aniuki
11.06.13, 23:59
Witam. Proszę o Wasze porady.
Opis: ja 37 lat , on 39. Pierwszy partner (tak!), on wybiera mnie, ja za nim jak w ogień. Miałam 17 lat on 19. Szalona cudowna młodość, zero troski o nic, łącznie z kasą. Wspólna pasja organizuje nam życie. Seks bajeczny. Piotruś Pan i wieczna dziewczynka - jeszcze zgodni.
Ślub na dziesięciolecie znajomości. Dwa lata po ślubie pierwsze dziecko. Wszystko cudownie. Rok później decyzja o drugim. I tu chyba początek schodów.
Cechy które zdecydowały o zauroczeniu zaczynają... przeszkadzać. Potem przerażać. Dochodzą nowe obowiązki z dwójką dzieci. Jest o wiele mniej kasy, a więcej konfliktów. Pojawia się brak zaufania w kwestii gospodarowania pieniędzmi. Piotruś Pan zdziwiony, wieczna dziewczynka odkrywa że zmieniła się w.........? kogoś innego....
Seks jest rzadziej ale jest, i jak już jest to działa jak cudowne spoiwo. Wracamy do siebie sprzed lat. Ale za dnia dupa blada – rzeczywistość nas dogania.
Przechodzę etap zrzędzenia, wymagania, awanturowania się. Średnie efekty. Już się nie rozumiemy. Milknę.
Potem niespodziewany koniec wspólnej pasji (będącej dla niego także zawodem), częściowo z powodów niezależnych, częściowo z powodu mojego narastającego zmęczenia jego podejściem do spraw kluczowych. Wysiadam z mieszaniną ulgi i żalu z tego wagonika. On dalej jedzie sam. Po 15 latach wspólnej zabawy ja przestaję móc się bawić. Zajmuję się 1. dziećmi, 2. własną działalnością zawodową, 3.domem. Łączenie tego jest tak trudne, że niestety ale przegapiam upadek związku. Nagle on przestaje o mnie zabiegać. Odpuszcza.
Brak zaufania przy kolejnej akcji przeradza się w pewność, że wybrałam człowieka o wysokim poziomie nieodpowiedzalności. Tylko z nie do końca zrozumiałych dla mnie powodów dopiero teraz zaczęło mi to przeszkadzać. WHY?
Myśli o separacji - czasowej, „dla otrząśniecia się”. Myśli typu: „W sumie poradzę sobie sama” (taaa.. jasne.)
Słowa o rozwodzie i alimentach wypowiedziane w afekcie. Bolesny cios zadany mężowi.
Seks znika z horyzontu zupełnie. Mąż zawęża się tylko do ojca i płatnika 2/3 rachunków.
Dochodzi obciążenie w postaci choroby synka.
W moje miejsce w wagoniku pt. Pasja-zawód wchodzi menedżerka - atrakcyjna, rozwiedziona, zaangażowana w pracę. Obrączkę męża znajduję wśród kosmetyków na oknie łazienki. Tak się składa, że więcej wyjeżdża i znajduje rozsądne wyjaśnienia dla spędzania nocy poza domem. 3X w tygodniu.
Pojawia się złość, rozgoryczenie, złe emocje. Odraza. Podejrzenia zdrady.
Nie odzywamy się do siebie już wcale, oprócz spraw typu dzieci i podaj sól. Seks to abstrakcja.
Stan taki trwa pół roku. Jest lodowato, ale udajemy strasznie zajętych zarabianiem pieniędzy (których nie zarabiamy, i jesteśmy pod kreską).
Pyk!
Dociera do mnie, że to już blisko dno. Że zaraz wszystko rypnie się na zawsze. I że ja tego nie chcę. Chyba nie tylko ze względu na dzieci.
Przełamuję się i wyciągam rękę. Napotykam hmmm.. brak zachwytu. Kolejny szok poznawczy. Dotarła kolejna rzecz - że już nie będzie tak jak kiedyś. Że nawet jeśli postanowię zakopać wszystkie urazy i złe rzeczy i przeproszę i wezmę na siebie nawet więcej niż było moje – to i tak może być za późno.
Na razie raz zadeklarował w rozmowie, że chce się dogadać. Że chce. Chyba ze względu na dzieci.
I clou.
Nagle czapla poczuła do żurawia miętę. Ale dopiero jak żuraw zamknął drzwi. Dopóki on ją nagabywał i prosił, to czapla miała w dupie.
Teraz to czaplę żuraw ma w dupie. A nawet może bzyka kaczkę krzyżówkę, bo ile można na ręcznym. I do czapli dotarło.
Jak Państwo oceniacie, czy lepiej odbudowywać stopniowo rozmową i odbudowaniem komunikacji? Przy naszych brakach to może zająć miesiące.
Czy lepiej postawić wszystko na 1 kartę, i zacząć od łóżka? I dopiero po odnalezieniu „nas z tamtych czasów” w łóżku, walczyć dalej?
Oczywiście zakładam przy obu wariantach że on mnie rzeczywiście (jak zapewnia) nie zdradził z menedżerką. Co pozostaje jeszcze do udowodnienia.... Niestety.
Ja wiem, że się nie musi udać. Ale może.