trixie2
24.04.06, 08:09
Witam.
miło tu wśród Was, choć powód przydałby się jakis milszy.
Spróbuję i ja, licząc na dobre, szczere, trafne słowo.
Od lat, z przerwami na szczęśliwe w miarę życie, zastanawiam się, dlaczego
mój mąż nie pali się do seksu. Choć to źle powiedziane - nie pali się chyba w
ogóle do bliskości, rozmów długo w noc, wieczorów przy winie i świecach,
wspólnych wieczorów w ogóle. Ani nocy.
Jest fajnym mężem, pracowitym, czułym, troskliwym, dużo pracuje (ma
absorbującą, odpowiedzialną pracę), ale kiedy jest, przykryje kocem, zrobi
drinka, pozwoli pospać w niedzielny poranek, zajmie się dziećmi.
Seksu nie lubi? ależ nie, nie, żeby nie lubił
-po prostu jest zmęczony
-zestresowany
-ma terminową pracę na głowie
-jest niewyspany
Problem potraktowany globalnie komentuje jeszcze tak:
-bo zwykle bywamy pokłóceni
-bo to było, jak... (jakiś jeden z wielu powodów)
-bo TY zasypiasz z dziećmi (odwracanie kota ogonem, czyli podawanie skutku za
przyczynę, strategia niedawna)
Wieczór, gdy wywozimy dzieci do dziadków, spędza na kanapie, gdzie chrapie
już o dziewiątej wieczorem, nie zwabia go pikantna obietnica, nie daje się
obudzić, ewentualnie obudzony jest wsciekły.
Patrząc wstecz, jest coraz gorzej - wszystko toczy się po równi pochyłej.
Mnie coraz bardziej przeszkadza to, że właściwie czuję się niepotrzebna -
mężowi nie zależy ani na obiedzie, ani żebym z nim rozmawiała, ani spała, ani
w ogóle wchodziła w jakiekolwiek interakcje. On sam nigdy w niczym w naszym
związku nie widział problemu, a w każdym razie nigdy sam nie zaczął takiego
tematu. Moje próby rozmowy o sprawach, które odbierają mi chęć do życia
traktuje jak uciążliwości PMSu, marudzenie, narzekanie i w ogóle robienie z
igły widły. Wystarcza sobie do szczęścia sam, nie wiem, czy można powiedzieć,
że kocha swoją pracę, ale go ona absorbuje bez reszty, wiele rzeczy go
absorbuje, ma rozległe zaintersowania, zna kilka języków... Czasem myślę, po
co potrzebny był mu związek? skoro na sferę intymną w jego życiu nie ma
miejsca? jest kolejnym obowiązkiem, na który zwykle nie starcza mu czasu,
sił, ochoty, energii, niczego.
Jest mi z tym ogromnie ciężko, coraz ciężej. Ja też mam pracę, równie
absorbującą jak on. Jestem równie otwarta i ciekawa świata, ale, na litość
boską, w całym tym świecie potrzebuję kogoś, kto będzie mnie akceptował,
wyróżniał, wspierał, kogo będę ciekawić, fascynować, ziębić albo parzyć... Od
kogo będę brać i dawać bez obaw, że zostanę odtrącona... A ja mam wrażenie,
że go doskonale nie obchodzę.
W sferze deklaracji zawsze i wszędzie powtarza, że mnie kocha, ceni, jestem
mądrą i wspaniałą kobietą, najlepszym przyjacielem (no, właśnie tak), z moim
zdaniem się liczy, jest go ciekaw. Jestem mu najbliższą osobą na świecie.
Jednocześnie, kiedy doprowadzona do ostateczności mówię, że próbowałam,
postanawiałam poszukać winy w sobie, pogodzić się z tym, że wielkich
namiętności i uniesień to ja już nie zaznam, ale niestety po raz kolejny
przekonuję się, że nie potrafię tak żyć i proszę, żeby się określił,
odpowiedział mi wreszcie na pytanie, dlaczego tak jest i co w związku z tym
zamierza zrobić - nie otrzymuję odpowiedzi. Zapętla się, wymiguje, mówi o
rzeczach nieistotnych, a głównie ma do mnie pretensje, dlaczego w ogóle,
dlaczego dzisiaj, przecież dzisiaj był miły dzień i wczoraj też, a ja znowu
swoje.
Kiedy mówię, że nie wytrzymam tego dłużej i boję się, bo myśl o rozstaniu i
zakończeniu tego wszystkiego puchnie we mnie od dawna, i nabiera coraz
bardziej ponuro konkretnych kształtów, on przyjmuje postawę pasywną, nie
walczy. Wszystko cichnie, nastaje ranek z kawą, telefon z pracy o d...
maryni, rodzinne popłudnie... i nic.
Jest jeszcze wersja druga, ostatnio o wiele rzadsza... jedna czy dwie gorące
noce, absolutnie poprawne i udane, a nawet bardzo wspaniałe i obiecujące,
tylko że są to obiecanki cacanki, i po tych występach następuje dłuuuga
przerwa i... da capo al fine.
Jest wiele sfer, gdzie się nadzwyczajnie zgadzamy, lubimy ze sobą rozmawiać o
życiu, książkach, artykułach, ludziach, zjawiskach, wychowaniu dzieci.
Gorzej, gdy jest to NASZE życie. Całkowicie źle, gdy sa to nasze problemy.
Dość może na początek... Nie będę Wam opisywać, jak się czuje kobieta z
normalnym temperamentem, a nawet dość bym powiedziała, zmysłowa, lat 33, w
takiej sytuacji, bo zostało tu już tutaj wspaniale ropracowane. Dodam, że
nigdy męża nie zdradziłam, on mnie, co mogę stwierdzić z całą pewnością, jaką
można mieć w tej sytuacji, także nie - nic nigdy w najmniejszym stopniu na
to nie wskazywało. Boże, co ja mam zrobić??? Nie chcę rozstania, rodzina
jest dla mnie ogromną wartością, związek także - był na długo przed
urodzeniem dzieci, a teraz, wiadomo, jeszcze bardziej. Poza tym, przeżyliśmy
razem mnóstwo dobrych, pięknych chwil, także wiele bardzo trudnych
doświadczeń i z nich akurat wyszliśmy zwycięsko i razem...
Ostatnio jest lawinowo coraz gorzej, mąż jest osobny, daleki, mam wrażenie,
że coraz niżej stoją moje akcje... zachowuję się w tym wszystkim najgorzej,
jak mogę, indaguję, podnoszę głos, wymagam, oczekuję, ale tyle rozmów za
nami, tyle prób!!! moja cierpliwość się wyczerpała. Mam całą szufladę uroczej
bielizny, której nie ma absolutnie klimatu użyć, czułabym się jak idiotka...
Realizuję scenariusz, którego zakończenie doskonale mogę sobie dośpiewać, ale
co mam zrobić?? Staję się rozdartym babskiem z pretensjami, niedługo patrząc
z boku będzie można powiedzieć, ze ten mój mąż to święty chłop... Drażni mnie
na każdym kroku, boli mnie każda drobna obojętność, niezauważanie sygnałów,
ignorowanie otwartych komunikatów, niedotrzymywanie obietnic. Mam tyle do
dania, myślę, że w całkiem niezłym gatunku, a wygląda na to, że chyba nigdy
nie będę miała komu. Przygniatająca jest świadomość, że moje marzenia o
żywym, buzującym byciu razem, wspólnym zgłębianiu intymności, czułości,
bliskości nigdy się nie spełnią (dotychczas miałam wciąż nadzieję i powolna
jej utrata jest strasznie bolesna).
Ale jest też druga strona medalu, może bardziej niszcząca - JA tracę! Tracę
najlepsze cechy swojej osobowości, tracę entuzjazm, przebojowość, energię,
zapał, staję się pasywna w życiu, z trudem mobilizuję się do jakieljkolwiek
aktywności, a przecież mam małe dzieci, którym trzeba pokazać świat,
wycieczki, różne zajęcia, nauczyć jeździć na nartach, pływać, zwiedzać,
zaciekawić wszystkim po kolei, nauczyć entuzjazmu, wiary we własne siły,
optymizmu, radości! Boże, skąd ja mam to wziąć?? Będą widziały nadąsaną, złą
babę, skwaszoną, z opuszczonym na kwintę pyszczkiem i markotnym wyrazem
twarzy...
Czy coś się wyłania z tej mojej historii?...