fafik_wroc
17.09.05, 22:02
OBSESJA
„Jeśli odejdziesz, zabiję się
To już postanowione
Jeśli odejdziesz, wyrzucę się przez okno z dziesiątego piętra
W liście napiszę, że to twoja wina, bo odszedłeś
A miałam nadzieję, że to będzie trwało wiecznie.
Umrę bez ciebie.
Chyba wiesz...
Wiesz... prawda?”
Czekałam w poczekalni, wbijając wzrok w lśniącą posadzkę. Pielęgniarka
powiedziała, że za chwilę będą wyniki moich badań. Byłam już przyzwyczajona
do ciągłych odwiedzin w szpitalu. To już drugi rok, kiedy regularnie, w
odstępach trzytygodniowych (czasami częściej) zjawiałam się u najrozmaitszych
lekarzy kardiologów i wysłuchiwałam tych samych, nudnych frazesów. Lekarze
mówią na to kadiomiopatia przerostowa. Nie znają jej przyczyn. Każą unikać
wysiłku fizycznego i stresu.
Zawsze miałam słabe serce i nerwy. Często mdlałam. Dla ludzi wyglądało to
tak, że po prostu upadałam, jednak we mnie cały ten proces trwa o wiele
dłużej. Najpierw otępia mi słuch, zaczynam widzieć o wiele wyraźniej o
oddychać bardzo głęboko. W tym momencie już wiem, że to się wydarzy i że nic
na to nie poradzę. Za każdym jednak razem zastanawiam się nad jednym: co
będzie, jeśli tym razem nie przeżyję? Co będzie, jeśli tym razem to coś
poważniejszego, niż tylko omdlenie? Co, jeśli to już koniec? I za każdym
razem, kiedy otwieram oczy i okazuje się, że to jeszcze nie teraz... myślę o
nim...
Zawsze wracałam do domu, wsłuchując się w odgłos obcasów uderzających o
posadzkę i zastanawiałam się, czy on też – tak jak ja przed jego powrotem –
nasłuchuje koło drzwi moich kroków. Ale ile razy wchodziłam do mieszkania, on
siedział przy telewizorze, czytał, rozmawiał przez telefon... Może to
ukrywał – ja też, kiedy byłam pewna, że to on idzie, odskakiwałam od drzwi i
udawałam, że nie marnuję czasu i zajmuję się zwykłymi sprawami.
O wielu rzeczach nie miał pojęcia. Nie wiedział na przykład, że zanim
zamieszkaliśmy razem, trzymałam jego zdjęcia dosłownie wszędzie – w kopercie,
w pudełku, w szafkach, w portfelu, pod poduszką i w kieszeni płaszcza. Na
widoku miałam tylko te zwykle, nie wzbudzające podejrzeń fotografie. Nie
dlatego, że kontrolowałam jeszcze swoje szaleństwo – dlatego, że nie
mieszkałam sama i nie chciałam się narażać na setki kłopotliwych pytań. Wiem,
że gdybym miała własny dom, to na każdej ścianie byłaby tapeta z jego zdjęć.
A dziś, choć miałam go na co dzień, to i tak patrząc na jego utrwalony na
fotografiach wizerunek, moje serce zdawało się wyskakiwać z piersi. Jak
miałam unikać stresu, skoro dostawałam palpitacji serca na sam widok jego
twarzy...?
Poznałam go jeszcze w szkole i choć na początku go nie cierpiałam, szybko
okazało się, że jest tym jedynym, moim powietrzem, moim światem, moim życiem,
moim Bogiem. Tak – on był moim Chrystusem. Ja wiem, to odważne stwierdzenie.
Ale to właśnie na jego przyjście czekałam jak na wybawienie, modliłam się do
niego, mogłabym klęczeć i jego stóp, wykrzykiwać jego imię albo chodzić po
ulicach i opowiadać o nim obcym ludziom. Zdobyłam jego przyjaźń, ale radość
tym spowodowana wystarczyła tylko na parę miesięcy. Chciałam więcej.
Budowałam swoją rzeczywistość wokół jego osoby, samą siebie spychając na
dalszy plan. Miałam za sobą już kilka historii miłosnych, ale żadna nie była
tak silna. To przy nim pojęłam ideę prawdziwej miłości. Pieprzę siebie. Chcę
tylko jego szczęścia i jestem gotowa zrobić wszystko. Masz mnie. Chcesz?
Bierz. Rób co chcesz. Proś o co chcesz. Zrobię wszystko. Wszystko.
I odkąd uzmysłowiłam sobie, że to jest ten człowiek, już nic nie było takie
samo. Cierpiałam i płakałam, bo nie byłam w jego życiu tak, jak on był w
moim. „Ten, który kocha, powinien dzielić los tego, kogo kocha”. Ale jeśli
odbiera mu się na to szansę – zostaje tylko tęsknota i ogromny ból. Był
zawsze daleko, zawsze daleko albo jeszcze dalej. Co robisz? – pytałam.
Przymykasz oczy? Bierzesz głęboki wdech? To tak strasznie boli... Więc nie
myśleć. Zetrzeć obraz z oczu, wymazać, wyrzucić z pamięci. Lecz w samotności
maski opadają... Można zwariować. Czy już? A miało być lepiej. Czasami tak
mnie dopadało... to rozedrganie... bym choć raz zobaczyła jego błyszczące
oczy... jak się uśmiecha czystym szczęściem... By choć raz dotknął mojej
twarzy lekko... by choć raz objął i przytulił jak najmocniej, jak najczulej i
jak najbliżej... by ogarnęło mnie jego ciepło... A potem mogłabym zwariować
lub umrzeć.
Szalałam. Zamykałam oczy i widziałam jego dom, w którym byłam zaledwie kilka
razy podczas tych czterech lat, pod pretekstem pożyczenia zeszytu lub
wytłumaczenia mi tematu (przyjaźń to dobre dla trzynastolatek – ja nie byłam
z kamienia i miałam normalne potrzeby, dlatego za każdym razem, kiedy tam
przychodziłam, miałam nadzieję, że wreszcie zadziała, że zrobi ze mną coś,
cokolwiek, w dowolny sposób, jak tylko chce). Czułam go, wdychałam,
oglądałam. Widziałam, co robi, jak się uczy, czyta, jak schodzi na dół po coś
do picia. Stałam za nim. Chodziłam za nim. Słyszał mój oddech? Bicie mojego
serca? Czuł, jak wyciągam ręce w jego stronę? Nie. Bo oddzielała mnie od
niego szyba z pancernego szkła.