Gość: zena
IP: *.rado.gazeta.pl
18.09.02, 17:16
Jestesm starsznie rozczarowana. Jonathan Carroll schodzi na psy. Kiedyś przed
laty przeczytałam jego „Śpiąc w płomieniu” i zakochałam się w tym świecie -
pełnym miłości, magii, gdzie wszystko może się zdarzyć. Kolejne książki były
jedank coraz gorsze a ostatnia „Białe jabłka” to gniot nad gnioty. Gdyby w
literaturze przyznawano, jak wśród filmów maliny, książka ta dostałaby nie
jedna maline ale pelen ich koszyk. Jakos można by w niej znieść bredzenie i
gubienie wątku, które jest najlepszym przykładem na to, że autor może i
dobrze zaczął, ale pary straczyło mu na 50 stron. POtem ciągnął to, choć
kompletnie nie miał pomysłu. Jest to lekcewazenie czytelnika. Na stronie 150
głowny bohater ma żyjącą matkę Brygidę i ojca Petera. Na 220 - choć wspomian
czasy z młodości - okazuje si, że rodzice od dawan nie żyją a na dodatek
mieli na imię Ruth i Stan.
Dno - redaktorzy, korekto, wydawacy - nie wstyd wciskac wam szmiry?????