znana.jako.ggigus
03.01.11, 21:41
Witam,
poniżej pierwsze 20 stron mojej powieści o latach 80, małej Moskwie czyli Legnicy i pewnym dużym mieście (5000 mieszkańców), gdzie się urodziłam.
Poproszę o ocenę.
Będę tu publikować kolejne rozdziały, no raczej fragmenty.
I
Na mroczny, osłonięty dachem peron wysiadła z zatłoczonego piętrusa szczupła, trzydziestoparoletnia kobieta. W obu rękach niosła ciężkie torby podróżne. Tuż za nią po stromych schodach pociągu zeszły ostrożnie dwie dziewczynki. Choć miały zupełnie inne rysy twarzy, już na pierwszy rzut oka widać było, że to siostry.
Tego dnia powietrze aż drżało od gorąca. Gdzie nie spojrzeć - intensywny błękit nieba, pozbawiony najmniejszej nawet chmury. Ostatni dzień sierpnia 1979 roku należał do wyjątkowo upalnych. Pewnie dlatego wysiadająca była wyraźnie zmęczona i poruszała się powoli.
Kobieta miała na sobie klasyczną, prostą spódnicę do połowy łydki i bluzkę w dyskretnych beżowo-szarych kolorach. Była to osoba o przyjemnych, regularnych rysach twarzy i krótkich ciemnoblond włosach. Za nią maszerowały grzecznie jej córki, szczupłe, ciemnowłose dziewczynki. Starsza miała około jedenaście lat, a młodsza mniej więcej sześć.
Wszystkie trzy powoli zeszły po kamiennych schodach do ciemnego korytarza, gdzie w upalny dzień panował przyjemny chłód. Młodsza z dziewczynek zadzierała ciągle głowę. Przy każdym peronie – a było ich tak wiele! - wisiały podłużne, żółte tabliczki z nazwami miast i odjazdami pociągów. Jeszcze nie potrafiła ich odczytać. Poza tym podróżni, mimo że niektórzy dźwigali spore bagaże, maszerowali szybkim krokiem w kierunku drzwi na końcu korytarza i trzeba się było nieźle starać, aby dotrzymać im tempa.
Po chwili kobieta i towarzyszące jej córki wylądowały w holu dworcowym. Po prawej stronie znajdowały się oszklone kasy, ale w sierpniowe, gorące popołudnie nikt nie kupował biletu. Tuż obok dużej tablicy odjazdów pociągów stacji Legnica było okienko informacji kolejowej z obowiązkowym, okrągłym głośnikiem. Naprzeciwko stał zielony kiosk Ruchu.
Po lewej stronie od głównego wejścia, wciśnięta w róg dworca, znajdowała się budka z tostami. Przed nią czekali cierpliwie ludzie w ogonku. Zapach smażonych pieczarek i rozpuszczonego, żółtego sera otoczył apetyczną chmurą trzy podróżne, które maszerowały w stronę głównego wyjścia. W ostatniej chwili młodsza dziewczynka obróciła jeszcze głowę. Kątem oka dostrzegła boczne, ciemne wyjście z dworca z drugim kioskiem Ruchu.
Opuściwszy budynek, matka wraz z dwiema córkami znalazły się na pustej, zalanej palącym słońcem i pozbawionej ławek pętli autobusowej.
- Teraz czekamy na autobus jedynkę, który zawiezie nas do domu. A ty, Ania, zacznij wreszcie patrzeć pod nogi – powiedziała Antonina do młodszej córki i z ulgą odstawiła torby na chodnik.
„Autobusy już znam – pomyślała dziewczynka wzruszając ramionami - zawsze jeździmy z babcią do Sycowa, Kępna albo Wielunia”.
To oznaczało długą podróż do innego miasta, a raczej wyprawę, która mogła trwać nawet cały dzień! Trzeba było od razu zająć wygodne miejsce, najlepiej przy oknie. Czasem udawało się Ani zasnąć w trakcie jazdy, kiedy zmęczona wracała w towarzystwie babci i kosza pełnego sprawunków.
W nowym mieście po paru minutach czekania na pętli, znajdującej się między budynkami dworca kolejowego i autobusowego, pojawił się nagle krótki, czerwony pojazd. Ania od razu usiadła ostrożnie w fotelu z czerwonej, sztucznej skóry, która nieprzyjemnie zatrzeszczała. Nie było tu firanek w oknach, a kierowca nie kasował przy wejściu biletów. Ba, nawet nie wyłączył motoru na przystanku, nie czytał gazety w trakcie postoju i nie jadł kanapek z jajkiem na twardo. W małym, czerwonym autobusie kierowca nie ucinał sobie pogawędki z wsiadającymi, nie pytał gdzie i po co dziś jadą!
Tymczasem mama wyjęła z małej, czarnej torebki, którą zawsze miała przy sobie, trzy bilety i skasowała je. W tym momencie trzasnęły zamykające się drzwi i kierowca z fasonem ruszył przed siebie.
Po drodze Ania wyglądała przez okno, chociaż autobus jechał naprawdę szybko. Dziewczynka czekała cierpliwie, kiedy wreszcie skończy się miasto, a zaczną polne drogi. Autobus zrobi potem parę przystanków w okolicznych wsiach, aby dotrzeć wreszcie do celu – zupełnie innego miasta jak na przykład Kępno.
Teraz ulice ciągnęły się aż po horyzont, wyposażone w podobne szeregi wysokich domów. Okna na parterze nie błyszczały, były najczęściej szczelnie zamknięte i zasłonięte firankami. Od czasu do czasu widać było skwery z pojedynczymi drzewami i ławkami, ale nie siedziały tam starsze kobiety w ciemnych chustkach na głowie, obserwujące ludzi.
Ania widziała wielu przechodniów i samochody, w przelocie migały otwarte drzwi sklepów. Autobus mijał pośpiesznie tyle skrzyżowań z migającymi czerwonymi, pomarańczowymi i zielonymi światłami! Dziewczynka powtórzyła w myślach prędko regułę, którą poznała u starszaków w przedszkolu.
- Kiedy jest czerwone światło, stoimy na chodniku i czekamy, a kiedy zapali się zielone, teraz wszyscy razem – wychowawczyni pani Zenia poniosła głos i omiotła wzorkiem całą salę - spojrzyj w lewo, spojrzyj w prawo, nic nie jedzie, ruszaj śmiało.
W Wieruszowie nie było zbyt wielu okazji, aby tę ważną regułę wypróbować. W dodatku po wybudowaniu obwodnicy ruch samochodowy w centrum miasteczka zmalał drastycznie.
- Przed paroma laty tu na Warszawskiej było aż gęsto od samochodów – powtarzała babcia, kiedy wraz z ulubioną wnuczką przechodziły przez jedną z głównych ulic miasteczka, aby kupić pączki w cukierni z czerwonymi lustrami.
Ania wierzyła babci Anieli we wszystko i to bez żadnych zastrzeżeń. Czasem tylko dziwiła się - kiedy ona codziennie rano szła do przedszkola, ulice były puste. Pewnego dnia dziewczynka po prostu uparła się, że od teraz będzie chodzić sama. Nie było sposobu, aby złamać wolę prawie pięcioletniego dziecka.
- Co będzie dalej? – westchnęła Tola. U młodszej córki nasilały się ostatnio oznaki oślego uporu.
Odtąd Ania wyruszała każdego dnia z Cmentarnej 15 samodzielnie. Wprawdzie potrzebowała około dwudziestu minut na drogę, jaką w towarzystwie babci pokonywała najwyżej w dwanaście, ale w Wieruszowie mało kto się śpieszył.
- Na następnym przystanku wysiadamy – zapowiedziała mama, jeszcze zanim na dobre wyjechały z miasta. Kiedy drzwi autobusu otwarły się z nieprzyjemnym hałasem, Ania zeszła szybko po niewygodnych schodach. Jej stopy balansowały chwilę na krawężniku - prawie że skręciłaby sobie nogę!
- W Legnicy musisz wreszcie zacząć uważać i cały czas patrzeć pod nogi – powiedziała mama, której czujne spojrzenie towarzyszyło córce na każdym kroku.
Po nieoczekiwanie przerwanej jeździe autobusem Ania czuła się nieswojo, czegoś jej brakowało. W dodatku razem z mamą i Ewą wylądowały właśnie na jednej z tych nieskończenie wielu szerokich, głośnych, zakurzonych ulic; pełnych szybko jadących samochodów i dziarsko maszerujących, mimo wszechogarniającego upału, pieszych.
Mama szła parę kroków przed siostrami, jak zwykle lekko pochylona do przodu, a niesione przez nią torby kołysały się w rytm jej kroków. Ciemna spódnica falowała łagodnie w podmuchach gorącego wiatru, który towarzyszył im od przystanku.
Po kolejnej, niebezpiecznej dziurze, którą udało się ominąć w ostatniej chwili, Ania zaczęła rzeczywiście patrzeć pod nogi. W Wieruszowie chodniki też wyglądały inaczej. Były to regularne, równo ułożone, betonowe romby, a wzdłuż krawędzi jezdni przebiegał niski, pobielony krawężnik. Co sobotę mieszkańcy pielili trawę spomiędzy płyt przed domami. W nowym mieście prostokątne, kamienne płyty po prosu leżały w poprzek chodnika, a niektóre były zdradziecko ruchome. Na ulicy leżały czasem gazety lub papiery, a tuż koło jezdni widać było cienką warstwę kurzu. W Wieruszowie byłoby to nie do pomyślenia!
Wszystkie trzy przeszły obok kiosku z gazetami, znajdującego się na parterze wysokiego, sześciopiętrowego budynku. Potem minęły otwar