mikrosk
27.06.04, 01:36
Fajnie, że jesteście (chociaż to przykre dla nas wszystkich, że na takim
forum, a nie np. "Mój mąż (żona) chce całe noce" HA HA!!!). Ponieważ mam ten
sam problem przeczytałam wszyściutko co tu zostało napisane (chylę czoła za
poziom dyskusji) i po prostu muszę z kimś o tym pogadać, a nie bardzo jest z
kim (nawet najlepsi przyjaciele odpadają bo od nich słyszę teksty "ciągle się
kłócimy, on mnie nie rozumie itp. no ale w łóżku jest OK). U mnie jest bardzo
nie Ok w łóżku, natomiast w życiu codziennym całkiem dobrze (do niedawna).
Żebyscie mnie dobrze zrozumieli to muszę wyjaśnić, że dla mnie sex to znaczy
nie tylko łóżko, ale poprzez łóżko buduje się bliskość, czułość(taką zwykłą
codzienną), okazywanie zainteresowania i całe mnóstwo drobiazgów
skaładajacych się na niepowtarzalną atmosferę miłosci i intymności)- (to
wyjaśnienie dla tych, którzy mogą pomyśleć, że tylko o jedno mi chodzi). A
teraz do rzeczy. Mój mąż ostatnio ma ochotę (właściwie to nie wiem czy ma czy
tylko moje płacze i awantury powodują, że kończymy w łóżku)raz na miesiąc ,
dwa a nawet żadziej, praktycznie zawsze z mojej inicjatywy. Jesteśmy 13 lat
po ślubie i jak sobie dobrze przypominam to demonem seksu nie był nigdy (gdy
zamieszkalismy razem przed ślubem to pojawił się po raz pierwszy problem z
częstotliwościa, ale cóż byłam ślepo szaleńczo zakochana i sądziłam, że
wszystko jest do pokanania). Póżniej nie było źle (choć dla mnie wciąż troche
za mało jak na młode małżeństwo) ale jestem kobietą z inicjatywą i starałam
się jak mogłam, żeby pobudzić, rozpalić itp.Przy czym muszę oddać honor, jak
już było to z fajerwerkami i rewelacyjnie. Potem niestety częstotliwość
spadała na pysk, a od ok5 lat jest coraz bliżej dna. Zrobiłam chyba wszystko
co mogłam, były szczere rozmowy wyjaśnianie, co dla mnie znaczy bliskość
budowana w nocy i jak sie przekłada na to co w dzień, jak poczucie odrzucenia
wpływa na moją psychikę, były uwodzenia, świece, ostrzejsze filmiki, próby
odgadniecia lub wyciągnięcia z niego jakiejś fantazji, którą chętnie spełnię,
rozmowy z cyklu a może coś ci jest może chory, zbadaj cukier(cukrzyca źle
wpływa na potencję), było skupienie się wyłącznie na nim (postanowiłam
wyłącznie jemu robić "dobrze" przez kilka miesięcy i na różne sposoby, bo
może znudzony, że musi zaspokajać także mnie, było chyba wszystko co
kochająca i otwarta na wiele kobieta może zrobić, wreszcie była propozycja
rozwodu. Mój mąz nie widzi problemu, moje żale i pretensje (bo tak to się
wreszcie kończyło) były dla niego pretekstem do kierowania dyskusji w inną
stronę, wyciągania jakichś innych spraw i w efekcie wychodziło na to, że się
czepiam, nie wiadomo o co, była wielka awantura i tak naprawdę to wszystko
moja wina bo o coś się przypiep...a on mnie bardzo kocha i nie rozumie
dlaczego ja jestem taka świnia. Do pewnego momentu byliśmy wręcz
rewelacyjnym małżeństwem ale to jedno małe coś zaczęło być coraz trudniejsze
i przekładać się na resztę spraw. Nie bedę wam pisała o coraz większej
frustracji, depresjach, spadku poczucia własnej wartości nocach przeleżanych
obok kogoś zupełnie obojętnego("Ja cię kocham a ty śpisz" to dla mnie tytuł
innego filmu) itp. bo wiem, że wszystko to też znacie. Narastała we mnie
nienawiść do siebie za tę żebraninę o uczucia nienawiść do niego za to, że
wciąż go kocham a czuję sie odrzucona, spirala się nakręcała. Ostatnio
powiedziałam, że dłużej nie wytrzymam i chcę sie rozwieść nie po raz pierwszy
zresztą, ale po raz pierwszy tak stanowczo) i znowu usłyszałam , że nie
wiadomo o co mi chodzi, jestem wyrachowana (to akurat nie bardzo rozumiem-
zawsze zarabiałam więcej, utrzymam się sama więc nie ma mowy o jakimś
finansowym wykorzystywaniu), płacze i mówi,że on mnie kocha i nie odejdzie.
Właściwie często myślę o zwykłej, banalnej zdradzie, ale nie wiem czy
potrafię żyć w ten sposób.Problem polega na tym, że jeszcze ciągle go kocham,
jest wspaniałym ojcem, dziecko go uwielbia i nie chcę małemu zawalać świata.
I tak od kilku dni trwamy w stanie zawieszenia, ja nie śpię i mam ochotę
zabić siebie albo jego za to, że on śpi. Jest jeszcze cała masa innych
przemyśleń, ale już i tak pewnie nikt nie dotrwał do kańca, a jeśli ktoś
jednak dotrwał, to ciekawe czy jest w stanie jakoś ten węzeł rozplątać? Wiem,
że jeśli zdecyduję się jeszcze spróbowac to pozostaje ostatnia szansa- wizyta
u seksuologa. Mam do was pytanie- czy ktoś korzystał z takiej pomocy, w jaki
sposób to się mniej więcej odbywa i czy jest jakaś szansa, że taki ktoś
naprawdę może coś rozwiązać? Dla dociekliwych podpowiadam - m. jest chyba
zainteresowany sexem -czasami ogląda stronki x, -99% pewności, że nikogo nie
miał i nie ma, poród nie wpłynął negatywnie na moją fizjologię (pięknie
zrobiona cesarka), dziecka chcieliśmy oboje, ostatnim pasztetem i zaniedbaną
kurą domową nie jestem. Pozdrawiam Was serdecznie. Fajnie, że jesteście.(Za
ew. błędy i literówki przepraszam )