Dodaj do ulubionych

katastrofy

22.06.03, 14:13

Katastrofy

Jak byłem mały to widziałem jedną katastrofę samolotu – wróciłem
wtedy do domu i powiedziałem mamie, że samolot leciał tak nisko, że
wystarczyłoby wynieść stół i ławę, i może jeszcze taboret dla mnie, ale tata
dosięgnąłby i bez taboretu mamo! I powiedziałem, że jak samoloty lecą tak
nisko, to się rozbijają, prawda mamo i wypadają z nich tacy palący się
ludzie, jak czasem w telewizji, albo nikt nie wypada, bo wszystko strasznie
szybko wybucha i słychać tylko ten wybuch, a przedtem wszyscy krzyczą… I ten
też się pewnie rozbił, bo leciał tak nisko i słyszałem jak krzyczy, no
prawie słyszałem, bo strasznie hałasował...
Ale ona nie pobiegła za mną, tak jak chciałem, choć ją ciągnąłem za
rękaw, tylko powiedziała, że dobrze już i że wcale się nie rozbił, tylko tak
nisko leciał. I wróciła do robienia obiadu. I jeszcze powiedziała, że
samoloty są bezpieczne i się nie rozbijają, i jeszcze żebym nie zmyślał.
A zaraz potem tata miał wypadek, jak na filmie. W zasadzie to razem
mieliśmy, ale mi się nic nie stało. Pobiegłem do domu i zamknąłem się w
pokoju, a mój ojciec umierał, bo coś mu się wbiło w bok i nie mógł się
uwolnić, jak potem powiedzieli. Ale ja pobiegłem tylko do siebie i się
zamknąłem w pokoju a mama krzyknęła za mną czy coś się stało. Nic nie
powiedziałem, bo bałem się, że znów mi powie, że zmyślam, jak z tym
samolotem.
Żyłby, gdybym jej o tym powiedział. Zabiłem swojego własnego ojca,
choć tak naprawdę to nie byłem przecież ja, tylko drzewo, albo słup. Albo
pies, który wybiegł pod koła i ojciec się przestraszył. Chyba się
przestraszył, bo nigdy nie widziałem go przerażonego i nawet wtedy nie
krzyknął, a zaraz potem drzwi wbiły mu się w bok, a ja uciekłem do domu i
nic nie powiedziałem mamie.
A potem już wszystko było inaczej. Mama musiała odejść i ciocia mi
powiedziała, że to przeze mnie. Mogłem przecież powiedzieć i nie zasłużyłem
na to, żeby żyć. I jeszcze, że gdyby to mi się wbiły drzwi w bok, to ojciec
by mnie uratował, czy myślisz, że pobiegłby do domu i nikomu nic nie
powiedział, ty durniu? A ja płakałem i mówiłem, że to przez te samoloty,
które spadają i ludzie w nich giną i dlaczego nikt mi nie chce wierzyć? I
płakałem a ciotka patrzyła na mnie i mówiła płacz ty durniu, płacz, na twoim
miejscu też bym płakała...

– Powiedz mi – nachyliła się do mnie z miłym wyrazem twarzy, którego
nie znosiłem jak nie wiem czego, chleba ze smalcem co najmniej – powiedz mi,
czy to twoje?
Cicho.
– To twoje, prawda – uśmiech, uśmiech, uśmiech. Niedobrze mi.
– Myślisz, że mógłbyś to nazwać pamiętnikiem?
Cicho.
– Pozwól, że coś ci przeczytam – uśmiech oddalił się trochę.
Oddech.
"Dziś mama miała wypadek. Nie byłem winny, w ogóle. Wracaliśmy sobie
po pasach na jezdni, ze sklepu. Nie widziałem samochodu, mama też nie. A
potem już stałem na środku jezdni, w rybkach w puszce i grejpfrutach, a mama
była obok wszędzie." – czyta z tym samym nieznośnym uśmiechem.
Cicho.
– Albo tak – kontynuuje. Ma okropne zęby. W ogóle jest straszna.
"Dziś bawiłem się na placu zabaw. Zobaczyłem dwóch chłopców, jeden z
nich miał grabki do piasku, wcale nie był duży, ten drugi też nie i myślę,
że byli młodsi ode mnie. I nagle ten z grabkami, w niebieskich spodenkach
podszedł do tego drugiego. Wbił mu te grabki, zielone, w oko"
– Powiedz mi, czy to jest pamiętnik? Co to jest?
Cicho.
– Słyszysz mnie w ogóle, czy...
Idzie ulicą i podbiega jakiś chłopak od tyłu za nią, podbiega. A ona
idzie z tym uśmiechem na twarzy i zębami. A on ją przewraca i biegnie dalej
i ma jej torebkę, brązową, a ona upada w takim zwolnionym tempie, jak na
filmie i widzę jak trafia głową w studzienkę. A potem wszystko się zmienia,
czarno.
– Odpowiesz mi? – pyta z uśmiechem, wybitymi zębami i dziurą w
głowie. Pyta ostatni raz, osuwając się za biurko, spadając pod nie,
drewniane.
– Więc do zobaczenia, chłopcze. Czeka nas dużo pracy.
Cicho. Czerwono i cicho.
Mama prześwitująca przez odejście i tata z dziurą w boku zabierają
mnie do domu. Po drodze mijamy dwa spadające samoloty, jednego człowieka z
dziurą po kuli w głowie. Dwa rozjechane psy, nad jednym znęcają się trzej
chłopcy. Jakaś starsza pani potyka się przed przejściem i wpada pod
samochód, ale tego już nie widzę, bo jedziemy za szybko. Ale nic nie mówię.
To wszystko prawda, ale nikt mi nigdy nie wierzy.

Copyright by ydorius 20’06’2003

----------------------------------
What is home without Plumtree's Potted Meat?
Incomplete.
Obserwuj wątek
    • aric Re: katastrofy 09.07.03, 11:28
      Szukałem twoich krótkich form Ydoriusie i trafiłem na tą.
      I musze cie zapytać o co chodzi, bo nie rozumiem.
      Czy to co napisaleś, ma jakies odniesienie do twoich przeżyc, czy miałeś taki
      po prostu sobie pomysł?
      • ydorius Re: katastrofy 09.07.03, 11:56

        Mógłbym rozebrać to opowiadanko na kawałki odłuskując to, co było w
        nim "prawdziwe" od tego, co było zmyślone... Generalnie w większości nie
        zdarzyło się to naprawdę - a przynajmniej nie mi. Tak jest zresztą z
        większością moich "krótkich form".

        m,
        .y.

        ----------------------------------
        What is home without Plumtree's Potted Meat?
        Incomplete.
        • aric Re: katastrofy 09.07.03, 12:09
          Tak myslałem, pomysł fajny, ale powiem ci, że jakby mam iedosyt.:)
          Przypomniało mi się cos co kiedys napisałem.:)

          Śniadanie z niespodzianką.:)

          Nigdy nie wiesz, kiedy spotka cie przykrosc, a kiedy doznasz nieokielznanej
          euforii. A tym samym nie wiesz, co spotka cię, podnosząc sie rano z lozka,
          gdy dzwonek do drzwi nie pozwala ci spac. Ja tez nie moglem przewidziec tego co
          zdarzylo mi sie w sobote ok 6.30.Smak, który czulem w ustach nie dal sie z
          niczym porównac, ciezko go bylo opisac, ja nawet nie wiedzialem jak sobie
          wyobrazic to cos co tak smakowalo. Przy trzecim kesie nieznanego mi smakolyku
          zadzwonil dzwonek, rozejrzalem sie dokola, gdzie ja jestem. Aaaa, w szkole, a
          dzwonek alarmowal, ze czas na lekcje, tylko dlaczego ciagle dzwonil? Dzwonil i
          dzwonil, az otworzylem oczy. Moja ukochana wymamrotala w letargu cos tam na
          kurwa mac, kto to moze byc, a ja oczywiscie, z posmakiem w ustach ruszylem w
          kierunku drzwi, bo stamtad dochodzil dzwiek. Potykajac sie o co popadnie, a
          glownie o lazace wokól mnie dwa koty, po kilkunastu sekundach dotarlem do
          drzwi. Jedno spojrzenie w judasza i co widze? Za drzwaimi stoi listonosz.
          Otworzylem wiec.
          - Co sie stalo? Przeciez dopiero 6.30?
          - Przeprawszam, ale takie mialem instrukcje. Podpisze pan?
          - Instrukcje? - Zdziwilem sie. - A od kiedy listonosze dzialaja wedlóg jakichs
          istrukcji?
          - No tak, ale to bylo spacjalne, osobiste zlecenie, i dostalem za nie troche
          pieniazków. Wie pan, jak to jest. Ooo, tu prosze podpisac... Dziekuje, oto
          paczka.
          Wreczyl mi paczke, rzucil krótkie milego dnia i poczlapal schodami w dól.
          Zamknalem drzwi i zwarzylem w rekach paczke. Jakies 2 kg. Nadawca? Nie podany.
          Moze bomba, albo waglik? Usmiechnalem sie, kto by chcial usmiercic zwyklego
          nikogo. Lekko potrzasnalem, nic nie gruchocze, posluchalem czy cos nie tyka,
          nie zaszkodzi, nie tyka. No cóz, najpierw kawa i cos przegrysc. Wczesniej
          zacznę dzien. Nagle z pokoju wytoczyla sie moja zona.
          - Co to kurde za idiota o szóstej nas nachodzi? - Zapytala artykulujac jak
          delfin, ale znalem ten jezyk, mialem z nim do czynienia na codzien.
          - Listonosz, paczke przyniósl.
          - Aaa, zrób mi kawe, zobaczymy co w tej paczce takiego waznego jest.
          Wstawilem wode, odczekalem spogladajac na paczke ukratiem, zaparzylem kawe.
          Dobra, czas na gwózdz poranka, pomyslalem kasajac jedną z przygotowanych w
          międzyczasie kanapek z zóltym serem.
          Wzialem talez z trzema kanapkami w jedna reke, paczke w druga, zona wziela
          kawe. Usiedlismy sobie wygodnie na kanapie i wlaczylismy telewizor. A nich
          sobie bzyczy, bedzie razniej.
          - Co to moze byc?
          Powoli odwinalem niespodzianke z szarego papieru. Ukazalo mi sie biale pudelko,
          jak po butach. Otworzylem z lekkim niepokojem.
          - O zesz kurwa mac. - Zaflugalem bez skrupulów. To co bylo w pudelku zaskoczylo
          nas stasznie. Nigdy nie spodziwalibysmy sie dostac to co dostalismy. Ktos
          naprawde nam zrobil wielka niespodzianke.
          • ydorius Re: katastrofy 09.07.03, 12:36

            niedosyt jest immanentnie wbudowany w istotę "krótkich form" :-))

            Zmieniłbym trochę język i zakończenie. Bo puenta super, tylko bez wyrazu.
            Rozumiesz, nie mam tam emocji, a przynajmniej nie są one tak wyraźne, jak być
            powinny :-))

            A poza tym to jest dobre właśnie jako część czegoś większego. Niekoniecznie
            zamkniętego i wyjaśnionego do końca, ale właśnie większego.

            m,
            .y.

            ----------------------------------
            What is home without Plumtree's Potted Meat?
            Incomplete.
            • aric Re: katastrofy 09.07.03, 12:47
              Racja, nie przyłozyłem sie do tego, ale pisałem to na z góry narzucony tytuł
              i "na kolanie".:)
              Zresztą wszystko raczej piszę na kolanie.:)
              Masz gdzieś zplikowane swoje krótkie formy??
              • ydorius Re: katastrofy 09.07.03, 12:59

                Hm.
                Mam porozrzucane po różnych miejscach. Ale te, które chcę publikować publikuję
                na tym (lub innych) forum. Także wszystko co chcę, by ujrzało światło dzienne
                znajdziesz tutaj :-)))

                m,
                .y.

                ----------------------------------
                What is home without Plumtree's Potted Meat?
                Incomplete.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka