Dodaj do ulubionych

z prośbą o krytykę cz1

03.01.11, 21:41
Witam,

poniżej pierwsze 20 stron mojej powieści o latach 80, małej Moskwie czyli Legnicy i pewnym dużym mieście (5000 mieszkańców), gdzie się urodziłam.
Poproszę o ocenę.
Będę tu publikować kolejne rozdziały, no raczej fragmenty.
I

Na mroczny, osłonięty dachem peron wysiadła z zatłoczonego piętrusa szczupła, trzydziestoparoletnia kobieta. W obu rękach niosła ciężkie torby podróżne. Tuż za nią po stromych schodach pociągu zeszły ostrożnie dwie dziewczynki. Choć miały zupełnie inne rysy twarzy, już na pierwszy rzut oka widać było, że to siostry.
Tego dnia powietrze aż drżało od gorąca. Gdzie nie spojrzeć - intensywny błękit nieba, pozbawiony najmniejszej nawet chmury. Ostatni dzień sierpnia 1979 roku należał do wyjątkowo upalnych. Pewnie dlatego wysiadająca była wyraźnie zmęczona i poruszała się powoli.
Kobieta miała na sobie klasyczną, prostą spódnicę do połowy łydki i bluzkę w dyskretnych beżowo-szarych kolorach. Była to osoba o przyjemnych, regularnych rysach twarzy i krótkich ciemnoblond włosach. Za nią maszerowały grzecznie jej córki, szczupłe, ciemnowłose dziewczynki. Starsza miała około jedenaście lat, a młodsza mniej więcej sześć.
Wszystkie trzy powoli zeszły po kamiennych schodach do ciemnego korytarza, gdzie w upalny dzień panował przyjemny chłód. Młodsza z dziewczynek zadzierała ciągle głowę. Przy każdym peronie – a było ich tak wiele! - wisiały podłużne, żółte tabliczki z nazwami miast i odjazdami pociągów. Jeszcze nie potrafiła ich odczytać. Poza tym podróżni, mimo że niektórzy dźwigali spore bagaże, maszerowali szybkim krokiem w kierunku drzwi na końcu korytarza i trzeba się było nieźle starać, aby dotrzymać im tempa.
Po chwili kobieta i towarzyszące jej córki wylądowały w holu dworcowym. Po prawej stronie znajdowały się oszklone kasy, ale w sierpniowe, gorące popołudnie nikt nie kupował biletu. Tuż obok dużej tablicy odjazdów pociągów stacji Legnica było okienko informacji kolejowej z obowiązkowym, okrągłym głośnikiem. Naprzeciwko stał zielony kiosk Ruchu.
Po lewej stronie od głównego wejścia, wciśnięta w róg dworca, znajdowała się budka z tostami. Przed nią czekali cierpliwie ludzie w ogonku. Zapach smażonych pieczarek i rozpuszczonego, żółtego sera otoczył apetyczną chmurą trzy podróżne, które maszerowały w stronę głównego wyjścia. W ostatniej chwili młodsza dziewczynka obróciła jeszcze głowę. Kątem oka dostrzegła boczne, ciemne wyjście z dworca z drugim kioskiem Ruchu.
Opuściwszy budynek, matka wraz z dwiema córkami znalazły się na pustej, zalanej palącym słońcem i pozbawionej ławek pętli autobusowej.
- Teraz czekamy na autobus jedynkę, który zawiezie nas do domu. A ty, Ania, zacznij wreszcie patrzeć pod nogi – powiedziała Antonina do młodszej córki i z ulgą odstawiła torby na chodnik.
„Autobusy już znam – pomyślała dziewczynka wzruszając ramionami - zawsze jeździmy z babcią do Sycowa, Kępna albo Wielunia”.
To oznaczało długą podróż do innego miasta, a raczej wyprawę, która mogła trwać nawet cały dzień! Trzeba było od razu zająć wygodne miejsce, najlepiej przy oknie. Czasem udawało się Ani zasnąć w trakcie jazdy, kiedy zmęczona wracała w towarzystwie babci i kosza pełnego sprawunków.
W nowym mieście po paru minutach czekania na pętli, znajdującej się między budynkami dworca kolejowego i autobusowego, pojawił się nagle krótki, czerwony pojazd. Ania od razu usiadła ostrożnie w fotelu z czerwonej, sztucznej skóry, która nieprzyjemnie zatrzeszczała. Nie było tu firanek w oknach, a kierowca nie kasował przy wejściu biletów. Ba, nawet nie wyłączył motoru na przystanku, nie czytał gazety w trakcie postoju i nie jadł kanapek z jajkiem na twardo. W małym, czerwonym autobusie kierowca nie ucinał sobie pogawędki z wsiadającymi, nie pytał gdzie i po co dziś jadą!
Tymczasem mama wyjęła z małej, czarnej torebki, którą zawsze miała przy sobie, trzy bilety i skasowała je. W tym momencie trzasnęły zamykające się drzwi i kierowca z fasonem ruszył przed siebie.
Po drodze Ania wyglądała przez okno, chociaż autobus jechał naprawdę szybko. Dziewczynka czekała cierpliwie, kiedy wreszcie skończy się miasto, a zaczną polne drogi. Autobus zrobi potem parę przystanków w okolicznych wsiach, aby dotrzeć wreszcie do celu – zupełnie innego miasta jak na przykład Kępno.
Teraz ulice ciągnęły się aż po horyzont, wyposażone w podobne szeregi wysokich domów. Okna na parterze nie błyszczały, były najczęściej szczelnie zamknięte i zasłonięte firankami. Od czasu do czasu widać było skwery z pojedynczymi drzewami i ławkami, ale nie siedziały tam starsze kobiety w ciemnych chustkach na głowie, obserwujące ludzi.
Ania widziała wielu przechodniów i samochody, w przelocie migały otwarte drzwi sklepów. Autobus mijał pośpiesznie tyle skrzyżowań z migającymi czerwonymi, pomarańczowymi i zielonymi światłami! Dziewczynka powtórzyła w myślach prędko regułę, którą poznała u starszaków w przedszkolu.
- Kiedy jest czerwone światło, stoimy na chodniku i czekamy, a kiedy zapali się zielone, teraz wszyscy razem – wychowawczyni pani Zenia poniosła głos i omiotła wzorkiem całą salę - spojrzyj w lewo, spojrzyj w prawo, nic nie jedzie, ruszaj śmiało.
W Wieruszowie nie było zbyt wielu okazji, aby tę ważną regułę wypróbować. W dodatku po wybudowaniu obwodnicy ruch samochodowy w centrum miasteczka zmalał drastycznie.
- Przed paroma laty tu na Warszawskiej było aż gęsto od samochodów – powtarzała babcia, kiedy wraz z ulubioną wnuczką przechodziły przez jedną z głównych ulic miasteczka, aby kupić pączki w cukierni z czerwonymi lustrami.
Ania wierzyła babci Anieli we wszystko i to bez żadnych zastrzeżeń. Czasem tylko dziwiła się - kiedy ona codziennie rano szła do przedszkola, ulice były puste. Pewnego dnia dziewczynka po prostu uparła się, że od teraz będzie chodzić sama. Nie było sposobu, aby złamać wolę prawie pięcioletniego dziecka.
- Co będzie dalej? – westchnęła Tola. U młodszej córki nasilały się ostatnio oznaki oślego uporu.
Odtąd Ania wyruszała każdego dnia z Cmentarnej 15 samodzielnie. Wprawdzie potrzebowała około dwudziestu minut na drogę, jaką w towarzystwie babci pokonywała najwyżej w dwanaście, ale w Wieruszowie mało kto się śpieszył.


- Na następnym przystanku wysiadamy – zapowiedziała mama, jeszcze zanim na dobre wyjechały z miasta. Kiedy drzwi autobusu otwarły się z nieprzyjemnym hałasem, Ania zeszła szybko po niewygodnych schodach. Jej stopy balansowały chwilę na krawężniku - prawie że skręciłaby sobie nogę!
- W Legnicy musisz wreszcie zacząć uważać i cały czas patrzeć pod nogi – powiedziała mama, której czujne spojrzenie towarzyszyło córce na każdym kroku.
Po nieoczekiwanie przerwanej jeździe autobusem Ania czuła się nieswojo, czegoś jej brakowało. W dodatku razem z mamą i Ewą wylądowały właśnie na jednej z tych nieskończenie wielu szerokich, głośnych, zakurzonych ulic; pełnych szybko jadących samochodów i dziarsko maszerujących, mimo wszechogarniającego upału, pieszych.
Mama szła parę kroków przed siostrami, jak zwykle lekko pochylona do przodu, a niesione przez nią torby kołysały się w rytm jej kroków. Ciemna spódnica falowała łagodnie w podmuchach gorącego wiatru, który towarzyszył im od przystanku.
Po kolejnej, niebezpiecznej dziurze, którą udało się ominąć w ostatniej chwili, Ania zaczęła rzeczywiście patrzeć pod nogi. W Wieruszowie chodniki też wyglądały inaczej. Były to regularne, równo ułożone, betonowe romby, a wzdłuż krawędzi jezdni przebiegał niski, pobielony krawężnik. Co sobotę mieszkańcy pielili trawę spomiędzy płyt przed domami. W nowym mieście prostokątne, kamienne płyty po prosu leżały w poprzek chodnika, a niektóre były zdradziecko ruchome. Na ulicy leżały czasem gazety lub papiery, a tuż koło jezdni widać było cienką warstwę kurzu. W Wieruszowie byłoby to nie do pomyślenia!
Wszystkie trzy przeszły obok kiosku z gazetami, znajdującego się na parterze wysokiego, sześciopiętrowego budynku. Potem minęły otwar
Obserwuj wątek
    • znana.jako.ggigus z prośbą o krytykę cz2 03.01.11, 21:43
      Ania, zmęczona podróżą, palącym słońcem i wieloma wrażeniami, chętnie by tam weszła, usiadła na wysokim, niezbyt wygodnym krześle, oparła w niedozwolony sposób łokcie na stole i odpoczęła. Kto wie, może mama pozwoliłaby nawet na jeden z ulubionych deserów: krem kakaowy, jajeczny z polewą czekoladową lub sułtański.
      Parę kroków dalej, po drugiej stronie wielopiętrowego bloku znajdował się następny kiosk. W nowym mieście na każdym kroku można było kupić zeszyty i gazety.
      W Wieruszowie Ania znała tylko jeden kiosk, znajdujący się na ulicy Kopernika, oddalony dobrych parę minut piechotą od domu. Kiedy Ewa kupowała tam zeszyt do szkoły, kioskarka pytała, ile kartek i jaki wzór, a potem podnosiła się lekko z fotela i jednym ruchem wyciągała odpowiedni egzemplarz z dachu. Ania zazdrościła starszej siostrze przywileju pisania w zeszycie. W dodatku Ewa używała poważnego długopisu do pisania na prawdziwym, cienkim papierze! W przedszkolu mogła robić kolorowanki albo rysować nudne szlaczki, które nic nie znaczyły.
      Czasem Ewa pozwała młodszej siostrze kupić potrzebny zeszyt. Wówczas Ania podchodziła do okienka i zadzierając wysoko głowę, wyraźnie mówiła, jaki wzór i ile kartek. Tę informację powtarzała wcześniej całą drogę w myślach, żeby nie zapomnieć, lub co gorsza - nie pomylić się! Z nabożeństwem brała niebieski zeszyt do lekko spoconych rąk i szła do domu. Wiele razy zastanawiała się, dlaczego zeszyty na dachu nigdy się nie kończą i jak się tam w ogóle dostają?
      Szklaną witrynę kiosku w Legnicy wypełniały takie same plastikowe drobiazgi, prasa i papierosy ustawione rządkiem. Idąc szybko za lekko pochyloną mamą, Ania zdążyła przyjrzeć się kioskarce. Za szybą siedziała zaczytana w gazetę około sześćdziesięcioletnia kobieta z dużym kokiem w odcieniu miodowego blondu. Wreszcie jakieś podobieństwo do Wieruszowa!
      Parę metrów dalej zaczynała się kolejna, szeroka ulica, ale tu, o dziwo, panował spokój. Prawie nie było pieszych, a na chodniku wzdłuż jezdni stało wiele samochodów. Tylu naraz Ania jeszcze nie widziała. Na Cmentarnej parkowały zazwyczaj dwa, a w piątki trzy. Wtedy jeden z nich jeden należał do taty, który w weekendy przyjeżdżał w odwiedziny.
      Na tej spokojnej ulicy rosło wzdłuż krawędzi chodnika parę rachitycznych drzew, a ciemne, wysokie domy ciągnęły się aż po horyzont. Ania miała teraz wrażenie, że nowe miasto Legnica nigdy się nie kończy i wygląda zawsze tak samo.


      Wszystkie trzy stanęły przed pięciopiętrowym, szarym blokiem.
      - Tu będziemy teraz mieszkać, zapamiętajcie koniecznie nowy adres: Hutników 8 mieszkania 17 – powiedziała mama. Odstawiła duże torby podróżne i szukała kluczy w czarnej, podręcznej torebce.
      Po drugiej stronie ulicy przechodziła dziarsko maszerując grupa młodych mężczyzn w zielonych ubraniach i ciemnych czapkach. Ania przyjrzała się im uważnie. Wyglądali tak samo jak żołnierze w Brzegu. Kiedy z rodzicami przejeżdżały samochodem obok jednostki wojskowej, siostry zawsze machały z tylnego siedzenia strażnikom stojącym u wejścia. Potem sprzeczały się, do której z nich tym razem wartownik się uśmiechnął.
      Do nowego mieszkania trzeba było iść po ciasnych i stromych schodach. W korytarzu było duszno, bo mimo upału okna były pozamykane. W promieniach słońca tańczyły drobinki kurzu. Na parapetach małych, wysoko umieszczonych okien wychodzących na ulicę, stały kwiatki w brązowych doniczkach. Na ostatnim półpiętrze Ania z ciekawości zajrzała przez okno. Zza roślin, które babcia nazywała żelaznymi liśćmi i hodowała na parapecie, widać było błyszczący, miedziany dach domu naprzeciwko.
      Dziewczynka poczuła nagle strach. Do tej pory tylko raz widziała naprawdę wysoki budynek - wieżę w Bolesławcu koło Wieruszowa. Ewa razem z tatą weszli na samą górę, a Ania musiała zostać na dole z babcią. Z oddali pomachali sobie nawzajem.
      - Ten widok z wieży to jak kwintesencja życia, Anielcia już nie, a Ania jeszcze nie mogła wejść na górę – powiedział Janek, kiedy wrócił ze starszą córką na dół. Ania nie zrozumiała go, ale tylko wzruszyła ramionami. Tato był w ogóle dziwny.
      Przyjeżdżał do Wieruszowa dość regularnie, mniej więcej co dwa tygodnie. Późną nocą w piątek podchodził do jej dziecięcego łóżka z wysokimi szczeblami i głaskał zimną ręką na powitanie.
      Na szczęście przywoził czasem rozmaite smakołyki, jak na przykład przepyszne kakao w niebieskim pudełku. Ania nie mogła się powstrzymać i po kryjomu wyjadała je łyżką. Rozpuszczone w mleku smakowało zwyczajnie jak na śniadanie w przedszkolu, ale dorośli nie rozumieją takich rzeczy!
      „Wysokie domy nazywają się bloki” - przypomniała sobie Ania. Trzy egzemplarze, pomalowane na żółto, otoczone skwerem i ławkami, stoją w Wieruszowie koło kina Słońce i fryzjera Magota. Na pewno są niższe niż szary blok na Hutników.
      - W tym domu mieszkałam z rodzicami aż do przedszkola, a potem wyprowadziłyśmy się z mamą do babci, do Wieruszowa. Tam urodziłaś się ty – szepnęła jej Ewa w ciasnej klatce schodowej.
      Ania poczuła ukłucie zazdrości – oto starsza siostra, która chodziła do szkoły, już dawno umiała czytać i pisać, kupowała sama zeszyty, teraz też wszystko wiedziała. Nawet w nowym mieście miała przewagę!
      Dziewczynka w odpowiedzi pokiwała tylko głową. Po drodze liczyła w myślach mijane piętra i bojąc się pomyłki, co stopień powtarzała właściwą cyfrę. Po piątym zadarła głowę i zobaczyła dach. Na szczęście można było skończyć z liczeniem, bo na razie potrafiła dojść tylko do dziesięciu.
      Żeby wejść do domu w Wieruszowie na Cmentarnej, wystarczyło tylko przeskoczyć przez trzy schody i nacisnąć żółtą, błyszczącą klamkę, która ustępowała z charakterystycznym skrzypnięciem. W sieni po prawej stronie znajdował się kran, a pod nim stało zawsze wiadro. Po lewej były drzwi do mieszkania dziadka, zaraz potem schody na strych, a pod nimi wejście do piwnicy. Tam było wiele pająków, na ich widok Ania od razu krzyczała.
      Zaraz za ujęciem wody znajdowały drzwi do kuchni i pokoju, gdzie najchętniej rezydowały wszystkie cztery: Aniela, jej najmłodsza córka Antonina i wnuczki Ewa i Ania. W dalszej części korytarza widniało wejście do mieszkania sublokatorki, pielęgniarki pani Lilki, która intensywnie pachniała środkami dezynfekującymi. Na drugim końcu sieni, naprzeciwko wejścia, były drzwi na podwórko, latem najczęściej otwarte. Już w progu malowniczo kołysały się gałęzie jabłoni.
      - Człowiek szybko się odzwyczaja od chodzenia na piąte piętro parę razy dziennie – westchnęła mama, oddychając ciężko. Znowu odstawiła torby na podłogę, przejrzała pęk kluczy i otwarła drzwi.
      Ania była zachwycona myślą, że razem z mamą i Ewą będą mieszkać w tak wysokim, nowym bloku. W dodatku na samej górze! Jedna z licznych przyjaciółek mamy, sympatyczna bibliotekarka pani Mirka, miała trzy duże, słoneczne pokoje z kuchnią na pierwszym piętrze zaraz koło kina Słońce.
      Babcia mówiła, że to bardzo wygodne, w zimie nie trzeba nosić węgla z piwnicy ani grzać w piecu. W każdym pokoju są kaloryfery, wystarczy tylko przekręcić gałkę! W dodatku z kranu leci ciepła woda o każdej porze dnia i nocy, a żeby jeszcze było tego wszystkiego mało - w łazience stoi prawdziwa, podłużna, biała wanna.
      Dla Ani największą frajdą w bloku była jednak okrągła ubikacja, wystająca z podłogi, mama nazywała ją toaletą. W domu na Cmentarnej na podwórku znajdował się drewniany ustęp. Na szczęście dziewczynka nie musiała tam chodzić, bo w każdym kącie wisiały w gęstych sieciach olbrzymie, czarne pająki. Dlatego miała zawsze pod łóżkiem nocnik do dyspozycji.
      W czasie wizyt u pani Mirki, kiedy mama przy kawie i papierosach rozmawiała z przyjaciółką, Ania siedziała przed włączonym telewizorem w osobnym pokoju. Program był dla dziewczynki niezmiernie ciekawy, niezależnie od tego, co właśnie leciało – dziennik czy rolniczy uniwersytet telewizyjny. W domu na Cmentarnej nie było jeszcze odbiornika.
      • znana.jako.ggigus z prośbą o krytykę cz3 03.01.11, 21:44
        Poza tym miała surowo zabronione podsłuchiwanie dorosłych. Kiedy obie kobiety były pochłonięte rozmową, szła cicho do łazienki, mijając szczelnie zamknięte drzwi do kuchni, zza których słychać było przytłumione głosy mamy i jej przyjaciółki.
        U pani Mirki już w progu pachniało papierosami i kawą, tak właśnie Ania wyobrażała sobie dorosłość. Szła dalej, ostrożnie otwierała białe drzwi do łazienki i stawała przed toaletą. Teraz miała czas, aby się zastanowić, jak to naprawdę działa. Słysząc szum spuszczanej wody wyobrażała sobie, że leci ona ciągle z góry na dół, dniami i nocami bez przerwy. A kto ją wlewa na górze? I czym? W przedszkolu też były białe ubikacje, woda leciała podobnie po naciśnięciu metalowej gałki, ale na dachu Ania nie widziała nikogo z wiadrem.
        - Może to wszystko działa zupełnie inaczej – rozmyślała stojąc przed okrągłym lustrem, ale wstydziła się zapytać o to panią Mirkę. A skąd mama może to wiedzieć? Teraz w Legnicy będzie więcej czasu, aby rozwiązać tę zagadkę.


        Nowe mieszkanie składało się przede wszystkim z jednej, bardzo dużej izby.
        - W Legnicy mówi się na to pokój - poprawiła Anię natychmiast mama.
        „W Wieruszowie było znacznie więcej miejsca”, pomyślała lekko rozczarowana dziewczynka. Na Cmentarnej stał biały piec na węgiel, na którym babcia codziennie gotowała duży garnek zupy i ziemniaków, operując sprawnie pogrzebaczem. Oprócz tego było tam jeszcze miejsce na obszerny stół, cztery krzesła, kredens i wiadro ze świeżą wodą.
        Na górze były do dyspozycji jeszcze dwie duże izby po obu stronach strychu, każda z nich z widokiem na dom i podwórko innego sąsiada.
        Po lewej stronie widać było wysoki szary płot i kawałek ciasnego podwórka pana Walentego. Czasem zaszczekał Pikuś, mały, biało-rudy piesek o niezbyt przyjemnych charakterze. W niewysokim domu mieszkała też żona pana Walentego i jego córka Ewa, spora blondynka o kobiecych kształtach, zawsze elegancko ubrana i starannie pomalowana. Ania lubiła się jej przyglądać ukradkiem z okna, kiedy Ewa wieszała pranie w ciasnym podwórku z papierosem w kącie ust. Czasem narzekała przy tym głośno na kręcącego się pod jej nogami Pikusia. Przypadkowe spotkanie młodej kobiety na ulicy napełniało sześciolatkę bezbrzeżnym zachwytem. Dokładnie tak chciała wyglądać, gdy będzie dorosła, ale kiedy to nastąpi?
        Z drugiego pokoju na strychu widać było po prawej stronie obszerny, płaski dom. Mieszkało tam małżeństwo z synem Waldkiem, teraz studentem, który co tydzień przyjeżdżał do rodziców. Ania wstydziła się powiedzieć mu nawet dzień dobry.
        Jego matka - wysoka, szczupła i ciemnowłosa jak syn - była wiecznie zajęta pracami domowymi. Całe lato można ją było spotkać w ogrodzie tuż po wschodzie Słońca, zawsze w fartuchu w zielono-czarną kratę.
        W płaskim domu po prawej stronie mieszkała też babcia Waldka. Miała zawsze krótko przycięte, siwe włosy i nosiła fartuch z obszernymi kieszeniami, w których trzymała ręce. Kiedy babcia Aniela i babcia Waldka były świeżo pokłócone, co zdarzało się dość często, Ania pozdrawiała ostrożnie starszą sąsiadkę. Nie wiadomo co i kiedy wypatrzy czujne oko babci!
        Na podwórku sąsiadów po prawej stronie stała też olbrzymia klatka z nutriami. Zwierzęta latem cicho popiskiwały, najczęściej kiedy obok przechodziły koty, zwabione przez babcię świeżym jedzeniem.


        Wszystkie trzy wylądowały w mikroskopijnym, kwadratowym przedpokoju. Naprzeciwko drzwi, jakże niepraktycznie otwierających się do środka, znajdowało się wejście do kuchni. Nad nim wisiały kolorowe, cienkie paski z ceraty. Ten sposób ozdabiania wnętrz był popularny także w Wieruszowie.
        Zaraz za progiem po prawej stronie były drzwi do kwadratowej i pozbawionej okna łazienki. Tuż obok zaczynał się duży pokój, jedyny w małym mieszkaniu, przedzielony na dwa pomieszczenia łóżkiem piętrowym. Wszędzie widać było chaotycznie poustawiane meble, kartony i torby.
        - Tato nie miał czasu, żeby nas rozpakować, ciężarówka z Wieruszowa przyjechała wczoraj - wyjaśniła mama. Ania westchnęła rozczarowana. Gdy tylko usłyszała o przeprowadzce, wymyśliła sobie, że całą drogę będzie siedzieć w przyczepie wśród mebli i bawić się w dom, tym razem prawdziwy. Ale mama nie dała się przekonać.
        Koło szklanych drzwi prowadzących na balkon dziewczynka zobaczyła telewizor na mahoniowym stoliku. Stanęła zachwycona przed solidnym, radzieckim aparatem marki Rubin. Tak po prostu spełniło się właśnie jedno z jej największych marzeń! Po drugiej stronie pokoju, tuż koło ściany dzielącej duże pomieszczenie od kuchni, koło okna stała ława i dwa fotele.
        - Tu będziecie odrabiać lekcje – powiedział tato, kiedy Ania slalomem wyminęła kartony z ubraniami i rzuciła mu się na szyję. Podobnie jak Ewa wybiegła na powitanie z głośnym krzykiem. Ojciec szybko ściągnął obie córki z ramion.
        Dziewczynka weszła do długiej, wąskiej kuchni, wyposażonej w szereg okien po jednej stronie, żeliwny zlew i kuchenkę gazową, stojącą na dużej, brązowej szafce. Nie było tu ani pieca węglowego, ani babci z pogrzebaczem w ręce.
        Mama, tato i Ewa stali koło telewizora, zajęci rozmową o przeprowadzce. Dziewczynka przeszła przez ciasny przedpokój z rękoma założonymi na piersiach. Ostrożnie otworzyła drzwi prowadzące do łazienki. Niestety, był tu tylko prysznic, a z ubikacji nie dochodził kojący szum. W kącie stała automatyczna pralka. Ania wsadziła głowę do bębna, zakręciła nim i wyszeptała parę słów. Co za echo!
        - Przestań się bawić – powiedziała mama, uchylając drzwi – lepiej pomóż mi przy rozpakowywaniu. Jutro musimy iść do szkoły, zapisać cię do zerówki.
        Ze wszystkich okien – a było tak ich wiele w małym mieszkaniu na Hutników - widać było tylko ostatnie piętra kamienic, korony drzew i ciągnące się między nimi ulice. Nowe miasto naprawdę nie miało końca! W Wieruszowie na pewno zaimponuje, gdy opowie, gdzie teraz mieszka. Ania nigdy wcześniej nie widziała tylu domów i ulic, a przede wszystkim tak wiele dachów naraz. Teraz mogła na nie patrzeć do woli: czerwone błyszczące i matowe, blaszane, czarne, całkiem płaskie, albo spadziste, ciemne i pokryte mchem.
        • znana.jako.ggigus z prośbą o krytykę cz4 03.01.11, 21:44
          W domu na Cmentarnej mieszkała z nimi babcia i niewidomy dziadek, a na Hutników był teraz tato. Ania wstydziła się go i raczej omijała szerokim łukiem. Była przyzwyczajona do towarzystwa kobiet: babci, mamy i siostry. Niewidomy dziadek Józek siedział najczęściej w swoim pokoju, słuchał radia, czasem cicho pośpiewywał pod nosem lub modlił się z różańcem w ręce. Co wieczór o wpół do siódmej wychodził na mszę do kościoła i jak mawiali mieszkańcy Cmentarnej – według starego Bryłki można było nastawić zegarek.
          Najciekawszym odkryciem w nowym mieszkaniu był podłużny, spory balkon. Ania podeszła do balustrady i spojrzała w dół, na ciemne podwórko-studnię. Na samym środku stał zardzewiały trzepak, zaraz obok znajdowały się trzy kontenery na śmieci, otoczone niezbyt wysokim murkiem. Wszędzie bawiły się krzyczące dzieci, którym przyjrzała się z nabożną ciekawością. Na Cmentarnej mieszkały tylko trzy koleżanki mniej więcej w jej wieku, a i tak właśnie któraś z nich musiała iść do domu. Zawsze było jakieś młodsze rodzeństwo do opieki, sprawunki do załatwienia albo mama mówiąca, że na dziś wystarczy!
          Wysokość piątego piętra nagle zaparła jej dech w piersiach, podniosła szybko głowę.
          „Można teraz przejść na dach, zrobić parę kroków i zapukać do kuchennego okna. A nawet wejść przez nie z powrotem do mieszkania!” - pomyślała zachwycona i natychmiast opowiedziała o tym Ewie. Stojąca obok mama zabroniła kategorycznie podobnych wygłupów.


          Z szeroko otwartego okna dochodziły metaliczne odgłosy dźwigów i koparek, monotonny hałas betoniarki i pokrzykiwania robotników. Jak okiem sięgnąć, budowano wszędzie wysokie bloki.
          - Niektóre z nich będą wyższe niż nasz dom na Hutników – wyjaśniła mama. – Tu będą stać dziesięciopiętrowe wieżowce.
          - Szkoda - westchnęła dziewczynka. Cały czas myślała, że mieszka w najwyższym budynku w całym mieście. A kto wie, może i najwyższym na świecie?
          Dziś pani Michoniowa, sąsiadka ze Złotoryjskiej, u której Ania czasem spędzała przedpołudnia, poszła do lekarza i dlatego dziewczynka pojechała razem z mamą do nowej szkoły.
          - Papiery z Wieruszowa jeszcze nie doszły i nie możesz iść do zerówki. Mama załatwiła ci miejsce w czwórce, do której ja chodzę – wyjaśniła starsza siostra. Pochylona odrabiała właśnie lekcje.
          Ania uśmiechnęła się promiennie. Perspektywa pójścia wreszcie do szkoły, kto wie, może już z tornistrem, piórnikiem, a przede wszystkim z zeszytami, bardzo się jej podobała. Tego najbardziej zazdrościła siostrze – codziennego odrabiania lekcji przy ławie! Ewa mogła do woli przewracać kartki w różnych podręcznikach, a w tornistrze nosiła wiele zeszytów.
          Mama obu sióstr jest nauczycielką. W Wieruszowie uczyła polskiego i była bibliotekarką w tamtejszym liceum. Od czasu do czasu wolno było Ani po południu spacerować wśród regałów pełnych książek. Kiedy dziewczynka naśladowała babcię Anielę i mówiła na przykład wózyk, mama poprawiała natychmiast.
          Do nowej szkoły trzeba jechać autobusem, ale innym niż ten, którym przyjechały z dworca. Na osiedle Górki, gdzie pracuje Tola, jedzie długi jak gąsienica autobus, o którym tato mówi przegubowiec. Ania powtórzyła w myślach parę razy to nowe, legnickie słowo.
          - Węgier przechwycił wynalazek polskiego inżyniera sprzed wojny, opatentował i tak zdobył sławę. Dla całego świata przegubowiec dziś to wyłącznie Ikarus – powtarzał Janek, kiedy zobaczył charakterystyczny pojazd na ulicy. Właśnie czytał książkę o prawdziwym pochodzeniu popularnych rozwiązań technicznych.
          „Ale skąd miał ten wynalazek i jak go można przechwycić?”, zastanawiała się Ania, ale wstydziła się zapytać.
          Nowo budowane osiedle musi być bardzo daleko, a być może nawet w innym mieście. Jazda tam trwała długo, a przez pewien czas widać było tylko puste pola.
          - W przyszłym tygodniu idziesz do zerówki – pocieszyła ją mama, siedząca obok w fotelu ze sztucznej, czerwonej skóry, która w chłodne dni również nieprzyjemnie trzeszczała.


          Dziś rano znów trzeba było jechać z mamą na Górki, pani Michoniowa miała tym razem do załatwienia sprawy urzędowe. W Wieruszowie Ania chętnie towarzyszyła babci, kiedy trzeba było iść do prezydium, na Podzamcze lub do znajomej babci na Klatkę, mijając Wiórki czyli fabrykę płyt pilśniowych.
          - Tu ci będzie dobrze, zobaczysz. Po szkole podstawowej pójdziesz do zawodówki i zarobisz szybko własne pieniądze. Robota łatwa, niedaleko od domu, w lecie pojedziesz rowerem – mówiła babcia, pokazując podbródkiem kompleks budynków stojących za wysokim płotem. Nad głowami szumiały lekko topole, posadzone przez robotników w jesiennym czynie społecznym.
          • znana.jako.ggigus z prośbą o krytykę cz5 03.01.11, 21:45
            Dziewczynka siedziała przy nowym, lśniącym stole w świetlicy. Oficjalnie szkoła będzie otwarta za tydzień i dlatego teraz było pusto. Ania wytrzymała ponad godzinę bez ruchu, z rękami położonymi przed siebie na nowym, błyszczącym blacie. Na środku stał ciepły kubek, wypełniony apetycznym, różowym kremem. Nie miała odwagi zjeść go teraz, w przerażającym hałasie budowy. A przecież bardzo lubiła twardawy, jasnobrązowy wafelek, tej samej wielkości co kubek mleka w wieruszowskim przedszkolu. Słodka wersja nie miała nieprzyjemnego kożucha i dodatkowo była wypełniona pysznym kremem. Czasem na dnie znajdował się jeszcze kawałek galaretki w pasującym kolorze. Długo trwało, zanim udało się przekonać mamę do kupna.
            - Co to jest w ogóle gorący kubek? Gdzie ty to widziałaś? - pytała sceptycznie kręcą głową. Szły do przystanku autobusowego, mijając po drodze sklep spożywczy.
            Z tą słodkością zaznajomiła Anię kolejna sąsiadka, u której dziewczynka spędzała przedpołudnia, czekając na przyjście Ewy ze szkoły – pani Kowalska z parteru.
            - Co tak smutno patrzysz? Coś taka markotna? Pójdziemy do sklepu i zjemy sobie coś dobrego – mówiła starsza pani wczesnym popołudniem. Potem brała ciemnobrązową laskę i obie powoli szły na małe zakupy.
            Dzięki temu Ania traciła przerażenie nowo przybyłej dziewczynki z Wieruszowa i poznawała lokalne specjalności cukiernicze. Apetyczne słodkości można było kupić w małym sklepie spożywczym, który znajdował się po drugiej stronie ruchliwej Złotoryjskiej.
            Tuż przy kasie na czarnej, kwadratowej blasze stały w równych rzędach waflowe kubki, wypełnione aż po brzegi białą lub różową masą. Na środku krem tworzył zachęcający języczek, i jak już wiedziała - od niego należało zacząć, by potem powoli nadgryzać wafelek. Takich rzeczy nie było w Wieruszowie. Poza kremem kakaowym, jajecznym lub sułtańskim w kawiarni Zamkowej można było kupić duże, ociekające tłuszczem, ciemnobrązowe pączki w czerwonej cukierni z lustrami przy ulicy Warszawskiej, a latem ciasto drożdżowe z owocami w piekarni koło prezydium. To nowe, nigdy nie kończące się miasto, po którym jeździły przegubowce z zabranymi patentami, miało też swoje zalety.
            Pewnego dnia przekonała mamę i pokazała stojące przy kasie wafelki. Sprzedawczyni w białym fartuchu i świeżo nakrochmalonym czepku uśmiechnęła się do wyraźnie uszczęśliwionej dziewczynki.
            - To nie jest gorący, a ciepły kubek. Musisz to zapamiętać, bo inaczej nikt cię nie zrozumie – powiedziała ekspedientka łagodnie i zapakowała jeden z nich ze szczególnie wystającym kremowym wzgórkiem do brązowej, szeleszczącej torebki. Ania trzymała ostrożnie apetyczny skarb.


            Pierwszy dzień w zerówce minął bez większych niespodzianek. Ania weszła do sali w towarzystwie starszej siostry, kiedy dzieci właśnie poznawały nową literę.
            - Na jutro musisz wyciąć odpowiednie słowo z prasy codziennej, jaką czytają rodzice. Przerabiamy teraz c – powiedziała wychowawczyni pani Kasia, kiedy Ania przedstawiła się jej i dzieciom, siedzącym w kręgu.
            Kiedy chodziła jeszcze do przedszkola, babcia zauważyła zdumiona, że wnuczka najczęściej używała lewej ręki.
            - Tego u nas w rodzinie jeszcze nie było – westchnęła kręcąc głową. Nie była zachwycona takim obrotem sprawy i poleciła Toli, aby zabandażowała małej niewłaściwą rękę. - Powiedz jej, że jak zacznie używać prawej, to zdejmiesz. Niedługo pójdzie do szkoły i jeszcze zacznie pisać lewą ręką! Co to za fanaberie! - mówiła Aniela poirytowanym głosem. Do tej pory nie miała do ukochanej, dziesiątej wnuczki żadnych zastrzeżeń.
            O dziwo, Aniela - regularnie kłócąca się z sąsiadami, znana z ciętego i niewybrednego języka wobec trzech córek i syna, zięciów i synowej, a także niezbyt przyjemna w stosunku do pozostałych dziewięciorga na wskroś udanych wnucząt, od razu zapała bezgraniczną, irracjonalną miłością właśnie do Ani. Ukochanej wnuczce masowała nawet swego czasu nos, aby był to model grecki, popularny wśród gwiazd filmowych dwudziestolecia międzywojennego. Na szczęście Tola przyłapała ją na tym procederze i stanowczo zabroniła.
            - Nie możesz teraz używać lewej ręki, bo jest chora – powiedziała mama, wyciągając bandaż z szuflady. - To się nazywa zwichnięcie, możesz wyjaśnić, jak cię ktoś zapyta przedszkolu.
            Ania, do tej pory chętnie bawiąca się z innymi dziećmi, czasem nawet wodząc rej, ostatnie parę dni spędziła apatycznie w kącie. Zaniepokojona tą nagłą zmianą wychowawczyni pani Zenia podeszła do Antoniny po południu.
            - Niech pani idzie z nią lepiej do lekarza, zapyta. Coś jest nie tak – powiedziała szczupła, ciemnowłosa przedszkolanka.
            • znana.jako.ggigus z prośbą o krytykę cz6 o statnia, moja ulubiona! 03.01.11, 21:45
              Doktor Małolepszy siedział we wtorek po popołudniu w obcym gabinecie i czuł się nieswojo. Po raz enty robił sobie wyrzuty w myślach, że się na to zastępstwo w ogóle zgodził. Przyjeżdżał dwa razy w tygodniu aż z Wielunia, tłukł się wiecznie opóźnionym pekaesem, robiącym przystanki w chyba wszystkich wsiach na trasie do Wieruszowa. Pociąg potrzebował tylko pół godziny, ale dworzec kolejowy był oddalony od miasta, a więc i od wieruszowskiej przychodni, o dobrych parę kilometrów. Od lat obiecywano budowę dodatkowej stacji na Podzamczu i nic.
              Sąsiad doktora, sekretarz powiatowego oddziału partii, kiwał głową ze zrozumieniem, gdy po raz kolejny słyszał o niewygodach podróży. Całe lata odwlekano budowę, tłumacząc to ważniejszymi projektami jak na przykład szpital lub kolejna szkoła-pomnik Tysiąclecia w powiecie.
              Młody lekarz rozejrzał się sceptycznie po gabinecie. Na ścianie koło drzwi wisiał plakat z informacją, jak uniknąć wścieklizny, chociaż od lat nie było przypadków tej choroby w okolicy. Za jego plecami, na wprost oczu pacjentów znajdował się pożółkły plakat z piramidą żywieniową, która już dawno nie odpowiadała obecnemu stanowi nauki.
              Rudawy, wysoki i szczupły doktor Lis, bożyszcze wszystkich chorych i niedomagających wieruszowian, wyjechał na dwa miesiące do sanatorium i młody lekarz, Paweł Małolepszy, przejął na ten czas pacjentów. Pośpiesznie przeleciał wzrokiem karty chorych, pieczołowicie ułożone na stole przez pielęgniarkę. Pani Gabrysia była miła i uczynna w stosunku do niego, ale podświadomie wyczuwał, że porównuje go do tej lokalnej sławy.
              - Sami starzy ludzie dzisiaj - westchnął Małolepszy. Ci byli szczególnie oporni na jego propozycje terapii. Rozmowa w gabinecie trwała krótko, od razu domagali się tych leków, które przepisał doktor Lis.
              „A on przecież skończył studia ładnych parę lat temu, nie dokształcał się i nowe metody leczenia umknęły jego uwadze” – pomyślał Małolepszy z satysfakcją, przeglądając karty zdrowia.
              Na upór chorych mieszkańców Wieruszowa nie było jednak lekarstwa i młody lekarz szybko poddał się presji otoczenia. Czasem brało go za to obrzydzenie do siebie samego, ale dwa dni w tygodniu do końca maja można wytrzymać i wypisać wszystko. No prawie.
              „Widocznie Wieluń i tutaj to dwa światy, a ja jestem z tego lepszego” – pomyślał i uśmiechnął się do siebie w myślach. Chętnie zapominał o tym, że jego matka była rodowitą wieruszowianką, de domo Magot. W dodatku należała do jednego z trzech tutejszych, znanych od dawna rodów – Bryłków, Hąciów i właśnie Magotów, ci ostatni mieli jeszcze gałąź z dwoma t na końcu. Rodzicielka powtarzała, że jeśli spotkać osobę noszącą jedno z tych trzech nazwisk, ma ona zawsze jakieś wieruszowskie koneksje.
              Doktor Małolepszy spojrzał zaskoczony, kiedy do gabinetu zapukała młoda, ładna, ciemnowłosa kobieta z najwyżej pięcioletnią dziewczynką. Ukradkiem spojrzał w kartę zdrowia matki i zaskoczony stwierdził, że ma ona prawie czterdzieści lat.
              Wysłuchał cierpliwie opowieści o zagrożeniu leworęcznością, pomyśle z bandażowaniem ręki i nagłej apatii żywotnego do tej pory dziecka. W trakcie rozmowy kiwał głową i podał dziewczynce długopis, a ona wyciągnęła instynktownie niewłaściwą według matki rękę.
              - Proszę przyjąć do wiadomości, że córka jest leworęczna i nie próbować tego zmieniać – powiedział surowo lekarz, przyglądając się uważnie małej pacjentce. - Są ważniejsze rzeczy na świecie, niż kwestia jakiej ręki używa się do pisania – powiedział, trzymając przy tym długopis w obu dłoniach. Nagle poczuł się ważny! Wreszcie jakiś przypadek, nie ograniczający się do wypisania leków z karty zdrowia. Ciekawe jak by zareagował jego konserwatywny kolega?
              - Ale u nas tego nie nigdy było, w rodzinie męża też nie. Tylko szwagier, ale to żadne pokrewieństwo – odpowiedziała kobieta, wzruszając ramionami.
              - To nie gra żadnej roli, cała tak zwana historia rodzinna. Znam parę takich przypadków, matka szatynka, ojciec brunet, wszystkie dzieci w rodzinie od lat ciemnowłose. Aż tu nagle rodzi się córka blondynka, na początku to szok i podejrzenia, ale potem zaczyna się szperanie w rodzinnej pamięci. Nagle okazuje się, że gdzieś tam, trzy pokolenia wstecz jedna cioteczna babcia była blondynką, ze słynnym na całą wieś pszennym warkoczem. I tak się odezwały geny, nagle z ukrycia. Niech pani popyta krewnych, może ktoś pamięta jakiegoś wujka, którego w dzieciństwie przestawiono – powiedział lekarz.
              To była jedna z niewielu rzeczy, którą zapamiętał z wykładów neurologii - zostawić leworęcznych w spokoju. Wreszcie mógł zastosować słowa profesora, którego twarz miał wciąż przed oczyma, chociaż jego nazwiska nie mógł sobie za nic przypomnieć. Pozostaje mieć nadzieję, że ta sympatyczna kobieta go posłucha.
              Doktor Małolepszy nie wiedział bowiem, że pani Antonina miała nabożny stosunek do lekarzy i dość specyficzny rodzaj hipochondrii, ograniczający do dokładnego uważania na wiecznie zagrożone zdrowie obu córek. Każda choroba, nawet najdrobniejsze niedomaganie, powodowało od razu wizytę w przychodni. Oczywiście wszystko co zalecili posiadacze białych fartuchów, było konsekwentnie wprowadzane w czyn.
              - Właśnie rzuciło w oczy, że pani córka jest bardzo szczupła. Myślę, że ma niedowagę, w karcie zdrowia jest nawet uwaga na ten temat. Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale mam nadzieję, że nie karze pani w ten sposób dziewczynki za leworęczność?
              - Ależ panie doktorze! Skąd to panu przyszło do głowy, że zabraniam córce jedzenia! - odparła oburzona Antonina.
              „Szkoda że akurat teraz stary Lis musiał wyjechać do sanatorium, on by czegoś takiego nie powiedział”, pomyślała poirytowana.
              - Rozumiem, proszę mi wybaczyć to nieporozumienie. Ale może ma pani inne kłopoty? A jakby złożyć wniosek o pomoc socjalną? Nie ma się czego wstydzić. Zaraz wypiszę wniosek, jeszcze dziś pójdzie pani do urzędu gminy i dostanie bony na obiady w szkolnej stołówce. To za darmo, trzeba tylko po pracy wziąć kankę. To jak, piszemy?
              „Dyskretna pomoc socjalna w Wieruszowie! Widać od razu, że pan doktor jest z Wielunia, tam mieszka więcej ludzi. W urzędzie gminy pracują moje dwie koleżanki z liceum, następnego dnia każdy by o tym wiedział”, pomyślała Antonina rozbawiona.
              - Ależ panie doktorze, pan mnie znowu niewłaściwie zrozumiał – odezwała się po chwili. - Ania od dawna je porcje dorosłego człowieka, wprawdzie potrzebuje czasem nawet pół godziny na talerz zupy, ale nie chodzi głodna! Uczę polskiego w tutejszym liceum i stać mnie na wyżywienie moich dwu córek. Proszę sobie zapisać mój adres, Cmentarna 15, może pan przyjść w każdej chwili bez zapowiedzi, najlepiej w porze obiadowej. Niech pan się sam przekona, ile to dziecko potrafi zjeść. To rodzinne, ja w jej wieku też byłam taka chuda, kwestia przemiany materii.
              • amertillek Re: z prośbą o krytykę cz6 o statnia, moja ulubio 05.01.11, 11:20
                Przykro mi ale nie podoba mi sie ten tekst. Nudny i niezbyt dobrze napisany. Zaznaczam ,że nie jestem krytykiem literackim tylko autorką jednej książki(wydanej). Czasy, które opisujesz są mi bliskie i moje, i okolica zbliżona. Nie wiem co ma byc dalej ale tu brakuje iskry, nastroju i koloru(w szerszym pojęciu). A na koniec powiem Ci ,że napisałam połowę(?) powieści, której akcja dzieje się w tamtych czasach(chciałam coś w stylu "Oznak życia" B.Wood) , dałam do przeczytania koleżance i usłyszałam:"nudne, kto zechce to przeczytać?". Ja na razie dałam sobie spokój a Ty? Zmień, popraw. ubarwij treść. Pozdrowienia.
                • znana.jako.ggigus Re: z prośbą o krytykę cz6 o statnia, moja ulubio 05.01.11, 22:48
                  dzieki za krytyke
                  ubarwic nie moge, bo uwazam, ze jest dostatecznie barwny ten tekst.
                  rozumiem, ze Ci sie nie podoba, a ze jest zle napisany - chcialabym jakies przyklady, zebym wiedziala, co jest zle.

                  negatywna opinia, nawet taka do ktorej trudno mi sie odniesc jak pow., cieszy, bo najgrosza jest obojetnosc.

                  odniesienie do B. Wood, autorki ktora niespacjalnie cenie, pozwala mi przypuszczac, ze masz inny gust niz ja i to mi wiele wyjasnia
                  serdeczne cdzieki za krytyke
              • jsa999 Re: z prośbą o krytykę cz6 o statnia, moja ulubio 06.01.11, 14:07
                Za dużo chcesz napisać. Za dużo informacji, za mało narracji, stąd tekst jest zamulony i wygląda na nudny.
                • znana.jako.ggigus Re: z prośbą o krytykę cz6 o statnia, moja ulubio 06.01.11, 14:26
                  oki, dzięki za info.

                  ale to wstęp, muszę rozrysować, dialogi są w dalszych rozdziałach.

                  Może zamiast siedzenia na forum popracuję nad kolejnymi rozdziałami?
                • znana.jako.ggigus PS nie chcę uchodzić za beton 06.01.11, 14:33
                  że niby nie reaguję na uwagi, ale epicki wstęp to - wg mnie - właściwy wstęp.
                  to jak z dobrą komedią - w złej od razu są gagi, rzucanie tortami, a dobrej gagi budowane są stopniowo, bohater mówi jakieś zdanie i widz się śmieje, bo to zdanie, samo w sobie normalne, nabiera znaczenia (np. Clockwise albo Poszukiwany, poszukiwana)
                  Tutaj moim zamiarem jest to samo - szkic i rozrysowanie, przeprowadzka, stosunki rodzinne, parę aluzyjnych wzmianek elementów, które chcę rozwinąć potem.
                  Ciężko jednak czytać krytyczne uwagi, gdy nie zna się całości (chyba dlatego łatwiej jest uprawiać krytyk literacką), albo gdy osoba krytykująca ma zupełnie odmienny gust (jak osoba pisząca o B. Wood).
                  Ale bardzo dziękuję za słowa krytyki i pozdrawiam
                  • amertillek Re: PS nie chcę uchodzić za beton 06.01.11, 15:47
                    O ile dobrze rozumiem jesteś debiutantką? I chyba jednak nienajlepiej znosisz krytykę. To bardzo ludzkie. Ja też przeżywałam trafiajac na krytyczne uwagi dotyczące mojej książki. Jak już wspomniałam nie jestem krytykiem, ani polonistą, ani w ogóle nie mam humanistycznego wykształcenia. Nie jest mi więc łatwo merytorycznie oceniać czyjąś twórczość. Jednak powtarzam-żle się to czyta, topornie. Ta treść nie przyciąga uwagi, jest nudna. Co do konkretnych błędów-nie wskażę Ci ich bowiem nie umiem ich fachowo nazwać. Musisz się zadowolić ogólną oceną ewentualnej przyszłej czytelniczki. I jeszcze jedno-gusty mamy generalnie podobne(chyba). Lubię literaturę obyczajową, realistyczną , bez udziwnień. Powołałam się na książkę Oznaki życia B. Wood- to współczesna , obyczajowa powieść o młodych lekarkach. Innych książek p. Wood nie znam, ale wiem ,że często sięga do historii , posługuje sie również elementami magii, ezoteryki co mi jako wielbicielce pełnego realizmu nie pasuje. Niemniej jednak nigby bym nie ośmieliła się powiedzieć ,że jej twórczości nie cenię bo to ona wydała wiele książek w milionach egzemplarzy na całym świecie.
                    • znana.jako.ggigus Re: PS nie chcę uchodzić za beton 06.01.11, 15:55
                      nie, nie jestem debiutantką.
                      Ukazało się parę moich tlumaczeń i parę tekstów.
                      Krytykę znoszę dobrze, o ile nie jest to krytyka w stylu pisz a la ktoś, czyją twórczość mało cenię.
                      Miliony egzemplarzy nie są dla mnie, niestety, kryterium dobrej/złej literatury.
                      Jedno z drugim nie ma nic wspólnego, odkryłam przypadkowo wielu pisarzy z małym nakładem i jedną z moich ulubionych pisarek jest znana (wiele milionów, także przetłumaczonych) egzemplarzy jest Niemka Karen Duve.
                      Raz zajrzałam do B. Wood, poleconej mi i niestety, ale nie.
                      Jak sama piszesz - sięga do magii i ezoteryki, to ne są moje rejony.
                      • isa1001 Re: PS nie chcę uchodzić za beton 06.01.11, 16:10
                        Jesteś debiutantką, jeśli chodzi o wydanie książki. Teraz będzie truizm - książka rządzi się zupełnie innymi prawami, niż krótki tekst. To, co jest do zniesienia na 5 stronach, przy 200 zamienia się w koszmar. Są pewne maniery pisania, które zupełnie nie sprawdzają się przy dużych formach, bo męczą. I są mistrzowie krótkich form, którzy nigdy dobrej powieści by nie napisali. To tak, jak z bitą śmietaną - 2 łyżki są OK, ale po dwóch kilogramach każdy się...
                        • znana.jako.ggigus Re: PS nie chcę uchodzić za beton 06.01.11, 16:18
                          tłumaczyłam porządne, grube książki (i sama określam to jako najlepszą naukę pisania, choć bardzo czasochłonną) i mam naprawdę pojęcie o prawach rządzących literaturą.


                          Nie jestem jeszcze na etapie wydania, a dopiero na etapie pisania!

                          Eh , szkoda mi tego zadaszonego dachu, a tak na serio to oczywiście powycinam zadaszone dachy i inne takie.

                          • isa1001 Re: PS nie chcę uchodzić za beton 06.01.11, 16:24
                            Moim zdaniem tłumaczenie nie uczy pisania. Podobnie, jak nie uczy go czytanie, choć wiele osób po przeczytaniu jakiejś książki stwierdza: "Tak, to ja też potrafię!". Gdyby tłumaczenie uczyło pisania, to wszyscy tłumacze po pewnym czasie pisaliby własne książki. Większość jednak tego nie robi. Jak myślisz, dlaczego?
                            • znana.jako.ggigus Re: PS nie chcę uchodzić za beton 06.01.11, 16:32
                              wielu tłumaczy pisze, często pod pseudonimem i nawet tego nie wiesz.

                              Znany tłumacz z ang. pisał też kryminały.

                              Tłumaczenie i czytanie jako porównanie jest wg mnie nie fair, bo jedno jest czynne, a drugie bierne.

                              Tłumaczenie uczy b. wiele - ileż nielogiczności, mimo pracy redaktora ma każdy tekst (bohater wychodzi z pokoju, a potem mówi w tym pokoju np)
                              Tłumaczenie uczy też, że w każdym tekście są takie miejsca, które niekoniecznie muszą obfitować w gagi i dialogi, bo mają czytelnika przygotować na inne gagi/dialogi - to nie jest kontekście wstępu mojego, który poddałam krytyce.

                              Tłumaczenie uczy też wiele o osobie autora, bo nikt, nawet redaktor nie śledził aż tak wnikliwie każdej linijki tekstu.

                              A mnie dziwi płynne przechodzenie w tym wątku od krytyki tekstu do krytyki osoby, jak widać nieco chybionej.
                              Jestem debiutującą amatorką, z zawodu księgową.
                              (dalekie od prawdy, ale mniejsza).
                              Trudna jest sztuka krytyki literackiej, chociaż też ją uprawiam.



                              • isa1001 Re: PS nie chcę uchodzić za beton 06.01.11, 16:37
                                Kończę udzielanie się w tym wątku, bo szkoda czasu. Jesteś tak zaimpregnowana na jakąkolwiek krytykę, że ręce opadają. Tylko jeszcze jedna uwaga - to raczej pisarze tłumaczą pod pseudonimami. Prawdopodobnie dlatego, że (nie ujmując niczego tlumaczom) większą chwałę przynosi pisanie swojego niż tłumaczenie cudzego. Dziękuję za dyskusje i życzę powodzenia.
                                • znana.jako.ggigus Re: PS nie chcę uchodzić za beton 06.01.11, 16:46
                                  nie jestem zaimpregnowana, szkoda że nie zauważyłaś (nie chciałaś?) tego, co zmienię.

                                  Ja akurat znam wiele tłumaczek i tłumaczy, ale przyznaję, że nie mieszkam w Polsce.
                                  I znam wiele przykładów piszących tłumaczy.

                                  Po prostu nie lubię, kiedy enta osoba pisze o mnie, a nie o tekście. To nie fair.
                                  A że akurat uwagi o tym, że jestem księgową były chybione i zabawne na swój sposób?
                                  Jestem też krytyczką literacką i wiem, jak trudno jest pisać o tekście, a nie o autorze.
                                  Ba, nawet swego czasu na moją krytykę pewnej powieści odezwał się pisarz i zarzucił mi wiele rzeczy - od panslawizmu do oziębłości seksualnej (zarzuciłam mu, że zbyt często pisze o seksie).
    • nawojek Re: z prośbą o krytykę cz1 06.01.11, 15:31
      <Choć miały zupełnie inne rysy twarzy, już na pierwszy rzut oka widać było, że to siostry> .
      zupełnie inne, w czym podobieństwo? na pierwszy rzut oka? wg mnie nielogiczne.
      > Kobieta miała na sobie klasyczną, prostą spódnicę do połowy łydki i bluzkę w d
      > yskretnych beżowo-szarych kolorach.
      1. - klasyczna - czyli klasyczna grecka, rzymska? prosta, midi - ok, ale po co "klasyczna"?
      <Była to osoba o przyjemnych, regularnych rysach twarzy i krótkich ciemnoblond włosach.
      wg mnie "była to osoba" jest w tym miejscu niezręczne, bo z cd wynika nie jaka była, ale jak wyglądała.
      Poza tym podróżni, mimo że niektórzy dźwigali spore bagaże, maszer
      > owali szybkim krokiem w kierunku drzwi na końcu korytarza i trzeba się było nie
      > źle starać, aby dotrzymać im tempa.
      a dlaczego trzeba było dotrzymać tempa obcym podróżnym?
      > Po chwili kobieta i towarzyszące jej córki wylądowały w holu dworcowym.
      to nie lotnisko. dotarły do, znalazły się w, doszły...
      <Przed nią czekali cierpliwie ludzie w ogonku.
      w kolejce
      > Ania wierzyła babci Anieli we wszystko i to bez żadnych zastrzeżeń. Czasem tyl
      > ko dziwiła się - kiedy ona codziennie rano szła do przedszkola, ulice były pust
      > e.
      dziwiła się, bo babcia mówiła, że na ulicach jest dużo ludzi, a dziewczynka widziała puste ulice?
      W dodatku razem z mamą i Ewą wylądowały właśnie na jednej z tyc
      > h nieskończenie wielu szerokich, głośnych, zakurzonych ulic; pełnych szybko jad
      > ących samochodów i dziarsko maszerujących, mimo wszechogarniającego upału, pies
      > zych.
      piesi dziarsko maszerujący? jakiś pochód?

      Moim zdaniem wstęp jest przydługi, bezbarwny i nudny również dlatego, że jawi się niby spis księgowy inwentarza miasta. Nie jest ważne, co piszesz - ale jak to robisz. Mam wrażenie, że ciężko Ci pisać - nie masz lekkiego pióra, umieszczasz zbyt wiele nieistotnych w tym miejscu szczegółów - np. kioski Ruchu są na lewo, na prawo, z tyłu i przodu - i co z tego ma czytelnik? Żadna z bohaterek opowieści w nich nic nie kupuje, ba, nawet nie ogląda wystaw, po prostu wymienia, co gdzie stoi. Komu to potrzebne? Wstęp tak długi i mało zaciekawiający traci czytelnika na dalszą część. Jeśli uważasz, że dobra komedia musi mieć wstęp, to zauważ, że jest on zawsze intrygujący, a nie usypiający.

      • znana.jako.ggigus Re: z prośbą o krytykę cz1 06.01.11, 15:50
        1) podobne rysy twarzy
        2) klasyczna spódnica nie odnosi się do słów grecki/rzymski, a to do mody.
        Klasyczna spódnica to prosta w kroju, pozbawiona zaszewek, ozdób itepe część garderody
        ten wstęp ze słowem osoba mnie samej wydaje się niezręczny, za dużo razy go przerabiałam, aby uniknąć powtórzeń
        3) za wskazówki lewy/prawy serdeczne dzięki, rzeczywiście za b. kieruję się prawdziwymi miejscami zdarzeń
        4) w kiosku ruchu kupuje się, w tym wątku chyba w trzecim albo 4 poście (ograniczenie do 8 tys. znaków czyni swoje)
        nagromadzenie kiosków ruchu ma jak najbardziej znaczenie
        5) dziarsko maszerujący przechodnie, to po prostu dziarko maszerujący, nic więcej, ale możliwe że to dla Ciebie manieryzm i możliwe, że to jest manieryzm
        6) nie wiem dlaczego dotrzymuje się tempa innym podróżnym, ale już wiele razy to widziałam (często jeżdżę pociągiem), że ten korytarz do hali dworca pokonuje większość w jednym, dziarkim tempie
        może inaczej to powinnam sformułować
        z lądowaniem masz rację, weszły do holu, zmienię
        to germanizm, niestety,
        dzięki za krytykę
        • isa1001 Re: z prośbą o krytykę cz1 06.01.11, 16:01
          Przepraszam, ale po co prosisz o krytykę, jeśli wiesz lepiej..? Jesteś przekonana o tym, że tekst jest świetny, tymczasem według mnie jest nudny, a forma przerosła treść. Jak ktoś słusznie zauważył, przypomina spis księgowy. Bardzo trafne określenie. Moje pierwsze skojarzenie było takie, że autorka na pewno jest księgową, stąd ten nawyk opisywania wszystkiego szczegółowo - jak peron, to zadaszony; jak krawężnik, to wysoki. To męczy i odbiera czytelnikowi prawo do wyobrażenia sobie miasta tak, jak chce. Takie opisy byłyby uzasadnione, gdyby ten dach na peronie miał zaraz spaść komuś na głowę, o krawężnik potknąłby się główny bohater.
          • znana.jako.ggigus Re: z prośbą o krytykę cz1 06.01.11, 16:08
            nie wiem lepiej, parę razy wyjaśniam, co i dlaczego tak właśnie napisałam, a do zbyt silnego kierowania się realnymi miejscami zdarzeń już się przyznałam.
            Rzeczywiście pisząc, byłam myślami i strasznie się namęczyłam opisami miejsc, jak widać niepotrzebnie.

            Parę razy obiecałam poprawę i zmiany. Parę razy widzę oczyma innych moje manieryzmy i przyznaję się do nich.

            Oczywwiżcie, że tekst mi się podoba, ale ja go widzę w innym kontekście - całe 30 stron pierwszego rozdziału i dwa kolejne, krótsze z większą ilością i dialogów i gagów, które już mam (w tym jeden rozdział wypróbowany na publiczności).



            Nie, nie jestem księgową, mam silną dyskalkulię na granicy upośledzenia umysłowego - słowa pewnej miłej pani psycholog.
        • nawojek Re: z prośbą o krytykę cz1 06.01.11, 20:48
          sama sobie przeczysz - nie rozumiem, dlaczego.
          napisałaś "Choć miały zupełnie inne rysy twarzy", a teraz piszesz
          > 1) podobne rysy twarzy
          zupełnie inne, ale podobne:) skomplikowałaś to wybitnie.
          2. Opis "klasycznej spódnicy" świadczy, jakie masz podejście do mody, a nie, że masz pojęcie ponadprzeciętne o krawiectwie. "Klasyczna" spódnica niekoniecznie jest wąska, a w latach 70/80 modne były kloszowe. Nie czepiam się, wiem o czym piszę, choć to nie jest najważniejsze w tekście. Poza tym ta prosta, wąska spódnica później faluje na wietrze, więc coś w jej kroju jest nie tak:) Reasumując - wąska opisuje, klasyczna - zastanawia.
          4. nie wiem, dla kogo ma znaczenie nagromadzenie kiosków. Mnóstwo Twoich potencjalnych czytelników wychowało się w mieście i dla nich to oczywiste do dzisiaj. Nie wspominasz za to o innych charakterystycznych elementach w miastach w tym okresie, które zniknęły już zupełnie z ulic. Przypomnij sobie, jakie elementy bywały wtedy powszechne i pisząc o nich wzbogacisz tekst - w starszym czytelniku wzbudzisz wspomnienia, w młodszym - zaciekawienie. :)
          5. przechodnie moim zdaniem nie maszerują - śpieszą dokądś, pędzą, ba, biegną, przepychają się - ale marsz (sprawdź w słowniku j.polskiego) to nie krok na chodnik.

          Masz rację, że wiele można się nauczyć przy tłumaczeniach. Jednak dużo zależy od tekstu i autora - czego innego nauczy Cię Max Frisch czy Thomas Mann, a czego innego literatura "na podróż".
          Mam wrażenie, że chcesz opisać wrażenia dziecka, przeniesionego ze skromnych warunków do miasteczka w latach 70/80. To, że tekst nie zaciekawia tych, którzy się wypowiadali powyżej - już wiesz i możesz myśleć, że to nic nie znaczy. Owszem - wyjątkowo nudny i gubiący się w szczegółach bywa również Stieg Larsson w swoim Milenium, a trylogia okazała się hitem. Być może w Twojej książce przy 40 - 100- 300 stronie akcja dostaje rozpędu, może jest jakaś ciekawa fabuła, która wciąga - ale wstęp wg mnie nie zaciekawia. I to przede wszystkim z trzech powodów:
          1. zbyt dużo nieistotnych szczegółów, które nie mają związku z bohaterami, a czytelnikowi (np z Krakowa) nic nie dają;
          2. Nie masz lekkiego pióra, a w ten sposób opowiadana historia nie jest interesująca.
          3. Nie potrafisz się zdecydować, czy pisać, co dla dziecka w jego wieku było zadziwiające, czy też co wg Ciebie dzisiaj mogło być dla małej dziewczynki interesujące.
          ad
          > ten wstęp ze słowem osoba mnie samej wydaje się niezręczny, za dużo razy go prz
          > erabiałam, aby uniknąć powtórzeń
          "Miała regularne rysy twarzy..." - zupełnie wystarczy. Piszesz o tej kobiecie i nie musisz w każdym zdaniu walić podmiotu (jak w niemieckim).
          Masz może jakiś plan-pomysł na tę książkę. Może wydasz - pojawiają się na rynku gorsze teksty, więc dlaczego nie. Może nawet będzie to bestseller - kto wie.
          Ale wg mnie wstęp powinien mieć konkretny przekaz. Albo nastrój, albo inwentaryzacja, albo początek tajemnicy. A jeśli to takie sobie ple-ple - to nużące, niestety.
    • meimei Re: z prośbą o krytykę cz1 06.01.11, 16:32
      Przyznaję, że przeczytałam tylko pierwszą część tego, co wkleiłaś, ale ogólnie podoba mi się. Ja tam lubię opisy i zadaszone dachy uzasadniające mroczność peronu - pomimo tego, że generalnie wolę książki z odrobiną magii (bez ezoteryzmu ;)). W każdym razie życzę powodzenia.
      • znana.jako.ggigus Re: z prośbą o krytykę cz1 06.01.11, 16:36
        dzięki!
        Nad zadaszonym dachem pomyślę, on jest ważnyy, bo się potem wychodzi na zalany słońcem plac przed dworcem. Ale trzeba przeczytać całość, niestety.

        też mam wrażenie, że większość przeczytała pierwszy post i nie widzi całego kontekstu wstępu. Szkoda, chociaż przyznaję, że to solidna porcja, w innym wątku zmieniłam taktykę.
        • meimei Re: z prośbą o krytykę cz1 06.01.11, 16:42
          znana.jako.ggigus napisała:

          > dzięki!
          > Nad zadaszonym dachem pomyślę, on jest ważnyy, bo się potem wychodzi na zalany
          > słońcem plac przed dworcem.

          Właśnie dlatego uważam, że jak najbardziej uzasadniony jest ten zadaszony dach :) Postaram się przeczytać całość, jeśli znajdę chwilę, ale nie obiecuję, że napiszę coś sensownego, bo do krytyka literackiego mi daleko.


          >
          • amertillek Re: z prośbą o krytykę cz1 06.01.11, 18:20
            To jakieś nieporozumienie. Ty nie oczekujesz krytyki tylko pochwały, że Twój tekst jest świetny i w ogóle super. Do tego czytasz uwagi niestarannie i bez zrozumienia. To ja napisałam tekst w stylu (?) jednej (!) książki B. Wood i spotkałam się z krytyką. I nie wiem skąd przyszło Ci do głowy ,że sugeruję Tobie pisanie w tym stylu. I to by było na tyle. Życzę sukcesu.
            • znana.jako.ggigus a to przepraszam 06.01.11, 18:34
              rzeczywiście źle zrozumiałam i dalej leciałam B. Wood jako przykładem (pewna redaktorka z wydawnictwa powiedziała nt. mojego innego tekstu, że mam go napisać kierunku ...)

              Irytuje mnie też pisanie o mnie jako o osobie.
              Tekst a osoba to 2 inne rzeczy.

              Nie oczekuję pochwały, ale szczerze pisząc irytuje mnie, że o wstępie wypowiadają się ludzie, którzy przeczytali 1/6 wstępu, że np. kogoś irytuje opisk kiosku Ruchu, gdy w trzecim poście bodajże jest to jakoś rozwinięte.
              Ale za pomyłkę jeszcze raz przepraszam, po prosttu poszłam złym tropem.
              Dlatego w następnym wątku dałam o wiele mniejszą porcję tekstu.
              • nawojek a ja przepraszam samą siebie, że się wypowiadałam 06.01.11, 21:09
                >
                > Nie oczekuję pochwały, ale szczerze pisząc irytuje mnie, że o wstępie wypowiada
                > ją się ludzie, którzy przeczytali 1/6 wstępu, że np. kogoś irytuje opisk kiosku
                > Ruchu, gdy w trzecim poście bodajże jest to jakoś rozwinięte.
                1. rzeczywiście nie warto Ci zwracać uwagi na braki w tekście, bo Cie to irytuje:)
                2. przeczytałam całość, a nie 1/6 tekstu. Czasu na analizowanie kolejnych odcinkow szkoda mi było i żałuje teraz i tych minut, które poświęciłam:)
                3. nie irytują kioski, ale sposób ich opisu. Jeśli bohater kupuje coś w warzywniaku na 20 stronie, to nie usprawiedliwia, żeby od pierwszej strony ziemniaki się przewalały:)
                "Dziewczynka rozejrzała się zdziwiona - tak dużo kiosków Ruchu! Przy wyjściu, na rogu, i jeszcze z boku dworca." - to powiązałoby te nieszczęsne kioski z obserwacją malucha, ale Ty wymieniasz je właśnie inwentaryzacyjnie, bez powiązania z bohaterami.
                Ale więcej podpowiedzi już Tobie zaoszczędzę, a czas potrafię spędzić ciekawiej i sympatyczniej:)
                Rzeczywiście jesteś odporna na uwagi. Wręcz urażona (zirytowana). Nie powinnaś więc tekstu pokazywać nikomu poza gronem zachwycającym się tekstem.


                • znana.jako.ggigus Re: a ja przepraszam samą siebie, że się wypowiad 07.01.11, 06:25
                  nie, nie irytuje mnie, po raz kolejny powtarzam / wiele Twoich uwag wzielam sobie do serca
        • nawojek Re: z prośbą o krytykę cz1 06.01.11, 20:56
          > Nad zadaszonym dachem pomyślę, on jest ważnyy, bo się potem wychodzi na zalany
          > słońcem plac przed dworcem.
          zadaszony dach?
          nie pali Ci się czerwona lampka przy "zadaszonym dachu"????
          • znana.jako.ggigus Re: z prośbą o krytykę cz1 07.01.11, 06:28
            zapalila sie pozno ale jednak
    • kefirekwroclaw Re: z prośbą o krytykę cz1 07.01.11, 14:33
      A mi sie podoba. Twoje ksiązki przypominają mi cudowne powieści Kowalewskiej, aż sie chce czytac i chce.... Może uderz do tego samego wydawnictwa co Kowalewska? A tych tu nie słuchaj, bo najwidoczniej Ci zazdroszczą. Przecież kiedy się na forum ukarze zdolny pisarz trzeba Go wytępić, prawda? Wychwalacie tu powieści pani Olejniczak i Witkiewicz, a krytykujecie to, co dobre!

      A Ty autorko pisz nam więcej! Masz gawędziarski styl, roztaczasz takie bogactwo szczegółów niczym najlepsi gawędziarze tacy jak Pat Conroy....ale ja chcę jeszcze!
      • amertillek Re: z prośbą o krytykę cz1 07.01.11, 16:18
        Oj kefirek. Akurat na tym forum błędy ortograficzne to wstyd. "Ukarze"-pisze się "ukaże" od "ukazać".
        • lucyolejniczak Re: z prośbą o krytykę cz1 07.01.11, 21:40
          Oj, kefirku wrocławski kochany, zdradź , gdzie były wychwalane moje książki! Niech się ponapawam :)
          Tekst przeczytałam, ale zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że przegadany trochę i nudny. Zamiast tworzyć klimat i nastrój wymieniasz po kolei jego części składowe jak podczas inwentaryzacji. Sam zamysł niezły i pewnie wyjdzie z tego fajna książka, ale popracowałabym nad stylem. No i ten zadaszony dach. Ale sama już zauważyłaś, że masło maślane.
          Nie obrażaj się na słowa krytyki, w końcu po to chyba dałaś tu swój tekst. Nie zauważyłam, żeby ktokolwiek był tu złośliwy, raczej ludzie starają się zwracać Ci uwagę w sposób taktowny i po to, żeby pomóc. Wiem, że to nie jest przyjemne i oczekujemy zawsze pochwał, ale konstruktywna krytyka jest znacznie lepsza od nieszczerej ( zazwyczaj ) pochwały.
          Dobrym sprawdzianem dla samego siebie jest czytanie swojej twórczości na głos. Sama wyczujesz które fragmenty zgrzytają. Powodzenia i nie zniechęcaj się słowami krytyki. Ucz się na nich :)
    • troppo_bella Re: z prośbą o krytykę cz1 14.03.11, 21:00
      Przeczytałam tylko 1. część, która mnie znużyła. Nie będę się zagłębiać w krytykę, zwrócę tylko Twoją uwagę na jeden manieryzm.

      Na mroczny, osłonięty dachem peron wysiadła z zatłoczonego piętrusa szczupła, trzydziestoparoletnia kobieta. W obu rękach niosła ciężkie torby podróżne. Tuż za nią po stromych schodach pociągu zeszły ostrożnie dwie dziewczynki. Choć miały zupełnie inne rysy twarzy, już na pierwszy rzut oka widać było, że to siostry.
      Tego dnia powietrze aż drżało od gorąca. Gdzie nie spojrzeć - intensywny błękit nieba, pozbawiony najmniejszej nawet chmury. Ostatni dzień sierpnia 1979 roku należał do wyjątkowo upalnych. Pewnie dlatego wysiadająca była wyraźnie zmęczona i poruszała się powoli. Kobieta miała na sobie klasyczną, prostą spódnicę do połowy łydki i bluzkę w dyskretnych beżowo-szarych kolorach. Była to osoba o przyjemnych, regularnych rysach twarzy i krótkich ciemnoblond włosach. Za nią maszerowały grzecznie jej córki, szczupłe, ciemnowłose dziewczynki.

      Po pierwsze: większość rzeczowników u ciebie ma po dwa epitety, wyboldowałam je w tym fragmencie. Mnie to męczy. Po drugie: wszystko u ciebie jest dookreślone. Jak schody, to strome, jak wysiadły, to ostrożnie itd. Te wszystkie określenia podkreśliłam. Na twoim miejscu zrezygnowałabym z 80 procent tych określeń.
      Po trzecie: często sadzisz po 2-3 zdania mówiące o tym samym tam, gdzie wystarczyłoby jedno, za to dobitne, np: "Tego dnia powietrze aż drżało od gorąca. Gdzie nie spojrzeć - intensywny błękit nieba, pozbawiony najmniejszej nawet chmury. Ostatni dzień sierpnia 1979 roku należał do wyjątkowo upalnych". Nie lepiej: "Ostatniego dnia sierpnia 1979 powietrze aż drżało od gorąca"?

      Reasumując: mam wrażenie, że czytałoby sie dużo łatwiej, gdybyś poszalała z nożyczkami i poobcinała większość tych dopowiedzeń. Schody z polskiego pociągu - odkąd żyję - były strome, i każdy schodził po nich ostrożnie, można więc napisać po prostu: "Za nią z pociągu wysiadły dwie dziewczynki" itd. Dla mnie brzmi lepiej.

      I jeszcze anegdotka:
      "Ogary poszły w las" - tak zaczął Popioły Żeromski. Brzmi nieźle, prawda? A co myślisz o zdaniu:
      "Zdyszane, płowe ogary poszły w ciemnozielony, szumiący las"?

      Czasem mniej znaczy więcej. Powodzenia.
      --
      • znana.jako.ggigus wycinam epitety 18.03.11, 00:23
        czytanie na glos pomaga - mnie - b. przynajmniej, chociaz to mozolne jest
        nie wiem, jak to napisalam, bylam zachwycona
        po paru tygodniach/miesiacach od napisania zachwyt minal, nozyczki poszly w ruch
        kurcze, swego czasu zjechalam pewnego autora, ze wszystko dokladnie opisuje i teraz sama mam ten problem

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka