twojabogini
11.06.14, 10:50
No nie mogę! Jeszcze mi ten psycholog chodzi po głowie. Moja koleżanka czytała wywiad i właśnie dzwoniła do mnie. Od paru lat walczy w domu o to, aby mąż się zaangażował. Nie w imię ideologii, ale w imię tego, że jest zatyrana, mają dwójkę dzieci, ona pracuje (oczywiście tak aby móc pogodzić to z domem i dziećmi, więc częściowo w domu - mąż pracuje bez ograniczeń, zwolnień nigdy nie bierze, to jej problem, jak dzieci chorują, czy w szkole nie ma zajęć). Pan kąpie i usypia młodsze z dzieci, czasem robi kolację, odkurza i wstawia zmywarkę, w sobotę bierze udział w porządkach, w niedzielę gotuje obiad. I uważa, że mają równy podział i czego ona chce, i on jest facetem, w końcu pracuje na rodzinę, przecież ona więcej w domu siedzi, itp.
Większość znanych mi małżeństw to przechodzi, przechodziło bądź przejdzie - nie wykluczając mojego.
No i ona teraz wstrząśnięta po lekturze mówi - słuchaj, może ja jednak źle robię, może powinnam odpuścić, może dokonuję jakiegoś gwałtu na męskiej naturze, już mam dość i tak nic się nie zmienia. I z płaczem - no i wiesz, rzeczywiście on ze mną prawie nie sypia...A jak już - to zupełnie inaczej niż kiedyś, on rozładowuje napięcie, ja nic z tego nie mam, bo on mnie i moje potrzeby ignoruje. Za każdym razem mam nadzieję, że będzie jak kiedyś (był cudownym kochankiem), ale on potem przytula mnie i zasypia. Twierdzi, że jak chcę czułość po - no to przecież ją mam - plecami się nie odwraca. A jak chcę coś innego, coś dla mnie, to potem on zawsze jest zmęczony i w ogóle długo do niczego nie dochodzi. Cholera, ona czeka aż on zaśnie, albo wyjdzie na fajka i potem się zaspokaja - po cichu, żeby on nic nie zauważył.
Cholera, cała masa znanych mi mężatek ma właśnie takie "życie seksualne". Dlaczego kobiety mają się ukradkiem zaspokajać, gdy mąż wyjdzie do łazienki (zaraz po tym jak odegrają spektakularny orgazm, żeby mężowi nie było przykro)?
Chciałabym móc jej powiedzieć, że jej mąż to burak, że znajdzie sobie innego, lepszego, zaangażowanego, kochającego. Ale to nieprawda. To całkiem sympatyczny facet, znam go. Do tego większość moich znajomych ma tego rodzaju problemy małżeńskie. W moim małżeństwie też zdarzają się koszmarne wojny o podział odpowiedzialności - i mimo wszystko ja w wiele spraw jestem zaangażowana bardziej - co czasem mnie wkurza, bo zabiera mi czas na inne rzeczy. Nawet pani redaktor prowadząca wywiad kornie pochyliła głowę przed objawioną męskością.
Ostatnio było sporo wątków o tym. Że albo żona się podporządkuje - nie będzie się domagać równości, tylko pokornie zapierdalać, nie bredzić o feminizmie, tylko obsługiwać pana męża w domu i łóżku, nie domagać się swojego orgazmu i przyjemności, żeby on czasem nie pomyślał, że jest złym kochankiem. Albo to - i przy takiej samicy, która nie ma potrzeb i jest skrzyżowaniem dmuchanej lali z AGD (co powszechnie określamy: "żoną") pan jest samcem - albo jak nie to on się wycofa, storpeduje wszystko, będzie się na złość masturbował i do tego jeszcze nie będzie się czuł męski więc przestanie być waleczny i zarabiać. W ten sam deseń jedzie zazwyczaj Starowicz. Jego terapia często polega na tym,aby nauczyć kobietę jak udawać głupszą - i on otwarcie o tym pisze.
Czy mężczyźni to są naprawdę jako grupa tacy idioci, którzy potrzebują stałej obsługi, nie są w stanie zaspokoić seksualnie kobiety, a do tego, aby w ogóle jakoś funkcjonować muszą mieć przy sobie przymilną istotę, która będzie ich podziwiać, adorować i udawać głupszą, żeby czuli się lepsi?
Czy naprawdę tak boją się samodzielnej kobiety, która lubi seks i w seksie chce przyjemności, a nie tego, aby mąż był zaspokojony i nie poszedł do innej, albo żeby nową bluzkę kupił. Czy to taki problem, kobieta, która chce pogodzić pracę z opieką nad dziećmi i oczekuje, że skoro jest partnerstwo w finansach, to będzie też partnerstwo w domu? Albo kobieta, która oczekuje, że skoro ma dzieci z mężem, to on tym dzieciom poświęci tyle samo czasu i uwagi co ona?
Ja nie wierzę w kobiety, które mieszkanie traktują jak przedłużenie ciała. Znam kobiety, które doskonale pełnią rolę matki i żony i pracownika, przy bardzo mało zaangażowanych mężach. Ale to wcale nie wynika z ich natury, wymaga ogromnego poświęcenia, braku czasu dla siebie - w sensie rozwoju, zainteresowań, poświęcenia integralności seksualnej, na rzecz dawania mężowi i nie domagania się własnej przyjemności. One są zmęczone, sfrustrowane seksualnie, często łykają prochy na deprechę, albo wieczorami popijają wino. Niech się Marek i obrazi, ale odkąd pojawił się na forum nazywam je "żonami Marka" - Marek sądzi, że ma idealną żonę - ja sądzę, że to prawda - ale nikt nie wie jak ogromny koszt poniosła żona, żeby się przystosować.
Czy kobieta ma tylko trzy drogi - niezależność bez mężczyzny, związek-wojna w którym działa stale aktywny front lub podległość i związek w którym jej potrzeby nie mają znaczenia?