kosc_ksiezyca
05.05.11, 02:12
Poczytuję od jakiegoś czasu. Im więcej czytam, tym bardziej jestem przerażona.
Mam dwadzieścia kilka lat. Lubię seks. Może nie jak koń owies, ale mogłabym z satysfakcją kochać się co dziennie (plus minus, wiadomo). Jestem w miarę otwarta, chętna, radosna, akceptuję swoje ciało (oczywiście mam kompleksy, ale nie zaganiają mnie one jakoś mocno pod kołdrę). Cenię sobie seks z partnerem, którego kocham, któremu ufam i który mi się szalenie podoba.
Ale czytając Wasze wpisy wpadam w panikę. Autentyczną, mocną panikę. Bo z tych wątków wynika, że NIE MA skutecznego sposobu na 'rozpoznanie' na zapobieżenie... Że zawsze kurwa coś, albo prawie zawsze.
Zatem zaczynam się bać. Że teraz jest dobrze, ale później, to nie wiadomo. Że się opatrzę, znudzę, że jak zamieszkamy razem, to się ta sama baba na okrągło przeje. Od dwóch dni jakoś nie było okazji na seks (niewyspanie, mało czasu) a ja już się zastanawiam, czy zaraz nie zacznę się 'dopraszać'. Kiedyś już byłam w takim związku - pan po kilku miesiącach stwierdził, że miał 'za dużo' i mu się 'znudziłam'. A ja nie mam oporów z inicjowaniem, proponowaniem i wymyślaniem. To powinnam zacząć mieć opory, co by się pan nagabywany nie czuł?
Uff. Poradźcie. Lubię seks. Chcę go mieć. W związku, z osobą, którą kocham. Zdrowo i satysfakcjonująco.