majowy.nick
24.05.14, 20:02
Cyt:
Od tego jest matka, nie?
Myślałam o oddaniu dziecka komuś, ale nikt w otoczeniu się nie nadaje
Nie chciałam mieć dziecka. Znaliśmy się od liceum. Kiedy braliśmy ślub, była umowa - żadnych dzieci! Tymczasem prawie od razu zaczął nalegać. Mówił to, co wszyscy. Że kiedyś zechcę i będzie za późno, że nie warto żyć tylko dla siebie, że poczuję się w pełni kobietą, że małe paluszki, że kłopoty razem przezwyciężymy.
Atmosfera robiła się coraz gęstsza. Nie groził rozwodem, ale chodził przygnębiony, zaglądał do wózków, wzruszał się przy reklamach z dziećmi. Pomyślałam, że jestem nie fair. Mamy być razem do końca życia, a dla niego to jest ważne. Skoro wszyscy mówią, że jak urodzę, to pokocham, to pewnie mają rację. Dałam sobie wmówić, że nie wiem, czego chcę i jaka jestem. Zdecydowałam się na dziecko dla niego. A on porzucił nas, nim dziecko wyrosło z pieluch. Powiedział, że już mnie nie kocha, i się wyprowadził. O dziecku nie wspomniał. Złamał mi życie, złamał mi serce, złamał mi karierę.
Myślałam o oddaniu dziecka komuś. Ale nikt w otoczeniu się nie nadaje, a skoro wydając na świat, czegoś się podjęłam, to teraz trzeba być odpowiedzialnym. Jeszcze trochę wychowam. Jakbym podjęła się opieki nad psem, dopóki gospodarz nie wróci, tobym karmiła, wyprowadzała, czesała itp., aż wróci. Teraz mam 18 lat takiego wyprowadzania itp. Oczywiście, pewnie bym się do takiego psa przywiązała. Nie inaczej jest z dzieckiem. Zapewne jestem emocjonalnie upośledzona. No i co z tego. Jedna moja znajoma ma kłopoty z błędnikiem, więc np. nie ma prawa jazdy. Też upośledzenie. Tylko nikt jej nie zmusza do prowadzenia samochodu, mówiąc, że jak pojeździ, to polubi.
W głębi serca obwiniam byłego męża i jego dziecko za gorszą pracę, za zmarnowane urlopy i wszelkie inne szanse, za wcześniejsze wstawanie, za pogardę dla mężczyzn, za własne zgorzknienie itd. Dziecko jest zadbane. Są i lekcje języków (na które wożę!), i ładne ubranka czy zabawki, i wszystko, co widać. Jak trzeba, biorę na kolana, do trzeciej w nocy szyję sukienkę na bal w przedszkolu itd. Sumiennie wypełniam obowiązki. Odsiaduję wyrok z nadzieją na przedterminowe zwolnienie za dobre sprawowanie. Ale w sercu nigdy się z tym nie pogodziłam. Nie mogę się doczekać, aż mała dorośnie i się wyniesie. Myślałam o wysłaniu jej do internatu, ale to dopiero liceum, dla młodszych nie ma. Do tej pory pewnie jakoś się ułoży.
W ciąży czułam, jakby we mnie rósł pasożyt. Obcy. Miałam sny, że przebija mi brzuch i wychodzi na świat. Tzw. mądrość ludowa opowiada, że jak przytulisz pierwszy raz swoje maleństwo, to ogarnia cię ogromna fala miłości i szczęścia. Starałam się, naprawdę się starałam. Wtedy był przy mnie ten złamas. Pomagał, wspierał, dodawał otuchy. Lulał małą, wstawał w nocy. Jakoś szło. Ale cóż, zakochał się. Olał mnie i SWOJE dziecko. Rozwód z orzeczeniem o winie. Sąd przyznał dziecko mnie. Nikt się o nic nie pytał. Proces trwał dwa lata i zdążyłam przywyknąć. Zresztą wtedy byłam tak zdołowana (depresja, prochy), że nie byłam w stanie o niczym poważnym myśleć. On wcale nie wnioskował o opiekę nad dzieckiem. Od tego jest matka, nie?
Wesoły tatuś, ma jeszcze jedno dziecko, którego też nie wychowuje, podobno wyjechał do Australii. Pewnie niedługo podskoczy tam przyrost naturalny.
Gdybym mogła cofnąć czas, wiem, co bym zrobiła: nie miałabym tego dziecka. Ono nie powinno się urodzić. Nikomu nie było potrzebne. Maskuję się w ramach sumiennego wypełniania obowiązków, ale obawiam się, że dziecko to wyczuje. Wiem, że nikt z otoczenia się nie domyśla. Możliwe, że dlatego, że takie jak moje kalectwo emocjonalne nikomu nie przychodzi do głowy. Wychowam na podobną kalekę? Możliwe. Inaczej nie umiem. Nie ja jedna nie mogę przekroczyć własnych ograniczeń i ochronić przed nimi następnego pokolenia. Nikomu tego nie opowiadam. Żyję w goryczy, żalu i rozpaczy. Napisałam ten list, żeby te, które uważają, że nie nadają się na matki, nie dały się wmanewrować. Żeby się trzymały.
wyrodna matka
/Wysokie Obcasy, nr 30 (533)/