qwetre
21.12.12, 13:10
Cześć, chcę napisać o moim problemie głównie po to, żeby sobie ulżyć, wyrzucić to z siebie. Zanim coś zrobię. Jest to forum, na którym moim zdaniem panuje jakiś przyzwoity poziom dyskusji. Piszą tu osoby, które mają różne doświadczenia, kobiety, mężczyźni. Jeśli więc ktoś z Was zechciałby coś napisać, podzielić się jakąś myślą, to będę zobowiązany.
Jestem od 9 lat z moją dziewczyną. 9 lat to dla mnie prawie 1/3 mojego życia. To właściwie całe moje życie. Nasze życie. To dla mnie bardzo długo. Nasz związek przechodził różne perypetie, ale z uwagi na nasze charaktery nigdy nie było prawdziwej awantury, gniewu, agresji, "przerwy w stażu". Trochę zmieniliśmy się przez te lata. Trochę dzięki sobie, trochę wbrew sobie. Ale na pewno dojrzeliśmy a ja stałem się bardziej pewny siebie, samodzielny i mocny. Ja od dłuższego czasu czułem i czuję teraz mocniej w sobie pewien fałsz względem mojej dziewczyny. Ten fałsz polega najprościej rzecz ujmując na tym, że nie kocham jej tak jak powinno się kochać kogoś z kim chce się spędzić resztę życia. Nie czuję przy niej takiej pełni szczęścia, jaką chciałbym czuć będąc z kimś kogo wybrałem na całe życie. Myślę, że to jest tak naprawdę przyczyna dla której do tej pory nie wzięliśmy ślubu. Są także jakieś inne "powody" jego braku, ale przecież jeśli się tego chce i jest się przekonanym, to się to po prostu robi nie zważając na okoliczności.
Jesteśmy rówieśnikami. Mieszkamy razem prawie od czterech lat. Wiem, że ona mnie kocha. Być może tak mocno jak nikt inny mnie nie pokocha. Mam do niej całkowite zaufanie. Jest ode mnie w dużym stopniu zależna. Mieszkanie jest moje, ona ma pewien dochód, ale to nie praca tylko "dorabianie". Wygodne, opłacalne, uczciwe ale nie normalna praca, która nie pozwoli się jej samodzielnie utrzymać. Jest na studiach, które potrwają jeszcze 2,5 roku. Po nich będzie miała perspektywę na pracę lepszą niż moja.
Nasze życie jest "dobre". Nie kłócimy się, jesteśmy dla siebie mili, pomagamy sobie, mamy dobry (choć teraz rzadszy) sex, ale to moim zdaniem zmierza donikąd. Jakiś czas temu poznałem także inną dziewczynę. Spotkaliśmy się dwa razy i niemal codziennie piszemy do siebie od kilku miesięcy. Czujemy ze sobą niesamowitą bliskość, pociąg i to coś, czego nie sposób nazwać, co jest bardzo ważne w związku a czego nie miałem do tej pory.
Rozstania są czymś trudnym. Szczególnie dla osoby, którą się odtrąca. Ale rozstanie to jednak coś normalnego, co się zdarza. Ja mam niesamowity problem z tym rozstaniem. Po pierwsze, dlatego że zabrałem jej najlepsze lata, tkwiłem przy niej właściwie bez sensu, robiłem wielką nadzieję a im większa i im dłużej trwająca nadzieja tym większy ból po jej niespełnieniu. Dopóki nie mieszkaliśmy razem łatwo było mówić o wspólnej przyszłości, o wspólnym życiu i wszystkim. Od kiedy zamieszkaliśmy razem zacząłem unikać tego tematu. Kobieta w pewnym momencie potrzebuje stabilizacji i pewności co do wizji przyszłości i związku. Ona ten temat bardzo delikatnie i z taktem sygnalizowała wiele razy, ale ja spychałem to na bok. Podświadomie czując, że to nie jest to a bojąc się powiedzieć jej prawdę w oczy. Od kiedy jest "ta druga", sprawy przybrały inny obrót. Pojawił się taki katalizator, zapalnik, z którym rozsadzenie tego układu stało się namacalne i osiągalne. Czuję, że oszukałem moją dziewczynę, mamiłem ją, zwodziłem, dawałem nadzieję na coś czego do końca nie chciałem. Myślę jednak, że jej ze mną było i jest na tyle dobrze, że trwa przy mnie mimo obaw jakie z pewnością ma. Nie piszę tego naprawdę po to, żeby pokazać sobie, że jestem dla niej dobry, ale sądzę, że daję jej wiele. Daje jej rzeczy, których ona sama teraz na pewno nie byłaby w stanie samodzielnie osiągnąć. Nigdy w życiu jej tego nawet najdrobniejszym gestem i słowem nie wypomniałem, bo nie jest to dla mnie problem, że ją de facto utrzymuję, umożliwiam jej rozwój (naukę), kieruję w jej stronę moje emocje, choć są one skażone brakiem takiej miłości jaką chciałbym ofiarować takiemu komuś, z kim na sto procent chciałbym spędzić wszystkie moje przyszłe dni, to jednak są to emocje, na które ona reaguje pozytywnie.
Po drugie, jakikolwiek będzie przebieg tej naszej ostatniej rozmowy, w jakiekolwiek słowa tego nie ubiorę, to wiem, że w gruncie rzeczy będzie to dla niej komunikat "spakuj się i odejdź". To będzie druga, oprócz tej emocjonalnej, wielka krzywda jaką jej wyrządzę decydując się na rozstanie. Nie wiem, jak ona sobie z tym poradzi. Czasem myślę, że mój obraz jej osoby w mojej głowie jest trochę przesadzony, że przecież ona da sobie radę beze mnie, ale może tylko tak myślę, żeby ułatwić sobie rozstanie. Ja nie wiem, co ona zrobi beze mnie. Pewnie wróci do domu rodziców z poczuciem olbrzymiej straty i ogromnej klęski. To złe dla związku, że nie byłem nigdy o nią naprawdę zazdrosny, że nie wydawała mi się na tyle atrakcyjna, abym musiał się obawiać jej utraty. Czuję się z tym obrzydliwie teraz.
Czasem też myślę, że "jest jak jest", przecież nie jest "źle". Po co to niszczyć? My jesteśmy tacy, że nigdy nie skoczymy sobie do gardeł. Ja stłamszę w sobie moje niezaspokojone potrzeby i będę się jej trzymał. Będziemy mieli dziecko, będziemy mieli pieniądze, będziemy mieli siebie i naszą powierzchownie nienaganną relację. Ale to jest oszustwo. Ja nie mam wielu doświadczeń z kobietami. Ten związek oczywiście wykluczył, do niedawna przynajmniej, jakieś możliwości odniesienie tego co jest do tego co mogłoby być. Kiedy się poznaliśmy i staliśmy się parą, ja byłem inną osobą. Dużo bardziej zamkniętą, z piętnem nadopiekuńczych i "dziwnych" rodziców. Nie miałem okazji na jakieś wcześniejsze związki. W zasadzie można powiedzieć, że to mój pierwszy i jedyny związek. Nawet jeśli z tą nowo poznaną dziewczyną nie wypali, a z czym się liczę, to czy jest sens kontynuować to co nie przekonuje mnie całkowicie? Czuję czasem do siebie wstręt i serce mi pęka, gdy wyobrażam sobie tą rozmowę. Ale od kiedy o takiej rozmowie pomyślałem, od kiedy wyobraziłem ją sobie (parę dni temu w sposób tak sugestywny i realny), odtąd nie wiem, czy można już t cofnąć.
Nie oczekuję oczywiście jakiejś recepty, bo tu nie ma recepty, ale jest to dla mnie jakaś forma otwarcia się i wypowiedzenia tego, co mnie dręczy.