej stacji wraz z Dunią w koszyku i wrócił na stację w
      Lublińcu pierwszym lepszym pociągiem. Tam, nie zastając Rogatka na dworcu,
      zaalarmował komisariat policji, gdzie, jak nam relacjonował: „Wszyscy
      policjanci przyszli, by wysłuchać mojej historii, nawet musiałem ze dwa razy
      powtarzać historię innym policjantom, ale ich interwencja nic nie wniosła, bo
      Rogatka nie znaleźli”. Nie dziwię się, że wszyscy policjanci obecni w okolicy
      zbiegli się - sama bym wszystko rzuciła i popędziła posłuchać wariackiej
      historii, którą opowiada rozdygotany facet. Zawszeć to ciekawsze i
      zabawniejsze, niż współczesna makabra, mająca miejsce w pociagach i na
      dworcach.

      Później Mateo zaalarmował nas, wydzwaniając kolejno do każdej i zakłócając
      czynności przygotowawcze. Ankę zastał podczas farbowania włosów, a Wańdzię
      podczas pieczenia smakowitych kruchych ciasteczek. Mnie jedynie zastał w
      nietypowej sytuacji – mianowicie czytałam sobie w spokoju książkę, otulona
      kocem. Jestem zapobiegliwa i byłam już przygotowana na jutrzejsze szaleństwo
      nocy Sylwestrowej.

      - Co mam robić? - płaczliwie dopytywał się przez komórkę, - Mam siedzieć na
      dworcu w Lublińcu i czekać na Rogatka?

      - Wariat, - powiedziałam, - Sądzisz, że kot wróci na dworzec, by jechać dalej?
      Może jeszcze stanie w kolejce do kasy po bilet?
      • white.falcon Rogatek w podróży noworocznej - c.d.n. 17.09.05, 23:28
        - Wariat, - powiedziałam, - Sądzisz, że kot wróci na dworzec, by jechać dalej?
        Może jeszcze stanie w kolejce do kasy po bilet? Myślę, że uda się w stronę
        Warszawy i, jeżeli będzie miał farta, to dotrze albo do Twojego domu, albo do
        domu którejś z nas. Znane są takie przypadki wędrówek kotów i ich bezbłędnego
        powrotu do domu. Jedź do Rodziców, a potem zobaczymy.

        - A może on dotrze do moich Rodziców? - z nadzieją w głosie spytał Mateo.

        - A był u nich kiedykolwiek? - spytałam.

        - No nie, - odparł Mateo, - Ale może dotrze tam.

        Nie chciało mi się rozwiewać idiotycznych nadziei Mateo, więc postanowiłam
        inaczej potraktować sprawę. Usiadłam wygodnie, zamknęłam oczy, skupiając się na
        rozedrganej osobie Mateusza i starając się nie krzyczeć na niego, a tym
        bardziej – nie wymyślać mu od „głupich jełopów, którzy nie potrafią upilnować,
        jak to każdy mężczyzna, kota”.

        - Mateusz, koty tak mają, że chcą wrócić do domu. Rogatek nie jest wyjątkiem i
        także podporządkuje się swojej naturze, - powiedziałam łagodnie.

        - Rogatek nie jest zwykłym kotem, - warknął pół groźnie, pół żałośnie Mateusz.

        - I jest i nie jest, - zgodziłam się równie łagodnie, co i poprzednio, - Ale
        kwestia wygląda w ten sposób, że siedzeniem na dworcu nie załatwisz nic, oprócz
        tego, że zgubisz jeszcze i Dunię. Rogatek na dworzec nie wróci, a sam przecież
        mówiłeś, że Dunia jest słabego zdrowia, - uczepiłam się Duni jak rzep psiego
        ogona, widząc ostatnią deskę ratunku w tym, iż przypomniałam sobie
        bałwochwalcze nieomalże przywiązanie Mateusza do wygody udzielnej księżnej Duni.
        Podziałało. Mateusz zaniepokoił się bardziej, ale tym razem jego sumieniem
        szarpnęły kwestie zdrowotne Duni. – Sądzisz, że przebywanie na dworcu może Duni
        zaszkodzić? – zapytał się z przejęciem.

        - Na pewno, - starałam się mocno utwierdzić go w tym przekonaniu, - Sam
        mówiłeś, że Dunia jest wrażliwa na przeciagi. Na dworcu zaś przeciągów co nie
        miara, do tego – zarazki. Chcesz, by dostała nerwicy, kociego kataru? Rogatek
        sobie poradzi, a Dunia – nie.

        Po kilku minutach bicia jak w bębęn – w myśl o zdrowiu i dobrym samopoczuciu
        Duni, zakonczyłam rozmowę i pośpieszyłam uprzedzić koleżanki o tym, by
        utwierdziły Mateusza w przekonaniu, że musi i to bezwzględnie musi opuścić
        dworzec w Lublińcu i udać się do rodziców.

        Szczęśliwie Mateusz okazał się być podatnym na tę sugestię, dzięki czemu
        spędził Sylwestra jak człowiek - u rodziców. A Rogatek? Rogatek dał sobie radę
        lepiej, niż przewiduje ustawa o ochronie zwierząt i potrafią wyobrazić sobie
        życzliwe mu istoty z gatunku ludzkiego.
    • white.falcon Czyny Rogatka w drodze 24.09.05, 00:28
      - Gdzie się podziewałeś? - mamrotał bardziej do siebie, niż do Rogatka Mateo,
      tuląc do siebie lekko wychudzonego, ale ogólnie - radosnego kotka. Kotek
      wiercił się w ramionach Mateo z miną nieco zdumioną tak nagłym okazywaniem
      uczuć. Możliwe, że Mateo mu trochę przeszkadzał, bo przed przybyciem Mateo do
      domu Wańdzi, która histerycznie zażądała zabrania z jej domu pacana, został
      suto nakarmiony. Wańdzia rozmyślnie tak uczyniła - nakarmiony Rogatek raczej
      zachowywał się spokojniej, choć, gdyby przełożyć jego zachowania na skalę
      Beauforta wyszłoby coś w rodzaju małego huraganiku. Ale przy prawdziwym
      cyklonie, który prezentował sobą głodny Rogatek to był pikuś.

      Mateo nieomalże obwąchiwał Rogatka. - Czuć od niego spalenizną, - zaniepokoił
      się, miętosząc podopiecznego na wszystkie możliwe sposoby, wtulając się całą
      twarzą w jego boki i brzuszek i to nie zważając na brykliwe łapki, które już
      się szykowały do wypuszczenia haczykowatych pazurków. - Oooo, tu ma nadpalone
      futerko, - przeraził się.

      Co miałyśmy dłużej milczeć. Póki pacana nie było, ukrywałyśmy przed Mateo pewną
      sprawę. Szukałyśmy Rogatka na własną rękę, mając nadzieję, że co, jak co, ale
      charakter mu się napewno nie zmienił i da znać o sobie w jakiś niebanalny
      sposób. Liczyłyśmy i to niebezpodstawnie, że te ewentualne czyny będą na tyle
      potężne, że ich dostrzeganie wykroczy poza świat zwierząt, naruszając spokój
      świata ludzkiego.

      Najpierw przez znajomych naszych znajomych dotarłyśmy telefonicznie do kilku
      mieszkańców Lublińca z dyskretnymi zapytaniami i wyczuleniem na mogącego się
      pojawić w ich okolicy dziwnego kota. Telefon rychło dał znać o sobie u mnie.

      - Dzień dobry, - przedstawił się z drugiej strony sympatyczny męski głos, -
      Dzwonię z Lublińca i wiem od Ireny z Katowic (nie znam żadnej Ireny
      z Katowic ale domyśliłam się, że poczta pantoflowa zadziałała), że Pani chyba w
      asyście całej Warszawy szuka zagubionego małego szarego kotka z rogami.

      - I? - niegrzecznie zatchnęło mnie.

      - Otóż dowiedziałem się, gdzie kotek był do wczoraj, - ciągnął opowieść
      rozmówca, - Przypętał się do Państwa B. pod Lublińcem. Opis kota pasuje jak
      ulał. Oni prowadzą albo raczej prowadzili do wczoraj działalność gospodarczą,
      a mianowicie - mały zakład produkujący koszulki bawełniane.

      - I już nie prowadzą? - przeraziłam się, - Co się stało?

      - Wczoraj wieczorem baraczek, gdzie zajmowali się produkcją tekstyliów poszedł
      z dymem, a kot znikł, - powiedział rozmówca, - Widziano go, gdy uciekał podczas
      pożaru. Do wczoraj przebywał u tych Państwa, pojechałem do nich, wypytałem.
      Sądzę, że słusznie podejrzewam, że kotek przybłąkał się do nich. Zostawili go w
      zakładzie, bo chcieli, by im wyłapał w baraczku myszy.

      Oczami duszy wyobraziłam sobie Rogatka, który postanowił bardziej pomysłowo
      rozwiązać problem myszy. Szczegółem jest, że przy okazji rozwiązał parę innych
      zagadnień, takich, jak rentowność firmy, odszkodowanie. Lekko odetchnęłam: -
      Dziękuję Panu za wiadomość. Sądzę, że to jednak był Rogatek. On nie takie
      rzeczy robi.

      - A jakie? - zainteresował się rozmówca.

      Pół godziny opowiadałam w skrócie o czynach Rogatka.

      - Wie Pani, co? - pod koniec rozmowy powiedział Pan z Lublińca, - Gdy kotek
      odnajdzie się, proszę mi dać znać. Jest wyjątkowy.

      - Skąd Pan wie, że odnajdzie się? - zapytałam.

      - Taki kot ma niesamowite szczęście i, skoro go dotąd nie zawiodło, nadal przy
      nim powinno trwać, - autorytatywnie uzasadnił swoja koncepcję Pan Waldek.

      W parę dni później Rogatek odnalazł się na wycieraczce Wańdzi. Lekko odchudzony
      i z lekko nadpaloną sierścią na brzuchu i prawym boku, lecz zadowolony z
      siebie, a szczególnie z wrażenia, które sprawił na Wańdzi, gdy go zobaczyła pod
      drzwiami. Przyznała się nam, że w pierwszym odruchu chciała zawrócić i uciec
      spod własnych drzwi. Nie, nie dlatego, że przeraził ją stan Rogatka. Raczej
      chodziło o fakt, że pod drzwiami siedział właśnie Rogatek. Tylko dwie ciężkie
      siatki i to, że drzwi do windy zamknęły się, a kabina odjechała na dalsze
      piętra, przeszkodziło Wańdzi w realizacji niechlubnego zamiaru. No i pośrednio
      to, że Rogatek miał refleks i przy wychodzących z sąsiedniego mieszkania
      ludziach nie wypadało nie przyznawać się do znajomości z umorusanym kotem,
      który przymilnie tuli się do nóg mrucząc z zadowolenia.

      Mateo wysłuchał historii spokojnie, a potem pogłaskał Rogatka po rogatej
      łepetynce i z zadumą w głosie powiedział: - Same zobaczcie - ten Waldek
      z Lublińca ma rację. Dajcie mi jego numer telefonu – zadzwonię do niego
      i opowiem, co i jak.
    • white.falcon W drodze do domu... 24.09.05, 00:31
      Właśnie przerabiałam w umyśle inwokację Mickiewicza na swoją modłę. Wychodziło
      mi mniej więcej coś takiego: „Wolne, tylko ten to doceni, kto się dowie, że
      wolny dzień utracił…” Każdemu zapewne zdarza się jakieś podobne świętokradztwo
      na własny użytek, ale w końcu nie popełniałam tego czynu publicznie, tylko
      przeciągając się we własnym łóżeczku w zadeszczony dzień. Perspektywa wolnej
      soboty i to wolnej od jakichkolwiek uciążliwych zajęć w rzeczywistym znaczeniu
      tego słowa podobała mi się wyjątkowo. Właśnie byłam w trakcie twórczego
      zastanawiania się, czy już powinnam nastawić czajnik i zrobić sobie kawę, gdy
      zadzwonił stacjonarny telefon.

      - Nie odbieram, bo jeszcze śpię, - poinformowałam bezczelnie aparat
      telefoniczny z bezpiecznej odległości nas dzielącej i z jeszcze bardziej
      bezpiecznego miejsca – z łóżka.

      Aparat niekoniecznie musiał mnie usłyszeć, bo dzwonić nie przestawał, a ja,
      zdając sobie sprawę z własnych uzdolnień zagłuszających, a raczej – z ich
      braku, wyplątałam się z kołdry i malowniczo ciągnąc za sobą kraciasty koc,
      którym otuliłam się, podreptałam dowiedzieć się, komu w końcu jestem potrzebna
      o tak nietypowej godzinie – dziewiątej rano w sobotę.

      - Przepraszam Panią, - odezwał się lekko stropiony damski głos
      w słuchawce, - Chciałam zapytać się o - hmmm - kotka.

      - Jakiego kotka? - usiadłam ze zdziwienia na kuchennym stołku i próbując
      możliwie jak najszybciej przypomnieć sobie, czy przypadkiem nie biorę udziału w
      akcji rozdawania jakichś kotków, bo już zdarzało mi się w takim czymś
      uczestniczyć.

      - Tego, no takiego z różkami, - bardziej niespokojnie odpowiedział damski głos.

      - O co chodzi? Już odwołałyśmy alarm, kotek się znalazł. Może po prostu wieść
      nie dotarła do Pani, - chciałam jak najszybciej opanować niezręczną sytuację i
      tęskniąc za powrotem pod kołderkę. Już podjęłam decyzję, że zrobienie kawy może
      zdecydowanie poczekać, - Uruchomiłyśmy z koleżankami sporo kontaktów
      międzyludzkich i mogłyśmy przegapić Pani numer w tym tłumie, odwołując
      poszukiwania - usprawiedliwiałam się, - Przepraszam.

      - To dobrze, że kotek jednak dotarł do domu, - głos znormalniał, - Ja chciałam
      przeprosić.

      - Za co? - zdziwiłam się, ale podejrzliwie, bo żywo mi w oczach wyobraźni stał
      płonący baraczek z koszulkami, - Nie zrobił Pani jakiejś - hmm - krzywdy?

      - Nie. Nie - no prawie nie, - odrzekła moja Rozmówczyni, - Ja przepraszam za
      to, że go wypuściłam z samochodu, gdy dojeżdżałam do Warszawy. Nie umiałam go
      utrzymać na miejscu, a on koniecznie chciał bawić się kierownicą, właził mi na
      plecy, gdy go umieściłam na przednim siedzeniu, to próbował mi wejść pod pedał
      gazu. Nie wytrzymałam. Przepraszam.

      - Chwileczkę, - zainteresowałam się, - Gdzie go Pani znalazła?

      - Szedł środkiem szosy z Lublińca w kierunku na Warszawę. Już świtało i
      natknęłam się na niego gdy przejeżdżałam przez zagajniczek, - odpowiedziała
      nieznana mi Pani, - Jechałam do Warszawy, bo akurat wracałam ze spotkania
      służbowego. Zauważyłam kotka, zatrzymałam się, podeszłam. Kotek nie uciekał,
      przysiadł sobie na szosie, podniósł uśmiechniętą łepetynkę i dopiero wtedy
      ujrzałam, że ma śmieszne różki na łebku. Schyliłam się, a on ufnie dał się
      pogłaskać i przytulił się do mojej ręki, leciutko dygotał i pomrukiwał
      cichutko, no i śmierdział spalenizną, ale to poczułam, gdy go wzięłam na ręce.
      Miał na szyi czerwoną obróżkę, po wewnętrznej stronie której były zapisane dwa
      telefony komórkowe i stacjonarny numer warszawski. Uznałam, że kot komuś się
      zgubił i postanowiłam go odwieźć. Lubię zwierzęta, a poza tym szkoda mi było
      jego łapek, bo szedł środkiem szosy z podniesionym dumnie ogonkiem - po takim
      środkowym pasie, a domyślam się, jak takie tupanie po asfalcie może boleć.
      Dzwoniłam na numery komórkowe, ale były zajęte (nic dziwnego - wisiałyśmy na
      komórkach jak dzikie), stacjonarny też nie odpowiadał (byłam w pracy), więc
      postanowiłam go podwieźć. Najpierw siedział spokojnie na siedzeniu, chyba nawet
      się zdrzemnął, a potem - potem złe w niego chyba wstąpiło, bo zaczął mi
      przeszkadzać. Nie wytrzymałam i przed Warszawą go wypuściłam. Wie Pani, gryzły
      mnie wyrzuty sumienia i chciałam się usprawiedliwić.

      - Nie szkodzi. Niech się Pani czuje usprawiedliwiona, bo z nim nikt tak długo
      nie wytrzymałby, chyba, że go zna, - powiedziałam, - Niech Pani nie ma
      absolutnie żadnych wyrzutów sumienia. Dziękuję za podwiezienie kocia.

      Następny telefon wykonałam do Mateo, postanawiając już jednak nie wracać do
      łóżka.

      - Po co na obróżce wpisałeś numer mojej stacjonarki? - zapytałam bez zbędnych
      wstępów.

      - A tak jakoś pomyślałem, - łagodnie odpowiedział Mateo, wcale nie zdziwiony
      ani porą, ani treścią pytania, - Ty mi zawsze pomagasz, a inni niezbyt mogą.
      Wańdzia jest zbyt poważna, Ania – często zabiegana, a Ty czasem masz czas i
      cierpliwość.

      Zatkało mnie na dość długo. Siedziałam tak sobie, opatulona w kraciasty kocyk i
      gapiłam się na słuchawkę w ręku, ale zmarzły mi stopy i w końcu ruszyłam do
      codziennych spraw.
    • white.falcon Sałatka Rogatka 08.10.05, 16:30
      Cały tydzień minął od cudownego odnalezienia się Rogatka i nie działo się nic.
      Nawet Mateo zauważył, że kocio zachowuje się niezgodnie z jego dotychczasowym
      charakterem. - Może on jakieś postanowienia noworoczne przedsięwziął? -
      zastanawiał się Mateo, - Może postanowił zmienić się i sporządnieje.

      Popatrzyłam na niego z litościwą pogardą: - W duchy wierzysz? Jak znam życie,
      to nic podobnego mu nie grozi. Obawiam się, że to kolejna cisza przed burzą.

      - A może? - Mateo popatrzył na harpie z nadzieją.

      - Ech, - westchnęła Wańdzia, - Nadzieja matką ubogich i głupich ale, Mateo, nie
      martw się - ona kocha swoje dzieci.

      - A właściwie to, co Rogatek robi? - zapytała Ania.

      - Nic specjalnego. Żre i śpi i tak w kółko, - odpowiedział Mateo.

      - Hiii, - zachichotała Ania, - On odpoczywa po przygodzie. Poczekaj trochę.
      To „trochę” nie trwało długo. Ania słusznie się domyśliła powodów spokoju
      Rogatka, bo już nazajutrz Mateo przyszedł zdenerwowany tak, jak to z reguły
      bywa po jakimś „występie” kotka. Padł na krzesło i nawet nie ściągając
      rękawiczek zaczął opowiadać:
      - Wiecie, ja nie umiem wytrzymać. Tego pacana trzeba ciągle pilnować i samemu
      pilnować się w jego obecności. I najgorsze - jemu nie wytłumaczy się, że jego
      pomysły może i są ciekawe, ale lepiej by było, gdyby ich z takim uporem nie
      realizował.

      - A nie mówiłam, - Wańdzia zsunęła na czoło okulary, - Lepiej mów, co tym razem.

      - Rogatek spaskudził mi sałatkę, - ze smutkiem powiedział Mateo.

      Patrzyłam na Mateo, próbując zrozumieć, co ma na myśli i wychodziło mi to
      więcej niż kiepsko. Twarz Ani wyrażała odczucia zbliżone do moich.

      - Mów, - łagodnie poprosiła Ania, - I nie przerywajcie mu, bo zgłupieję
      i mnie z pracy wyrzucą – wypełniam po raz piąty w ciągu pięciu lat tę samą
      wewnętrzną ankietę, dotyczącą moich danych personalnych, w których nic, a nic
      się nie zmieniło, - wytłumaczyła Mateuszowi, który ze zdziwieniem obserwował
      Anię, z desperacją uderzającą w klawiaturę, - I mogę wpisać nie to, co trzeba
      w rubryczki i personalna mocno się zdziwi, czytając to.

      Mateo przyjrzał się Ani: - Uważasz, że ktoś to czyta? Chciał rozwinąć myśl ale
      w porę zauważył srogą minę Wańdzi, więc stropił się lekko i wolał opowiedzieć,
      niż wdawać się w dziwną dyskusję:
      - Przyjechała do mnie siostra i postanowiliśmy na kolację zrobić sałatkę
      z tuńczyka z ryżem. Jakoś tak nam wychodziło, że ciągle coś nas odciągało od
      tego zajęcia: to ktoś przyszedł, to telefon dzwonił, to staraliśmy się obejrzeć
      kawałki filmu. Tak sobie wchodziliśmy do kuchni, wychodziliśmy. Rogatek plątał
      się pod nogami. W końcu skończyliśmy robienie sałatki, nakryliśmy na stół i ...
      okazało się, że ani ja, ani siostra nie zjemy za żadne skarby świata tej
      sałatki. Żadna z Was by jej też nie tknęła.

      - Dlaczego? - zdziwiła się Wańdzia.

      - Tam nie było tuńczyka, choć mogło wyglądać, że jest, - smutno powiedział
      Mateo.

      - Tylko co było? - zainteresowałam się.

      - Kocia karma, - jeszcze smutniej powiedział Mateo, - W międzyczasie kocio
      przeniósł zawartość swojej miseczki do salaterki, a siostra, sądząc, że to ja
      dorzuciłem tuńczyka, zamieszała wszystko, nie przyglądając się specjalnie
      zawartości. Niezjadliwe to było kompletnie. Całą salaterkę sałatki musiałem
      wyrzucić do kosza i w efekcie zjedliśmy kanapki na kolację.

      - Hiiiii, - Wańdzię opowieść rozbroiła, - Jaki dobry kocio, jaki uczynny, chce
      z dobrego serca Cię dokarmiać, a Ty - niewdzięczny - nie szanujesz kociego
      trudu.

      - Przydałby się przy wypełnianiu tej ankiety z tym swoim darem uzupełniającym, -
      zauważyła smętnie Ania, - Chyba Mateusz ma rację, że obojętne, co w niej
      napiszę, więc czemu ankiety miałby nie wypełnić za mnie na chybił trafił
      Rogatek.

      - Lepiej skopiuj już wypełnioną i zachowaj na następny rok, przyda Ci się, -
      zdradziłam swoją tajemnicę, bo już drugiego roku pracy w biurze wpadłam na ten
      zbawienny, aczkolwiek naganny sposób pozbywania się bezsensownego kłopotliwego
      papierzyska na piętnastu stronach.
    • white.falcon Rogatek "wrabia" Dunię 08.10.05, 16:34
      - Ja mam dosyć, - nieomalże płakał Mateo, - Już wolałem, gdy pacan jadł
      i spał. Odżył tak, że ja nikomu tego nie życzę.

      Patrzyłyśmy na Mateo ze zgrozą w oczach, bo nie bardzo wiedziałyśmy, co się
      stało. Z rozmów telefonicznych wynikały rzeczy bardzo tajemnicze i dla nas
      niezrozumiałe, a mianowicie - małe kotki. Skąd się wzięły małe kotki, do tego
      nie w „sezonie” i co robią u Mateo, tego już można było tylko domyślać się, bo
      rozmowa ze zdenerwowanym Mateo przez telefon wygląda mało sensownie.

      - Masz mi powiedzieć normalnie, - powiedziała z naciskiem Ania, - Co się stało
      i nie zbaczaj mi w jakieś rozważania.

      - Popieram, - Wańdzia machnęła ręką i rozsypała po podłodze swoje statystyczne
      papierki. Ledwo zerknęła na nie ale nie kwapiła się pozbierać. Zrobił to
      uczynnie Mateo. Wyrównał je w zgrabną stertę, zgarnął Wańdzine brudnopisy i też
      je dołączył do stertki, czego nikt wtedy nie zauważył, a
      później „przekopaliśmy” cały pokój, szukając Wańdzinych obliczeń.

      - Dunię Rogatek „wrobił” w opiekę nad małymi kotkami, - powiedział ze smutkiem
      Mateo, - Mam w domu trzy małe kotki, które Rogatek skądś przyniósł i oddał pod
      opiekę Duni. Jeszcze są malutkie, ale już można je dokarmiać z puszeczki dla
      kociąt, co też i robię. Dunia się cieszy, bo ma małe. One nawet próbują
      doszukać się u Duni mleka. Inna bajka, Dziewczyny, czy ja mam kociniec? Czy mam
      napisane na czole, że prowadzę Rogatkowe schronisko wszystkiego, co zabiedzone.
      I gdzie on je znalazł?

      - Zapewne na dworzu, - stwierdziłam, - Przecież nie ukradł je jakiejś kociej
      mamie. Żadna kotka by na to nie pozwoliła. Prawdopodobnie to sieroty, a może
      być też tak, że ktoś kotki wyrzucił z domu. I co masz zamiar zrobić?

      - Odchodować i rozdać dobrym ludziom, - powiedział Mateo, - To są trzy koteczki
      szaro-rudo-bure.

      - Powodzenia, - mruknęła Wańdzia i zajęła się poszukiwaniem swoich obliczeń.

      Jeżeli myślicie, że mieszkanie w zakoconym nie z własnej woli domu należy do
      niewątpliwych przyjemności, to bardzo się mylicie. Jeżeli myślicie, że Rogatek
      sporządniał, stając się głową samodzielnie zaadoptowanej gromadki kociaków, to
      też się mylicie. Natomiast wątpliwości nie może budzić fakt, że Mateo czuł się
      z każdym dniem coraz bardziej nieszczęśliwy. Ma dobre serce, na czym rogaty
      potwór bezlitośnie żeruje i przebłyski zdrowego rozsądku, które jednak są
      skutecznie tłamszone przez to serce…

      - Ja uduszę, - stwierdził pewnego chlupotliwego zadeszczonego dnia Mateo, - Ja
      UDUSZĘ, - powtórzył z naciskiem, siadając na brzeżku biurka i smętnie wgapiając
      się w buty zimowe, które nie tak dawno wyglądały elegancko, a teraz były
      oznakowane licznymi zadrapaniami i śladami kocich pazurków i chyba ząbków.
      Wolałyśmy nie dochodzić zbytnio, kogo Mateusz zarzeka się udusić. I tak było
      wiadomym, że tego nie zrobi i z pewnością nie mówi serio.

      - Rogatka, czy któreś z małych? - w końcu z nikłym zainteresowaniem spytała
      Wańdzia.

      Nikłe zainteresowanie kotkowymi sprawami Mateusza starałyśmy się prezentować
      wszystkie trzy, bo obawy, iż Mateo będzie chciał nam wcisnąć któreś z kociąt
      rosły proporcjonalnie do czynów Mateo, który namiętnie obfotografowywał
      kociaczki i podtykał ich zdjątka nam pod nos. Reklamę czynił nieudolnie, bo Ani
      zachwalał koteczkę tri-color, w przypadku Wańdzi - podtykał zdjęcie łaciatej
      śmiesznej koteczki, a mi prezentował fotosy sympatycznej rudawej buraski.

      - Nie wiem, - wypowiedź Mateusza tchnęła ponuractwem, - Rogatek je szkoli i nie
      wiem, co z tego wyniknie. Rogatek postanowił koteczki nauczyć życia. Na
      pierwszy ogień poszedł garnek z zupą. Wróciłem do domu i zastałem całą kuchnię
      dokładnie upapraną w zupie cebulowej. Cała zawartość wylądowała na podłodze. Co
      tak się na mnie patrzycie? Z rana ugotowałem zupę, bo małe cholery mi spać nie
      dają i brykają od czwartej nad ranem, urządzając wyścigi pokoju przez moje
      łóżko wspólnie z pacanem. Do końca jeszcze nie była zimna, więc zostawiłem gar
      na kuchence i poszedłem do pracy. Sądzę, że Rogatek najpierw postanowił nauczyć
      swoje przyszywane dzieci kraść. Sam przecież ich wieku kradł gołąbki z balkonu
      sąsiadki. Chyba któreś poślizgnęło się, wleciało do zupy i rozhybotało garnek
      tak, że gar się wywrócił i zupa wylała się na podłogę. Nie wiem, która koteczka
      tam wpadła i chyba się nie dowiem, bo Dunia je ciągle myje, - jeszcze bardziej
      ponuro stwierdził Mateo.

      - Ty się ciesz, że kociak nie utopił się w tej Twojej zupie, - jakimś dziwnym
      głosem powiedziała Ania, - Bo znając życie, to byś topielca przez
      niedopatrzenie ugotował.

      Wańdzia nagle wstała i biegiem udała się do łazienki.

      - Co Ci jest? - w ślad za nią krzyknęła Ania.

      - A słyszałaś to, co powiedziałaś? - spytałam się Anię głosem dobrze wychowanej
      tygrysicy, starannie usuwając sprzed oczu własnej wyobraźni koszmarny widoczek.

      - O kurcze, rzeczywiście, - stropiła się Ania, - Mateo, masz nie gotować zup, -
      z naciskiem zwróciła się do Mateusza.

      - Hiiii, - nagle coś mi przyszło do głowy, - Mateo, przypomnij sobie, co
      w latach kocięcych robił Rogatek, pomnóż to razy trzy i niedługo
      będziesz "przerabiał" potrójnego Rogatka. Przecież on założył przedszkole.

      Mateusz popatrzył na mnie tak błędnym i rozpaczliwym wzrokiem, że wolałam
      upuścić długopis i schować się pod biurkiem.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka