ydorius
10.03.03, 11:32
Kustosz
Budzik upiornie rycząc wpadł mu na głowę. W zasadzie to był jego własny
wynalazek, dość prosty nawet, wystarczyło ułożyć odpowiednio książki na półce
nad głową i postawić na nich ten ryczący kombajn. Gdy nadchodził czas
wstawania, rzadko kiedy udawało mu się uniknąć ciosu w głowę.
Więc była szósta. Co drugi dzień była szósta, zaś co drugi dzień była
dziewiętnasta. Oprócz niedziel, w które czasem nie było żadnych godzin, ale
na to musiał sobie zapracować. Dziś była szósta. Zwlókł się z łóżka
rozcierając bolące miejsce (tym razem trafił trochę powyżej skroni. Kiedyś
pomyślał sobie, ze jego własny wynalazek go zabije, ale to jeszcze nie był
powód, by z niego rezygnować). Idealnie przez lata szlifowane ruchy sprawiły,
ze po piętnastu minutach był gotów do wyjścia, zostawiając za sobą poranne
rytuały jak Wczesna Kawa, czy Szybki Prysznic. Wszystko było ustalone,
jedynym elementem niepewnym było to, którą część głowy będzie musiał dzisiaj
rozcierać.
No i to ile czasu się spóźni ten cholerny autobus.
Nie wiedział czemu niektórzy ludzie nie potrafią zrobić różnych rzeczy na
czas. Nie rozumiał, jak mogły im się przytrafiać różne rzeczy, jak zrzucali
winę na przypadek czy los. Nie było przypadków, nie było losu. Były tylko
jednostki, które - jeśli tylko chciały - potrafiły dostosować swoje ruchy do
idealnie działających maszynerii.
Wszedł do pracy punkt siódma.
Na ścianie, gdzie wczoraj wisiał cenny eksponat nie wisiało nic.
Na krzesełku, na którym winien siedzieć kustosz do zmiany (punkt siódma) nie
siedział nikt.
Pod krzesełkiem, z rozbitą głową leżał kustosz, który już nigdy nie będzie
potrzebował zmiennika.
Ze spokojem, nieco tanecznym ruchem, podszedł do ciała i zbadał puls. Nie
było żadnego pulsu. Następnie spróbował sobie przypomnieć, jak wyglądał
eksponat i uczynił to bez trudu - była to indiańska gliniana maska wodza.
Była nad wyraz pięknie wykonana, zakładało się ją na całą głowę i sznurowało
na potylicy. Człowiek w takiej masce, mimo iż glinianej, musiał wyglądać
jak... Jak inny człowiek. Na przykład ...
Zaciągnął ciało na zaplecze i wytarł krew z podłogi. Nie on go zabił, ale on
odpowiadał za wystawę. Zginęła głowa, potem zginęła druga, pilnująca tej
pierwszej. A on nie zamierzał dopuścić, by poleciała trzecia.
Gdy uporał się z robotą, wszystko dokładnie wyczyścił. Martwiło go nieco, że
nowy eksponat trochę krwawi, ale poradził sobie z tym, wpychając kilka
papierowych ręczników.
Kantem dłoni uprzątnął niewidzialny pyłek z krzesła i usiadł.
– Będę teraz tak siedzieć – pomyślał.
Ale tylko do dziewiętnastej.
I niech się spróbuje spóźnić.
Copyright by ydorius 06’III’2003
----------------------------------
What is home without Plumtree's Potted Meat?
Incomplete.