Gość: adas
IP: *.c196.msk.pl
12.04.09, 23:39
Żadna nowość, ale dłuuugo zabierałem się do tej książki, choć jej autora
uważam za jednego z najciekawszych (naprawdę) współczesnych pisarzy. Ma dwa
atuty: jego powieści dzieją się "w czasie rzeczywistym" zwłaszcza jeśli chodzi
o popkulturę, a mimo czerpania z "podrzędnych" gatunków rozrywki to nadal
pełnoprawna literatura. Po drugie i ważniejsze, Mitchell jak mało kto potrafi
opowiadać.
Jednak "Atlas chmur" trochę dał mi w kość. To najambitniejsza rzecz Anglika,
najsprawniej napisana, ale dla mnie przede wszystkim - świadectwo wyczerpania
formuły (jest jeszcze kwestia podobieństwa do "Ulvertonu" Adama Thorpe'a).
O "Konstelacjach" czytałem różne opinie (dzięki, Brain!) i jakoś z dnia na
dzień, z miesiąca na miesiąc, spadały niżej w rankingu książek do
przeczytania. Aż się w końcu zmusiłem. I... chyba nie żałuję. Ma wszystkie
atuty prozy Mitchella: jest zabawna, niby niepoważna, ale coś tam niesie,
przekazuje. I diablo sprawnie napisana.
Problem w tym, że tak naprawdę nie wnosi nic nowego. Zmiany niby są, ale dla
kogoś, kogo zachwycił "Sen numer 9", szybko oczywistym się staje, że są one
pozorne, symulowane. Subtelniej potraktowana rzeczywistość? Bo Mitchell
zmienia temat, trochę styl, ciężar zainteresowania przenosi ze "scenariuszy"
na "ludzi"? Nie... Książka ma identyczną konstrukcję jak jej poprzedniczki. To
bardziej zbiór autonomicznych opowiadań (tytułowe konstelacje?), niż powieść.
Inne podobieństwa są głębiej ukryte, ale można je dostrzec.
Głupia sprawa, bo zniechęciła mnie w sumie bardzo dobra książka. Po tym jednak
pisarzu obiecuję sobie jednak bardzo dużo, wielkie, wielkie rzeczy, a pod
pewnymi względami pozostaje on - niestety - ciągle na etapie debiutu.