Dodaj do ulubionych

"Uślubieni" a Bruno Schulz

IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 13.12.08, 17:56
Przeczytałem ten fantastyczny zbiorek i poważnie się zastanawiam -
czy we współczesnej literaturze forma ma jeszcze znaczenie, czy już
nie. Co mam na myśli: w "Uślubionych" (tak jak i "Sąsiadach") forma
jest piekielnnie ważna, oryginalna. Autor napisał bardziej "COŚ"
niż "O CZYMŚ" albo przynajmniej te dwie kwestie są równie ważne.
Obecnie więszość pisarzy tylko "o czymś", czyli dostarcza
czytelnikom opisów, które mają wywołać efekt emocjonalny: " i
pocałował ją" itp. Czyli co? - Bruno Schulz nie miałby dziś żadnych
szans, żeby się przebić, bo jego fantastyczny język jest już za
trudny, bo nie ma tam mowy o miłości ani zabijaniu? Jak to jest?
Może dlatego "Uślubieni" to taka perełka?
Obserwuj wątek
    • weekend_w_fontainebleau Re: "Uślubieni" a Bruno Schulz 13.12.08, 18:49
      Hm. Nie czytałem jeszcze Markowskiego - czeka w kolejce - ale
      problem jest ciekawy.

      Po pierwsze - niektórym młodym pisarzom zarzuca się niekiedy,
      przynajmniej "w pewnych kręgach", własnie bezpłodne i jałowe -
      rzekomo - zafiksowanie na formie, vide Masłowska czy Witkowski. A
      wielu ludzi kocha ich właśnie za tzw. mistrzostwo władania
      polszczyzną, a nie jako dostarczycieli prostych wzruszeń albo
      przenikliwych socjologicznych diagnoz. Więc sytuacja jest pewnie
      bardziej złożona i zagmatwana. W ogóle przecież postmodernizm
      cechuje się podwyższoną świadomością formy, no nie?

      Wydaje mi się, że takie zarzuty – o prymat formy - najczęściej
      formułują ludzie, którzy mają dosc zinstrumentalizowany stosunek do
      literatury, np. że będzie "społecznie zaangażowana" i posłuży jako
      substytut publicystyki, nie wiem.

      Natomiast nie jest chyba tak, że wyrafinowana forma wyklucza efekt
      emocjonalny - a proust? można w ten sposób genialnie pisac o
      miłości. Z drugiej strony – np. Houllebecq pisze językiem prawie
      całkowicie przezroczystym, aż „nieliterackim” (czytałem dwie
      pierwsze jego powieści, ale wiem, że pod tym względem kolejne dwie
      się od nich nie różnią), i kiedy go o to zahaczono w jakims
      wywiadzie, stwierdził, że to świadomy zabieg mający odziwerciedlac
      właśnie chłod emocjonalny i atrofię więzi we współczesnym świecie…
      Brzmi może trochę za łatwo, ale coś w tym jest.

      Oczywiście, można tutaj przytoczyc dyżurny komunał
      o "arystotelesowskim złotym środku" i że najlepiej wypośrodkowac ple
      ple ple, ale ja sam też lubię czasem podelektowac się samą formą.
      Borges napisał (chyba cytował kogoś, nie pamiętam), że może każda
      sztuka dąży do tego, by stac się muzyką, czyli czysta formą, w
      każdym razie forma sama coś nam komunikuje, dostarcza przeżycia
      estetycznego, tyle że trudno wtedy zareklamowac, "o czym to jest"

      • prazanka44 Re: "Uślubieni" a Bruno Schulz 13.12.08, 23:47
        Wydaje się oczywiste, że tacy pisarze, jak Proust czy Schulz przebiliby się i
        dzisiaj, że czytelnikowi wrażliwemu na piękno wystarczyłoby kilka zdań, by się
        nimi zachwycić. Ale przecież dzisiaj
        oni nie pisaliby tak jak wtedy, gdy żyli. Jednak tacy mocarze pióra
        musieliby się wybić. Tylko nie można sobie wyobrazić, jak oni by dziś pisali.
        Przecież nie byliby własnymi epigonami.
        • Gość: Gość Re: "Uślubieni" a Bruno Schulz IP: 83.238.99.* 15.12.08, 09:41
          Widzie, ja tu dostrzegam pewien problem. Wspomniałeś Duchu - i
          bardzo słusznie - o instrumentalnym stosunku do literatury. Mój
          przyjaciel, czytelnik czytadeł, ale i człowiek świadomy tego, co
          czyni, powiada, że literatura (do której zresztą się nigdy nie
          dobierał) przestaje istnieć, a na polu bitwy pozostaje pisarstwo,
          czyli "produkcja książek". A dzieje się tak dlatego, że czytelnik
          traktuje książkę jako towar jednorazowego użytku - chce przeczytać w
          pociągu i to tyle. Ja, jako ktoś obdarzony odrobinkę innym gustem,
          nie czytam książek wytwarzanych "od sztancy", a mam wrażenie, że
          takich właśnie na rynku jest 90%. Od kryminałek, po harlekiny z
          naszymi paniami G., S. i tak dalej. Ksiązki dla okreslonego targetu,
          np. dla "kucht domowych" (przepraszam wszystkie panie, ale nie tak
          dawno takim terminem posłuzył się jeden znany mi - naprawdę DUŻY -
          wydawca. A forma... znika. Znika, bo "kuchcie domowej"
          przeszkadzałaby odbierać treść. I to mnie przeraża, bo chodzę po
          księgarniach zazwyczaj jak po pustyni... kurcze... nie chcę czytać o
          cierpieniach "kuchty domowej", nie chcę czytać o stu innych
          rzeczach - chcę smakować i treść i formę. A tu... pustynia.
          Oczywiście i forma ma granice. "Paw królowej" był takim dość
          specyficznym eksperymentem, związanym z pewnym okreslonym rodzajem
          muzyki... no nie... "Ulisses" to to nie jest mimo wszystko. To już
          wolę "Uslubionych" właśnie, bo forma współgra z treścią, całkiem
          uniwersalną - nie trzeba trawić rapu, żeby to czytać. Ale mało
          takich rzeczy i z każdym rokiem mniej. I mówiąc szczerze - nie
          wierze by ktokolwiek wydał dziś Schulza, chyba, że tak jak tego
          Markowskiego, jakieś wydawnictwo nikomu nie znane, z marketingiem
          literalnie żadnym... ot - tyle że wydało i nic więcej. Dlaczego? Bo
          nie jest Schulz panią G, ani panią S - "kuchta domowa" tego nie
          kupi, a przekonywać, takiego klienta, że nie samą treścią człowiek
          żyje... kto by w to inwestował....

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka