ex_is
03.04.06, 09:29
Na tym forum jestem nowicjuszem, gdzieś tam się wypowiedziałem w dwóch czy
trzech wątkach. W naszym małżeństwie prawie od początku zmagamy się z
problemem bardzo dużej różnicy temperamentów - tzn. mój jest dużo większy.
Teoretycznie właściwie nie powinieniem narzekać bo moja żona mi nie odmawia
seksu - jest kochana, nie chce żebym cierpiał i jak prawdziwa męczennica
położy się pode mną i poczeka aż zrobię swoje. Tylko że mnie taki seks nie
interesuje i takiego seksu coraz częściej ja jej odmawiam - przecież ja nie
chcę robić jej krzywdy po to, żeby zaspokoić swoje potrzeby. Bo wg mnie seks
to nie jest mechaniczna czynność prowadząca do orgazmu. Prawdziwy seks
powinien bezgranicznie angażować obu partnerów fizycznie i psychicznie.
Boli mnie strasznie, że nie umiem do takiego stanu jej doprowadzić mimo że
rozmawiamy ze sobą dużo i szczerze, nie obwiniamy się i nie oskarżamy, jestem
dla niej dobry i czuły i ona dla mnie, szanujemy się nawzajem i w wielu
sprawach życiowych rozumiemy się doskonale, oboje jesteśmy domatorami, nie
ciągnie nas do znajomych, na imprezy itd. itp., najbardziej lubimy być tylko
z sobą - sami, w domu. Wiele spraw między nami ułożyło się bez uzgodnień i
kompromisów - po prostu nie było takiej potrzeby. Tylko ta różnica
temperamentów :-(. Jestem raczej mądrym facetem i zdaję sobie sprawę że
równie dobrze jak o brak temperamentu mógłbym ją oskarżać że ma 165 cm a nie
160 cm wzrostu - po prostu jest to od niej niezależne. Tylko co mam zrobić? W
tej chwili mam ochotę iść do seksuologa i poprosić o taką terapię, żeby mój
temperament spadł do poziomu jej temperamentu, czyli prawie do zera - ja
rozumiem że to wszystko nie jest wina mojej żony ale ile mam się jeszcze z
tym męczyć? I czekać aż raz na ruski rok będzie miała prawdziwą ochotę, bo
tylko wtedy nasze zbliżenia są naprawdę satysfakcjonujące.