braineater
03.08.04, 14:23
Pod tym enigmatycznym tytułem, jak z kolejnej badziewnej płyty Jeana M.
Jarre'a, postanowiłem ukryć sobie kilka pytań dla szanownych państwa, mocno
tym razem zakotwiczonych w muzyce. Otóż, do sedna przechodząc, chciałbym się
dowiedzieć, jakie znaczenie ma dla was literacka wartość tekstów piosenek,
słuchanych wykonawców, a także czy jesteście w stanie wskazać twórców w
sposób nader udatny łączący wartości literackie/poetyckie z niebanalnymi
pomysłami dźwiękowymi. Pytania te są oczywiście uprawianiem prywaty, bo
szczerze mówiąc obsłuchałem już wszystkich moich ulubieńców i chciałbym by
ktoś z państwa polecił mi coś nowego.
Teraz czas zaprezentować moje typy, by zachęcić państwa do konfrontacji
tudzież polemik ewntualnych...
Numero uno w kategori soliści, to oczywiście najcudniejszy bard swiata, czyli
Tom Waits, którego tekstom niczego nie potrafiłbym zarzucić i kóry bawi i
uczy, od lat wielu swym charakterystycznym głosem opowiadając na mieszczuchom
historie z samego dna świata...
Numer dwa to demon antypodów, czyli Nick Cave, najlepiej z okresu Birthday
Party i płyt poprzedzających Murder Ballads, który w swoich tekstach
przekazuje taki ładunek depresji, że niejaka Sylvia P. wydaje się być przy
nim rozegzaltowaną poetką dla dorastających dziewic...
No i numer 3, jedyna jak na razie w tym zestawieniu niewiasta, ale za to z
najbardziej niesamowitym głosem świata, czyli papieżyca koscioła szatana,
Diamanda Galas - kilkuoktawowy głos i chyba jedna z najbardziej przejmujących
współczesnych oper - Black Plague, której libretto, jeśli to słowo ma jeszcze
jakieś zastosowanie do tego co owa pani wyrabia, skupione jest na opisywaniu
tragedi osób chorych na Aids, nie szczędząc słuchaczom przy tym co
drastyczniejszych szczegółów opisujących agonię ofier...
Na zakończenie jeszcze napisać chciałbym o odjezdzie zespołowym, czyli trupie
londyńskich degeneratów, ukrywających się pod szyldem The Tiger Lillies i
stanowiącej najwieksze muzyczne przegięcie od czasów Franka Z. i Monthy
Pythona - byli na dwóch koncertach w Polsce więc może ktoś widział? A w
warstwie literackiej the T.L. sięgają do klasyki - od XIX wiecznych bajek dla
dzieci w stylu niezpomnianego Jachowicza, poprzez Brechta, aż po twórczość
jednego z ciekawszych poetów angielskich Edvarda Gorey'a, mieszając to
wszystko z dźwiękami z upiornych kabaretów i wybijaniem rytmu gumowym
kurczakiem oraz własnymi dokonaniami z zakresu poetyki absurdu jak np pieśń
miłosna na organy kościelne o wymownym tytule "I want make sex with flies"...
Po tym pseudoerudycyjnym i nudziarskim akapicie, chciałbym państwa zmotywować
do samodzielnych wypowiedzi - dajcie namiary na jakichs wykonawców, których
da się słuchać bez potępieńczego kiwania głową nad głupotą tekstów...
Pozdrowienia:)