Pamiętacie tę scenę bezradnego wpatrywania się w słowo odręcznie pisane bez
możliwości zrozumienia, prawda? Jakby człowiek nie patrzył, wciąż wychodzi
"upafuga". Otóż obawiam się, że zaczynam mieć podobnie. Otwieram gazetę -
upafuga. Włączam wiadomości - upafuga. Ponownie zaczęłam czytać "Krętkę i aż
się przestraszyłam, bo z mety pogubiłam się w tych różnych opisywanych
podolcach, czyli - upafuga. Tutaj jeszcze jako tako, odpukać, rozumiem
wszystko. No, powiedzmy - prawie. Ale już takiej np. instrukcji obsługi
telefonu - za chiny ludowe. Albo przepisu prania koszulki bawełnianej, na
której, jak byk jest napisane: prać w ZIMNEJ wodzie. Nie panimaju, jak to
możliwe. Upafuga. Pocieszcie, że też Wam się to zdarza, bo nie wiem, czy to ze
mną już coś nie tak i pora umierać, czy może wszystko dookoła jakieś takie
średnio czytelne się zrobiło... Przyznam, że ta druga wersja bardziej by mi
odpowiadała, chyba