Gość: cb
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
20.04.11, 18:39
Proszę państwa,
wzięłam się za współczesną literaturę polską. Zachęcona ciekawymi fragmentami zamieszczonymi w necie, skompletowałam stosik do przeczytania. Nie wiedziałam, na co rzucić się wpierw, więc zaczęłam kilka naraz. M.in. "Haszyszopenki" Jarosława Maślanka, "Rzekę szaleństwa" Marka P. Wiśniewskiego, "Plac zabaw" Marka Kochana, i "Skazę" Magdaleny Tulli.
Tej ostatniej wchłonęłam na razie najmniej, pomimo, że wydaje mi się najlepiej napisana (pod względem warsztatowym). Chyba po prostu w swojej odnowionej gorączce czytelniczej nie potrafiłam się odpowiednio skupić na tym wyrafinowanym tekście.
"Plac zabaw" czytałam z pewną przyjemnością - niestety, ten swego rodzaju strumień świadomości, bez tak trywialnych grzecznościowych ukłonów w stronę czytelnika, jak choćby nieco światła między akapitami ("jakimi akapitami?" - spytałby Marek Kochan ;)) czy choćby od czasu do czasu graficzne wyróżnienie dialogu z reszty tekstu, spowodowało że zmęczyły mi się oczy i książkę doczytaną do str. 57. odłożyłam "na później". Choć naprawdę podobają mi się w tej powieści i spostrzeżenia Autora, i jego sposób widzenia świata, i język. I choć nadal jestem bardzo ciekawa, jak to się wszystko skończy.
"Haszyszopenki" najpierw czytało mi się łatwiej, niż "Plac zabaw" - ale wkrótce zaczął mnie nużyć język i styl, dość potoczny, mało odkrywczy (a raczej wcale nie odkrywczy). Złapałam się na tym, że przeskakuję wzrokiem po tekście, szukam jakiegoś bardziej dramatycznego momentu w akcji. Czy ktoś czytał całość? Czy poza tym niezauważalnym dramatem, w którym poruszają się przyzwyczajeni do niego główni bohaterowie, mogę się spodziewać jakichś zaskakujących zwrotów, czegoś na miarę greckiej tragedii? Czy ma mi wystarczyć ten obraz dzieciństwa w stanie wojennym? (przeskakując wzrokiem rozwleczone dialogi i niezbyt zręczne opisy doszłam do strony 71, i choć teoretycznie w dotychczasowej akcji zasugerowano, że coś się jeszcze może wydarzyć - bo i dzieci tną się skalpelami, i czyjś ojciec znika w niewyjaśnionych okolicznościach - to jakoś nie wierzę, że Autor mnie w końcu złapie za gardło...)
I wreszcie "Rzeka szaleństwa". Po przeczytaniu fragmentu w sieci obiecywałam sobie wiele. Lektura 48 stron, przy częściowo zarwanej nocy, niestety już mnie trochę rozczarowała. Tekst dałoby się dopracować pod względem stylistycznym - choć i tak jest o wiele ciekawiej, niż u Maślanka, bo Marek Wiśniewski unika w narracji wyświechtanych zwrotów i "czuje" prozę lepiej niż autor "Haszyszopenek", w tym sensie, że lepiej buduje napięcie, stopniuje je, daje czytelnikowi na moment odpocząć przed podaniem mu opisu kolejnego zaskakującego wydarzenia. Proza Marka Wiśniewskiego ma rytm, którego w powieści (?) Maślanka mi brakuje. Jednak pomimo tego rytmu "Rzeka szaleństwa" zdaje mi się płynąć nieco zbyt wolno. Z lekka mnie usypiała - i to chyba nie dlatego, że byłam zmęczona. Książka ma jakieś 330 stron. Czy ktoś przeczytał całość i może mi powiedzieć, jakie są jego wrażenia?