polskiedrogi
13.03.09, 10:03
- Mamo, chcę chiiiiiipsy! - marudził synek.
- Nie mam pieniędzy - warknęłam cicho, starając się, by klienci z kolejki mnie nie usłyszeli.
- Ale ja chcę! Chcę..! - malec zaczął złościć się na całego.
Ponieważ ludzie zaczęli się na nas oglądać, zaczerwieniłam się i wymierzyłam synkowi klapsa. Liczyłam na to, że teraz się zamknie, tymczasem on upadł na brudną podłogę i skręcał się w ataku histerii.
- Co za matka! - odezwała się jakaś emerytka. - Żałuje dziecku chipsów!
- Niech pani zobaczy, co ona ma w koszyku! - wtrąciła inna kobieta. - Malutki kawałeczek mortadeli, pół chleba, dwa jabłka... i nic dla dziecka! Jak tak można.
- Takie zakupy!.. A niech pani zobaczy, czy nie wydaje się pani, że ona jest w ciąży? Chuda jak patyk, ale brzuszek odstaje! O, ja mam dobre oko do takich szczegółów.
Pojęłam, że trzeba ewakuować się z tego sklepu. Ludzie, gdy już komuś dobiorą się do skóry, nie ustąpią. Będą kąsać, gryźć, wyśmiewać, dogadywać, poniżać.
- Hola, a pani dokąd? - krzyknęła do mnie kasjerka.
- Rezygnuję z zakupów, bo dziecko mi się mazgai - wyjaśniłam.
- Ma pani towar w koszyku? To proszę zapłacić. Proszę, policzę pani bez kolejki. Chipsy też?
- Chipsy nie.
- Osiem dwadzieścia.
Otworzyłam mój zniszczony portfel. Ponieważ Bartuś pociągnął mnie za rękę, drobniaki posypały się na podłogę. Schyliłam się, by je pozbierać.
Były to drobne monety po 20, 50 groszy... Wygrzebane resztki, powyciągane zza szafy, ze skarbonek dzieci, z kieszeni starych spodni. Moje ostatnie pieniądze...
Wychodząc ze sklepu, dygotałam. Jeszcze nie nauczyłam się, jak znosić upokorzenia z powodu mojej biedy. Towary niosłam w ręku, bo kasjerka nie dała mi reklamówki. To nic, wrzucę je do wózka i pojedziemy do parku. Trzeba trochę ochłonąć, popatrzyć na zieleń, na kaczki, w spokojnym otoczeniu doczekać do trzynastej; o trzynastej odbiorę ze szkoły bliźniaczki i wrócimy razem do domu.
Bartuś znienacka się uspokoił. Wlókł się teraz uczepiony mojego płaszcza. Jeszcze wielu rzeczy musi nauczyć się ten mój synek. Nie tylko chipsy będą poza jego zasięgiem, ale także kanapki z szynką, serki Danio, płatki czekoladowe... A także ulubione cukierki witaminowe, kartki z bloku, plastelina i tysiąc innych drobiazgów, które niedostępne są dla dzieci biednych matek. Mam nadzieję, że przynajmniej matczynej miłości mu nie zabraknie, że - klepiąc biedę - nie stanę się złośliwa, wredna, nieczuła.
Rano mój mąż ostatecznie przyznał, że nie będzie już szukał pracy. Jest miłośnikiem książek i skoro nie może pracować jako sprzedawca (przed miesiącem zwolnili go z księgarni), nie będzie pracował w ogóle. Nie dla niego harowanie na budowie, nie dla niego wystawanie przed Pośredniakiem wśród prymitywnych ludzi; wreszcie - nie pojedzie do matki prosić o zapomogę.
Powiedziałam mu wtedy, że znowu jestem w ciąży. Tak naprawdę ciąża od dawna była widoczna, jednak mąż o nic nie pytał, nie zauważał.
Ziewnął tylko.
- Rób co chcesz - mruknął.
- Może więc... Gdybyś przynajmniej zarejestrował się w Urzędzie Pracy i dostarczył takie zaświadczenie o braku dochodów, mogłabym starać się o jakąś pomoc.
- A ty tylko w kółko o pieniądzach! - zirytował się mąż i rzucił we mnie tomem Prousta. - Co za prostaczka się z ciebie zrobiła! Tylko pieniądze ci w głowie, tylko mamona. Kiedyś taka nie byłaś. Kiedyś czytałem ci wiersze, kiedyś prowadziłaś ze mną długie dyskusje o pisarzach, byłaś inteligentna, oczytana, zadbana, a teraz...
- A teraz moje dzieci chcą jeść - wtrąciłam. Chwyciłam Bartusia za rękę; ubieraliśmy się szybko, byle tylko wyjść z tego okropnego, zawalonego książkami domu.
- Mamo, a gdzie wózek? - spytał nagle synek.
Nie było wózka w miejscu, w którym go zostawiłam. Nie sądziłam wcześniej, że złodziej połakomiłby się na taki rupieć. Bartuś już nawet nie potrzebował wózka, miał trzy latka, ale urodzę przecież następne dziecko.
- Tam!!!
Malec podskakiwał, pokazując paluszkiem w stronę parku. Spostrzegłam mężczyznę z płaszczu pchającego przed sobą nasz wózek, mężczyzna biegł szybko, oglądając się od czasu do czasu.
- Za nim! - upchnęłam zakupy w kieszeniach i pobiegliśmy za złodziejem; Bartuś śmiał się głośno, uważając pościg za świetną zabawę, ja jednak szybko się zadyszałam. Musiałam podtrzymywać dłońmi brzuch, a wkrótce zatrzymałam się, bo bolesny skurcz uświadomił mi, że biegi już nie dla mnie.
Opadłam na ławeczkę. Wokół mojego brzucha zaciskała się jakby obręcz. Oczywiście wiedziałam, co to znaczy.
Do diabła z wózkiem, obym tylko nie urodziła w szóstym miesiącu!
Nagle... Nagle Bartuś zostawił mnie i pobiegł za złodziejem. Ten odwrócił się i robił w stronę dziecka obraźliwe gesty. Rozpoznałam go teraz - był to człowiek, o którym mówiono, że jest pedofilem i na dodatek ma wariackie papiery. Wszystkie matki bardzo się go bały.
A mój synek biegł w jego stronę.