braineater
19.07.05, 19:25
I jak to jest, że najmniej punkowy naród Europy, wydał pisarza, który napisął
powieść najbardziej punkową. Co jest w tych cholernych Francuzach, że przez
tysiąclecia kradnąc i wypożyczając cudze dzieła artystyczne, potrafili temu
wszystkiemu nadac właściwy sobie sznyt i 'smak'? Czemu tylko przedstawiciele
tej nacji potrafia publikowac teksty totalnie absurdalne, nie będące przy tym
tekstami totalnie głupimi? Może to przez te żeby i niedobre wina? Jakkolwiek
bądź i jakikolwiek powód by nie był, oswiadczam pełnym głosem, że wreszcie
jest w wersji polskiej jedna z najbardziej przewrotnych i anarchicznych
opowieści wieku XX, czyli Raymonda Queneau arcydzieło 'Zazie w metrze'
przecudnie spolszczone przez pania Marię Ochab. Streszczenie tej ksiązki
nikomu do niczego jest nie potrzebne, bo po cóz by streszczać czystą
burleskę, takoż nie ma po co przytaczać biogramu autora bo da się on
sprowadzić do jednego słowa - 'wariat' (w pozytywnym znaczeniu oczywiście).
Więc po prostu pochwalny pean na temat ksiązki, która spowodowała, że żona
wyrzuciła mnie z łożka, nie mogąc spac na powierzchni co i rusz rozkołysanej
chichotem, wśród gromkich smiechów i ostrego tarzania się po podłodze. I to
jest ta najpierwsza siła tego tekstu - tak zabawnej rzeczy nie miałem w
rękach od czasu, a chyba w ogóle nie miałem. Pietrowe absurdalne dialogi,
zbudowane często w oparciu o skojarzenia związane z jednym słowem, przemycane
tu i ówdzie parafrazy z klasyków i popularnych opowieści, no i przede
wszystkim cąła galeria totalnie odjechanych postaci - wujo Gabriel,
tańczacy 'Jezioro łabedzie' w gejowskim lokalu, wielopostaciowy policjant,
ktory w żadnej postaci nie czuje sie w pełni sobą, wdowa, zakochująca się w
każdym przelotnie spotkanym mężczyźnie, a nad tym wszystkim tytułowa Zazie,
wcielenie anarchii i burleski, prawdziwa księżna entropii i chaosu, która
każdą rzecz kwituje filozoficznym 'mam to gdzieś'.
Jeśli wydawało sie wam, że ekranizacja Luissa Malle'a była wariacka i
szalona, to zaręczam, że pan rezyser zrobił z tekstu Queneau ugrzecznioną i
infantylna wersję. Zdecydowanie jedna z lepszych ksiązek jakie czytałem w tym
roku - polecam.
A i po drodze wycofuję się z negatywnej oceny przekladu angielskiego, ktorą
kiedyś tam w jakims wątku wyraziłem, bo dopiero teraz zobaczyłem jakim
gramatyczno-leksykalnym szaleństwem jest ten tekst. Tym większy szacunek dla
tłumaczki, która przyswoiła go polszczyźnie w sposób doskonały.
Pozdrowienia:)