Gość: KINOMAN
IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl
08.09.02, 18:37
Nazwisko Polański, to dla mnie najczystsza kwintesencja kina.
Kazdy jego film, nawet ten słabszy to prawdziwa filmowa uczta.
Nie inaczej jest w przypadku "Pianisty", choć tym razem,Roman P.,
świadomie rezygnuje ze swojej wirtuozerii stylistycznej, na rzecz,
rzeczowego przedstawienia faktów. Co nie oznacza wcale , że brak
w "Pianiście" ręki mistrza. Bynajmniej. Jest tu pełna konsekwencja,
prawdziwie mistrzowska wizja okupowanej Warszawy,poparta genialną
scenografią i bardzo subtelnym , wręcz niewidocznym użyciem komputerów.
Sama postać Szpilmana jest świadomie odszczegółowiona, niby bezbarwna,
lecz wystarczy poczekać kiedy w jednej z końcowych scen bohater-artysta, na
prośbę "dobrego niemca" siada przy klawiaturze fortepianu i oddaje w
muzyce wszystkie emocje, które nawarstwiły się w nim podczas okupacji.
Poczułem wtedy prawdziwy dreszcz. I za to jestem wdzięczny Polańskiemu.