ewolwenta
28.06.05, 19:39
Zastanawiam się od dłuższego czasu gdzie się zaczyna obszar „my” a gdzie
wciąż pozostaje obszar „ja” i „on” („ona”)
Ostatnio podsłuchiwałam mojego kolegę jak zadzwonił do żony i PYTAŁ czy może
zostać w pracy dłużej. Nie zrobił czegoś takiego pierwszy raz więc nie byłam
zaskoczona ale uświadomiłam sobie że w moim związku jest zupełnie inaczej.
Jeżeli muszę zostać w pracy lub nagle gdzieś wyskoczyć, to łapię komórkę i
KOMUNIKUJĘ, że będę później.
Pół nocy przegadanej z przyjacielem (płci odmiennej) nie jest powodem do scen
zazdrości. Znajomych mamy różnych. Akceptujemy odmienne zainteresowania
partnera, choć niektóre rzeczywiście dzielimy.
Czasem zastanawiam się czy ta swoboda nie sprowadzi nas na manowce, ale z
drugiej strony jestem pewna, że takie bycie jednością i dążenie do pełnej
zgody we wszystkim jest błędem.
Gdzie Waszym zdaniem powinna być ta granica? Czy nie czujecie się osaczeni w
związku albo przeciwnie osamotnieni?
Gdzie leży ten złoty środek?