u mnie

21.12.12, 13:10
Cześć, chcę napisać o moim problemie głównie po to, żeby sobie ulżyć, wyrzucić to z siebie. Zanim coś zrobię. Jest to forum, na którym moim zdaniem panuje jakiś przyzwoity poziom dyskusji. Piszą tu osoby, które mają różne doświadczenia, kobiety, mężczyźni. Jeśli więc ktoś z Was zechciałby coś napisać, podzielić się jakąś myślą, to będę zobowiązany.

Jestem od 9 lat z moją dziewczyną. 9 lat to dla mnie prawie 1/3 mojego życia. To właściwie całe moje życie. Nasze życie. To dla mnie bardzo długo. Nasz związek przechodził różne perypetie, ale z uwagi na nasze charaktery nigdy nie było prawdziwej awantury, gniewu, agresji, "przerwy w stażu". Trochę zmieniliśmy się przez te lata. Trochę dzięki sobie, trochę wbrew sobie. Ale na pewno dojrzeliśmy a ja stałem się bardziej pewny siebie, samodzielny i mocny. Ja od dłuższego czasu czułem i czuję teraz mocniej w sobie pewien fałsz względem mojej dziewczyny. Ten fałsz polega najprościej rzecz ujmując na tym, że nie kocham jej tak jak powinno się kochać kogoś z kim chce się spędzić resztę życia. Nie czuję przy niej takiej pełni szczęścia, jaką chciałbym czuć będąc z kimś kogo wybrałem na całe życie. Myślę, że to jest tak naprawdę przyczyna dla której do tej pory nie wzięliśmy ślubu. Są także jakieś inne "powody" jego braku, ale przecież jeśli się tego chce i jest się przekonanym, to się to po prostu robi nie zważając na okoliczności.

Jesteśmy rówieśnikami. Mieszkamy razem prawie od czterech lat. Wiem, że ona mnie kocha. Być może tak mocno jak nikt inny mnie nie pokocha. Mam do niej całkowite zaufanie. Jest ode mnie w dużym stopniu zależna. Mieszkanie jest moje, ona ma pewien dochód, ale to nie praca tylko "dorabianie". Wygodne, opłacalne, uczciwe ale nie normalna praca, która nie pozwoli się jej samodzielnie utrzymać. Jest na studiach, które potrwają jeszcze 2,5 roku. Po nich będzie miała perspektywę na pracę lepszą niż moja.

Nasze życie jest "dobre". Nie kłócimy się, jesteśmy dla siebie mili, pomagamy sobie, mamy dobry (choć teraz rzadszy) sex, ale to moim zdaniem zmierza donikąd. Jakiś czas temu poznałem także inną dziewczynę. Spotkaliśmy się dwa razy i niemal codziennie piszemy do siebie od kilku miesięcy. Czujemy ze sobą niesamowitą bliskość, pociąg i to coś, czego nie sposób nazwać, co jest bardzo ważne w związku a czego nie miałem do tej pory.

Rozstania są czymś trudnym. Szczególnie dla osoby, którą się odtrąca. Ale rozstanie to jednak coś normalnego, co się zdarza. Ja mam niesamowity problem z tym rozstaniem. Po pierwsze, dlatego że zabrałem jej najlepsze lata, tkwiłem przy niej właściwie bez sensu, robiłem wielką nadzieję a im większa i im dłużej trwająca nadzieja tym większy ból po jej niespełnieniu. Dopóki nie mieszkaliśmy razem łatwo było mówić o wspólnej przyszłości, o wspólnym życiu i wszystkim. Od kiedy zamieszkaliśmy razem zacząłem unikać tego tematu. Kobieta w pewnym momencie potrzebuje stabilizacji i pewności co do wizji przyszłości i związku. Ona ten temat bardzo delikatnie i z taktem sygnalizowała wiele razy, ale ja spychałem to na bok. Podświadomie czując, że to nie jest to a bojąc się powiedzieć jej prawdę w oczy. Od kiedy jest "ta druga", sprawy przybrały inny obrót. Pojawił się taki katalizator, zapalnik, z którym rozsadzenie tego układu stało się namacalne i osiągalne. Czuję, że oszukałem moją dziewczynę, mamiłem ją, zwodziłem, dawałem nadzieję na coś czego do końca nie chciałem. Myślę jednak, że jej ze mną było i jest na tyle dobrze, że trwa przy mnie mimo obaw jakie z pewnością ma. Nie piszę tego naprawdę po to, żeby pokazać sobie, że jestem dla niej dobry, ale sądzę, że daję jej wiele. Daje jej rzeczy, których ona sama teraz na pewno nie byłaby w stanie samodzielnie osiągnąć. Nigdy w życiu jej tego nawet najdrobniejszym gestem i słowem nie wypomniałem, bo nie jest to dla mnie problem, że ją de facto utrzymuję, umożliwiam jej rozwój (naukę), kieruję w jej stronę moje emocje, choć są one skażone brakiem takiej miłości jaką chciałbym ofiarować takiemu komuś, z kim na sto procent chciałbym spędzić wszystkie moje przyszłe dni, to jednak są to emocje, na które ona reaguje pozytywnie.

Po drugie, jakikolwiek będzie przebieg tej naszej ostatniej rozmowy, w jakiekolwiek słowa tego nie ubiorę, to wiem, że w gruncie rzeczy będzie to dla niej komunikat "spakuj się i odejdź". To będzie druga, oprócz tej emocjonalnej, wielka krzywda jaką jej wyrządzę decydując się na rozstanie. Nie wiem, jak ona sobie z tym poradzi. Czasem myślę, że mój obraz jej osoby w mojej głowie jest trochę przesadzony, że przecież ona da sobie radę beze mnie, ale może tylko tak myślę, żeby ułatwić sobie rozstanie. Ja nie wiem, co ona zrobi beze mnie. Pewnie wróci do domu rodziców z poczuciem olbrzymiej straty i ogromnej klęski. To złe dla związku, że nie byłem nigdy o nią naprawdę zazdrosny, że nie wydawała mi się na tyle atrakcyjna, abym musiał się obawiać jej utraty. Czuję się z tym obrzydliwie teraz.

Czasem też myślę, że "jest jak jest", przecież nie jest "źle". Po co to niszczyć? My jesteśmy tacy, że nigdy nie skoczymy sobie do gardeł. Ja stłamszę w sobie moje niezaspokojone potrzeby i będę się jej trzymał. Będziemy mieli dziecko, będziemy mieli pieniądze, będziemy mieli siebie i naszą powierzchownie nienaganną relację. Ale to jest oszustwo. Ja nie mam wielu doświadczeń z kobietami. Ten związek oczywiście wykluczył, do niedawna przynajmniej, jakieś możliwości odniesienie tego co jest do tego co mogłoby być. Kiedy się poznaliśmy i staliśmy się parą, ja byłem inną osobą. Dużo bardziej zamkniętą, z piętnem nadopiekuńczych i "dziwnych" rodziców. Nie miałem okazji na jakieś wcześniejsze związki. W zasadzie można powiedzieć, że to mój pierwszy i jedyny związek. Nawet jeśli z tą nowo poznaną dziewczyną nie wypali, a z czym się liczę, to czy jest sens kontynuować to co nie przekonuje mnie całkowicie? Czuję czasem do siebie wstręt i serce mi pęka, gdy wyobrażam sobie tą rozmowę. Ale od kiedy o takiej rozmowie pomyślałem, od kiedy wyobraziłem ją sobie (parę dni temu w sposób tak sugestywny i realny), odtąd nie wiem, czy można już t cofnąć.

Nie oczekuję oczywiście jakiejś recepty, bo tu nie ma recepty, ale jest to dla mnie jakaś forma otwarcia się i wypowiedzenia tego, co mnie dręczy.
    • loppe Re: u mnie 21.12.12, 13:25
      Masz dobry, sprawdzony, wieloletni związek. Po 9 latach to wiele małżeństw jest w kryzysie, wypaleniu, rozejściu się osobowości, albo jeszcze czymś takim. To że Twój nie jest 100% fascynujący czy 100% satysfakcjonujący to wcale nie znaczy że zakończenie go byłoby dobrym krokiem. Po pierwsze, jest dobrze. Po drugie, może być lepiej. Po trzecie, możesz trafić na minę wchodząc w nowy (małżeński). Chłopie, to dobra dziewczyna!

      I to tyle ode mnie.
      • that.bitch.is.sick Re: u mnie 21.12.12, 13:39
        loppe napisał:

        > Masz dobry, sprawdzony, wieloletni związek. Po 9 latach to wiele małżeństw jest
        > w kryzysie, wypaleniu, rozejściu się osobowości, albo jeszcze czymś takim. To
        > że Twój nie jest 100% fascynujący czy 100% satysfakcjonujący to wcale nie znacz
        > y że zakończenie go byłoby dobrym krokiem. Po pierwsze, jest dobrze. Po drugie,
        > może być lepiej. Po trzecie, możesz trafić na minę wchodząc w nowy (małżeński)
        > . Chłopie, to dobra dziewczyna!
        >
        > I to tyle ode mnie.

        Absulutnie się nie zgadzam. Nie pakuj się do grobowca za życia. Wszystko co nas ekscytuje sprawia że żyjemy, jeśli teraz nie rozdmuchasz kolego iskry w sobie to po jakimś czasie życia w związku mumii, ta iskra która tli się w Tobie, ona zgaśnie. W życiu naprawdę nie chodzi o to co radzili rodzice i dziadowie - chodzenie na zgniłe kompromisy typu znaleźć sobie "dobrą" czytaj mało interesującą dziewczynę i tkwić w tym do śmierci. To nie jest tak, to wielkie kłamstwo. Za każdym razem kiedy widzę rozbiegany wzrok mężów takich żon, jak patrzą na inne kobiety, jak rzuciliby się na każdą laskę która ich zechce i że najłatwiej wyrwać faceta w takim właśnie związku bo jest jak wyposzczony zwierz - zastanawiam się nad oszustwem dziejowym jakim jest pakowanie się do klatki "bo tak trzeba" ," bo tak robią wszyscy":) czy warto żyć w takiej hipokryzji, być "mężem" tak śmiesznym, żałosnym i godnym politowania.

        Druga sprawa Twój związek nie jest normalny, a może głęboko toksyczny. To relacja rodzic-dziecko. To absurd. Twoja laska tkwiła przy Tobie 9 lat na własne życzenie, jest dorosłą osobą która sama za siebie odpowiada, a Ty dałeś się opleść pajęczyną manipulacji w której uwierzyłeś że jesteś odpowiedzialny za kogoś, za czyjeś życie i szczęście. Być może taka relacja wypełnia jakieś Twoje emocjonalne deficyty, może ciągnięcie kuli u nogi Cię dowartościowuje, ale przecież nie jesteś w tym szczęśliwy i spełniony.
        • loppe Re: u mnie 21.12.12, 14:17
          No ja również nie mogę zgodzić sie z przedmówczynią.

          Jak rozumiem uważasz że tylko największa pasja na poczatku znajomości dwojga daje jakąś szansę na udane małżeństwo. Oczywiście - zgadzasz się? - nie gwarantuje go, o czym świadczą jakże liczne wspomnienia przedrozwodowe zaczynające się - te gorzkie żale - od "przez pierwsze pare lat raj na ziemi".


          Owszem, on jej nieco ojcuje, ale daję złoto przeciw orzechom, że ona mu trochę matkuje, matkowała wcześniej (i może jeszcze będzie). To jest bardzo fair sytuacja, to są głębokie fajne więzi.

          A gdy ona rozpocznie tę pracę po zakończeniu studiów może sie okazać - jak zresztą pisze Autor tego poruszającego watku - więc może się okazać za parę lat, że to ona jemu dla odmiany imponuje pozycją społeczną czy osobowością
          • strach.na.wroble Re: u mnie 21.12.12, 14:26
            loppe napisał:

            > A gdy ona rozpocznie tę pracę po zakończeniu studiów może sie okazać - jak zres
            > ztą pisze Autor tego poruszającego watku - więc może się okazać za parę lat, że
            > to ona jemu dla odmiany imponuje pozycją społeczną czy osobowością

            ... i wtedy będzie mieć przesrane.
            • loppe Re: u mnie 21.12.12, 14:30
              Nie u niej:)), bo to właśnie dobra dziewczyna
              • strach.na.wroble Re: u mnie 21.12.12, 14:43
                loppe napisał:

                > Nie u niej:)), bo to właśnie dobra dziewczyna

                Skąd wiesz ? Jesteś awatarem Kriszny ? Czy może wysłannikiem króla żydowskiego, którego "dobrzy ludzie" rozpostarli na dwóch luźno zbitych palikach i płakali po tym ze śmiechu ?

                Chroń mnie Boże przed dobrymi ludźmi, przed złymi obronię się sam.
                • loppe Re: u mnie 21.12.12, 14:51
                  Ależ Ty jesteś zgorzkniały Strachu.

                  Już Bitch powinienem był napisać, że NEGATYWNE konfabulowanie na temat przyszłości cudzych związków to bardzo śmiałe i ... powiedzmy kontrowersyjne zajęcie.
                  • strach.na.wroble Re: u mnie 21.12.12, 14:55
                    loppe napisał:

                    > Ależ Ty jesteś zgorzkniały Strachu.

                    Zauważ że zgorzkniałość, to częsta przypadłość starców, którzy mieli czas obserwować otoczenie i otrząsnąć się z melodramatycznych mitów, fundowanych im przez romantyczną młodość oraz matki naiwnie wierzące, że może chociaż dzieciom uda się spełnić ich marzenia.

                    To nie ja skonstruowałem ten świat, więc nie miej do mnie pretensji.
                  • tygrys-bez-rys Lupus bracie, parafrazujaca Lupusa 21.12.12, 21:48
                    Pierwsze w miare sensowne slowa z paszczy Lupusa:
                    "... NEGATYWNE konfabulowanie na temat przyszłości cudzych związków to bardzo śmiałe i powiedzmy kontrowersyjne zajęcie"

                    Proponuje: "... konfabulowanie na temat przyszłości cudzych związków to zajecie niewydymanych teoretykow"

                    I pamietaj Lupus sam tez nie jestes bez rysy, bos roztaczal przez gosciem vizje promieniste, i wcale nie takie pozytywne jak Ci sie wydaje. Problem jest takie ze gosc jest pizda, o zwiazku ani o tej jego dupie dywagowac nie mozna, BRAK DANYCH.
    • sea.sea Re: u mnie 21.12.12, 14:32
      Jesteś pipa, burak pastewny, a nie facet.

      Przez 9 lat bycia, w tym 4 lata mieszkania razem zwodziłeś dziewczynę, a teraz jak małpa, znalazłeś inną gałąź, której się możesz chwycić, więc już masz nagle odwagę żeby powiedzieć dziewczynie, która Ci nic złego nie zrobiła i niczego w ogóle nie podejrzewa, tak znienacka prosto w oczy "sorry niunia, jakoś mi tak nagle przestałaś pasować, nasz związek jest mumią bo nie ma tego czegoś, pakuj się i spierdalaj".

      Brawo.
      I to wszystko za sprawą jakiejś korespondencyjnej "miłości". Ja nie przeczę, że przez internet można spotkać miłość swojego życia, ale tak na papierze a raczej na monitorze, to cholernie łatwo o pozór bliskości, zwłaszcza jak za wszelką cenę chce się coś poczuć.

      No buractwo pierwszej wody, powiedziałabym, że Twoja dziewczyna zasługuje na coś lepszego i że ma szczęście, że chcesz ją kopnąć w dupę - tyle że nie jestem pewna, czy po takim - podkreślmy - nieoczekiwanym i niezasłużonym ciosie ona jeszcze kiedykolwiek zaufa komukolwiek, kto ma włosy na klacie (świadomie nie piszę: mężczyźnie, bo już ustaliliśmy, że na to miano nie zasłużyłeś)

      • that.bitch.is.sick Re: u mnie 21.12.12, 14:44
        sea.sea napisała:

        > Jesteś pipa, burak pastewny, a nie facet.
        >
        > Przez 9 lat bycia, w tym 4 lata mieszkania razem zwodziłeś dziewczynę, a teraz
        > jak małpa, znalazłeś inną gałąź, której się możesz chwycić, więc już masz nagle
        > odwagę żeby powiedzieć dziewczynie, która Ci nic złego nie zrobiła i niczego w
        > ogóle nie podejrzewa, tak znienacka prosto w oczy "sorry niunia, jakoś mi tak
        > nagle przestałaś pasować, nasz związek jest mumią bo nie ma tego czegoś, pakuj
        > się i spierdalaj".
        >
        > Brawo.
        > I to wszystko za sprawą jakiejś korespondencyjnej "miłości". Ja nie przeczę, że
        > przez internet można spotkać miłość swojego życia, ale tak na papierze a racze
        > j na monitorze, to cholernie łatwo o pozór bliskości, zwłaszcza jak za wszelką
        > cenę chce się coś poczuć.
        >
        > No buractwo pierwszej wody, powiedziałabym, że Twoja dziewczyna zasługuje na co
        > ś lepszego i że ma szczęście, że chcesz ją kopnąć w dupę - tyle że nie jestem p
        > ewna, czy po takim - podkreślmy - nieoczekiwanym i niezasłużonym ciosie ona jes
        > zcze kiedykolwiek zaufa komukolwiek, kto ma włosy na klacie (świadomie nie pisz
        > ę: mężczyźnie, bo już ustaliliśmy, że na to miano nie zasłużyłeś)
        >

        Ej nie ponoszą Cię emocje czasem? Tak stawiasz sprawę jakby dla kobiety było nieważne z kim jest i jeśli dowolna osoba ją zwodzi to ona to będzie ciągnąć. Nie ma własnej woli. Brak indywidualności. Jest dmuchaną lalą z tymi atrybutami, jak widzi kobietę koleżanka miss z saigonu. Wtedy nieważne z którą kobietą się jest. Cała sprawa opiera się na objęciu przez mężczyznę w posiadanie cycków i podwozia, trzyma taką lalę na półce trzyma, aż ją wyrzuci na śmietnik. Biedna smutna lala, nie widziała żadnych oznak że w związku jest coś nie tak, bo jest tylko lalką.
        Wierzysz że jednej osobie jest źle, a drugiej jest powalająco dobrze do tego stopnia że nie zdaje sobie sprawy że druga strona nie czuje się spełniona? To wtedy by było dowód na totalne oderwanie od rzeczywistości i egoizm tej kobiety.
        • sea.sea Re: u mnie 21.12.12, 14:57
          Autor pisze, że wszystko niby dobrze, nie kłócą się, seks jest, pomagają sobie, generalnie sielanka, tylko on ma jakieś egzystencjalne rozkminy.

          Skąd młoda dziewczyna, dla której też jest to pierwszy związek, ma wiedzieć, czemu on jest smutny albo czy ją całuje z prawdziwą namiętnością, czy może z taką już nieco udawaną? Czy ona jest wróżka, że ma wiedzieć, że on - mimo że nic nie mówi i niby wszystko jest cały czas z grubsza jak było - jest niespełniony i rozdarty jak ta sosna?

          Jej się absolutnie może wydawać, że wszystko jest w porządku, a jego dziwne nastroje czy jak tam się mogą jego rozdrapy objawiać, to wina pracy, zmęczenia, zimy czy czegokolwiek.

          Nawet fakt, że po czterech latach zamieszkania on się wywija jak piskorz od tematów okołoślubnych itd nie musi budzić jakiejś konkretnej refleksji - wszyscy wiedzą, że w dzisiejszych czasach płeć męska się niekoniecznie rwie do ślubu tuż po studiach.

          Więc tak, podtrzymuję że ona może być przepotwornie zdziwiona i zaskoczona faktem, że on jej z dnia na dzień mówi "wypad, niunia"
          • qwetre Re: u mnie 21.12.12, 15:07
            sea.sea

            Agresywnie to napisałaś, ale dotknęłaś sedna moich uczuć. Z Twojego postu wynika, że powinien chyba tylko sobie strzelić w łeb i odciążyć Matkę Ziemie z ciężaru dźwigania takiej kreatury jak ja. Może masz rację.

            Ja mam do siebie żal. I do nikogo innego. Ale wiem, że będę miał też żal do siebie, jeśli zostanę. Imperatyw moralny każe mi zacisnąć zęby i trwać. Ale nie chcę być z kimś, kto zgadza się podświadomie na taki związek.

            Dziękuję wszystkim, którzy do tej pory coś napisali. Są to bardzo różne głosy. Często skrajne. Wszystkie one już wcześniej pobrzmiewały w mojej głowie.
      • loppe Re: u mnie 21.12.12, 14:48
        To nie jest taki zły facet jak piszesz. Wystarczy przeczytać z wczuciem. Chyba trochę odreagowujesz znane Ci przypadki (nie mówię że z Twoich związków).

        Generalnie masz rację - "wszędzie dobrze gdzie nas nie ma".

        A jakaś nowa urocza znajomość we wczesnej fazie to tylko sie cieszyć, a nie zrywać z kimś kto okazał się nieidealny lecz dobry przez lata.
        • sea.sea Re: u mnie 21.12.12, 15:13
          Napisałam ostro, bo chciałam potrząsnąć. Pokazać, jak to może wyglądać z punktu widzenia tej - kochanej przecież przez jakiś czas - dziewczyny.
      • strach.na.wroble Zaufanie 21.12.12, 14:50
        sea.sea napisała:

        > No buractwo pierwszej wody, powiedziałabym, że Twoja dziewczyna zasługuje na co
        > ś lepszego i że ma szczęście, że chcesz ją kopnąć w dupę - tyle że nie jestem p
        > ewna, czy po takim - podkreślmy - nieoczekiwanym i niezasłużonym ciosie ona jes
        > zcze kiedykolwiek zaufa komukolwiek, kto ma włosy na klacie (świadomie nie pisz
        > ę: mężczyźnie, bo już ustaliliśmy, że na to miano nie zasłużyłeś)

        Mam pytanie. Uważasz, że zaufanie jest konieczne, by zbudować dobrze funkcjonujący związek ? Zaufanie jest według ciebie wartością samą w sobie, jest na dłuższą metę korzystne dla tego, który ufa ?
        • sea.sea Re: Zaufanie 21.12.12, 15:07
          Uważam, że nie należy przeginać z zaufaniem i się jakoś ewidentnie nie nadstawiać, jednak jakieś zaufanie jest konieczne żeby zaplanować cokolwiek z tym drugim człowiekiem i nie nabawić się nerwicy ze strachu, że nas ta osoba w każdej godzinie znienacka może wystawić i nam rozwalić wszystkie zamierzenia i plany.
    • strach.na.wroble Re: u mnie 21.12.12, 14:38
      Nie bądź z nikim z litości. Nigdy.
      Na dłuższą metę bardziej krzywdzisz zostając niż kończąc tą relację.
      To jak z anegdotycznym obcinaniem psu ogona po kawałku, żeby mniej bolało.

      Szczególnie, że nieszczerość tej relacji może być obopólna. Wtedy możesz zostać we właściwym czasie dotkliwie wykorzystany i pozostawiony na lodzie.
      Zabezpieczaj się, zaufanie jest dobre, lecz kontrola znacznie lepsza.

      Obserwacja ludzkich losów zdaje się mnie utwierdzać w przekonaniu, że większość wyborów, które w życiu podejmujemy ma charakter "ty albo oni". Wybierając litość i miłosierdzie, skazujesz się w długim terminie na gorycz porażki i dotkliwy ból. Wybierając egoizm i dbanie wyłącznie o własny interes jesteś skuteczniejszy, ale po jakimś czasie mogą dogonić cie wyrzuty sumienia.

      Jeszcze jedno - nikt nie mówił, że musisz z kimś być. Kto tak powiedział ?
      Żeniąc się możesz spełniać nadzieje swojej matki, swojego ojca, otoczenia... ale czy swoje ?
      Małżeństwo nie jest obowiązkiem dobrego obywatela, często lepiej nie pchać się w niejasny układ, szczególnie kiedy nie masz do niego przekonania, bo jego koszty mogą być ogromne.

      Ten twój brak przekonania to podpowiedź nieświadomej części umysłu. Posłuchaj jej, w tych sprawach ona rzadko się myli.
      • loppe Re: u mnie 21.12.12, 14:42
        strach.na.wroble napisał(a): Ten twój brak przekonania to podpowiedź nieświadomej części umysłu. Posłuchaj jej, w tych sprawach ona rzadko się myli.

        Dokładnie. Ten nieświadomy umysł ostrzega Cię przed rozstaniem! Dlatego tu napisałeś i trafiłeś na mnie.
        • hello-kitty2 Re: u mnie 21.12.12, 15:00
          Jestem przeciwnikiem wiazania sie na 'zawsze' z pierwsza partnerka/partnerem. To sie zawsze rozleci, bo to naiwnosc wierzyc, ze nastolatek czy dwudziestolatek, jakim bylismy wiazac sie, moze ulozyc nam nasze przyszle, dorosle zycie.

          Bedziesz ja zdradzal, bedziesz cierpial, bedziesz niespelniony, staniesz sie robotem do wypelniania zadan domowych, bedziesz szukal kobiety, bedziesz sie zalamywal, rozpijesz sie i bedziesz zyl w przekonaniu, ze powinienes byc szczesliwy, bo przeciesz wszystko masz, a jednak.

          Obudz sie i zacznij zyc, mysl o sobie i zyj dla siebie. Poczuj, ze kochasz, nie wiem, pozwol sobie na nieznane, nie ogladaj sie.
          • loppe Re: u mnie 21.12.12, 15:06
            Ludzie przez wiele wieków nieraz już szczęsliwie wiązali się na całe życie z tą pierwszą, więc Twoje Kitty sprzeciwianie się temu jest słabo ufundowane.

            Jak już Autor się obudzi (piszesz - Obudz sie i zacznij zyc....) to zrozumie przy jak cennej relacji przysnął na chwilę.
            • hello-kitty2 Re: u mnie 21.12.12, 15:22
              loppe napisał:

              > Jak już Autor się obudzi (piszesz - Obudz sie i zacznij zyc....) to zrozumie pr
              > zy jak cennej relacji przysnął na chwilę.

              Ale w czym ta relacja jest taka cenna? Przeciez jesli taka cenna jest, to zawsze bedzie mogl sa taka ponownie stworzyc. Powiem wiecej jak mi sfinansuje studia i bedzie mnie utrzymywal przez najblizsze pare lat to sama z nim taka 'cenna' relacje stworze, hehe :)
              • loppe Re: u mnie 21.12.12, 15:27
                Kitty, domyślam się że Ona mu ogromnie wiele dała. A On, wzmocniony, szuka nowej żony. To że ostatnio studiuje, a on zarabia na dom, to jest pewna faza. Ta dziewczyna odpłaci po studiach.
                • loppe Re: u mnie 21.12.12, 15:28
                  Wiesz, to nie jest chodzenie za sobą nastolatków przez 3 lata czyli długo jak na nastolatków. To jest 9 lat, to jest dojrzały związek dwojga ludzi...
              • sea.sea Re: u mnie 21.12.12, 15:32
                > Kiedy się poznaliśmy i staliśmy się parą, ja byłem inną osobą. Dużo bardziej zamkniętą, z
                > piętnem nadopiekuńczych i "dziwnych" rodziców.

                Kitka, powiedz szczerze, brałabyś takiego na wychowanie? Bo ja niespecjalnie.
                To, że dziewczyna jest obecnie zależna materialnie nie oznacza, że tylko ona ma coś z tej relacji. Zresztą w dzisiejszych czasach nigdy nie wiadomo kto od kogo za rok będzie zależny materialnie (patrz przypadek Annie z innego wątku, której facet miał dobrą pracę i kasę, a teraz mieszka z teściową)
                • hello-kitty2 Re: u mnie 21.12.12, 15:44
                  sea.sea napisała:

                  > Kitka, powiedz szczerze, brałabyś takiego na wychowanie? Bo ja niespecjalnie.
                  > To, że dziewczyna jest obecnie zależna materialnie nie oznacza, że tylko ona ma
                  > coś z tej relacji. Zresztą w dzisiejszych czasach nigdy nie wiadomo kto od kog
                  > o za rok będzie zależny materialnie (patrz przypadek Annie z innego wątku, któr
                  > ej facet miał dobrą pracę i kasę, a teraz mieszka z teściową)

                  Nie na wychowanie to nie. Ale dla kasy, na jakis krotki okres dlaczego nie? :) Ja nie twierdze, ze ona robi to dla kasy. Podalam tylko przyklad, ze nie wiemy czy ta relacja jest 'cenna'. Teoretycznie kazda krecaca sie relacja cenna jest ale czy to wystarczy? Czy on/ona moga powiedziec, ze zyja?

                  Ciekawa jestem, czy on mowi jej, ze ja kocha? Obstawiam, ze nie.
                  • sea.sea Re: u mnie 21.12.12, 15:54
                    No nie wiem, ja tam za kilka lat, jak będę miała z obecnym taki staż jak autor i nadal będzie dobry seks, dobre rozmowy, przyjemność ze spędzanego wspólnie czasu i brak poważniejszych konfliktów to raczej będę zdania, że to jest cenna relacja (tyle, że ja byłam w innych, więc mam porównanie, a autor nie i stąd cały problem...) i nie będę się chlastać z powodu, że cholera, motylków już nie ma i adrenalina mi w głowie nie wybucha na jego widok.

                    Ile osób z 9-letnim stażem może powiedzieć o swoim związku tyle pozytywnych rzeczy co autor i mieć mu do zarzucenia tylko to, że "brak tego czegoś" czyli żaru, motylków, wielkiej namiętności czy jak tam to jeszcze ludzie nazywają?
                    • hello-kitty2 Re: u mnie 21.12.12, 16:04
                      sea.sea napisała:

                      > No nie wiem, ja tam za kilka lat, jak będę miała z obecnym taki staż jak autor
                      > i nadal będzie dobry seks, dobre rozmowy, przyjemność ze spędzanego wspólnie cz
                      > asu i brak poważniejszych konfliktów to raczej będę zdania, że to jest cenna re
                      > lacja (tyle, że ja byłam w innych, więc mam porównanie, a autor nie i stąd cały
                      > problem...) i nie będę się chlastać z powodu, że cholera, motylków już nie ma
                      > i adrenalina mi w głowie nie wybucha na jego widok.
                      >
                      > Ile osób z 9-letnim stażem może powiedzieć o swoim związku tyle pozytywnych rze
                      > czy co autor i mieć mu do zarzucenia tylko to, że "brak tego czegoś" czyli żaru
                      > , motylków, wielkiej namiętności czy jak tam to jeszcze ludzie nazywają?

                      Chodzi o to, ze on nigdy tego nie mial. Zupelnie inna sytuacja niz Twoja sea.sea.
                      • sea.sea Re: u mnie 21.12.12, 16:17
                        Tzn czego nie miał? Wszystko miał i ma, jak z opisu wynika, poza tym niezidentyfikowanym czymś, co przypuszczalnie da się zdefiniować pobieżnie jako namiętność, żar.

                        Tyle, że należy pamiętać, że w większości przypadków żar i motylki i tak wyparowują po trzech latach, więc autor musi sobie odpowiedzieć na pytanie, czy chwila przyjemności jest warta ryzyka, bo z kolejną dziewczyną, jak już namiętność minie, może nie mieć tak wygodnego życia, może się okazać że nie ma seksu w ogóle, a za to są roszczenia i pretensje o wszystko, mało takich przypadków na forum?
                        • hello-kitty2 Re: u mnie 21.12.12, 16:35
                          sea.sea napisała:

                          > Tzn czego nie miał? Wszystko miał i ma, jak z opisu wynika, poza tym niezidenty
                          > fikowanym czymś, co przypuszczalnie da się zdefiniować pobieżnie jako namiętnoś
                          > ć, żar.
                          >
                          > Tyle, że należy pamiętać, że w większości przypadków żar i motylki i tak wyparo
                          > wują po trzech latach, więc autor musi sobie odpowiedzieć na pytanie, czy chwil
                          > a przyjemności jest warta ryzyka, bo z kolejną dziewczyną, jak już namiętność m
                          > inie, może nie mieć tak wygodnego życia, może się okazać że nie ma seksu w ogól
                          > e, a za to są roszczenia i pretensje o wszystko, mało takich przypadków na foru
                          > m?

                          3 lata to chwila?

                          Namietnosc a wygoda. Hmm gdyby mial juz za soba pare namietnosci to pewnie zalecalabym wygode :) A tak zestarzec sie za mlodu?

                          Ja tez zyje wygodnie, a kazdego wieczoru i ranka wspominam krotkie chwile namietnosci, ktore przezylam w przeszlosci. Roznica jest taka, ze ja je PRZEZYLAM i jestem pewna, ze bede do nich wracac myslami do poznej starosci. Dla nich warto bylo zyc.
                          • sea.sea Re: u mnie 21.12.12, 17:04
                            Trzy lata to średnia, bywa krócej. Ale nie w tym rzecz: autor nie ma związkowego doświadczenia, nie ma porównania, więc może na przykład nie zdawać sobie sprawy, że związek o którym po 9 latach może napisać to, co napisał, to całkiem dobry związek jest i że takie status quo nie jest łatwe do osiągnięcia. Ta wiedza może mu pomóc skalkulować proporcję kosztów względem potencjalnych zysków.

                            Co nie zmienia faktu, że zaskoczenie znienacka osoby, której się wcześniej niczego nie sugerowało, której się w żywe oko kłamało przez ileś lat, że wszystko jest super informacją "nie masz tego czegoś, wracaj do mamy" uważam za nieludzkie.
                            • hello-kitty2 Re: u mnie 21.12.12, 17:26
                              sea.sea napisała:

                              > Co nie zmienia faktu, że zaskoczenie znienacka osoby, której się wcześniej nicz
                              > ego nie sugerowało, której się w żywe oko kłamało przez ileś lat, że wszystko j
                              > est super informacją "nie masz tego czegoś, wracaj do mamy" uważam za nieludzki
                              > e.

                              Nie wiadomo co gorsze: klamstwo czy jego kontunacja? Tez sie zastanawiam na ile sugerowal? Czy mowil jej, ze ja kocha? Ale wiesz, jesli jednak jakies uniki robil (wspominal o unikaniu tematu przyszlosci) to dziewczyna powinna wyczuc. Wg mnie pewne rzeczy/nastroje sa zauwazalne, mozna drazyc lub nie. Nie sadze zeby zupelnie nie zdawala sobie sprawy.

                              • sea.sea Re: u mnie 21.12.12, 17:33
                                Ile oni mogą mieć lat, 24? 25?
                                Wszędzie jesteśmy teraz bombardowani twierdzeniem, że w dzisiejszych czasach mężczyźni dojrzewają koło 30-tki, że nikt poważny nie bierze ślubu tuż po studiach i nie generuje sobie dziecka zanim nie ustabilizuje swej pozycji zawodowej.

                                Niezależnie od tego, czy to faktycznie prawda, czy nie - ona naprawdę nie musiała od razu snuć jakichś podejrzeń. Był z nią? Był. Mieszkał? Mieszkał. Chędożył? Chędożył. Wspierał finansowo? Wspierał. No to zasadniczo się zachowywał jak całkiem dobry mąż, a że nie proponował papierka - może uznała, że to kwestia czasu i że jak mu da przestrzeń, to chłopak dojrzeje do decyzji. Wcale nie musiała być ślepa i głupia, to jej pierwszy związek, skąd miała wiedzieć, że jak chłopak mówi "może" to ma na myśli "w grudniu po południu". Takiej wiedzy się nabywa z czasem.
                                • hello-kitty2 Re: u mnie 21.12.12, 17:47
                                  sea.sea napisała:

                                  > Ile oni mogą mieć lat, 24? 25?
                                  > Wszędzie jesteśmy teraz bombardowani twierdzeniem, że w dzisiejszych czasach mę
                                  > żczyźni dojrzewają koło 30-tki, że nikt poważny nie bierze ślubu tuż po studiac
                                  > h i nie generuje sobie dziecka zanim nie ustabilizuje swej pozycji zawodowej.
                                  > Niezależnie od tego, czy to faktycznie prawda, czy nie - ona naprawdę nie musia
                                  > ła od razu snuć jakichś podejrzeń. Był z nią? Był. Mieszkał? Mieszkał. Chędożył
                                  > ? Chędożył. Wspierał finansowo? Wspierał. No to zasadniczo się zachowywał jak c
                                  > ałkiem dobry mąż, a że nie proponował papierka - może uznała, że to kwestia cza
                                  > su i że jak mu da przestrzeń, to chłopak dojrzeje do decyzji. Wcale nie musiała
                                  > być ślepa i głupia, to jej pierwszy związek, skąd miała wiedzieć, że jak chłop
                                  > ak mówi "może" to ma na myśli "w grudniu po południu". Takiej wiedzy się nabywa
                                  > z czasem.

                                  Szmat czasu, to fakt, facet zyl zyciem tchorza. Lepiej, ze sie obudza.
      • zyg_zyg_zyg Re: u mnie 21.12.12, 15:52
        > Nie bądź z nikim z litości. Nigdy.
        > Na dłuższą metę bardziej krzywdzisz zostając niż kończąc tą relację.

        Zwłaszcza, że jest niemal pewnym jest, że litość jako spoiwo związku długo nie wytrzyma. Prędzej czy później wszystko się całkowicie popruje. I zamiast zmarnować dziewczynie 9 lat, chłopak zmarnuje jej kolejnych 9. A i może jakimś dzieciom się dostanie przy okazji.

        Jest coś w tym, co pisze Kitty. Znam wiele długoletnich związków zawiązywanych w wieku nastoletnim, które rozpadały się w momencie podejmowania decyzji "na całe życie". Bo chłopak od pierwszych pocałunków to niekoniecznie kandydat na ojca dzieci i na staruszka u boku za lat pięćdziesiąt.

        Sytuacja chujowa szcerze mówiąc. Każde możliwe wyjście z niej gorsze od poprzedniego. Każde kogoś poharata. Ale odkupowanie "winy" niezakończenia związku w odpowiednim czasie przez ciągnięcie go dalej wydaje się wyjściem najbardziej absurdalnym.
        • loppe Re: u mnie 21.12.12, 15:59
          > Nie bądź z nikim z litości. Nigdy.
          > Na dłuższą metę bardziej krzywdzisz zostając niż kończąc tą relację.


          To jest ekspozycja specyficznej osobowości Kitty i specyficznego postrzegania miłości. Tak, miłości. Nie bądź z nikim kto cię od roku nie fascynuje, kto jest słabszy od ciebie dziś, a wczoraj tyle ci dał i może jutro da. Dla mnie to jest bardzo wyraxny błąd w mysleniu. Zreszta baby na tym forum od niepamietnych czasów w 80% wołają w każdym watku o problemach rozterkach w związku - KOŃCZ, KOŃCZ!!

          Jest to świadectwem niedojrzałości albo nie wiem czego?
          • hello-kitty2 Re: u mnie 21.12.12, 16:11
            loppe napisał:

            > > Nie bądź z nikim z litości. Nigdy.
            > > Na dłuższą metę bardziej krzywdzisz zostając niż kończąc tą relację.
            >
            >
            > To jest ekspozycja specyficznej osobowości Kitty i specyficznego postrzegania m
            > iłości. Tak, miłości. Nie bądź z nikim kto cię od roku nie fascynuje, kto jest
            > słabszy od ciebie dziś, a wczoraj tyle ci dał i może jutro da. Dla mnie to jest
            > bardzo wyraxny błąd w mysleniu. Zreszta baby na tym forum od niepamietnych cza
            > sów w 80% wołają w każdym watku o problemach rozterkach w związku - KOŃCZ, KOŃ
            > CZ!!
            >
            > Jest to świadectwem niedojrzałości albo nie wiem czego?

            To jest swiadectwem Loppe, ze nie czytasz uwaznie, bo slowa, na ktore sie u gory powolujesz nie sa moje.
            • loppe Re: u mnie 21.12.12, 16:14
              A to przepraszam. Ale nie watpię że podpisujesz się pod nimi, mogłyby być Twoje - nic o ich negacji tu nie piszesz...
          • zyg_zyg_zyg Re: u mnie 21.12.12, 16:36
            > To jest ekspozycja specyficznej osobowości Kitty i specyficznego postrzegania m
            > iłości. Tak, miłości. Nie bądź z nikim kto cię od roku nie fascynuje, kto jest
            > słabszy od ciebie dziś, a wczoraj tyle ci dał i może jutro da.

            Decydując się na dziecko, a chwilę potem na ślub, miałam w sobie pewność, że mój mężczyzna to mężczyzna na całe życie. Nie wiem oczywiście, co przed nami i czy do końca życia będziemy razem, choć ciągle tego chcę. Jeśli jest takie przekonanie, to związku nie złamie pierwsza lepsza rozterka, osłabienie pożądania, rosnący brzuch partnera. Takiego przekonania, jak sądzę, u autora nie było nigdy. Ja podjęłam decyzję, że chcę kochać mojego męża do końca dni moich i zrobić wszystko, żeby moje małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe. Bo do pewnego stopnia miłość jest decyzją. Ale tylko do pewnego. Bez przekonania, że to jest właśnie ten człowiek, z którym chcę się zestarzeć, decyzję mogłabym sobie wsadzić.
            • loppe Re: u mnie 21.12.12, 16:41
              To jest humanistyczna wypowiedź za którą dziękuję

              Oni są ze sobą już 9 lat... I to raczej Ona się nad nim litowała wcześniej

              Własnie, ludzie mają problem z postrzeganiem czasu, i jak gdyby wszystko co jest stanem opisanym tutaj na dziś,,, staje się dla nich decydującym opisem związku. Dlaczego tak ludzie?
              • hello-kitty2 Re: u mnie 21.12.12, 16:52
                loppe napisał:

                > Własnie, ludzie mają problem z postrzeganiem czasu, i jak gdyby wszystko co jes
                > t stanem opisanym tutaj na dziś,,, staje się dla nich decydującym opisem związk
                > u. Dlaczego tak ludzie?

                No a jak inaczej? Przeciez to jest podstawowe prawo rowniez w ekonomii. Jak robisz bilans to na jaki dzien? Zawsze na ostatni, jak najbardziej aktualny.
                • loppe Re: u mnie 21.12.12, 17:01
                  Kitty, nie chcę Cię obrazic, raczej wzbogacić - są inwestycje przynoszące straty latami nawet, a w perspektywie długoterminowej będące winnerami. Mało tego - jesteś pewna że dobrze myslisz?:) - najlepszy biznes w niektórych latach może przynieść stratę.
                  • hello-kitty2 Re: u mnie 21.12.12, 17:16
                    loppe napisał:

                    > Kitty, nie chcę Cię obrazic, raczej wzbogacić - są inwestycje przynoszące strat
                    > y latami nawet, a w perspektywie długoterminowej będące winnerami. Mało tego -
                    > jesteś pewna że dobrze myslisz?:) - najlepszy biznes w niektórych latach może p
                    > rzynieść stratę.

                    Ryzyko zawsze istnieje. Sam miales wiele kobiet, a facetowi radzisz, zeby byl zwiazany z pierwsza do konca zycia? Nie, ty radzisz, zeby ta jedna trzymal, bo wygodnie, a inne dobieral sobie na boku. Pytanie tylko dla kogo taki uklad jest satysfakcjonujacy?
    • qwetre Re: u mnie 21.12.12, 16:14
      Dziękuję Wam za Wasze opinie. Te które dotyczą samej sytuacji, którą oceniliście każdy na podstawie tych kilku zdań jakie napisałem, ale chyba przede wszystkim na podstawie swojego życia, oraz ze te opinie, które gorzko oceniły samą moją osobę.

      Myślę, że przede wszystkim to mnie czeka dzisiaj rozmowa. Bez stawiania sprawy na ostrzu noża. Po prostu wzajemne wysłuchanie się.
      • rajska_wyspa Re: u mnie 21.12.12, 19:15
        Mysle, ze partnerka sie Tobie znudzila. Jest przewidywalna, zaklepana. Wiesz juz, ze masz ja w garsci i nie musisz nic robic, aby byla obok. Do tego, fakt, iz nie jest osoba niezalezna, ale emocjonalnie i materialnie polegajaca na Tobie, oslabia namietnosc. Nie musisz juz sie w ogole o nia starac, a zaczynasz nawet odczuwac presje bycia z nia.
        Nie miej do siebie zbyt wielkich pretensji. Juz dawno z nia zerwales, tylko Twoja cielesna obecnosc i skrupuly trzymaja Cie przy jej boku. Wiec moze rzeczywiscie nie lituj sie nad nia, ale daj jej szanse na stanie sie soba - bo na razie to ona mi wyglada na cien samej siebie uwieszony na facecie. I tak od niej odszedles - nie wiem czy kogokolwiek zadowolil by fakt ze jego partner zostal z litosci - wiec pozwol jej zaczac zyc nowym zyciem, nie mam wiecej, nie dawaj zludzen, tylko sie rozstan.
        Ona popelnila blad dajac Tobie zbyt duza pewnosc, oddajac w czyjes rece swoja osobe. Jej swiat teraz prawdopodobnie sie zawali. Moze bedzie lezec w domu rodzicow na kanapie przez 5 miesiecy pochlipujac i ogladajac powtorki programow. Ale pewnego dnia bedzie musiala sie odbic od dna. Mowie to z pozycji dziewczyny, ktora przezyla to co za chwile przezyje Twoja.
        • loppe Re: u mnie 21.12.12, 19:25
          Ona popelnila blad dajac Tobie zbyt duza pewnosc, oddajac w czyjes rece swoja osobe. Jej swiat teraz prawdopodobnie sie zawali. Moze bedzie lezec w domu rodzicow na kanapie przez 5 miesiecy pochlipujac

          Jeśli on ja rzuci, to zycze mu takiej nastepnej która go będzie jak idiotę wodzić za nos, a on będzie w uniesieniu wdzięczny gdy mu poda cos do pocałowania ha ha ha!!!
          • rajska_wyspa Re: u mnie 21.12.12, 19:31
            Moze stac sie tak, ze jego dziewczyna, kilka miesiecy po rozstaniu zamieni sie w inna osobe, nabierze samodzielnosci i pewnosci siebie i wtedy on bedzie za nia latal. A moze byc tez tak, ze znajdzie sobie kobiete, ktora nie bedzie ani przylepka biegajaca za nim, ani zepsuta i manipulujaca fladra i sie zakocha szczesliwie.
            • that.bitch.is.sick I can't make you love me if you don't 22.12.12, 12:36
              ten spór który toczycie to jakaś największa bzdura jaką słyszałam i widziałam. Nie wiedziałam że sea.sea tak mądra babeczka stosuje w tej materii takie resentymenty.
              Ludzie obudźcie się! Nie ma czegoś takiego jak obowiązek bycia z kimś. Nawet jak mam 40 lat stażu małżeńskiego i piątkę dzieci to też mam prawo odejść! Gdyby tak nie było to nie byłoby związków tylko wyrok sądu. Nikt nie ma prawa tego oceniać, a osoba która jest z kimś w związku musi zawsze się liczyć z tym że bycie razem jest dobrowolne.
              Jeśli kobiety marzą żeby opleść mężczyznę jak bluszcz i załatwić sobie finansowanie to niestety sorry ale nie ma takich środków aby im zapewnić frajera i niewolnika do końca życia.
              Związek dwóch dorosłych osób na tym polega że jest dobrowolny i każdy musi dbać o własną samodzielność. Dorosnąć trzeba a nie karmić się złudzeniami że znajdziemy sobie drugiego tatusia czy mamusię.
              • sea.sea Re: I can't make you love me if you don't 22.12.12, 12:55
                Bitch no akurat ja jestem ostatnia co by twierdziła, że należy się kogoś trzymać za wszelką cenę dla wyższych ideałów. Np gdybym była Sabatem, to bym kopnęła w dupę tę żonę aż by zagwizdało - choć z drugiej strony łatwo mi mówić, bo nie mam dzieci.

                Co nie zmienia faktu, że niesmaczne mi się wydaje okłamywanie człowieka przez 4 lata, że wszystko jest ok, i nagły strzał cegłą w gębę informacją, że nie było ok i że to już koniec - bo dziewczyna nawet nie miała szansy zapracować nad związkiem czy coś zmienić. Zwłaszcza, że głębokie poczucie nieszczęścia kolegi wynika IMO z tego, że się koncentruje na tym, czego nie ma, a nie na tym, co ma. Typowy dylemat białego człowieka, który ma wszystko i jeszcze mu mało :) No jakoś za cholerę nie jestem w stanie z nim empatyzować.

                Kitka - nie, jakby mnie mój obecny rzucił to bym nie miała poczucia zmarnowanego czasu, miałabym dokąd pójść, gdzie mieszkać, za co żyć, czym się zająć i z kim się upić, ale i tak bym się czuła w jakiś sposób zgwałcona psychicznie gdyby to zrobił tak z dnia na dzień, nic wcześniej nie mówiąc, że mu cokolwiek nie pasuje, nie dając mi cienia szansy na naprawę tego co się jego zdaniem spsuło. Gdyby mi tak zupełnie znienacka powiedział "wiesz, tak właściwie to sobie właśnie uświadomiłem, że jednak cię już nie kocham, więc pakuj się i wypad". Nie jestem bluszczem, ale nie jestem też, kurna, plastikowym kubeczkiem i mam uczucia. Może to niemodne w dzisiejszych czasach, ale niestety mam.
              • qwetre Re: I can't make you love me if you don't 22.12.12, 13:06
                that.bitch.is.sick - Ty piszesz dokładnie to, co ja bym chciał usłyszeć. Aż za bardzo.

                -----

                Życzenie mi cierpienia, pobicia, dokopania przez życia jest bardzo prymitywne. Tego może życzyć mi ona, może po rozstaniu mieć do tego prawo, nie wy. Choć wiem, że tego robić nie będzie. Znam ją. Ja nie mam jej nic do zarzucenia poza tym, że dotarło do mnie w końcu, że ja nie jestem z nią szczęśliwy. Nie PRZESTAŁEM być, tylko nie jestem i nie byłem. Myślałem (chciałem myśleć, odsuwałem na bok wątpliwości), że tak wygląda związek, miłość. Tak nie wygląda. To, że tak dużo czasu mi to zajęło jest moją winą i wstydem.

                Jest jakimś skurwysyństwem z mojej strony pozostawienie jej teraz, po tylu latach, bez wyraźnego dla niej powodu - wiem, że tak jest. Nie mam co do tego wątpliwości. Nie wiem czy większym skurwysyństwem nie będzie ciągnięcie tego i dalsze oszukiwanie.

                Niektórzy z Was piszą w ostrych słowach właściwie to samo, co napisałem ja. O fałszu, o oszukiwaniu, o marnowaniu czasu. Przecież ja to wiem. Teraz wiem. Wiem, co łączy mnie z nią i wiem co czuję do nowej. I wiem, że to, co jest z nową nigdy między nami w tym związku nie zaiskrzyło. I nie wierzę, że zaiskrzy. Dopuszczacie myśl, że ktoś może po prostu pewnego dnia się obudzić i spojrzeć na wszystko inaczej? Zobaczyć wszystko ostrzej, prawdziwiej?

                To co JA stracę i a co zyskam w razie rozstania, to jest zupełnie odrębny temat. Tutaj nie potrzebuję komentarzy. Tutaj akurat mam świadomość.
                • that.bitch.is.sick Re: I can't make you love me if you don't 23.12.12, 11:26
                  qwetre napisał(a):

                  > that.bitch.is.sick - Ty piszesz dokładnie to, co ja bym chciał usłyszeć. Aż za
                  > bardzo.
                  >
                  > -----
                  Dzieciaku jestem ostatnią osobą którą możnaby posądzać o mówienie rzeczy wygodnych:), jednak Twoje samobiczowanie wynika z tego że jesteś kolejnym produktem szkodliwej mentalności której nie znoszę i z którą sama musiałam skończyć a to niełatwe.
                  Byłam kiedyś u psychologa z powodu problemów w związku jak mi się naiwnie zdawało i kiedy zaczęłam mówić o facecie, który jak sądziłam był moim problemem a potem zrozumiałam, że to nie inni generują moje problemy - to ja jestem źródłem moich problemów. Pamiętam psychologi zapytał mnie: czy ty kochasz tego faceta, czy tylko tak bez powodu się męczysz? A co to znaczy kochać? - spytałam bo od początku podejrzewałam że to kpina "ta miłość" A po czym poznajesz że kogoś kochasz, że jego kochasz? - spytał się terapeuta. Zaczęłam mówić, no przecież, nie jest mi obojętny, płakałam przez niego, gdy go nie ma to mi źle, męczę się bez niego. Kiedy jestem z nim wszystko inne jest obojętne, przyjaciele rodzina, praca nic mnie nie obchodzi.
                  No właśnie powiedział mi wtedy psycholog, być może tak zostałaś wychowana, tylko takiego rodzaju uczuć doświadczyłaś - miłości w sensie negatywnym. Tzn. może myślisz sobie że kochać kogoś, to namęczyć się solidnie, odczuwać ból, poświęcać się dla kogoś, wybierać pomiędzy swoim dobrem a jego, tracić ludzi którzy coś dla Ciebie znaczą, wypełniać czyjeś egoistyczne zachcianki, trwać w czymś mimo że czujesz się z tym źle w imię zobowiązań, wyższej konieczności. Skoro to dla Ciebie jest miłość - powiedział terapeuta, skoro miłość Ciebie doprowadza do nieszczęścia, zamyka droge do samorealizacji, to może czas skończyć z miłością. Po co Ci taka miłość. W imię pustego pojęcia masz się całe życie męczyć? :)
                  I od tej pory żyję dla siebie, nie dla żadnej miłości. I od tego momentu doświadczyłam więcej satysfakcji przez kilka lat niż przez całe życie.

                  Być może u Ciebie jest tak samo, doświadczyłeś tylko tej negatywnej części i też żyłeś w przeświadczeniu, że sens życia polega na realizacji cudzych potrzeb, poświęcaniu się i odpowiedzialności. A znasz tą pozytywną część? Ile z obecną partnerką doświadczasz tych pozytywów? >
                  • strach.na.wroble Re: I can't make you love me if you don't 23.12.12, 12:55
                    Trzeba odrzucić to co w nas zniewala nas.

                    www.youtube.com/watch?v=BzxXfsogf0w
                    Bywa, że potrzaskiem jest własna, niestabilna emocjonalność. Wtedy lepiej odrzucić ją i zdać się na chłodną kalkulację.
                    • hello-kitty2 Re: I can't make you love me if you don't 23.12.12, 13:02
                      strach.na.wroble napisał(a):

                      > Bywa, że potrzaskiem jest własna, niestabilna emocjonalność. Wtedy lepiej odrzu
                      > cić ją i zdać się na chłodną kalkulację.

                      Hmm to sensowne ale strach powiedz, co tak naprawde jest pociagajace i atrakcyjne w innym czlowieku? Czy latwo zakochac sie w chlodno kalkulujacym rzeczywistosc panu ksiegowym? Czy w poecie?
                      • strach.na.wroble Re: I can't make you love me if you don't 23.12.12, 13:14
                        Łatwiej pożądać niż kochać.
                        A pożądać można siły, intelektu, władzy, urody drugiej osoby. Tego co stanowi we własnym mniemaniu jakąś wartość. I myślę, że mimo tworzenia wokół siebie teatralnej zawieruchy, większość ludzi właśnie na tym się koncentruje.
                    • that.bitch.is.sick Re: I can't make you love me if you don't 23.12.12, 13:06
                      strach.na.wroble napisał(a):

                      > Trzeba odrzucić to co w nas zniewala nas.
                      >
                      > www.youtube.com/watch?v=BzxXfsogf0w
                      > Bywa, że potrzaskiem jest własna, niestabilna emocjonalność. Wtedy lepiej odrzu
                      > cić ją i zdać się na chłodną kalkulację.

                      Have you ever smiled for too long?
                      Till you're aching
                      Have you ever laughed till your heart is breaking.
                      Well it's a silly thing that I've been wondering.

                      Love is always riddled with
                      Selfishness
                      Few will find joy In their
                      Big success
                      From the sublime to the ridiculous in the
                      Blink of an eye.
                      Funny all too funny
                      You're a funny guy

                      If it's too much to feel
                      Come this way my friend
                      Try to keep it unreal
                      Feels good to let yourself descend to pretend
                      We can transcend our everyday existances
                      No distances
                      How did we come undone?
                      Became what we've become

                      www.youtube.com/watch?v=5oft4KNJnZA
                  • kag73 Re: I can't make you love me if you don't 23.12.12, 19:30
                    Bitch, wszystko to logiczne co napisalas o swoim dawnym zwiazku i to co powiedzial Ci psycholog, ale....nie ma odniesienia do sytuacji autora. On tej kobiety nie kocha, nie ma takich rozsterek. On po prostu wszedl w zwiazek, bo spoko dziewczyna i chce z nim byc, nawet ja lubi i tkwil/tkwi w nim z wygody czy z przyzwyczajenia, majac jednak nadzieje, ze moze nadarzy sie jeszcze cos lepszego. I oto, rzeczywiscie wlasnie sie nadarza, nowa znajomosc, codzienne pisanie, bicie serca. A nadrza sie, bo jest otwarty na cos nowgo, bo nie jest szczesliwy i nie kocha swojej dziewczyny.
                    Podczas kiedy Ty swojego kochalas, ale to za malo, mozna kogos kochac ale nie moc z nim zyc, wtedy warto pojsc za glosem rozsadku a nie za glosem serca, inaczej ciagle beda rozsterki i cierpienie. Znam, przerabialam: ogromna milosc i namietnosc, ale wiedzialam, ze bedziemy sie szarpac, bo tak naprawde do siebie nie pasujemy, z roznych powodow...u mnie zwyciezyl rozsadek.
        • sea.sea Re: u mnie 21.12.12, 19:39
          > bo na razie to ona mi wyglada na cien samej siebie uwieszony na facecie.
          Skąd te wnioski? Bo facet ją (chwilowo) utrzymuje? Nie wiemy, czy to nie była wspólna umowa, że ona idzie na te studia, on ją utrzymuje, a ona sobie spokojnie się uczy w imię ich wspólnej przyszłości, zamiast się zapracowywać na zmywaku (są takie studia które trudno pogodzić z przyzwoitym zarobkowaniem, choćby medycyna). Czy dlatego, że po rozstaniu zapewne wróci do rodziców z poczuciem klęski i straty? A kto by nie miał poczucia straty, gdyby mu się rozwalił w jeden dzień 9-letni związek i plany na przyszłość i to nie z konkretnego powodu, a z powodu jakichś nieokreślonych odczuć partnera, że to jednak chyba nie to i za sprawą jakiejś mistycznej bliskości tegoż partnera z jakąś korespondencyjną lolą z internetu? Kto by nie miał poczucia klęski wiedząc, że się dawał przez tyle lat nabierać na to, że wszystko jest w porządku?

          No za nic się nie mogę w opisie dziewczyny dopatrzeć bluszcza uwieszonego na facecie, któremu ten facet matkuje, a który to bluszcz jemu z kolei nic od siebie nie daje i nigdy nie dał.
          • kutuzow kiedy bezpiecznie mozna się rozstać? 21.12.12, 20:47
            sea.sea napisała:

            > A kto by nie miał poczucia straty, gdyby mu się rozwalił w jeden dz
            > ień 9-letni związek i plany na przyszłość i to nie z konkretnego powodu, a z po
            > wodu jakichś nieokreślonych odczuć partnera, że to jednak chyba nie to i za spr
            > awą jakiejś mistycznej bliskości tegoż partnera z jakąś korespondencyjną lolą z
            > internetu? Kto by nie miał poczucia klęski wiedząc, że się dawał przez tyle la
            > t nabierać na to, że wszystko jest w porządku?

            sea.sea ---> cenie sobie bardzo Twoje wypowiedzi na tym forum, ale tym razem mam wrażenie ze troche "jeździsz" po gościu bez powodu. Wyjasnij mi bowiem czy coś by się zmieniło gdyby oni byli małżeństwem. (odpadnie argument "zwodzenia"). Czy dla jego partnerki rozstanie teraz (i rozwód) byłoby lżejsze? Jeśli pod kątem emocjonalnym byłoby podobnie, to rodzi się pytanie czy ludzie mają się prawo rozstać/rozwieść? Czy potępiasz wszystkich rozwodników?

            Czy może tutaj kwestią graniczną jest czas, np. do 2 lat jest to ryzyko wliczone w koszty, ale po 2 latach związku już trzeba być ze sobą do śmierci.

            Zupełnie nie rozumiem czemu tak potępiasz faceta. Czy sam fakt, że nie czuje się szcześliwy w związku nie jest wystarczający do zmiany? Wychodze z założenia ze gdyby kochał tą dziewczynę to by chciał coś zmienić w ramach związku, to ze chce odejśc wg mnie jest przejawem tego że jest im razem wygodnie, ale to nie jest miłosć!

            Poza tym wg mnie lepiej że gość szczerze porozmawia z partnerką niż miałby w strachu więdnąc w związku który go nie satysfakcjonuje lub co gorsza tworzyć sobie drugie życie na boku z kochanką.

            Czy gdyby to samo pisała kobieta (jego partnerka), ze ma fajny związek, facet ją wspiera, ale ona go chyba nie kocha i zastanawia się czy odejśc czy iść dalej w małżeństwo i dzieci, też byś jej zalecała trzymanie się tego związku bez względu na odczucia?
            • sea.sea Re: kiedy bezpiecznie mozna się rozstać? 21.12.12, 21:24
              Potępiam robienie dobrej miny do złej gry i świadome pranie mózgu dziewczynie, gdy już od X lat wiedział, że to chyba jednak nie to. Potępiam, że zamiast się zachować jak mężczyzna wcześniej, podejmuje teraz nagle decyzję na podstawie wielkiej korespondencyjnej bliskości. I potępiam popieranie tej decyzji na podstawie dorabiania dziewczynie gęby niesamodzielnej pipy i uwieszonego bluszcza na podstawie tego, że autor jej dokłada pieniądze do wacików. Żal mi dziewczyny, jak każdego i każdej, która nic złego nie zrobiła, a mimo to dostanie z zaskoczenia cegłą w pysk od osoby którą kocha i której ufa może najbardziej na świecie. Ludzie się zazwyczaj rozwodzą z jakichś konkretnych powodów, tu nie ma konkretnego powodu do odejścia poza "nie czuję tego, co mi się wydaje, że powinienem" i napalenia na dupę pachnącą nowością. A kto pozostający w wieloletnim związku nie myśli czasem z rozrzewnieniem o emocjach związanych z głuszeniem nowej dupy? Mam wrażenie, że gdyby "chciałbym to poczuć" było akceptowanym społecznie powodem do wymiany partnera na ciekawszy model, to każdy by miał po dziesięciu partnerów w życiu :) I tak, gdyby to kobieta pisała, że chyba nie kocha i coś by chciała, ale nie wie co, a w ogóle to chodzi o uczucia i w zasadzie wszystko jest dobrze, tylko kominek zgasł - to też bym jej zasugerowała, żeby się zastanowiła co chce rozwalić i czy aby na pewno to ma sens.

              No sorry, nie będę autora głaskać po główce i zalecać by z czystym sumieniem szedł szukać swego szczęścia. Zapewne i tak pójdzie, ale przynajmniej niech wie co zrobił i niech poniesie emocjonalne koszta. Dziewczynie to łez nie powróci, ale może przynajmniej ten jeden męski egzemplarz się następnym razem trzy razy zastanowi, zanim kolejnej zeżre kilka lat z życiorysu na jakieś uniki i zwody. I tak, mam nadzieję, że ta karma do niego powróci, bo nic mnie tak ostatnio nie wkurza, jak męskie ameby, które nie mają jaj i nawet im z tego powodu mało wstyd. A autor zrobił na mnie wrażenie wybitnie rozdyźdanego i nieogarniętego życiowo, który stworzył dużo okrągłych zdań by wzbudzić sympatię i znaleźć usprawiedliwienie. Przykro mi :)

              • paczalka Re: kiedy bezpiecznie mozna się rozstać? 21.12.12, 21:59
                tak na marginesie wątek chyba nie na to forum bo tu o seksie chyba ma by... no ale ciekawy, ciekawy ale smutny, mega smutny.
                Mnie zawsze zastanawiało dlaczego ludzie którzy po a nie są małżenstwem po b nie mają dzieci po co nie mają wspólnego psa, kredytu czy bóg wie jeszcze czego tkwią w zwiazku gdzie czują ze to nie to no czemu?????
                a ja mam historie podobną jak ta koleś zwodził podobnie jak kolega moja doobrą kumpele, zostawił ją no dzieki bogu po dwóch latach ale zbliżali sie do trzydziestki wiec to swoje robi, ona była pewna pierścionka a w zamian dostała cegłą w twarz no i co on wolny, szczesliwy bla bla szalał, różne baby imprezy odżył jak to mówili " na mieście":) ona płakała dłuuugo i dużo i wiecie co teraz on jest żulem serio okazało sie ze to ona go motywowała trzymała w kupie a ona jest szczęsliwa z nowym fajnym gościem...
                wiec ja mam nadzieje ze Twoja obecna dziewczyna będzie miała czyjeś wsparcie silne i ze da rade poskładać siebie, a Ty hmm no moze być róznie. Ale jeśli nie kochasz,nie chcesz byc to dla dobra wszystkich zrob to tylko kurde po świętach...
                • tygrys-bez-rys OMFG! paczalka! 21.12.12, 22:18
                  XOXOX. Dziewczyno, nareszczie jakis glos rozsadku. Mam nadzieje ze twojej kumpeli uklada sie swietnie. No wlasnie bo to tak dokladnie w zyciu jest. Szkoda ze nie wiedziala jaki z niegozul od poczatku. Ja wam mowie dziewczyny. To all my single ladies, if you liked it, then you should have put a ring on it!
                  www.youtube.com/watch?v=4m1EFMoRFvY
                • xciekawax Re: kiedy bezpiecznie mozna się rozstać? 22.12.12, 06:10
                  Ba, ja kiedys tak wyrolowana zostalam rowniez, I to w czasie malzenstwa. Ale dziekuje za to niebiosom bo dopiero po rozstaniu odzylam I zaczelam zyc dla siebie a Nie dla "drugiej polowki".
                  Przeszlam metamorfoze. Takie wydazenia wzmacniaja :). Czasami sa niezbedne aby sie obudzic.
              • kutuzow Re: kiedy bezpiecznie mozna się rozstać? 22.12.12, 00:51
                sea.sea napisała:

                > Potępiam robienie dobrej miny do złej gry i świadome pranie mózgu dziewczynie,
                > gdy już od X lat wiedział, że to chyba jednak nie to.

                Sea.Sea --> ja widze pewną sprzeczność w Twej wypowiedzi. Z jednej strony piszesz o tym że gośc wie/wiedział że to nie to, z drugiej zaś sugerujesz że to jednak całkiem fajny związek i (jak zrozumiałem) moze powinien się zastanowić co traci;

                "Ile osób z 9-letnim stażem może powiedzieć o swoim związku tyle pozytywnych rzeczy co autor i mieć mu do zarzucenia tylko to, że "brak tego czegoś" czyli żaru, motylków, wielkiej namiętności czy jak tam to jeszcze ludzie nazywają?"

                jeśli coś źle zrozumiałem to pisz śmiało.

                Druga kwestia to te X lat. Kiedy trzeba się decydować na rozstanie, żeby potem nie było takiej nagonki na faceta jak tutaj. Jesli po 2 latach jest fajnie, ale na kolana namiętnośc nie rzuca, to już wtedy trzeba mówić Sorry to nie to, nie chce Cię laska w lata wpędzać, czy może warto (szczególnie jak się jest takim małolatem na starcie jak autor z partnerką) poczekać troche i zobaczyć jak to będzie?

                > Ludzie się zazwyczaj rozwodzą z jakichś konkretnych powodów, tu nie ma konkret
                > nego powodu

                Sorry, ale brak szczęścia jak dla mnie to też powód. Wolałabyś zeby gostek najpierw przespał się z inną żeby mieć "powód"? Wg mnie to że gośc jest zauroczony inna laską pokazuje tylko to że nie ma tam miłości w tym ich związku. Jak dla mnie brak miłości to cholernie dobry powód do rozstania. Bo bez tego to jest coś na kształt spółki a nie związku.

                > Mam wrażenie, że gdyby "chciałbym to poczuć" było akceptowanym społecznie pow
                > odem do wymiany partnera na ciekawszy model, to każdy by miał po dziesięciu par
                > tnerów w życiu :)

                Sea.Sea --> ale dokładnie tak jest, tylko ze większość nie ma odwagi mówić o tym otwarcie i rozstać się, tylko zalicza romanse/zdrady a oficjalnie jest szczęśliwą parą. Sorry ale ja już wolę być szczerym niż dłubać coś na boku. Poza tym ludzie z wiekiem stają sie wygodni i trochę żal im tracić pewnych rzeczy (vide sąsiedni wątek Pani która przywiązała się do fajnego mieszkania). Czasami jest to status materialny, czasami poczucie bezpieczeństwa, a czasami po prostu kilka lat "zainwestowanych" w związek i oczekiwanie ze za chwilę będą dzieci (drugi sąsiedni watek o Pani która ma kochanka a z mężem plany prokreacji). Wolisz takie rozwiązania pełne hipokryzji?

                > Zapewne i tak pójdzie, ale przynajmniej niech wie c
                > o zrobił i niech poniesie emocjonalne koszta.

                Tylko pytanie co on takiego zrobił? Serio pytam, bo ja tego nie rozumiem skąd to Twoje oburzenie. Jeśli znają się 9 lat, a dziewczyna kończy studia to można zalożyc ze poznali się albo jeszcze w liceum (jeśli to magisterka), albo ok 18-20 roku jeśli to doktoranckie/MBA itp.
                W takim wieku rzadko kto ma ukształtowaną osobowość. Zobacz że większośc się zmienia przez te lata, dojrzewa. Uważasz że już po 2 latach znajomości powinni się pobrac i planowąc dzieci (żeby laska nie miała poczucia zmarnowanych lat)? Napisz proszę jasno co takiego zrobił ten gośc że tak go źle oceniasz. Weź prosze pod uwage że "do tanga trzeba dwojga" i jak trafnie zauważyła Bitch, jeśli traktujemy kobiety jako samodzielne istoty, to oboje są odpowiedzialni za ten związek (nie może być tak, że odpowiedzialnośc spoczywa na facecje, to nei te czasy gdzie kobieta spod kurateli ojca przechodziła pod władzę męża, który rządził, ale także brał za nią odpowiedzialność).
                • sea.sea Re: kiedy bezpiecznie mozna się rozstać? 22.12.12, 01:26
                  Nie widzę sprzeczności. Autor opisuje swój związek jako dobry, a jednocześnie twierdzi, że czuł, że to nie to, ale tak jakoś wyszło, bo nie miał jaj, żeby to uciąć.

                  > Nasze życie jest "dobre". Nie kłócimy się, jesteśmy dla siebie mili, pomagamy sobie, mamy > dobry (choć teraz rzadszy) sex, ale to moim zdaniem zmierza donikąd.

                  > tkwiłem przy niej właściwie bez sensu, robiłem wielką nadzieję

                  > Ona ten temat bardzo delikatnie i z taktem sygnalizowała wiele razy, ale ja spychałem to
                  > bok. Podświadomie czując, że to nie jest to a bojąc się powiedzieć jej prawdę w oczy.

                  Napisałam jasno, co źle zrobił: jest niezdecydowaną i fałszywą pipą. Z postu wynika, że 4 lata miał te rozkminy, ale wciskał dziewczynie farmazony utrzymując w przekonaniu, że wszystko jest super, a teraz nagle za sprawą jakiegoś ideału z internetu dojrzał do konkretnej decyzji... Albo i nie dojrzał, bo po coś jednak przyszedł konsultować swój problem z obcymi ludźmi na forum.

                  Przykro mi, jestem uprzedzona do męskich pip i nie będę się pochylać ze współczuciem nad nieogarniętym dwudziestoparolatkiem i uznawać za naturalne, że facet ma prawo w tym wieku jeszcze być niedojrzały i nic w tym złego ani dziwnego - bo głaszcząc po główce takie duże, nieodpowiedzialne dzieci przyczyniamy się do tego, że taki spłodzi kolejną życiową fujarę i tak ją wychowa, że w pokoleniu naszych wnuków nikt nie będzie oczekiwał kropli oleju w głowie od mężczyzn przed 40tką!

                  A autor z tą swoją partnerką mają wg opisu bardziej trzymający się kupy, spójny i wartościowy związek niż 9/10 ludzi których znam, jedynym minusem tego związku są endorfiny które się wydzieliły w związku z nową lolą i jakieś pobożne wyobrażenia autora na temat tego, czym właściwie jest miłość.

                  Stąd myślę, że dla rozwoju osobistego autora wiedza, że jest życiową miągwą może się okazać użyteczna. Tak samo może mu się przydać na coś wiedza, że motylki i tak szlag trafia góra po trzech latach a dziewczyny z którymi seks po dziewięciu latach jest dobry i takie raczej mało awanturujące się, nie rosną na drzewach i nie czekają aż je byle przechodzień zerwie. I że tego, co on sobie wymyślił jako uczucie idealne, większość ludzkości nie dostępuje, a jeśli już, to taki grom z jasnego nieba lubi się kończyć ślubem po trzech miesiącach, dzieckiem po roku i rozwodem po pięciu latach, jak państwo wytrzeźwieją z początkowej euforii. Niech chłopak wie, co robi, bo może jak przemyśli, to się okaże że nie ma jednak tendencji do hazardu w którym może wygrać, w swoim rozumieniu, wszystko, ale równie dobrze zostać z totalnie gołym tyłkiem.
                  • kutuzow Re: kiedy bezpiecznie mozna się rozstać? 22.12.12, 16:29
                    sea.sea napisała:

                    > Napisałam jasno, co źle zrobił: jest niezdecydowaną i fałszywą pipą. Z postu wy
                    > nika, że 4 lata miał te rozkminy, ale wciskał dziewczynie farmazony utrzymując
                    > w przekonaniu, że wszystko jest super, a teraz nagle za sprawą jakiegoś ideału
                    > z internetu dojrzał do konkretnej decyzji..

                    Sea.sea idąc tym tropem to każda miłośc z czasów liceum i studiów która się nie zakończyła małżeństwem była związkiem z "niezdecydowaną i fałszywą pipą". Sorry, ale to jest logiczna prawda tylko jeśli przyjmiemy że CELEM związku jest małżeństwo i założenie rodziny. Pomijamy zaś totalnie takie kwestie jak: eksperymenty, poszukiwanie co dla nas ważne, radość z odkrywania świata we dwoje, wspólne mieszkanie, wspólne imprezy i milion innych rzeczy które się odkrywa w takich "pierwszych" licealno/studenckich związkach. Z czasem okazuje się że tych dwoje osób ma inne spojrzenie na dorosłe życie, co wg mnie nie świadczy ani o tym że zmarnowali ten czas (wręcz przeciwnie), ani o tym że ktoś jest "pipą".
                    Przewrotnie powiem że dla mnie "pipą" są Ci facecji którzy mimo odkrytych takich odczuć jak autor wątku decydują się na małżeństwo pomimo swych wątpliwości, bo "tak wypada".
                    • kag73 Re: kiedy bezpiecznie mozna się rozstać? 22.12.12, 16:45
                      Widzisz, bo realnie na to spojrzawszy celem jest wlasnie rozmnazanie sie, inaczej by nas tutaj wszystkich nie bylo, czyli tak: zalozenie rodziny/splodzenie dzieci. Cel jest moze podswiadomy, ale tak wlasnie jest.
                      Powiedzialabym, ze ten facet tutaj, podobnie jak ten, ktory wchodzi w malzenstwo chociaz jest niepewny, jest "pipa". Od lat wie, ze to nie to, inaczej po co by szukal kontaktow w internecie? W koncu ma stala parnterke, wiem jestem staromodna, ale moj po portalach randkowych nie bryka, ja tez nie, bo mamy czego potrzebujemy.
                      Z punktu widzenia jego dziewczyny to tak jakby ktos nagle przywali jej cegla w twarz...bo nagle mu zwiazek nie odpowiada a caly czas mieli sielanke, troche udawana z jego strony, bo w glebi serca sie wahal i z nia byc nie chcial, ale wiadomo tkwil w tym co zna, lepszy rydz niz nic, teraz ma nowa perspektywe i ... To troche tak jakby sie cale lata bylo oszukiwana, tak jak w momencie kiedy okazuje sie, ze facet/babka cale lata prowadzil/la podwojne zycie majac innego/inna na boku, nagle wszystko co bylo widzi sie w innym kolorze i pozostaje ogromny niesmak. Rozumiesz co mam na mysli?
                      Kto ich tam wie, moze ona tez przed nim udawala, chociaz chyba nie, bo jednak chciala sie zwiazac slubem.
                • sea.sea Re: kiedy bezpiecznie mozna się rozstać? 22.12.12, 01:42
                  > Wg mnie to że gośc jest zauroczony inna laską pokazuje tylko to że nie ma tam miłości w tym > ich związku. Jak dla mnie brak miłości to cholernie dobry powód do rozstania. Bo bez tego to
                  > jest coś na kształt spółki a nie związku.

                  Dla mnie brak miłości to też dobry powód do rozstania.
                  Tylko co to jest miłość? Te motylki, których biedaczek nie czuje przy swojej wieloletniej, opatrzonej dziewczynie, za to czuje je z korespondencyjną niunią? Intryguje mnie w tym wszystkim, czy nowa niunia wie, że on ma dziewczynę w ogóle, i czy żyje w przekonaniu, że ta stara go nie rozumie i wcale ze sobą nie śpią... :)
                  Czy po 9 latach to w ogóle może być mowa o miłości? Czy to tylko przyzwyczajenie?

                  Ot, dylematy białego człowieka :)
                • kag73 Re: kiedy bezpiecznie mozna się rozstać? 22.12.12, 02:26
                  "co on takiego zrobil?" Moim zdaniem marnowal jej czas, bo od lat wie, ze to nie to, nie chcial sie z nia ozenic a to dowod na ogromne watpliwosci czy chce z nia zostac "na zwasze". Byla dla niego "przejsciowa narzeczona". Ona natomiast, w swojej naiwnosci i braku doswiadczenia, nie przejrzala na oczy. W przyszlosci bedzie madrzejsza.
                  Tak, powinien sie z nia rozstac i to jak najpredzej, szkoda jej czasu. Moze i on kiedys zrozumie i zacierpi, ze marnujac jej czas marnowal rowniez swoj czas.
                  • hello-kitty2 Re: kiedy bezpiecznie mozna się rozstać? 22.12.12, 12:10
                    kag73 napisała:

                    > "co on takiego zrobil?" Moim zdaniem marnowal jej czas, bo od lat wie, ze to ni
                    > e to, nie chcial sie z nia ozenic a to dowod na ogromne watpliwosci czy chce z
                    > nia zostac "na zwasze". Byla dla niego "przejsciowa narzeczona". Ona natomiast,
                    > w swojej naiwnosci i braku doswiadczenia, nie przejrzala na oczy. W przyszlosc
                    > i bedzie madrzejsza.
                    > Tak, powinien sie z nia rozstac i to jak najpredzej, szkoda jej czasu. Moze i o
                    > n kiedys zrozumie i zacierpi, ze marnujac jej czas marnowal rowniez swoj czas.

                    W ogole nie rozumiem tej koncepcji 'marnowania czyjegos czasu' (?) Przeciez jak zyjesz dla siebie i robisz w zyciu to, co jest dla ciebie wazne (ta dziewczyna robi np. studia, a on jej w tym pomagal) to marnowala czas?

                    Kag, sea sea jesli wasi mezowie/partnerzy teraz zdecyduja sie odejsc to tez zmarnowalyscie czas?

                    Wydaje mi sie, ze jesli ktos ma poczucie, ze marnowal czas to przede wszystkim z nim cos bylo nie tak. A w ogole nikt inny nie moze nikomu zmarnowac jego czasu, ty sama/sam mozesz sobie zmarnowac. Jak nie zyjesz dla siebie tylko dla kogos/innych.

                    Kto zyje dla siebie nigdy nie ma poczucia zmarnowanego czasu.
                    • kutuzow Pięknie napisane Kitty 22.12.12, 16:17
                      hello-kitty2 napisała:

                      > W ogole nie rozumiem tej koncepcji 'marnowania czyjegos czasu' (?) Przeciez jak
                      > zyjesz dla siebie i robisz w zyciu to, co jest dla ciebie wazne (ta dziewczyna
                      > robi np. studia, a on jej w tym pomagal) to marnowala czas?
                      >
                      > Kag, sea sea jesli wasi mezowie/partnerzy teraz zdecyduja sie odejsc to tez zma
                      > rnowalyscie czas?
                      >
                      > Wydaje mi sie, ze jesli ktos ma poczucie, ze marnowal czas to przede wszystkim
                      > z nim cos bylo nie tak. A w ogole nikt inny nie moze nikomu zmarnowac jego czas
                      > u, ty sama/sam mozesz sobie zmarnowac. Jak nie zyjesz dla siebie tylko dla kogo
                      > s/innych.
                      >
                      > Kto zyje dla siebie nigdy nie ma poczucia zmarnowanego czasu.

                      Kitty, pięknie to ujęłaś. Dokładnie o to mi tutaj w tym wątku chodziło. Każdy związek który mamy w swoim życiu wzbogaca nas o jakiś element. Ten udany jak i ten nieudany. Mam wrażenie że Kag i Sea.Sea nadal podchodzą do roli kobiety w sposób mocno "tradycyjny", spod władzy ojca, pod skrzydła męża, gdzie odkładanie terminu ślubu oddala główny cel kobiety jakim jest założenie rodziny (czyli dzieci), a nie szczęśliwe życie samo w sobie.
                      Totalne przeniesienie odpowiedzialności za los tej kobiety w ręce jej partnera.
                      Sorry, ale albo mamy równouprawnienie, albo cofamy się do tamtych czasów (gdzie kobieta była zależna od mężczyzn). Nie ma tak że kobiety wybierają co im się lepiej kalkuluje w danej chwili. W pracy równouprawnienie, w związku koniecznie równouprawnienie, ale już jak chodzi o odpowiedzialność, to jednak spoczywa ona tylko na facecie.
                      • sea.sea Re: Pięknie napisane Kitty 22.12.12, 16:44
                        Kutuzow, dalej nie jarzysz, co ja właściwie potępiam :) Ja akurat nic nie wspominałam o zmarnowanym czasie, bulwersuje mnie natomiast kłamstwo i fałsz, do którego sam autor się przyznaje, że kultywował przez 4 lata, już wtedy czując że coś jest nie halo, a jednocześnie nie dając dziewczynie w żaden sposób do zrozumienia że coś jest nie tak - dzięki czemu nie miała szansy się przygotować psychicznie na możliwość rychłego rozstania ani szansy na to, by jakoś ze swojej strony popracować nad związkiem. I gdyby z tym problemem przyszła tu kobieta, moja reakcja byłaby taka sama, bo generalnie nie lubię nieogarniętych, tchórzliwych pip, choć w męskim wydaniu bardziej. Fałsz to fałsz, kłamstwo to kłamstwo, niedawanie szansy to niedawanie szansy, tchórzostwo to tchórzostwo a grom z jasnego nieba to grom z jasnego nieba - wszystko jedno czy to szef pracownikowi, narzeczony narzeczonej czy siostra siostrze.

                        A tradycyjny model rodziny to ostatnie, do czego jestem przywiązana, wierz mi :) Ja nie mogę w ogóle zrozumieć dlaczego większość ludzi jest zdania, że jak się ktoś wiąże w pary, to głównie po to by mieć stadko różowych bobasów, dlatego nie przysżło mi nawet do głowy przypisywanie dziewczynie autora takiej intencji, że oto może marzyła o różowym bobasie za rok, a tu nici. To Wasza projekcja :)
                        • kutuzow była szczęśliwa albo nie była (i sama sobie winna) 22.12.12, 19:22
                          sea.sea napisała:

                          > Kutuzow, dalej nie jarzysz, co ja właściwie potępiam :) Ja akurat nic nie wspom
                          > inałam o zmarnowanym czasie, bulwersuje mnie natomiast kłamstwo i fałsz, do któ
                          > rego sam autor się przyznaje, że kultywował przez 4 lata, już wtedy czując że c
                          > oś jest nie halo, a jednocześnie nie dając dziewczynie w żaden sposób do zrozum
                          > ienia że coś jest nie tak

                          Sea.Sea ---> zgadzam się z Toba co do kłamstwa i fałszu. Dlatego gdyby to był gościu z większym doświadczeniem (ma porównanie), to bym może i napisał że jest mało odważny że jeszcze to ciągnie. Zobacz jednak że ten koleś nie ma doświadczenia, nie ma porównania jak może być mu z inną i nie wie jakie są inne związki. Rzekłbym że tutaj to co najwyżej może się wypowiadać Urqu, który jeśli się nie mylę też poznał żonę jako jedną z pierwszych partnerek.
                          Cała reszta (która ma na końcie sporo związków zanim znalazła tą/tego jedynego), nie powinna się aż tak oburzać, bo sami wcześniej działali podobnie. Pewnie nie jesdno serce zostało złamane zarówno facetom jak i kobietom z tego forum w czasie tych pierwszych lat młodości.

                          > Ja nie mogę w ogóle zrozumieć dlaczego większość ludzi jest zdania, że jak si
                          > ę ktoś wiąże w pary, to głównie po to by mieć stadko różowych bobasów,

                          Odeśle do cytatu z Kag:
                          "Widzisz, bo realnie na to spojrzawszy celem jest wlasnie rozmnazanie sie, inaczej by nas tutaj wszystkich nie bylo, czyli tak: zalozenie rodziny/splodzenie dzieci. Cel jest moze podswiadomy, ale tak wlasnie jest."

                          forum.gazeta.pl/forum/w,15128,141289298,141308602,Re_kiedy_bezpiecznie_mozna_sie_rozstac_.html
                          W kontekście rozmnażania jako głownego celu w życiu mogę zrozumieć zarzut "marnowania czasu" (nawet jesli uważam że stawiając sobie taki cel traci się wiele z życia (troche jak pstrągi).

                          Jeśli jednak odrzucimy wersję z rozmanażaniem, to już zupełnie nie rozumiem czemu niby dziewczyna miałaby tracić na tym związku. widze dwie sytuacje:
                          a) była szczęśliwa przez te lata, więc nawet jeśli się rozstaną ona nic nie traci, bo "swoje przeżyła" w tym związku, ma miłe wspomnienia. Mogła się dodatkowo kształcić dzięki pomocy swego faceta.
                          b) była nieszczęśliwa i tutaj sama jest sobie winna jeśli w tym tkwiła. Nie rozumiem czemu odpowiedzialność za jej decyzje ma spadać na faceta.

                          Jeśli zaś był to wariant coś między "a" a "b", czyli podobnie jak jej facet sama nie wie, to moze lepiej jesli się rozstaną i nie widzę powodu żeby tutaj potępiać gościa.
                  • kutuzow "marnowanie czasu" w związku, a rozwód 22.12.12, 16:11
                    kag73 napisała:

                    > "co on takiego zrobil?" Moim zdaniem marnowal jej czas, bo od lat wie, ze to ni
                    > e to,

                    Kag, zauważ że kilka postów wyżej sea.sea pisze iz ten związek jest i tak lepszy niż 9/10 jakie ona zna. Więc chyba nie dziwne że gościu się zastanawia. Zauważ że dla nich oboje to pierwszy poważny związek, nie mają doświadczenia w tej kwestii, jakiś punktów odniesienia (czy ich związek to jest zarąbisty, czy może ledwo ciepły) itp.

                    Poza tym w świetle forumowych dogmatów z tego forum, gdzie to faceci (niby) dążą do ślubu, troche nie rozumiem wersji z "marnowaniem czasu". Czy lepiej oceniasz rozwodników, których na tym forum nie brakuje, którzy próbują sobie układać życie w drugim lub kolejnym związku niż tego gościa? Bo jeśli mamy tutaj piętnować za "marnowanie czasu" to dla mnie rozwód jest jeszcze większym marnowaniem (bo coś się obiecało/przysięgało i się nie dotrzymało tej obietnicy). Zgodzisz się z tym?


                    > Byla dla niego "przejsciowa narzeczona".

                    Znamy jego wersję, nie wiadomo czy dziewczyna po zakończeniu studiów i osiągnięciu lepszej posady od swego faceta nagle nie doszłaby do wniosku że zasługuje na lepszą partię.
                    Poza tym gdy ktoś jest ze sobą od nastoletnich lat, cięzko tutaj mówić o "kryzysowej narzeczonej" ja bym raczej uważał że zostali ze soba z przyzwyczajenia, podczas gdy ich oczekiwania i odczucia się zmieniły/zmieniały przez te 9 lat.
                    • kag73 Re: "marnowanie czasu" w związku, a rozwód 22.12.12, 16:29
                      Kutuzow, a Ty byles kiedys zakochany na zaboj? Wiesz jakie to uczucie? Przypomnij sobie, moze byles nie raz ale z pewnoscia pierwsze zakochanie nie bylo inne niz nastepne, moze nawet bylo najbardziej intensywne, bo czlowiek dopiero z wiekiem robi sie ostrozniejszy i pilnuje co by sie za szybko nie angazowac emocjonalnie a potem cierpiec.
                      A marnowal jej czas, bo ona przez te wszystkie lata, kiedy on sie wahal i nie traktowal jej jako tej jedynej, mogla miec kogos dla kogo bylaby pierwsza klasa a nie drugim gatunkiem.
                      I nie nie zgodze sie, ze rozwod jest wiekszym marnowaniem czasu, bo wydarzaja sie rozne rzeczy, cos sie konczy, cos sie psuje, nie mozna zyc dalej razem, ale wychodze z zalozenia, ze w momencie slubu ludzie byli pewni, ze to wlasnie ta osoba, ze z nia chca spedzic zycie. Autor tego od lat nie jest pewny a ciagnie to dalej.
                      Odpowiem tez na pytanie Kitty, po czesci odpowiedzaial juz sea sea. Ja sama w przypadku rozwodu z mezem, nie mowilabym, ze zmarnowal mi iles tam lat, bo maz byl zwariowany na moim punkcie, po 9 tygodniach wywalil obraczki na stol co by sie zareczac(chociaz nigdy nie bylam typem, ktoremu zalezy na zareczynach i na zamazpojsciu), byl pewien, ze chce ze mna byc, zawsze mialam poczucie, ze jestem dla niego najlepsza jaka spotkal na swojej drodze, zawsze wiedzialam/wiem, ze chce ze mna byc a to bardzo wiele dla mnie znaczy.
                      Wiem, oni byli/sa mlodzi, niedoswiadczeni, to ich pierwszy zwiazek...ale 9 lat to stanowczo za dluuugo na ciagniecie czegos co nie uszczesliwia. Problem w tym, ze niektorzy ludzie zyja jakby mieli przed soba 1000 lat zycia a to blad, bo zycie jest za krotkie na to, zeby je marnowac.
                      • kutuzow Re: "marnowanie czasu" w związku, a rozwód 22.12.12, 19:10
                        kag73 napisała:

                        > I nie nie zgodze sie, ze rozwod jest wiekszym marnowaniem czasu, bo wydarzaja s
                        > ie rozne rzeczy, cos sie konczy, cos sie psuje, nie mozna zyc dalej razem, ale
                        > wychodze z zalozenia, ze w momencie slubu ludzie byli pewni, ze to wlasnie ta o
                        > soba, ze z nia chca spedzic zycie. Autor tego od lat nie jest pewny a ciagnie t
                        > o dalej.

                        Kag, ja to widze właśnie dokładnie tak "coś się kończy, coś się psuje" Nie rozumiem czemu w przypadku rozwodu dla Ciebie jest to "naturalne", że nie można żyć dalej razem, a w przypadku tej oto pary nie. Ile znasz par które są po ślubie, źle im się dzieje, ale ciągną razem wózek, bo kredyty, bo dzieci. Nie mają odwagi własnie żeby się rozstać. Boją się że nie znajdą nikogo lepszego itp. tutaj widzę podobną historię i dlatego nie rozumiem skąd to nagłe "jechanie" po gościu, pisanie o "zmarnowanym czesie" itp.

                        > '...byl pewien, ze chce ze mna byc, zawsze mialam poczucie, ze jestem
                        > dla niego najlepsza jaka spotkal na swojej drodze, zawsze wiedzialam/wiem, ze
                        > chce ze mna byc a to bardzo wiele dla mnie znaczy."

                        widzisz róznica jest taka że Ty to czułaś. gdybyś była na miejscu tej dziewczyny to pewnei byś czuła że nie jesteś aż tak kochana. Nie rozumiem więc czemu nagle tutaj partnerka autora traktowana ona jest jak jakaś niedorozwinięta emocjonalnie i się ma "ździwić" że nie jest tak kolorowo jak było np. u Ciebie Kag. (Pomijam kwestie doświadczenia, bo skoro ona jest nie doświadczona i może nie wiedzieć, to nie rozumiem czemu gostek musiał niby wiedzieć 4 lata wczesniej czy to związek jego marzeń skoro jest tak samo (nie)doświadczony).
                        • sea.sea Re: "marnowanie czasu" w związku, a rozwód 23.12.12, 00:17
                          Kutuzow - różnica jest prosta. W przypadku rozwodu czy większości rozstań zazwyczaj są wcześniej jakieś kłótnie, problemy, spięcia, różnice priorytetów, próby naprawcze, cokolwiek.

                          A tu nie.
                          Tu, rozumiesz, w poniedziałek koleś się kładzie spać koło dziewczyny i wszystko jest cacy, a we wtorek przy herbacie mówi jej "wypad z baru, nie kocham cię, nigdy cię nie kochałem, zdawało mi się tylko, a przez 4 ostatnie lata cię okłamywałem, bo nie miałem odwagi ci powiedzieć". Naprawdę to takie dziwne, że będzie co najmniej zdziwiona? Dziwne, że się zapewne 4 razy zastanowi następnym razem, zanim zaufa w cokolwiek co jej powie jakiś facet, bo skoro poprzedni jej ściemniał przez 4 lata bez drgnięcia powieki, to i następny może?

                          BTW, wot, forumowa hipokryzja, nie przestaje mnie fascynować to, że autor o swej dziewczynie złego słowa nie powiedział, za to forumowicze sobie nadorabiali jakichś totalnych ideologii i przyczepili jej roszczeniową gębę na podstawie tego, że to on ma mieszkanie i to on jej obecnie daje na waciki. Jednocześnie mam przeczucie graniczące z pewnością, że gdyby autor napisał, że to ona zarabia więcej i daje mu na waciki, współczujące forum wytoczyłoby z kolei działo że zapewne przy jej lepszym statusie jej partner czuje się wykastrowany i powinien od niej odejść, by poczuć się mężczyzną - i też by sama sobie była winna :D
                          • kutuzow Casus Belli 23.12.12, 00:36
                            sea.sea napisała:

                            > Kutuzow - różnica jest prosta. W przypadku rozwodu czy większości rozstań zazwy
                            > czaj są wcześniej jakieś kłótnie, problemy, spięcia, różnice priorytetów, próby
                            > naprawcze, cokolwiek.
                            >

                            U Ciebie to się sprowadza do swoistego braku "Casus Belli".

                            Gdyby gostek bzyknął się kilka razy z ta nową laską, to mógłby się rozstać z obecną i wtedy byłoby OK. Bo ma powód i do tego chce zakończyć podwójne życie. Jeśli jednak tylko sobie myśli o takim rozwiązaniu i nie było awantury (a tylko uczucie już wygasło) to dostaje mu się tutaj jak krowie za obierki.

                            Poza tym co powiesz o tych przypadkach, gdzie przed rozwodem owszem są kłotnie, ale wynikłe z tego że nagle wychodzi na jaw romans drugiej strony. Był tu ostatnio watek kobiety która nakryła męża jak na ich romantycznym wyjeździe pisał do drugiej że już się nie moze doczekać spotkania, potem zas ją długo zwodził że zakończył tamtą znajomość.
                            Czy nie lepiej gdyby WCZEŚNIEJ powiedzieli sobie że "sorry to już koniec, nie kocham Cię"? Teraz zaś mam wrażenie że powiedzenie "nie kocham Cię już -to koniec" to jest "jak cegłą w twarz", ale jednocześnie niejako bardziej akceptujesz pokrętne zachowania które prowadzą do rozwodów (skoro kłótnie i zdrady mam odbierać jako "okoliczności łagodzące").

                            > dziewczynie złego słowa nie powiedział, za to forumowicze sobie nadorabiali j
                            > akichś totalnych ideologii i przyczepili jej roszczeniową gębę na podstawie teg
                            > o, że to on ma mieszkanie i to on jej obecnie daje na waciki.

                            Nie "gębę" tylko pokazałem że ona także coś z tego związku ma. Może się kształcić, ma mieszkanie, więc to nie jest tak że bidulka marnuje czas.

                            jak pisałem wcześniej, są dwie możliwości:
                            a) jest szczęsliwa w tym związku (więc tródno tu mówić o marnowaniu czasu, co przeżyła razem z autorem to jej niezapomniane chwile).
                            b) jest nieszczęsliwa, i sama sobie winna jeśli to dalej ciągnie (nie ma tutaj mowy o tym w PEŁNI wina faceta).
                            • kag73 Re: Casus Belli 23.12.12, 00:54
                              Hmm, ciekawe tylko co jej powie przy rozstaniu, jaka wersje wybierze? Czy powie prawde czy cos wymysli. Jak najbardziej uwazam, ze powinien sie z nia rozstac, powinien byl to zrobic juz dawno temu.
                              Znasz to...ktos jest wlasciwie szczesliwy w zwiazku a nagle okazuje sie, ze ta ukochana osoba nigdy go nie kochala i nagle komus sie wali wszystko na glowe i nic nie pojmuje i nagle czuje sie oszukany i mysli, ze to wszystko do tej pory to byl wielki teatr i dlatego jak "cegla w morde", bo ona kochala/lubila to co on jej prezentowal/serwowal, rzecz w tym, ze nagle okazuje sie, ze to bylo tylko udawane, bawil sie z nia w powazny/udany zwiazek a w glowie krazyly mu mysli, ze to nie ta i ze nie jest szczesliwy i wiedzial, ze ona jest bardzo mila i dobra dziewczyna, ze nic jej nie mozna zarzucic, rzecz w tym, ze ON jej nie kochal i dlatego wtedy powinien byl zakonczyc te historie.
                              • sea.sea Re: Casus Belli 23.12.12, 01:04
                                No właśnie to, to co Kag pisze.

                                Ja nie twierdzę, że trzeba się najpierw pokłócić, a potem się można legalnie rozstać.
                                Ale jak się kłócisz w związku, jak masz kryzys, starcie, to widzisz, że w tym związku się psuje, coś nie gra, coś nie styka. No masz jakieś sygnały, że coś się nie układa, że są rysy.

                                A tu nic takiego nie było, za to było przez 4 lata wmawiania, że wszystko jest cudownie i idealnie i nikt się nie spodziewał hiszpańskiej inkwizycji. I dlatego mi tak żal tej dziewczyny, ona nie miała w ogóle żadnych szans, żeby coś zrobić, zawalczyć, przygotować się, no nic. Grom z jasnego nieba. Cegła w twarz.
                                • kutuzow Re: Casus Belli 23.12.12, 17:20
                                  sea.sea napisała:
                                  > A tu nic takiego nie było, za to było przez 4 lata wmawiania, że wszystko jest
                                  > cudownie i idealnie i nikt się nie spodziewał hiszpańskiej inkwizycji. I dlateg
                                  > o mi tak żal tej dziewczyny, ona nie miała w ogóle żadnych szans, żeby coś zrob
                                  > ić, zawalczyć, przygotować się, no nic. Grom z jasnego nieba. Cegła w twarz.

                                  OK. Ten argument rozumiem i przyznaje Ci tutaj rację.
    • bcde Re: u mnie 22.12.12, 21:09
      Quetre, ładnie napisałeś co czujesz i rozumiem cię. Podpisuję się pod tym, co napisali that.bitch.is.sick, strach.na.wróble, a w szczególności Kutuzow.
      Nie przejmuj się tym, co obraźliwie napisała zapieniona sea.sea, bo pieprzy jak potłuczona i raczej nie przeczytała cię zbyt dokładnie. Nie przejmuj się głupimi babskimi gadkami, że wpędziłeś dziewczynę w lata itp. Kobiety to inny gatunek i mało która cię zrozumie. Małżeństwo to dla większości cel i wartość per se. Są kobiety, dla których nie liczy się spędzony razem czas, nawet jeśli byłby spędzony najlepiej, jeśli nie prowadzi do małżeństwa i dzieci. Wspólne lata to lata "zainwestowane". Jak widać, mężczyzna który odchodzi od konkubiny, choć jej nic nie obiecywał, może być przez kobiety wyzywany od najgorszych, natomiast kobieta oczywiście ma prawo "zakończyć związek bez perspektyw". Nie daj sobie wmówić, że partnerkę "oszukiwałeś", że jesteś pipą itd. Kobietę nie tak łatwo oszukać w sprawach sercowych, zwłaszcza przez 9 lat. Jeśli już, to twoja partnerka oszukiwała się sama. Mi też jej szkoda, ale jeśli odejdziesz, to nie do innej. Odejdziesz w nieznane, bo nie wiadomo co się zdarzy. I nie martw się, nawet jeśli po 3 latach chemia się kończy, to możesz zacząć kolejne 3 lata z inną, jeśli będziesz chciał. I nie będzie to świadczyć, że jesteś pipą, wręcz przeciwnie. Żyj jak chcesz i z kim chcesz, nawet jeśli będą porażki. Każdy sam musi sobie opalić skrzydła.
      • sea.sea Re: u mnie 23.12.12, 00:02
        To raczej Ty nie przeczytałeś mnie zbyt dokładnie, ale nie czuję się na siłach polemizować z czyimiś projekcjami :)
        • bcde Re: u mnie 23.12.12, 01:56
          Napisałaś:
          "Jesteś pipa, burak pastewny, a nie facet.

          Przez 9 lat bycia, w tym 4 lata mieszkania razem zwodziłeś dziewczynę, a teraz jak małpa, znalazłeś inną gałąź, której się możesz chwycić, więc już masz nagle odwagę żeby powiedzieć dziewczynie, która Ci nic złego nie zrobiła i niczego w ogóle nie podejrzewa, tak znienacka prosto w oczy "sorry niunia, jakoś mi tak nagle przestałaś pasować, nasz związek jest mumią bo nie ma tego czegoś, pakuj się i spierdalaj".

          Brawo.
          I to wszystko za sprawą jakiejś korespondencyjnej "miłości". Ja nie przeczę, że przez internet można spotkać miłość swojego życia, ale tak na papierze a raczej na monitorze, to cholernie łatwo o pozór bliskości, zwłaszcza jak za wszelką cenę chce się coś poczuć.

          No buractwo pierwszej wody, powiedziałabym, że Twoja dziewczyna zasługuje na coś lepszego i że ma szczęście, że chcesz ją kopnąć w dupę - tyle że nie jestem pewna, czy po takim - podkreślmy - nieoczekiwanym i niezasłużonym ciosie ona jeszcze kiedykolwiek zaufa komukolwiek, kto ma włosy na klacie (świadomie nie piszę: mężczyźnie, bo już ustaliliśmy, że na to miano nie zasłużyłeś)".


          Twoje obraźliwe słowa (i inne w twoich następnych postach) wobec autora wątku to moje projekcje? Wobec tego, co napisał, nic ich nie uzasadnia. Kutuzow już ci to bezskutecznie tłumaczył.
          • sea.sea Re: u mnie 23.12.12, 02:13
            Jak może zauważyłeś, autor się nie poczuł przeze mnie obrażony. Przeciwnie, cytuję:

            > Agresywnie to napisałaś, ale dotknęłaś sedna moich uczuć.

            A ja sama wyjaśniłam, że napisałam ostro, żeby potrząsnąć. Myzianie po główce i zachęcanie do biegu w stronę wschodzącego słońca pozostawiłam innym. Ergo, Twój wjazd tutaj jako rycerza na białym koniu ze wsparciem moralnym dla autora i pojazdem po złej, zapienionej mnie jest jakby... nietrafiony.

            Co do projekcji natomiast, to:

            > Małżeństwo to dla większości cel i wartość per se.

            > Jak widać, mężczyzna który odchodzi od konkubiny, choć jej nic nie obiecywał, może być
            > przez kobiety wyzywany od najgorszych, natomiast kobieta oczywiście ma prawo
            > "zakończyć związek bez perspektyw".

            Żadna z forumowiczek nie napisała nic takiego. A mnie najmniej chodzi o fakt odejścia, a o sam sposób w jaki autor odchodzi. Wymierzając cios niczego nie spodziewającej się dziewczynie, po czterech latach kłamstw, zwodów i uników wpieranych jej w oczy z tchórzostwa. Do czego sam autor się przyznał :) Jeżeli Twoim zdaniem okłamywanie ludzi nie zasługuje na potępienie czy na ostre słowa, jeżeli Twoim zdaniem dziewczyna jest sama sobie winna, bo mogła się domyślić, że jej ukochany kłamie... No to się obawiam, że nie mamy o czym rozmawiać :)
      • kag73 Re: u mnie 23.12.12, 00:44
        Lepiej 3 lata goraco niz 10 na letnio.
        Ja to widze tak: zmarnowal nie tylko jej ale rowniez swoje wlasne lata, bo nie byl szczesliwy a o to w zyciu chodzi, zeby byc szczesliwym.
        • xciekawax Re: u mnie 23.12.12, 01:43
          Moze Nie byl szczesliwy, ale bylo mu wygodnie.

          Teraz malpke ma na czatach to I inicjatywe znslazl aby zwiazek skonczyc.

          Mi to pokazuje charakter dzieciaczka tego. Inna dziewczyne moze poslubi z milosci, ale jak znowu mu sie znudzi... Bedzie identyczna historia.
          • kag73 Re: u mnie 23.12.12, 01:56
            Nie musi byc, mnie sie wydaje, ze on obecnej nigdy nie kochal, od poczatku nie, przyplatala sie i tak z nia siedzial.

            Apropos xciekawax jak Ci sie uklada, bo pamietam jak sie rozstawalas z mezem. Jestes szczesliwa, masz kogos nowego?
            • xciekawax Re: u mnie 23.12.12, 19:06
              Ba! Rozkwitlam! Dziekuje za pamiec!
              To juz ponad 2lata temu ? Jak ten czas szybko leci :)
              Zal mi tylko ze wczesniej moj ex- zwiazek sie Nie skonczyl, na zasadzie:gdybym wiedziala wtedy to, co wiem dzisiaj ;)
              Jestem szczesliwa: zmienilam prace na lepsza, zmienilam miejsce zamieszkania na wieksze, wszyscy mi mowia ze wygladam zdecydowanie lepiej (zmienilam styl ubierania sie, zapuscilam wlosy), usmiecham sie jak za dawnych dobrych czasow. A I partnera tez mam,: poltora roku temu poznalam go I bardzo powoli sie poznawalismy: a teraz za pol roku sie pobieramy :) zyc Nie umierac :)
      • kag73 Re: u mnie 23.12.12, 01:24
        Bcde, piszesz, ze kobiety chca malzenstwa i sa "innym gatunkiem", tymczasem sam autor, chociaz jest mezczyzna napisal: "Nasze życie jest "dobre". Nie kłócimy się, jesteśmy dla siebie mili, pomagamy sobie, mamy dobry (choć teraz rzadszy) sex, ale to moim zdaniem zmierza donikąd". Aha, interesujace, czyli niby dokad mialoby to zmierzac jego zdaniem, zdaniem mezczyzny, skoro to co ma teraz mierza "donikad?
        • bcde Re: u mnie 23.12.12, 02:04
          Aha, interesujace, czyli niby dokad
          > mialoby to zmierzac jego zdaniem, zdaniem mezczyzny, skoro to co ma teraz mierza "donikad?

          Zapewne do coraz bardziej odczuwalnego braku szczęścia i satysfakcji ze związku, a także pogłębiającego się poczucia zmarnowanych szans na lepsze życie uczuciowe.
          • kag73 Re: u mnie 23.12.12, 02:30
            Ty napisales dokad zmierza teraz, nie napislas dokad powinno zmierzac. Autor pisze o tym, ze szuka wybranki, z ktora chcialby spedzic reszte zycia a obecna dziewczyna nia nie jest, dlatego tak naprawde (tak napisal) do dzis nie wzial z nia slubu. Wbrew pozorom mezczyzni i kobiety w tym wzgledzie wcale tak bardzo sie od siebie nie roznia, zwlaszcza kiedy trafia na swoja/na swojego ;)
            • bcde Re: u mnie 23.12.12, 12:38
              Tutaj masz rację, że zapewne chodziło autorowi o ślub a może i dzieci. Za późno pisałem i nie złapałem sensu pytania.
              • hello-kitty2 Re: u mnie 23.12.12, 12:56
                Inna sprawa, ze ludzie czesto nie maja pomyslu na zycie. Dlatego kopjuja powszechne wzorce, a jak nie czuja, ze sa szczesliwi to i tak nie wiedza, jak to zmienic i czego im tak naprawde brakuje. Stad jak pisze sea sea lapia sie, jak malpy galezi, innych osob, bo wydaje im sie, ze inne osoby ta odpowiedz niosa lub dryfuja w zwiazkach bez satysfakcji. I w tym sensie zgadzam sie z sea sea, ze bohater tego watku jest takim dryfiarzem, osoba nieokreslona, niezdecydowana, dlatego znalazl sie w takiej sytuacji. Takich ludzi jest masa: nie wiedza jak chca zyc. Stad takie przedluzanie bezsensownych/sztucznych ukladow.

                Byc moze jego partnerka jest taka sama, nie miala 'lepszej opcji = lepszej galezi' lub byla ona niewystarczajaco atrakcyjna to sie nadal z nim bujala. A moze i nie. Ale chyba szalenczo kochac osobe chlodna to duza naiwnosc.
                • strach.na.wroble Re: u mnie 23.12.12, 13:08
                  Nie uważasz, że odpowiedź na to jak żyć często dyktują warunki i możliwości w jakich przyszło danej osobie działać ? Co z tego, że chcę być kosmonautą albo prezydentem USA, skoro nie mam na to możliwości ?
                  Większość ludzi wie jak chciałoby żyć, ale nie są na tyle racjonalni, żeby ocenić swoje realne możliwości realizacji tej wizji. Chowając głowę w piasek przed rzeczywistością, trzeba pamiętać, że kuper jednak wystaje na zewnątrz i ktoś może weń kopnąć.
                  Stąd dziwne związki, włażenie w pułapki kredytowe, nieracjonalne rozwiązania sprowadzające się właśnie do próby realizacji wizji, na którą nie starcza posiadanych środków.
                  • that.bitch.is.sick Re: u mnie 23.12.12, 14:08
                    strach.na.wroble napisał(a):

                    > Nie uważasz, że odpowiedź na to jak żyć często dyktują warunki i możliwości w j
                    > akich przyszło danej osobie działać ? Co z tego, że chcę być kosmonautą albo pr
                    > ezydentem USA, skoro nie mam na to możliwości ?
                    > Większość ludzi wie jak chciałoby żyć, ale nie są na tyle racjonalni, żeby ocen
                    > ić swoje realne możliwości realizacji tej wizji. Chowając głowę w piasek przed
                    > rzeczywistością, trzeba pamiętać, że kuper jednak wystaje na zewnątrz i ktoś mo
                    > że weń kopnąć.
                    > Stąd dziwne związki, włażenie w pułapki kredytowe, nieracjonalne rozwiązania sp
                    > rowadzające się właśnie do próby realizacji wizji, na którą nie starcza posiada
                    > nych środków.

                    Och nie rozgrzeszaj ludzi za to że są głupi i bezmyślni, co za bzdura. Potem będziesz się domagał równych praw, a potem parytetu we władzach. Łatwa droga do dyktatury idiotów.
                  • hello-kitty2 Re: u mnie 23.12.12, 18:18
                    strach.na.wroble napisał(a):

                    > Nie uważasz, że odpowiedź na to jak żyć często dyktują warunki i możliwości w j
                    > akich przyszło danej osobie działać ? Co z tego, że chcę być kosmonautą albo pr
                    > ezydentem USA, skoro nie mam na to możliwości ?
                    > Większość ludzi wie jak chciałoby żyć, ale nie są na tyle racjonalni, żeby ocen
                    > ić swoje realne możliwości realizacji tej wizji. Chowając głowę w piasek przed
                    > rzeczywistością, trzeba pamiętać, że kuper jednak wystaje na zewnątrz i ktoś mo
                    > że weń kopnąć.
                    > Stąd dziwne związki, włażenie w pułapki kredytowe, nieracjonalne rozwiązania sp
                    > rowadzające się właśnie do próby realizacji wizji, na którą nie starcza posiada
                    > nych środków.

                    Czesciowo tak ale nie do konca, bo znasz np. czlowieka, ktory by powiedzial: nie zalozylem rodziny i nie mam dzieci, bo mnie na to nie bylo stac :)
    • konikmorski1976 Re: u mnie 23.12.12, 16:27
      Drogi autorze postu,
      Przyznam, ze nie przeczytałam tego, co napisali inni, bo czasem to po prostu strata czasu, nie wiem też czy dotrwasz do mojej odpowiedzi, jednak ważne jest dla mnie to, żebyś ją przeczytał.Otóż pisze do ciebie kobieta doświadczona, 40 letnia, matka trójki dzieci, która wyszła za mąż w wieku 22 lat i 3 lata później się rozwiodła,później wyszła za mąż po raz drugi, wiem więc nieco o życiu.
      Powiem krótko: to twoje życie, masz prawo a nawet obowiązek myśleć o sobie, dane ci jest ono tylko raz, nie będziesz miał szansy przeżyć go ponownie. Zostałeś, podobnie jak ja, wychowany w kulturze gloryfikacji cierpienia, poświęcania się i samobiczowania, co w kulturze zachodniej, w której obecnie żyję jest po prostu nie do pomyślenia. To nasze poczucie winy, wyrzuty sumienia, odpowiedzialność za partnera....dopóki nie masz dzieci nie masz ZA NIKOGO odpowiedzialności młody człowieku, za NIKOGO.Twoja dziewczyna jest dorosła, życie dorosłe polega na zmianach, na zawodach, na rozczarowaniach i czy chcesz tego czy nie, ona będzie musiała się z tym zmierzyć. A poza tym - gdybym dowiedziała się, ze mój obecny mąż jest ze mną tyle lat z litości, to chyba bym go zamordowała i dopiero wtedy znienawidziłabym samą siebie. Także - odwagi, bierz życie w swoje ręce, każdy jest kowalem własnego losu. Trzymam kciuki za udane nowe życie.pozdrawiam.
      • loppe Re: u mnie 23.12.12, 18:18
        Ad. Zostałeś, podobnie jak ja, wychowany w kulturze gloryfikacji cierpienia, poświęcania się i samobiczowania, co w kulturze zachodniej, w której obecnie żyję jest po prostu nie do pomyślenia. To nasze poczucie winy, wyrzuty sumienia, odpowiedzialność za partnera....

        Przepraszam ale masz słabe pojęcie o kulturze zachodniej, o protestantyzmie który ufundował wielki sukces tej kultury. Piszesz tylko o pewnym nurcie, hedonistycznym. A przedstawiasz go jako jedyny. Pozdrawiam.

        Autorowi wątku polecam zaś jedno z wielkich dzieł kultury zachodniej - O sztuce miłości, E.Fromma.
    • agusiaki Re: u mnie 23.12.12, 23:26
      Przeczytałam większość odpowiedzi - pozwól, że i ja Ci coś odpowiem, chociaż do tej pory tylko podczytywałam to forum jako twórczość mądrych ludzi o bogatym doświadczeniu życiowym :)

      Piszesz, że masz 27 lat i ona też mniej więcej tyle. Że 9 lat, że to nie to... Zostaw ją. Zostaw ją natychmiast (ok po Sylwestrze). Nikt nie chce, żeby człowiek, którego się kocha był z nami z litości, z przyzwyczajenia, żeby uważał nas za mało atrakcyjnych... 27-mio latka ma szanse na znalezienie cudownego faceta i szczęście. Ma czas na urodzenia dziecka. Oczywiście te szanse ma i 40- to latka, ale z czasem one maleją.

      Skąd takie rady? Pozwól, że opowiem o swoich doświadczeniach.

      Ponad rok temu zostałam zmuszona zakończyć 7mio letni związek. Niby mnie nikt nie zostawił, ale zrobił wszystko, abym to ja musiała odejść. I dodam, że związek był to b. wygodny: mój partner w czasie naszego wspólnego bycia razem stał się dość zamożnym człowiekiem, więc ja pracowałam na przysłowiowe waciki. Byliśmy bliskimi sobie ludźmi, dużo rozmawialiśmy, wiedliśmy ciekawe, wygodne życie. Seks był również niezły (a przynajmniej wtedy uważałam, że żadne z nas nie ma powodów do narzekań, ponieważ chętnie spełnialiśmy swoje pragnienia). O dzieciach i małżeństwie nie rozmawialiśmy zbyt często, mi wystarczyło wspólne mieszkanie, na dzieci nie byliśmy obydwoje gotowi, ale przynajmniej ja zakładałam, że jest NATURALNYM że za rok-dwa-trzy będziemy rodziną.

      Tak, jest to niesamowity strach i szok jak człowiek sobie poradzi. A co jeśli nie zdąży urodzić dziecka? Szybka kalkulacja, zakładając, że kogoś kochasz i utrata tego kogoś jest dla Ciebie bolesna: pół roku do roku na pozbieranie się, kolejne pół na rozglądanie wokół, rok-dwa żeby być w nowym związku zanim sprowadzisz na świat dzieci. Ja skończyłam w tym roku 30 lat, w chwili rozstania miałam niecałe 29. Szlag trafił moje marzenia o bezpieczeństwie, rodzinie, domku z ogródkiem na południu Francji, na który mój luby tak intensywnie pracował. Szlag również trafił podróże po świecie i marzenia o własnej fundacji i pracy za free.
      Mieliśmy wspólne mieszkanie kupione 50/50. No i mega problem - on się nie chciał wyprowadził bo "jego pół plus wyposażenie" a nie byłam w stanie spłacić mu tego pół +. On był w stanie mnie spłacić od ręki, ale tylko za twarde pół, wszystkie nasze rzeczy miały zostać w domu jako "jego".
      Ja z kolei panicznie bałam się wyprowadzić, nie miałam gdzie, nie chciałam... mieszkanie praktycznie wybrałam i urządziłam samodzielnie od A do Z było więc bardziej "moje" niż jego.
      Mieszkanie było duże, utrzymanie kosztowne.
      Co więc było robić...zmieniłam branżę, znalazłam lepszą pracę...

      Od tamtego czasu przez wiele tygodni, ba, miesięcy towarzyszył mi strach, rozpacz, żal, że zainwestowałam tak dużo w nieodpowiednią osobę, do niego żal, że zmarnował lata gdy mogłam szukać partnera, który będzie chciał mieć ze mną rodzinę, dla którego będę wszystkim. Ciężko opisać te uczucia...
      Jeszcze w trakcie końca naszego związku znalazłam kogoś innego. Od tamtego czasu zmieniłam pracę na lepiej płatną. Z pomocą rodziny spłaciłam byłemu jego "twarde pół", wyniósł mi za to z domu wszystko co było ruchome i stanowiło jakąkolwiek wartość...
      Wiesz co? Jestem teraz szczęśliwsza, spokojniejsza niż kiedykolwiek. Mój obecny partner ubóstwia mnie i jako kobietę i jako człowieka, z resztą z wzajemnością :)
      Żal do byłego jednak dalej mam, bo być może bycie z nim tak długo pozbawiło mnie możliwości zostania matką. Przyznać jednak muszę, że żale te ujawniły się głównie dlatego, że człowiek, w którym się zakochałam na skutek choroby z dzieciństwa praktycznie nie może mieć dzieci a my w tej chwili nie dysponujemy środkami na pomoc medyczną w tej sprawie...Niezależnie od wszystkiego - jak pisałam moje życie jest dziś zupełnie inne i jestem dużo bardziej szczęśliwa. A mogło być różnie.

      Więc kończąc tego przydługiego posta - jeśli nie kochasz, wiesz, że to nie ta, zostaw ją i daj jej szansę na szczęście.
      Druga droga - zostaw ją na jakiś czas. Spojrzysz na sprawy z perspektywy, może dowiesz się czegoś o sobie i swoich uczuciach.

      Mój były teraz żałuje wszystkiego co mi zrobił i że nie wyprowadził się wcześniej, aby przemyśleć sprawy zanim było za późno. Ucz się na cudzych błędach.
      • agusiaki Re: u mnie 24.12.12, 00:05
        Acha i jeszcze coś - ona sobie poradzi jeśli będzie musiała. Będzie jej trudno ale da radę.

        Byłeś bardzo młody, gdy związałeś się "na poważnie". Nie zdążyłeś wyszaleć a to też jest w życiu potrzebne. Lepiej teraz niż po 40 ;)

        Kiedyś w podobnej sprawie radziłam mojemu młodszemu bratu w "poważnym" związku od 17. roku życia - posłuchał, radziłam też koledze w dość nieudanym małżeństwie z nie "tą" - on na razie czeka na COŚ.
        Ktoś Ci wyżej dobrze napisał - życie masz tylko jedno a i jej nie uszczęśliwiasz trwając w tym układzie z takimi uczuciami, jakie tu opisałeś.
        • qwetre Re: u mnie 24.12.12, 10:41
          Jeszcze raz dziękuję wszystkim, którzy odnieśli się do mojej wypowiedzi. My mamy po 30 lat. Moja dziewczyna nie planowała dziecka przed ukończeniem tych studiów, które teraz robi. A kończą się one za ok. 2,5 roku. To studia dzienne bardzo trudne, nie można ich pogodzić z pracą zarobkową. Nigdy nie było między nami żadnych "negocjacji" nt. tego.
          Ja wiem, że ukończenie tych studiów to jej wielkie marzenie i to akceptowałem, nawet więcej - życzliwie wspierałem. Oczywiście była mi trochę na rękę ta cała sytuacja. Teraz to widzę. Ja ją wspieram - jestem "dobry", jest wspólna zgoda na brak dziecka (poważnego zobowiązania dwojga ludzi). Jedyne czego chcę to zakończyć to tak, żeby nie czuła się upokorzona i żeby potrafiła sobie wszystko od nowa poukładać.
          Szczerze wolałbym od niej na koniec usłyszeć, że i ona widzi powody do zakończenia tego związku. Ale ja naprawdę myślę, że ona jest ze mną szczęśliwa. Nie myślę tak, dlatego że mam jakiś doskonały wewnętrzny obraz mojej osoby. Nie, ja to widzę zwyczajnie w jej oczach. Ale wiem, że ona często nie dostrzegała tego w moich. A ja to ignorowałem.
          • guderianka Re: u mnie 24.12.12, 11:09
            Qwetre- życie płynie a my wraz z nim. Szczęście okupione nieraz ciężką pracą mają Ci, którzy w swoim związku płyną razem, razem się zmieniają, dojrzewają, kompatybilnie trwa ich rozwój. Jednak jesteśmy tylko ludźmi i głupotą byłoby dawanie-nawet sobie wewnętrznie-gwarancji , że :zawsze, na pewno lub nigdy. Wasze drogi się rozchodzą, Ty sie zmieniłeś (w dużej mierze dzięki niej), stałeś się innym człowiekiem, zmiany które zaszły w Tobie sprawiły, że jesteś inną osobą. Rozumiem to. I cieszę się, bo fajnie jeśli człowiek się rozwija a nie stoi w miejscu, jeśli odczuwa gotowość na nowe doznania i doświadczenia.
            Jesteś z tego co mniemam człowiekiem dobrze wychowanym i wrażliwym i ta wrażliwość sprawia, że masz takie dylematy. Szanuję Cię za to, bo wynika z tego, że dobry z Ciebie po prostu człowiek. Każdy z nas, również i Ty powinien dążyć by być szczęśliwym-czasami czy tego chcemy czy nie dzieje się to z krzywdą dla innych. Life. Nie da rady inaczej. Nie jestesmy samotną wyspą i zawsze będą istniały interakcje z otoczeniem, zawsze ktoś oberwie rykoszetem. Rozstanie będzie bolało, i Ciebie i Ją-nie ma licytyowac kogo bardziej. Jednak będzie uczciwe i honorowe w przeciwienstwie do tkwienia w związku, który jest jak masturbacja-dobry,zaspokajający jakieś potrzeby, dla higieny ciała ale...czy o to w życiu chodzi ?
            Myślę, ze rozstanie będzie najlepsze i dla niej i dla Ciebie-da Wam szansę na nowe życie i być może zachowanie do siebie dobrych uczuć. Nie myśl, nie kręć, porozmawiaj szczerze, znajdźcie dobre rozwiązanie problemów mieszkaniowych .
            Coś sie kończy, coś zaczyna... ;)

            Powodzenia
            • kag73 Re: u mnie 24.12.12, 15:45
              Ale bzdety wypisujesz, guderianka.
              "Jesteś z tego co mniemam człowiekiem dobrze wychowanym i wrażliwym i ta wrażliwość sprawia, że masz takie dylematy. Szanuję Cię za to, bo wynika z tego, że dobry z Ciebie po prostu czlowiek."
              Ogromna wrazliwosc i dobrac czekac 9 lat albo 4 i udawac. Teraz pojawila sie nowa lasia, latwiej o zmiane.
              Co nie zmiena faktu, ze powinien zakonczyc ten zwiazek jak najszybciej, w koncu on spoko ma jeszcze sporo czasu na dzieci, ale jej tyka zegar biologiczny. Nie zeby byl przymus posiadania dzieci, ale jednak nie powinno sie komus odbierac tej szany. Bycie z niewlasciwa osoba w wieku lat 30 jest marnowaniem czasu.
              Wesolych Swiat!
              • hello-kitty2 Re: u mnie 24.12.12, 16:03
                kag73 napisała:

                > Bycie z niewlasciwa osoba w wieku lat 30 jest marnowaniem czasu.

                A w wieku lat 40 z niewlasciwa?
                • kag73 Re: u mnie 24.12.12, 16:14
                  W wieku 40 stu to juz spoko:) Bo wtedy juz pozamiatane, no chyba, ze ktos jednak chce jeszcze na szybko(ostatni dzwonek) zostac mama:)
                  Zreszta dla faceta spoko, on se i po 40 stce znajdzie mlodsza co mu dziecko urodzi, jezeli mu sie nagle zachce. Z kobieta to juz inna sprawa, nawet zaadoptowac nie jest latwo w tym wieku, surowe przepisy.
                  • hello-kitty2 Re: u mnie 24.12.12, 16:38
                    kag73 napisała:

                    > W wieku 40 stu to juz spoko:) Bo wtedy juz pozamiatane, no chyba, ze ktos jedna
                    > k chce jeszcze na szybko(ostatni dzwonek) zostac mama:)

                    Nie zrozumialas pytania Kag :) Albo zrozumialas. Zycie kobiety warte jest tylko do urodzenia dziecka, a potem zycie sie konczy. Smutne to. Czasem zaluje, ze nie jestem mezczyzna. Przeklete macierzynstwo. Mam nadzieje, ze moj syn jest gejem i nie bedzie mial dzieci, nie bedzie nikomu 'marnowal' czasu i bedzie wolny.
                    • kag73 Re: u mnie 24.12.12, 17:16
                      Sama masz dziecko czy skonczylo sie Twoje zycie? Pewnie nie, moje tez sie nie skonczylo mimo macierzynstwa.
                      Synowi moze sie zdarzyc marnowac wlasny czas, z niewlasciwa osoba, bo zycie jest krotkie i wiekszosc jego jestesmy niemlodzi i jedrni, niestety.
                      Jestem zdania, ze nie warto tkwic w zwiazku, ktory meczy/ rani, unieszczesliwia niezaleznie od wieku. Niemniej jednak sa rzeczy, ktorych nie da sie odwrocic i nie da sie nadrobic, bo ogranicza nas wiek/czas, do tego dla kobiety (jezeli chce byc matka) wlasnie ten moment jest decydujacy jezeli go przegapi to pozamiatane.
                      Ja nie zaluje, ze nie jestem mezczyzna. Mam nadzieje, ze moj syn nie jest gej, bo chce zostac babcia:))
                      • hello-kitty2 Re: u mnie 24.12.12, 20:18
                        kag73 napisała:

                        > Sama masz dziecko czy skonczylo sie Twoje zycie? Pewnie nie, moje tez sie nie s
                        > konczylo mimo macierzynstwa.
                        > Synowi moze sie zdarzyc marnowac wlasny czas, z niewlasciwa osoba, bo zycie jes
                        > t krotkie i wiekszosc jego jestesmy niemlodzi i jedrni, niestety.
                        > Jestem zdania, ze nie warto tkwic w zwiazku, ktory meczy/ rani, unieszczesliwia
                        > niezaleznie od wieku. Niemniej jednak sa rzeczy, ktorych nie da sie odwrocic i
                        > nie da sie nadrobic, bo ogranicza nas wiek/czas, do tego dla kobiety (jezeli c
                        > hce byc matka) wlasnie ten moment jest decydujacy jezeli go przegapi to pozamia
                        > tane.
                        > Ja nie zaluje, ze nie jestem mezczyzna. Mam nadzieje, ze moj syn nie jest gej,
                        > bo chce zostac babcia:))

                        Moje sie skonczylo (slowo klucz 'moje'). Od czasu urodzenia dziecka zyje czyims innym zyciem. Ale jeszcze zawalcze i odzyskam swoje WLASNE zycie, moze przegram ale bez walki sie nie poddam.
                        • bcde Re: u mnie 25.12.12, 03:29
                          Twoje posty nie wskazywały, że żyjesz czyimś życiem. Czyim życiem żyjesz?
                        • kag73 Re: u mnie 25.12.12, 04:10
                          Mylisz sie, Kitty, to jest TWOJE zycie, to co masz w tym momencie to Twoje zycie i korzystaj z niego tu i teraz najlepiej jak mozesz.
                          • hello-kitty2 Re: u mnie 25.12.12, 13:32
                            kag73 napisała:

                            > Mylisz sie, Kitty, to jest TWOJE zycie, to co masz w tym momencie to Twoje zyci
                            > e i korzystaj z niego tu i teraz najlepiej jak mozesz.

                            Masz racje Kag. Od dawna mysle, ze masz wlasciwe instynkty, ktore wioda Cie przez zycie szczesliwie. Instynkty czy intuicja, ty je masz fajnie uksztaltowane lub jestes nimi obdarzona. Zazroszcze. Tak za bardzo zyje przyszloscia. Zamiast zyc tu i teraz.

                            Bcde nie zyje tak, jak bym chciala i stad uczucie zycia zyciem kogos innego. Mam jednak przeczucie, ze zmiana jest w zasiegu reki. Wyciagam po nia reke i nie moge dosiegnac. Jak mi ta reka dretwieje to sie wkurzam :)
              • guderianka Re: u mnie 25.12.12, 09:47
                Sama piszesz bzdety
                Co to ma znaczyć : Bycie z niewlasciwa osoba w wieku lat 30 jest marnowaniem czasu.

                Bycie z niewłaściwą osobą w każdym wieku to marnowanie czasu.

                Piszesz o czekaniu 9 lat czy 4 lat by skoczyć związek. Jakże malo trzeba przeżyć by myśleć, że do rozstania dochodzi w pięć minut. Niekiedy dojrzewa sie do niego latami, zbierając codziennie drobne kamyczki , z których każdy osobno nic nie znaczy ale wszytskie razem zbierają sie na cięzki wór i dłużej nie da rady go nieść. Niektórzy juz na początku związku myślą : po co mi to ? (ja w czasie ślubu :P) i żyją niby dobrze, niby szczęśliwie ale co jakiś czas pojawia się rysa, która powoduje coraz większe pęknięcia , pojawiają sie dylematy. Czasami katalizator (w tym przypadku "nowa lasia")pokazuje wyraźnie -że naprawde coś jest nie tak. Nowa lasia-czy to po roku, czy po pięciu, czy piętnastu- nie wpłynie na jakość nowego związku. No chyba, że przyłączy się do niego i stworzy sie trojkąt :P Dobry związek nie musi sie obawiać nowych osób-slaby związek zachwieje sie i runie.
                Widac w przypadku autora "lasia" spowodowała 'rozkminę egzystencjalna', ktora doprowadzi do tego, że w końcu odwazy sie poszukac szczęscia. Bo to pierwsze prawo człowieka : Być szczęśliwym
                • kag73 Re: u mnie 25.12.12, 19:23
                  Guaderianka, nie doczytalas dokladnie o czym i co napisal autor. Jego dziewczyna jest calkiem spoko, jego zwiazek tez, nic sie zlego nie wydarzylo, tylko...no wlasnie...brakuje milosci z jego strony i nie bylo jej nigdy, albo nie wystarczajco, by chciec zostac z nia "na zawsze", to po prostu nie ta. To tez powod dlaczego od 4 lat ja zbywa kiedy ona delikanie wspomina o slubie.
                  A o tym, ze czasami powstaja rysy i sie dojrzewa latami do rozstania wiem, ale nie w przypadku autora. To o czym Ty piszesz zaczyna sie najczesciej od wielkiej milosci i zakochania a potem sie okazuje, ze ludzie jednak do siebie nie pasuja, ze wzgledu na sposob bycia, podejscie do zycia i inne rzeczy, po prostu nie da sie razem zyc, czasem mimo milosci.
                  • guderianka Re: u mnie 25.12.12, 19:33
                    Czytałam.
                    Nie kazdy wie czym jest miłosc
                    zwłaszcza w mlodym wieku łatwo o pomyłkę, o uznanie tego co dobre za wielkie uczucie
                    tylko tylko ze w miare czasu uczucie zamiast sie rozwijac-wiednie. A to jest etap, proces ktory trwa a nie jedna chwila
                    • 4calineczka a co tam u autora wątku? 28.12.12, 18:58
                      • loppe Re: a co tam u autora wątku? 28.12.12, 20:54
                        Moim zdaniem, wszyscy uczestnicy watku powinnismy prosić o zwrotna informację autora któremu odpowiadaliście, pro publico bono, ponieważ sprawa jest niezwykle ważna - zwiazek dwojga zacnych ludzi trwających ze soba prawie dekadę. I nawet seksu nie brakło. Przez kilkalat od rezygnacji z tego bardzo dobrze rokującego związku (zwrotna i.


                        Niestety, mam to wyczucie że On nie wypowie się, albo zdawkowo, post factum.
                        • loppe Re: a co tam u autora wątku? 28.12.12, 21:00
                          Powiedziałbym nieśmiało w międzyczasie że długi brak feedbacku dla uczestników wątku (no nie da się zaprzeczyc) świadczy - próbnie - że bohater nie tylko swoja kobietę traktuje instrumentalnie i bez wyczucia
                          • loppe Re: a co tam u autora wątku? 28.12.12, 21:02
                            Reasumując - ten człowiek nie ma za grosz empatii
                          • 4calineczka Re: a co tam u autora wątku? 28.12.12, 21:02
                            nie no - poczekajmy jeszcze :)
                            • loppe Re: a co tam u autora wątku? 28.12.12, 21:07
                              jebany egocentryk którego tylko elektrowztrząsy obudzą do kochania imho
                              • hello-kitty2 Re: a co tam u autora wątku? 28.12.12, 21:53
                                loppe napisał:

                                > jebany egocentryk którego tylko elektrowztrząsy obudzą do kochania imho

                                He? "Jebany egocentryk'', bo nie odpowiedzial miedzy 20:54 a 21:07, kiedy to zawezwales go do stawiennictwa w swojej sprawie? :)

                                Czlowieku, autor ostani raz wpisal sie 24.12., to zaledwie 4 dni temu, trwa przerwa swiateczna, ludzie wyjezdzaja, maja swoje sprawy, rodzine, nie ma obowiazku wpisywania sie na forum, przeciez niczego nam nie obiecywal, jego zycie, jego sprawa.
                                • loppe Re: a co tam u autora wątku? 28.12.12, 21:59
                                  Ten fajansiarz tak jak Ty nie ma na tyle wrażliwości by pomysleć że komuś może sprawić przykrość czytanie przed świętami o rozpadającym sie 9-letnim zwiazku
                                  • hello-kitty2 Re: a co tam u autora wątku? 28.12.12, 23:25
                                    loppe napisał:

                                    > Ten fajansiarz tak jak Ty nie ma na tyle wrażliwości by pomysleć że komuś może
                                    > sprawić przykrość czytanie przed świętami o rozpadającym sie 9-letnim zwiazku

                                    Nam brakuje wrazliwosci?
                                    Sprawilo Ci przykrosc "czytanie przed świętami o rozpadającym sie 9-letnim zwiazku"? Ty na powaznie? :) Czy Ty jestes przykladem tego zniewiescialego mezczyzny, przed ktorych plaga ostrzega Urqu? :) Zaraz zapytam.
                                • qwetre Re: a co tam u autora wątku? 28.12.12, 22:05
                                  Niejebany ekscentryku, że tak pieszczotliwie zwrócę się do Ciebie loppe. Otóż przeczytałem wszystkie wypowiedzi, również te dzisiejsze. To nie jest sprawa na święta. Nawet taka menda jak ja zdaję sobie z tego sprawę. A jak widać atmosfera świąteczna wciąż kwitnie w sercach.

                                  Jestem Wam winny podsumowanie i jakaś jego forma tu wcześniej czy później się pojawi, pozdrawiam świątecznie.
                                  • loppe Re: a co tam u autora wątku? 28.12.12, 22:11
                                    No i widzicie? O taka wrażliwość. Znam tych ludzi i nie chce ich znać - trzymanie w suspensie to dla nich żadne chamstwo
                                  • strach.na.wroble Re: a co tam u autora wątku? 29.12.12, 00:05
                                    Obrażasz sam siebie, jakby uprzedzając atak. To wiele mówi o człowieku. Doświadczyłeś we wczesnej młodości agresji słownej ?

                                    Co do rozwiązania, ja bez sentymentów widzę to tak: nie sądzę, żebyś przedsięwziął jakieś poważniejsze kroki, zanim dokładnie nie wybadasz kolejnego układu, który ci się rysuje. Sprawdzisz co możesz z niego mieć, jak długo ma szansę potrwać itp. Krótki rachunek zysków i strat. Jak ocenisz, że rokuje na coś lepszego, to wejdziesz w to, nie oglądając się na obecną partnerkę. Ale ponieważ wyczuwam, że jesteś osobą dość zachowawczą, to zapewne z obecnego układu zdecydujesz się wyjść dopiero wtedy, kiedy coś już będzie wiadomo co z następnym. Niefartem zupełnym byłoby przecież zostać całkiem na lodzie.
                                    Sądzę też, że przyszedłeś tutaj wcale nie po poradę odnośnie aktualnego związku, tylko dlatego, że nie masz jeszcze doświadczenia w takich sytuacjach i chciałeś wybadać co podpowiemy. Masz świadomość, że stąpasz po kruchym lodzie, nowy układ to nowe szanse ale i kroki w nieznane, więc potrzebujesz asekuracji. Niestety nie dowiedziałeś się niczego odkrywczego, stąd brak dalszych wpisów.
                                    Szkoda, bo widać Loppe liczył na powtórkę z "M jak miłość".
                                    Rozczarowałeś go, qwetre. I to w święta. Sooo rude...
                                    • qwetre Re: a co tam u autora wątku? 29.12.12, 00:30
                                      strach.na.wroble napisał(a):

                                      > Obrażasz sam siebie, jakby uprzedzając atak. To wiele mówi o człowieku. Doświad
                                      > czyłeś we wczesnej młodości agresji słownej ?

                                      Tak.

                                      Ja nie chcę przeprowadzać tej rozmowy w tym roku (święta i inne okoliczności pozaświąteczne). Umówiłem się także na spotkanie z "profesjonalistą" zanim taka rozmowa nastąpi. Nie kalkuluję (choć nie byłby to właściwie zarzut). Mam już przekonanie czego chcę.

                                      Loppe - ja wyciągam rękę na zgodę. Nie szukam tu wrogów.
                                      • that.bitch.is.sick Re: a co tam u autora wątku? 29.12.12, 00:55
                                        qwetre napisał(a):

                                        >
                                        > Tak.
                                        >
                                        > Ja nie chcę przeprowadzać tej rozmowy w tym roku (święta i inne okoliczności po
                                        > zaświąteczne). Umówiłem się także na spotkanie z "profesjonalistą" zanim taka r
                                        > ozmowa nastąpi. Nie kalkuluję (choć nie byłby to właściwie zarzut). Mam już prz
                                        > ekonanie czego chcę.
                                        >
                                        > Loppe - ja wyciągam rękę na zgodę. Nie szukam tu wrogów.

                                        Hejże, do niczego Cię to forum nie zobowiązuje człowieku, widno bardzo potrzebujesz aby ktoś Ci przypominał o braku zobowiązań. Jaka jebana wrażliwość? Olej tych ludzi ciepłym moczem, oni tu swoje emocjonalne problemy rozwiązują kosztem piszących. Może wreszcie czas rozszyfrować działalność niektórych, iż nie ma ona charakteru doradczego, a ma na celu zabawę emocjami i wprowadzanie sztucznego zamętu. Przyssali się do Ciebie bo nie we własnym życiu trzęsą jajcami, chcą więc coś przeżyć za Ciebie. Howgh.
                                      • strach.na.wroble Re: a co tam u autora wątku? 29.12.12, 00:58
                                        qwetre napisał(a):

                                        > Tak.

                                        Współczuję. Skoro to sobie uświadomiłeś, raczej postaraj się tego unikać. Robi bardzo niekorzystne wrażenie. Wierz mi, jeśli ktoś zechce nazwać cię mendą albo tak sobie tylko pomyśleć, to zrobi to i tak, bez twojej asysty. Nie ułatwiaj pracy swoim adwersarzom.

                                        > Nie kalkuluję (choć nie byłby to właściwie zarzut). Mam już przekonanie czego chcę.

                                        Przekonanie z czegoś wynika, a jest to kalkulacja. Wszyscy kalkulujemy, czasem na poziomie nieświadomym, ale jednak. To co napisałem nie było zarzutem z zamysłu, jedynie pewnym ciągiem przyczynowo skutkowym.
                                        Nie obawiaj się kalkulacji. Jeśli emocje płatają ci figle, ze względu chociażby na traumatyczne przeżycia z przeszłości, to zdaj się na nią, ona nie zawiedzie.
                                        Widać że się boisz. Boisz się, że nazwą cię draniem, egoistą, że nie sprostasz społecznej masce, którą ktoś inny kazał ci nosić. Ja wiem doskonale, ona krępuje jak kaftan bezpieczeństwa. Ale bierność też może być przyczyną problemów. Przecież teraz sam na własnej skórze się przekonałeś.

                                        Być może jednej rzeczy nie wiesz o moralnych i porządnych obywatelach.
                                        Każdy z nas nosi w sobie nienawiść. Każdy. Wiele z norm sztywnego konwenansu, którym oplata nas od urodzenia społeczeństwo powstało po to, by różne baranki boże albo innej maści talibowie mieli kogo w nieskrępowany sposób nienawidzić. Odstępstwo od ich sztywnej reguły zwalnia z obowiązku miłosierdzia wobec bliźniego i pozwala rozpalić utęskniony stos nienawiści, który przysporzy wszystkim tak wiele radości. Grzesznik, innowierca, łotr... ich można nienawidzić i nieskrępowanie nimi gardzić. Bo bliźnich nie można. Oczywiście póki nie poślizgną się na posadzce sztywnego konwenansu.

                                        pl.wikipedia.org/wiki/Teraz_ci%C4%99_mam,_ty_sukinsynu
                                        Póki nikogo nie krzywdzisz, masz prawo być egoistą, jeśli sobie tego życzysz. Masz prawo nie odwzajemniać miłości i nie uśmiechać się, jeśli w gruncie rzeczy tego nie chcesz.

                • loppe Co za wyczucie 28.12.12, 21:48
                  Opisać tak nieprzyjemna sytuację tuz przed świetami i zostawić ludzi bez rezolucji dwa dni po świętach. Oto czasy. A ja powiem - jak uważasz że wszyscy to maja w dupie to po co pytasz
    • qwetre Re: u mnie 12.01.13, 15:18
      Witajcie,

      Zakończyliśmy nasz związek uczciwie i bez wzajemnych oskarżeń. Było to trudne, ale teraz ja czuję się lepiej, ona już też. To była dobra decyzja. Było wystarczająco dużo powodów, aby to skończyć nawet, gdyby nie pojawił się ktoś trzeci. Czasem potrzebny jest ktoś trzeci, żeby przejrzeć na oczy. Szkoda, że tak późno. Dobrze, że nie za późno. Dzięki.
      • marek.zak1 Re: u mnie 12.01.13, 15:53
        Wszystko dobre, co się dobrze kończy. Teraz będziesz mógł sie zwiazać z dziewczyną o 7 lat młodszą i przez następne 7 lat zastanawiać sie, czy to naprawdę ta. Gdy bedziesz miał 35 będzie to dobry wiek do założenia rodziny i wtedy zapoznasz sympatyczną dwudziestolatkę, która bedzie optymalną kandydatka na matkę Twoich dzieci.
        Żyć nie umierać. po angielsku ,,life management".
        • hello-kitty2 Re: u mnie 12.01.13, 16:08
          marek.zak1 napisał:

          > Wszystko dobre, co się dobrze kończy. Teraz będziesz mógł sie zwiazać z dziewcz
          > yną o 7 lat młodszą i przez następne 7 lat zastanawiać sie, czy to naprawdę ta.
          > Gdy bedziesz miał 35 będzie to dobry wiek do założenia rodziny i wtedy zapozna
          > sz sympatyczną dwudziestolatkę, która bedzie optymalną kandydatka na matkę Two
          > ich dzieci.
          > Żyć nie umierać. po angielsku ,,life management".

          Marek tak sie zastanawiam czy wsrod Twoich dzieci byloby miejsce dla np. geja, panne z dzieckiem, bezdzietnego singla. Czy dzieci sa wychowane na Twoje kopie i podazaja Twoimi sladami? A dopuszczasz, ze niektorzy ludzie nie chca miec dzieci? Piszesz o tym w swoich ksiazkach?

          A do autora watku: Jak zareagowala? Byla zaskoczona? Czy sie domyslala?
          • marek.zak1 Re: u mnie 12.01.13, 16:39
            Kochana. moja najstarsza córka jest po 2 rozwodach i ma dwoje dzieci, z których jedno mieszka w dużej mierze u mnie. Bardzo sie kochamy. Przecież to jej życie. Dlaczego moje dzieci mają byż kopiami?
            Kazdy wybiera sobie swoja drogę i nic mi do tego, ale jesli juz swoj problem przedstawia publicznie, musi przyjac na klate opinie innych.
            W tym konkretnym przypadku widzę wygodny sposób życia przez zalozyciela tematu, korzystania z dobrodziejstw zwiazanej z nim kobiety, a ktory, po iluś latach do wniosku, że to jednak nie to. Ciąg dalszy dopisałem. Z punktu widzenia mężczyzny inicjator postąpił bardzo logicznie i prawidowo, wrecy podrecznikowo, gdyz młodsza partnerka daje wieksze szanse na udane potomstwo. Jest to opisane doskonale w książce ,,Wojny plemników". Polecam wszystkim.
          • koltoonek Re: u mnie 12.01.13, 16:50
            hello-kitty2 napisała:
            > A do autora watku: Jak zareagowala? Byla zaskoczona? Czy sie domyslala?

            Podłączam się.
            • hello-kitty2 Re: u mnie 12.01.13, 16:59
              koltoonek napisała:

              > hello-kitty2 napisała:
              > > A do autora watku: Jak zareagowala? Byla zaskoczona? Czy sie domyslala?
              >
              > Podłączam się.

              A u Ciebie jak bylo Koltoonek?
        • koltoonek Re: u mnie 12.01.13, 16:28
          Zbierałać się do skomentowania w typowym dla siebie stylu- kilka ładnych dni- by potem dowiedzieć się, że to już musztardą pachnie...A moja sytuacja jeszcze niedawno tak bardzo podobna, ergo autor mógł z mego doświadczenia skorzystać. Chociaż z drugiej strony od początku można było wyczuć nastawienie na pewną decyzję i tylko kwestią czasu było jej podjęcie.

          Ciekawe tylko czy dziewczyna wie o tej trzeciej osobie.

          p.s. Mizerny tej mój dziewiczy post na forum.
      • loppe Re: u mnie 12.01.13, 16:31
        qwetre napisał(a):

        > Witajcie,
        >
        > Zakończyliśmy nasz związek uczciwie i bez wzajemnych oskarżeń. Było to trudne,
        > ale teraz ja czuję się lepiej, ona już też. To była dobra decyzja. Było wystarc
        > zająco dużo powodów, aby to skończyć nawet, gdyby nie pojawił się ktoś trzeci.
        > Czasem potrzebny jest ktoś trzeci, żeby przejrzeć na oczy. Szkoda, że tak późno
        > . Dobrze, że nie za późno. Dzięki.


        Proszę jeszcze podać znaki zodiaku jego i jej, pro publico bono i dla moich potrzeb
      • chopper_ka Re: u mnie 12.01.13, 19:34
        qwetre napisał(a):

        > Zakończyliśmy nasz związek uczciwie i bez wzajemnych oskarżeń. Było to trudne,
        > ale teraz ja czuję się lepiej, ona już też. To była dobra decyzja.

        Sledze Twoj watek od poczatku qwetre i powiem szczerze- zazdroszcze Ci i podziwiam. Zazdroszcze, ze potrafiles przyznac sam przed soba, ze takie zycie Ci nie odpowiada i podziwiam, ze umiales to zakonczyc.
        Ja nie bylam, nie jestem nawet w polowie tak odwazna, chciaz o tym ze "z tego pieca chleba nie bedzie" wiedzialam juz kilkanascie (sic!) lat temu.
        Ktos kto nie byl w podobnej sytuacji nigdy nie zrozumie, ze brak klotni, wyzwisk, konfliktow wcale nie jest miernikiem udanego zwiazku. Tak jak spokoj, zgoda i wspolnota celow wcale nie swiadcza o wielkiej milosci.
        Moglabym postawic smiala teze, ze z calym mnostwem osob jestem w stanie zyc pod jednym dachem w zgodzie i bez konfliktow. Do tego wystarczy szacunek, dobra wola, poczucie humoru. Oczywiscie sa to rowniez warunki niezbedne, zeby stworzyc udany zwiazek partnerski, ale to wciaz za malo, zeby w tym zwiazku wytrwac przez cale zycie. Dlatego ja dojrzewam do podobnje decyzji, ktora Ty podjales, chociaz mam za soba prawie dwudziestoletni staz malzenski. Coz, lepiej pozno niz wcale. Trzymaj sie qwetre, nie kazdy ma tyle odwagi co Ty.
        • loppe Re: u mnie 12.01.13, 20:56
          Proszę Pani, pani jest w jakiejś deluzji, Pani nie wierzy swojemu kilkunastoletniemu pozyciu dośc udanemu (które - powiedzmy sobie - powinno się za sprawą obojga małżonków wspinać po krzywej rosnacej, a nie jakiejś spadającej jak tu zdaje się widzimy). Pani znajdzie kogoś kto inaczej niż Partner będzie Pani przez lata dawać nie 80% lecz 99% zadowolenia?
          • loppe Re: u mnie 12.01.13, 21:09
            Otóz moim skromnym zdaniem mamy tu do czynienia z dwójką osób nie rozumiejących w ogóle o co w tym wszystkim chodzi, a ta druga przyklaskuje tej pierwszej. Oczywiście tak jak to w życiu, może się zdarzyć że "wybiorą" lepiej - albo beda się przekonywać usilnie że wybrały lepiej i promienieć przez rok dwa o co nietrudno - tylko że dopiero po 9 latach ha ha będzie tak naprawdę wiadomo czy wybrali lepiej
            • loppe Re: u mnie 12.01.13, 21:12
              Pardon - często nic nie będą wiedzili o swoim wyborze po 9 latach, bo sami już będą gryźć trawę żeby za drugim razem się udało, bo inaczej to wreszcie źle o nich zaświadczy
            • chopper_ka Re: u mnie 12.01.13, 21:42
              loppe napisał:

              > Otóz moim skromnym zdaniem mamy tu do czynienia z dwójką osób nie rozumiejących
              > w ogóle o co w tym wszystkim chodzi,

              Sluszna uwaga, nie mamy patentu na madrosc. Ja go nie mam, Ty go nie masz, nie ma go tez zalozyciel watku. Co mamy ? Nasze subiektywne odczucia. Niektorzy maja jeszcze doswiadczenia z przeszlosci, moga dokonac jakis porownan, zrobic bilans zyskow i strat. A co zrobic bez ukladu odniesienia ? Jakie wzorce przyjac ? Z czym polemizowac ?
              • loppe Re: u mnie 12.01.13, 22:02
                No więc własnie - przepraszam - Twoje przeżycia sa jednak inne niż Autora watku i może powinnaś załozyć swoje "u mnie" zamiast tak walić brawko tej decyzji o rozstaniu, bo własnie o to wydaje mi się idzie w wielu wątkach - brawko dla decyzji innych o rozstaniu, bez ładu i składu
                • loppe Re: u mnie 12.01.13, 22:05
                  I mean - tylko dlatego że ja już sie rozstałam, albo chciałabym, cała reszta to okoliczności drugorzedne, niuanse się nie liczą, rozchodźmy się bo i jak tak czuję
                • chopper_ka Re: u mnie 12.01.13, 22:14
                  loppe napisał:

                  > No więc własnie - przepraszam - Twoje przeżycia sa jednak inne niż Autora watku
                  > i może powinnaś załozyć swoje "u mnie" zamiast tak walić brawko tej decyzji o
                  > rozstaniu

                  Tak, masz racje, byc moze "u mnie " jest inaczej. Punkt wyjscia jest jednak ten sam jak u autora watku - uswiadomienie sobie, ze zyje sie z niewlasciwa osoba. Zapewniam Cie Loppe, ze do tej decyzji trzeba naprawde mocno dojrzec. Niektorym dane jest to po miesiacu, innym po dziewieciu latach, u tych bardziej otumanionych (takich jak ja) potrzeba lat kilkunastu. I za to wyrazilam uznanie dla autora watku, ze mial odwage zmierzyc sie z ta prawda.
                  A z przyczynami jego rozstania z partnerka nie podejmuje sie polemizowac- kazdego z nas uwieraja inne rzeczy.
          • chopper_ka Re: u mnie 12.01.13, 21:35
            loppe napisał:

            > Proszę Pani, pani jest w jakiejś deluzji, Pani nie wierzy swojemu kilkunastolet
            > niemu pozyciu dośc udanemu

            Zgadza sie, nie wierze, moze dlatego, ze definicja udanego zwiazku nie dla wszystkich jest jednakowa ? Oprocz wielu niewatpliwych korzysci, ktore czerpie sie z bycia z druga osoba ,chcialoby sie rowniez zyc z nia w przyjazni. W moim malzenstwie nie jest to mozliwe. Jezeli nie ma zaufania, nie ma przyjemnosci wspolnego spedzania czasu, to rzutuje to tez na seks. A w tej materii, jak wiadomo, samemu przed soba najtrudniej jest sciemnic.

            > Pani znajdzie kogoś kto inaczej niż Partner będzie Pani przez l
            > ata dawać nie 80% lecz 99% zadowolenia?

            Nie przeliczam swojego zadowolenia na procenty :-) Nie zastanawiam sie czy znajdzie sie ktos, kto bedzie mi w pelni odpowiadal, nie mysle o tym w tej chwili. Chcialabym tylko zyc uczciwie, bez iluzji dobrego malzenstwa.

      • 4calineczka Re: u mnie 16.11.13, 15:39
        witaj qwerte

        co tam u ciebie prawie po roku czasu???
        ciekawi mnie jak ci się ułożyło z nową dziewczyną
        pozdrawiam
        • qwetre Re: u mnie 12.12.13, 23:22
          Jesteśmy razem. Jest coraz lepiej. Też Cię pozdrawiam.
          • loppe Re: u mnie 13.12.13, 00:23
            Pisałem rok temu w grudniu:

            Moim zdaniem, wszyscy uczestnicy watku powinnismy prosić o zwrotna informację autora któremu odpowiadaliście, pro publico bono, ponieważ sprawa jest niezwykle ważna - zwiazek dwojga zacnych ludzi trwających ze soba prawie dekadę. I nawet seksu nie brakło. Przez kilkalat od rezygnacji z tego bardzo dobrze rokującego związku (zwrotna i.


            Niestety, mam to wyczucie że On nie wypowie się, albo zdawkowo, post factum.
            • loppe Re: u mnie 13.12.13, 00:24
              Teraz...

              Co to znaczy jest coraz lepiej? To jest zdawkowa wypowiedź kochany. Bo coraz lepiej to może być z najchujowszej bazy, tak?
          • bcde Re: u mnie 14.12.13, 00:26
            A dziewczyna, którą zostawiłeś, jak się miewa? Wybaczyła ci? Ma kogoś?
Inne wątki na temat:
Pełna wersja