Dodaj do ulubionych

Ekranizacje książek

07.09.02, 16:10
Czy spotkaliście się z sytłacją kiedy to film okazał się lepszy od książki, a
jka tak to jaki i dlaczego tylko prosze bez Polskich lektur ;)
Obserwuj wątek
    • Gość: MonikaK Re: Ekranizacje książek IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl 09.09.02, 22:38
      Lot nad kukułczym gniazdem pobił bez wątpienia dobrą skądinąd prozę
      • Gość: qwerty Re: Ekranizacje książek IP: *.tlsa.pl 10.09.02, 10:14
        Gość portalu: MonikaK napisał(a):

        > Lot nad kukułczym gniazdem pobił bez wątpienia dobrą skądinąd prozę
        nie zgadzam sie ;)
        oba dziela sa rownie wielkie. ksiazka ze wzgledu na fabule i klaustrofobiczna
        atmosfere oddawana narracja bromdena - wodza szczoty. film glownie za genialne
        role - pyszalkowatego nicholsona i zimna fletcher.
        film, ktory w mojej opinii jest lepszy od oryginalu ksiazkowego, to "harry
        angel" (scenariusz na podstawie powiesci hjortsberga). ksiazka jest typowym
        czarnym kryminalem, w filmie uproszczono fabule i wiekszy nacisk polozono na
        metafizyke - co zdecydowanie wyszlo na dobre ekranowej adaptacji. na okrase
        rewelacyjna rola mickeya rourke.
        co prawda samej ksiazki ("do androids dream of electric sheep") nie czytalem,
        ale z tego co wiem na jej temat, filmowa adaptacja - "blade runner" jest od
        niej lepsza. dla porzadku - film widzialem nieraz ;). w porownaniu z ksiazka
        scenariusz (jesli chodzi o ilosc watkow) jest uproszczony. to, co w mojej
        opinii, przewaza na korzysc filmu to fakt, ze (w przeciwienstwie do ksiazki)
        androidy nie sa jednoznacznie sportretowane jako charaktery zle. dzieki temu w
        filmie znakomicie przedstawiono konfrontacje miedzy stworzycielem i jego
        dzielem: androidy nie sa tylko bezmyslnymi i okrutnymi robotami - nabywaja cech
        ludzkich, maja takie samo prawo do zycia jak "urodzeni" ludzie. ich stworca -
        tyrell - jest bezdusznym technokrata. dodatkowo atmosfera, ktora udalo sie w
        filmie zbudowac (polmrok, nieustannie padajacy deszcz, obraz przeludnionej
        metropolii) swietnie koresponduje z klimatem filmu.
      • Gość: TON Re: Ekranizacje książek IP: 212.244.51.* 10.09.02, 11:47
        Rozważna i Romantyczna o niebo lepsza od książki Jane Austen
        Lśnienie Kubricka - Stephen King niedomaga.
        Portret Damy, choć nie lepszy od książki Jamesa, to równie piękny.

        Jak na coś jeszcze wpadne, to sie zgłosze
        • Gość: Moko Re: Ekranizacje książek IP: *.gorzow.mm.pl 15.09.02, 00:48
          Absolwent
          Niebezpieczne związki
          Popiół i diament
          • Gość: Kagan Re: Ekranizacje książek IP: *.vic.bigpond.net.au 10.03.03, 08:25
            "The Quiet American"
            Autor: Gość: American IP: *.vic.bigpond.net.au
            Data: 10-03-2003 07:03
            + odpowiedz na list
            <http://www2.gazeta.pl/img/px.gif>
            + odpowiedz cytując
            Widzieliscie ten film? Jak nie, to polecam...
            W Australii idzie juz od miesiaca przy pelnych salach...
            Nie tylko dla tego, ze graja w nim, i to doskonale,
            Michael Caine i Brendon Fraser, i ze jest on profesjonalnie
            zrobiony w/g doskonalej powiesci Grahama Greena,
            ale ze pokazuje on, jak to w latach 1950tych rzad USA za
            posrednictwem CIA finansowal wietnamskich prawicowych terrorystow
            i dostarczal im bron oraz ladunki wybuchowe, aby pozniej zwalac
            wine za masakry dokonane przez te prawicowe bojowki na komunistow.
            Tlumaczy to, czemu USA przegrala tak sromotnie wojne Wietnamie,
            i do jakich podlosci jest zdolna klika, rzadzaca USA
            (tzw. kompleks militarno-gospodarczy).

    • noico Re: Ekranizacje książek 20.10.02, 10:50
      Duże szczęście do ekranizacji swoich książek ma S. King.
      "Lśnienie", "Misery", "Zielona mila", "Skazani na Shawsank" , "Carry"

      Wszystkie te filmy dorównują książkom, jeśli nie są lepsze?
    • Gość: Kagan Re: Ekranizacje książek IP: *.vic.bigpond.net.au 10.03.03, 08:04
      Nudny romans w kosmosie - Recenzja filmu “Solaris” Steven’a Soderbergh’a i
      James’a Cameron’a
      Idąc 27 lutego roku 2003 na australijską premierę hollywoodzkiej wersji
      “Solaris” starałem się jak mogłem, aby nie przynieść ze sobą na salę kinową
      żadnych uprzedzeń. Wynikało to z faktu, iż nie tylko znałem wcześniejsze
      recenzje tego fimu, ale też znam dość dobrze twórczość tych obu filmowców.
      Reżyser Steven Soderbergh jest znany głównie z “Sex, Lies, and Videotape”,
      filmu, powiedzmy sobie to szczerze, nudnawego i pretensjonalnego. Jednakże
      największy zawód sprawił mi producent “Solaris”, James Cameron (trzeba
      pamiętać, że w USA to producent, a nie reżyser, jest prawnie autorem filmu).
      Cameron jest znany z takich produkcji jak “The Terminator”, “Terminator 2”,
      “Aliens” (“Obcy”), “The Abyss” (“Głębia”) czy wreszcie “Titanic”.
      Sądząc po
      tym ostanim filmie, można było się spodziewać, iż “Solaris” zostanie
      sprowadzone de facto do wątku miłosnego (dość ważnego w powieści Lema, choć
      zdecydowanie w niej drugoplanowego). Niestety, “Solaris” Steven’a
      Soderbergh’a i James’a Cameron’a to coś znacznie gorszego niż “love story in
      space” (“romans w przestrzeni kosmicznej”), to jest po prostu nudne,
      rozwlekłe i pretensjonalne pseudo-romansidło, grane w sztucznym, teatralnym
      stylu przez marnych aktorów: George’a Clooney’a (Krisa Kelvina) i Nataszę
      McElhone (Rhey’ę, właściwie Harey, o czym będzie mowa później),i na dodatek
      źle wyreżyserowany i nienajlepiej zmontowany (liczne dłużyzny, nic nie
      wnoszące nawet do nastroju filmu).

      Według Soderbergh’a “Solaris” to `a combination of “2001” and “Last Tango In
      Paris"’ (`kombinacja “2001” i “Ostatniego tanga w Paryżu”’). Dla mnie to zaś
      raczej marne naśladownictwo arcydzieła Kubrick’a, w stylu owego, jakże
      przereklamowanego, a tak naprawdę, to równie nudnego jak “Solaris”,
      “Ostaniego tanga”. W filmie “Solaris” właściwie nic się nie dzieje. George
      Clooney pokazuje w nim conajmniej dwa razy swoją pupę, co bynajmniej nie
      ratuje filmu. Sceny miłosne są zbyt odważne, aby film był bez ograniczeń
      wiekowych, ale zbyt mało odważne, aby zaciekawić właściwie kogokolwiek. Z
      filozoficznego przesłania powieści Lema właściwie nic nie ocalało: kiedy
      zaczyna się ciekawa dyskusja na temat Boga, i nawet wspomniana jest opinia
      papieża, fonia zostaje natychmiast wyciszona, aby - broń Boże - nie zmusić
      widzów do myślenia… Jednym z powodów, iż filozoficzna głębia powieści została
      zgubiona przez Soderbergh’a i Cameron’a jest fakt, iż scenariusz został
      napisany przez Soderbergh’a na podstawie marnego tłumaczenia tej powieści na
      angielski (Joanna Kilmartin i Steve Cox przetłumaczyli “Solaris”, na dodatek
      dość niechlujnie, nie z polskiego, a z francuskiego tłumaczenia, stąd owe,
      jedyne dotąd, angielskie tłumaczenie powieści Lema, zawiera mnóstwo błędów i
      przeinaczeń, w tym nawet nazwisk bohaterów).

      Jak już wspomniałem, dwójka głownych bohaterów gra w sztucznym, teatralnym
      stylu. Zamiast dialogów mamy deklamacje, zamiast gry aktorskiej jeno jej
      nędzne namiastki (przykładowo. scena “rezurekcji” Rhei-Harey, jest
      niezamierzonie komiczna z powodu fatalnego aktorstwa Nataszy McElhone). Voila
      Davis jest niezła w roli czarnoskórej uczonej, doktora Gordona – sęk w tym,
      iż jest to postać nieistniejąca w powieści Lema. Została ona wyraźnie
      wprowadzona “na siłę” przez Soderbergh’a , aby film był politycznie poprawny
      (o ile dobrze pamiętam, to w powieści Lema występuje murzynka, ale jest ona
      tworem planety “Solaris”, i nie jest naukowcem, a prześladowcą jednego z
      wyraźnie bialych uczonych z załogi stacji). Ulrich Tukur jest również dośc
      dobry w roli Gibariana, a własciwie jego “ducha” (Gibarian popełnia
      samobójstwo tuż przed przylotem Kelvina), ale jest to rola wyraźnie drugo-,
      jak nie trzecio-planowa. Jeremy Davis jako Snow (Snaut) jest nieco lepszy niż
      Clooney czy McElhone, ale to przenież nie jest żaden powód do dumy…

      Od aktorstwa Clooney’a i McElhone chyba jeszcze gorsza jest reżyseria
      Soderbergh’a. Film po prostu się rozłazi, brak mu tempa, napięcia a przede
      wszystkim owego nastroju tajemniczej grozy, która uderza praktycznie z każdej
      strony powieści Lema czy też jest wyraźnie obecna w pamiętnej ekranizacji
      Tarkowskiego z roku 1972. Soderbergh starał sie naśladować Kubrick’a, stąd
      początek i zakończenie “Solaris” jest marną kopią “2001”. Brak funduszy na
      efekty specjalne rozłożył zaś ten film do końca. Wnętrze stacji i urządzenia
      znajdujące się w niej są na poziomie końca XX wieku i początku XXI, zaś
      techologia podróży kosmicznych o jakieś conajmniej 100 lat w przyszłość.
      Nieszczęściem Soderberg’a jest to, iż jego film ukazał sie po takich filmach
      jak “Minority Report” (“Raport mniejszości) Spielberg’a (według opowiadania
      Philip’a K. Dick’a), czy też niedawnych adaptacjach dzieł H.G. Wells’a (jego
      “Niewidzialnegp człowieka” i “Maszyny czasu”). Stąd oczekiwania publiczności
      są obecnie wysokie, i nikogo już nie sa w stanie zadowolić efekty specjalne
      na pozoomie “Milczącej gwiazdy” (“Astronauci’) Maetzig’a (1960) czy też
      “Testu pilota Pirxa” Piestraka (1979), a znacznie gorsze (szczególnie, jeśli
      wziąć pod uwagę upływ ponad 30 lat), niż w radzieckiej ekranizacji “Solaris’
      z roku 1972.

      Miłośnikom science fiction czy też historii miłosnych zdecydowanie odradzam
      “Solaris” Soderbergh’a, chyba, iż chcą się zanudzić na śmierć - na senasie w
      kinie “Southland Village Cinema” na przedmieściu Melbourne, który zaczął się
      27 lutego 2003 roku 2003 o godzinie 10:35 rano, tylko ja i osoba mi
      towarzysząca (ta ostania przez grzeczność) wytwaliśmy do końca… Polecam
      natomiast ten film studentom sztuki filmowej (aby zobaczyli, jak się się nie
      powinno kręcić filmów), oraz miłośnikom zdecydowanie złych, szmirowatych
      filmów, szczególnie z gatunku “science fiction i fantasy”, do którego to,
      niewiadomo czemu, zakwalifikowano ten zdecydowanie nieudany romans
      Soderbergh’a i Cameron’a, marny romans, który nie tylko nie dorasta do pięt
      klasie powieści Lema, ale jest o kilka klas gorszy niż klasyczna ekranizacja
      Tarkowskiego z roku 1972. Jako iż Lem był wyraźnie niezadowolony z wersji
      Tarkowskiego, jestem niezmiernie ciekawy, co sądzi on o “dziele” Soderbergh’a
      i Cameron’a. Obawiam się tylko, iż milionowe honorarium, które dostał on za
      prawa do sfilmowania “Solaris” zostało wypłacone nie tylko pod warunkiem, iż
      nie bedzie się on wtrącał do filmowania tej powieści, ale tez, iż nie będzie
      on publicznie wyrażać negatywnych opinii o fiasku “dzieła” Soderbergh’a i
      Cameron’a…

    • Gość: Kagan The Quiet American IP: *.vic.bigpond.net.au 10.03.03, 08:12
      Widzieliscie ten film? Jak nie, to polecam...
      W Australii idzie juz od miesiaca przy pelnych salach...
      Nie tylko dla tego, ze graja w nim, i to doskonale,
      Michael Caine i Brendon Fraser, i ze jest on profesjonalnie
      zrobiony w/g doskonalej powiesci Grahama Greena,
      ale ze pokazuje on, jak to w latach 1950tych rzad USA za
      posrednictwem CIA finansowal wietnamskich prawicowych
      terrorystow
      i dostarczal im bron oraz ladunki wybuchowe, aby pozniej
      zwalac
      wine za masakry dokonane przez te prawicowe bojowki na
      komunistow.
      Tlumaczy to, czemu USA przegrala tak sromotnie wojne
      Wietnamie,
      i do jakich podlosci jest zdolna klika, rzadzaca USA
      (tzw. kompleks militarno-gospodarczy).


Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka