Dodaj do ulubionych

Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:(

24.04.06, 08:09
Witam.
miło tu wśród Was, choć powód przydałby się jakis milszy.
Spróbuję i ja, licząc na dobre, szczere, trafne słowo.

Od lat, z przerwami na szczęśliwe w miarę życie, zastanawiam się, dlaczego
mój mąż nie pali się do seksu. Choć to źle powiedziane - nie pali się chyba w
ogóle do bliskości, rozmów długo w noc, wieczorów przy winie i świecach,
wspólnych wieczorów w ogóle. Ani nocy.
Jest fajnym mężem, pracowitym, czułym, troskliwym, dużo pracuje (ma
absorbującą, odpowiedzialną pracę), ale kiedy jest, przykryje kocem, zrobi
drinka, pozwoli pospać w niedzielny poranek, zajmie się dziećmi.
Seksu nie lubi? ależ nie, nie, żeby nie lubił
-po prostu jest zmęczony
-zestresowany
-ma terminową pracę na głowie
-jest niewyspany
Problem potraktowany globalnie komentuje jeszcze tak:
-bo zwykle bywamy pokłóceni
-bo to było, jak... (jakiś jeden z wielu powodów)
-bo TY zasypiasz z dziećmi (odwracanie kota ogonem, czyli podawanie skutku za
przyczynę, strategia niedawna)
Wieczór, gdy wywozimy dzieci do dziadków, spędza na kanapie, gdzie chrapie
już o dziewiątej wieczorem, nie zwabia go pikantna obietnica, nie daje się
obudzić, ewentualnie obudzony jest wsciekły.
Patrząc wstecz, jest coraz gorzej - wszystko toczy się po równi pochyłej.
Mnie coraz bardziej przeszkadza to, że właściwie czuję się niepotrzebna -
mężowi nie zależy ani na obiedzie, ani żebym z nim rozmawiała, ani spała, ani
w ogóle wchodziła w jakiekolwiek interakcje. On sam nigdy w niczym w naszym
związku nie widział problemu, a w każdym razie nigdy sam nie zaczął takiego
tematu. Moje próby rozmowy o sprawach, które odbierają mi chęć do życia
traktuje jak uciążliwości PMSu, marudzenie, narzekanie i w ogóle robienie z
igły widły. Wystarcza sobie do szczęścia sam, nie wiem, czy można powiedzieć,
że kocha swoją pracę, ale go ona absorbuje bez reszty, wiele rzeczy go
absorbuje, ma rozległe zaintersowania, zna kilka języków... Czasem myślę, po
co potrzebny był mu związek? skoro na sferę intymną w jego życiu nie ma
miejsca? jest kolejnym obowiązkiem, na który zwykle nie starcza mu czasu,
sił, ochoty, energii, niczego.
Jest mi z tym ogromnie ciężko, coraz ciężej. Ja też mam pracę, równie
absorbującą jak on. Jestem równie otwarta i ciekawa świata, ale, na litość
boską, w całym tym świecie potrzebuję kogoś, kto będzie mnie akceptował,
wyróżniał, wspierał, kogo będę ciekawić, fascynować, ziębić albo parzyć... Od
kogo będę brać i dawać bez obaw, że zostanę odtrącona... A ja mam wrażenie,
że go doskonale nie obchodzę.
W sferze deklaracji zawsze i wszędzie powtarza, że mnie kocha, ceni, jestem
mądrą i wspaniałą kobietą, najlepszym przyjacielem (no, właśnie tak), z moim
zdaniem się liczy, jest go ciekaw. Jestem mu najbliższą osobą na świecie.
Jednocześnie, kiedy doprowadzona do ostateczności mówię, że próbowałam,
postanawiałam poszukać winy w sobie, pogodzić się z tym, że wielkich
namiętności i uniesień to ja już nie zaznam, ale niestety po raz kolejny
przekonuję się, że nie potrafię tak żyć i proszę, żeby się określił,
odpowiedział mi wreszcie na pytanie, dlaczego tak jest i co w związku z tym
zamierza zrobić - nie otrzymuję odpowiedzi. Zapętla się, wymiguje, mówi o
rzeczach nieistotnych, a głównie ma do mnie pretensje, dlaczego w ogóle,
dlaczego dzisiaj, przecież dzisiaj był miły dzień i wczoraj też, a ja znowu
swoje.
Kiedy mówię, że nie wytrzymam tego dłużej i boję się, bo myśl o rozstaniu i
zakończeniu tego wszystkiego puchnie we mnie od dawna, i nabiera coraz
bardziej ponuro konkretnych kształtów, on przyjmuje postawę pasywną, nie
walczy. Wszystko cichnie, nastaje ranek z kawą, telefon z pracy o d...
maryni, rodzinne popłudnie... i nic.
Jest jeszcze wersja druga, ostatnio o wiele rzadsza... jedna czy dwie gorące
noce, absolutnie poprawne i udane, a nawet bardzo wspaniałe i obiecujące,
tylko że są to obiecanki cacanki, i po tych występach następuje dłuuuga
przerwa i... da capo al fine.
Jest wiele sfer, gdzie się nadzwyczajnie zgadzamy, lubimy ze sobą rozmawiać o
życiu, książkach, artykułach, ludziach, zjawiskach, wychowaniu dzieci.
Gorzej, gdy jest to NASZE życie. Całkowicie źle, gdy sa to nasze problemy.
Dość może na początek... Nie będę Wam opisywać, jak się czuje kobieta z
normalnym temperamentem, a nawet dość bym powiedziała, zmysłowa, lat 33, w
takiej sytuacji, bo zostało tu już tutaj wspaniale ropracowane. Dodam, że
nigdy męża nie zdradziłam, on mnie, co mogę stwierdzić z całą pewnością, jaką
można mieć w tej sytuacji, także nie - nic nigdy w najmniejszym stopniu na
to nie wskazywało. Boże, co ja mam zrobić??? Nie chcę rozstania, rodzina
jest dla mnie ogromną wartością, związek także - był na długo przed
urodzeniem dzieci, a teraz, wiadomo, jeszcze bardziej. Poza tym, przeżyliśmy
razem mnóstwo dobrych, pięknych chwil, także wiele bardzo trudnych
doświadczeń i z nich akurat wyszliśmy zwycięsko i razem...
Ostatnio jest lawinowo coraz gorzej, mąż jest osobny, daleki, mam wrażenie,
że coraz niżej stoją moje akcje... zachowuję się w tym wszystkim najgorzej,
jak mogę, indaguję, podnoszę głos, wymagam, oczekuję, ale tyle rozmów za
nami, tyle prób!!! moja cierpliwość się wyczerpała. Mam całą szufladę uroczej
bielizny, której nie ma absolutnie klimatu użyć, czułabym się jak idiotka...
Realizuję scenariusz, którego zakończenie doskonale mogę sobie dośpiewać, ale
co mam zrobić?? Staję się rozdartym babskiem z pretensjami, niedługo patrząc
z boku będzie można powiedzieć, ze ten mój mąż to święty chłop... Drażni mnie
na każdym kroku, boli mnie każda drobna obojętność, niezauważanie sygnałów,
ignorowanie otwartych komunikatów, niedotrzymywanie obietnic. Mam tyle do
dania, myślę, że w całkiem niezłym gatunku, a wygląda na to, że chyba nigdy
nie będę miała komu. Przygniatająca jest świadomość, że moje marzenia o
żywym, buzującym byciu razem, wspólnym zgłębianiu intymności, czułości,
bliskości nigdy się nie spełnią (dotychczas miałam wciąż nadzieję i powolna
jej utrata jest strasznie bolesna).
Ale jest też druga strona medalu, może bardziej niszcząca - JA tracę! Tracę
najlepsze cechy swojej osobowości, tracę entuzjazm, przebojowość, energię,
zapał, staję się pasywna w życiu, z trudem mobilizuję się do jakieljkolwiek
aktywności, a przecież mam małe dzieci, którym trzeba pokazać świat,
wycieczki, różne zajęcia, nauczyć jeździć na nartach, pływać, zwiedzać,
zaciekawić wszystkim po kolei, nauczyć entuzjazmu, wiary we własne siły,
optymizmu, radości! Boże, skąd ja mam to wziąć?? Będą widziały nadąsaną, złą
babę, skwaszoną, z opuszczonym na kwintę pyszczkiem i markotnym wyrazem
twarzy...

Czy coś się wyłania z tej mojej historii?...
Obserwuj wątek
    • drago743 Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 24.04.06, 09:28
      Bardzo mnie poruszyło Twoje wyznanie ponieważ mam podobne problemy. Trafiłaś w
      samo sedno, mogę powiedzieć, że czuje dokładnie to samo co TY. Mój problem trwa
      już osiem lat. Mojemu mężowi nie brakuje seksu. Muszę tutaj powiedzieć, że nie
      jestem jakoś tutaj specjalnie wymagająca. Tak samo próbowałam załatwić problem
      w różny sposób - prośby i grożby nie pomagają. W końcu dałam za wygrane.
      Znalazłam sobie Pana z którym od czasu do czasu się spotykam. Nie jest to
      najlepsze wyjście sytuacji ale jakieś jest. Kocham swojego męża. Trudno jest mi
      prowadzić taki tryb życia, kręcić, kłamać, wymyślać różne historie. Nie wiem
      jak długo to wszystko jeszcze wytrzymam. Czy jest jakieś wyjście z tej
      sytuacji? Czuje się nieszczęśliwa. Strasznie mnie to boli, że mąż mnie nie
      traktuje jak kobietę. Jestem jego raczej kumplem, towarzyszem niedoli,
      przyjacielem ale nie kochanką.
      • hyper_mouse Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 17.11.06, 12:25
        a czego się spodziewałyście, że po 10 latach będzie jak pierwszego dnia?
        Trochę luzu, poza tym naprawianie świata zacznijcie od siebie.
        Zróbcie test przez 10 dni postarajcie się być idealnymi żonami, wiecznie
        uśmiechniętymi, ciepłymi, wyrozumiałymi itp. i zobaczcie czy to wpłynie na nich
        poztywnie. Jeśli tak to chyba wciąż warto walczyć.
    • dziadek72 Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 24.04.06, 09:30
      Jak bym widział siebie pól roku wcześniej... Obudziłem się dopiero, gdy żona zaczęła szukać mieszkania dla siebie i naszej córki, gdy przez przypadek znalazłem w kompie gotowy wzór pozwu rozwodowego. Dopiero wtedy do mnie dotarło... terapia szokowa??? Może pomóc ale tylko w przypadku, gdy oboje się kochacie. Jeśli tak nie jest, to albo męczycie się dalej, albo szukacie dla siebie nowego miejsca w świecie. Zawsze możesz i chyba powinnaś poszukać pomocy w poradni małżeńskiej.
    • margot50 Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 24.04.06, 09:32
      Dla mnie wylania sie obraz tego co sama przezylam.
      Bedac w Twoim wieku moje malzenstwo wygladalo tak jak opisalas i tez probowalam
      wszystkiego. I tak to trwalo latami calymi / u meza wciaz najwazniejsza praca/,
      ja coraz bardziej sfrustrowana uznalam ze widocznie ten typ tak ma i nic nie
      zmienie. Na zewnatrz robil wrazenie zakochanego dbajacego meza.
      a po 50-tce znalazl panienke 28 lat mlodsza i kiedy ja walczylam ze smiertelna
      choroba, On pokazywal jej swiat zabierajac ja na wycieczki i zatrzymujac sie w
      tych samych hotelach co my kiedys.
      Przez chwile probowalam walczyc o niego, ale jak dowiedzialam sie ze panienka
      wie o mnie i chorobie i jej to nie "przeszkadza" wystawilam dupkowi walizki.
      Nie wiem czy moj scenariusz zrealizuje sie w Twoim malzenstwie ale te
      symptomy sa bardzo niepokojace.
      Chyba musisz sie zastanowic czy chcesz prowadzic jalowe wypalajace Cie zycie
      u boku tego czlowieka. On juz poprostu nie kocha a jeszcze tego nie zauwazyl.
      Jak zauwazy bedzie na wszystko za pozno.
      Nie podaje tu prawd objawionych, nie uwazam ze u Ciebie tez tak moze byc, ale
      po przeczytaniu Twego postu uznalam ze musze Cie przestrzec przed powtorzeniem
      mojego zycia. Masz jeszcze czas wszystko zmienic i nie dopuscic do takiego
      konca.
      To Twoje zycie i Ty powinnas zdecydowac jak chcesz je przezyc ja przegapilam,
      nie potrafilam przewidziec takiego zakonczenia..... i zostalam sama.
      Zycze powodzenia i zimnej krwi, pozdrawiam cieplutko M.
    • your_and Zabijanie namietności 24.04.06, 10:01
      Cóż wspólne przeżywanie codzienności zabija niezawodnie niepielęgnowaną namiętność.
      Tym bardziej gdy spotykamy zalotnie uśmiechające sie kobiety i przebojowych
      mężczyzn, a patner w domu czeka na nas ze stosem żalów listą spraw i oczekiwań
      na samą myśl o której boli nas głowa, mając jeszcze potrzebę dzielić sie swoimi
      rozczarowaniami jakby mało nam było własnych.
      O tym są wszystkie terapie partnerskie. Samo z siebie bez naszego starania może
      tylko uczucie wygasnąć, ewentualnie zamienić sie w nienawiśc. Oczywiste niby...

      • ankamk78 Re: Zabijanie namietności 24.04.06, 10:23
        Jeszcze nie tak dawno byłam gotowa naskrobac dosłownie takiego samego posta jak
        Ty teraz. Nie odwazylam sie na to ale nie o tym.

        Czułam sie głeboko zraniona,opuszczona,nieszczesliwa,bez motywacji do zycia i
        dzialania. Po wielomiesiecznych kłotniach,podchodach i niezliczonych probach
        ulepszania,naprawiania zwiazku itd. byłam totalnie zdesperowana i zdołowana,a
        najdrobniejsze oznaki braku zainteresowanie odbierałam jak siarczyste razy
        wymierzone w moja kobiecosc i zmysłowosc.

        Potem przyszła jakas taka rezygnacja. Przestałam krzyczec,wrzesczec,udany sex
        przestal byl sensem mojego zycia. Przestalam sie tez zapetlac w tym wszystkim,
        słowem zluzowałam.
        I co? Okazało sie,ze cała sytuacja wcale nie wyglada tak jednostronnie jak ją do
        tej pory widzialam. Okazało sie,ze moj M tez lubi bliskosc,sex,namietnosc, a
        moje gderanie,marudzenie i pochopnie wypowiadane słowa wyrzadzily wiecej
        szkody,niz przyniosły pozytku.
        Nie jest tez tak,ze nie poszłam na pewne kompromisy i ustepstwa. Poszłam i
        stwierdzam,ze wygrałam.

        Pisze Ci o tym wszystkim,bo z perpektywy czasu juz wiem,jak bardzo emocjonalnie
        i nieobiektywnie czasem patrzymy na sytuacje w ktora jestesmy uwiklani. Jak
        silne moze byc poczucie krzywdy,straty,zalu i beznadziei. Zycze Ci pomyslnego
        rozwiazania problemu i odbudowania wiezi z mezem.

        Chce wierzyc,ze wrocisz na szczesliwe,namietne i pelne czulosci malzenskie łono.
        Pozdrawiam
        Ania

        • your_and Re: Zabijanie namietności 24.04.06, 11:41
          ankamk78 napisała:
          >Jeszcze nie tak dawno byłam gotowa naskrobac dosłownie takiego samego posta jak
          >Ty teraz. Nie odwazylam sie na to ale nie o tym.

          Dobrze za to że odważyłaś się napisać teraz że namiętnośc i czułośc mozna
          odbudować jeśli się nie zasklepi w żalach i rozczarowaniach.
          Może to doda otuchy innym zagubionym w codzienności
    • misssaigon Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 24.04.06, 10:22
      dla mnie z twojej opowiesci sie wylania brak milosci - twojego meza do Ciebie-
      za pewne lubi, szanuje, ceni i ....nie chce zranic mowiac wprost "nie kocham" .
      Czuje sie odpowiedzialny za rodzine - wiec trwa...ale zamkniecie przed toba
      wlasnej sfery intymnosci, zablokowanie na bliskosc fizyczna i
      emocjonalna...jest symptomatyczne...
      zapewne widzi tez bardzo dobrze ze ty go kochasz, ze macie dzieci....ciekawe
      kto w waszym zwiazku bedzie tym "slabszym ogniwem"
      • babkapolska Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 04.08.06, 17:44
        Czuje,ze jesli tak dalej pojdzie ,za pare lat napisze dokladnie to co
        Ty.Hm,smieszne,nie znam Cie a czuje jakbym znala na wylot.Twoje slowa to moje
        slowa.Jestem na poczatku tej drogi ,probowalam chyba wszystkiego,choc mam
        nadzieje ze jednak istnieja jeszcze jakies spposoby.Jestem tym zdolowana ,trace
        sily i..kobiecosc.Nie pociagam wlasnego męża..Czytalam kilka z odpowiedzi i nie
        zgadzam sie z tymi ,ktore dopatruja sie w tym zwiazku braku milosci z jego
        strony.Jestem pewna ze moj maz mnie kocha.Jest cudownym,troskliwym
        facetem.Mysle,ze z Twoim mezem jest podobnie.Milosc-tak,pozadanie-nie.Moze nie
        mozna miec wszystkiego?..Pozdrawiam serdecznie ,wiedz ze nie jestes jedyna na
        swiecie.Ja tez sie zdziwilam widzac ile kobiet ma ten problem..
    • barbie-torun podobna sprawa 24.04.06, 11:16
      córka ma 5 m-cy a seksu zero
      mąż pracoholik mnie nie dostrzega
      czuje że brak seksu odbija sie na mojej psychice
      jestem podminowana, czasami agresywna
      czy u Was wróciło wszystko do normy sprzed ciaży?

      • barbie-torun Re: podobna sprawa 24.04.06, 11:21
        aha to maż był inicjatorem igraszek i było wspanaile
        teraz mnie unika sypia oddzielnie bo po nocy pracuje
        w tym roku bedziemy obchodzić 10 rocznicę ślubu
        mamy jeszcze starsze dzieci
        ale zwykle po porodzie szybko wszystko wracało do normy
        i to ja bywałam zmęczona codziennymi obowiazakami a nie mąż
        to dołujace gdy Mama po 35 latach małżeństwa sypa częściej z Tatą
        niż my
        ale nie mam z kim o tym porozmawiać a rodziny się wstydzę
        :(
    • remax2 Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 24.04.06, 12:22
      Ok, ale czy zastanawiałaś się jak to wygląda z drugej strony ?

      Oczywiście w wariancie otymistycznym, zakładająć, że facet Cię kocha, że nie ma
      tej 'trzeciej" itd.. - sytuacja dla niego jest równie krytyczna jak dla Ciebie.

      Co Ty wiesz o jego odczuciach, co wiesz o jego problemach, o tym czym on na
      prawde zyje ? Może w pracy mu się coś wali a Ty nie masz o tym zielonego
      pojęcia? Może w waszym małżeństwie sto rzeczy go strasznie wqrza, a Ty nie masz
      o tym pojęcia ? Może denerwuje go twoja natarczywośc albo sprzeczki, albo nie
      wiadom co jeszcze. Z opisu wnioskuje, że to introwaertyk, facet raczej
      zamknięty w sobie. Taki nigdy nie powie, co mu lezy na sercu, choćy z tego
      powodu, że nie będzie cię chciał urazić. Może czuje się zupełnie nie zrozumiany
      przez Ciebie i ucieka...
      W co może uciec porządny facet, kochający rodzinę a nie znajdujący
      zrozumienia ? Alkohol nie, kochanka nie, zostaje praca...

      To nie prada, że on nie chce seksu - zakładajac ze jest zdrowy i nie ma
      kochanki - nie ma takiej możlwości !!! On sztucznie wmówił sobie, że seksu nie
      potrzebuje, z jakiegoś powodu. W Waszym związku nie tylko Ty cierpisz,
      cierpicie oboje !!! Rożnica polega na tym, że Ty to okazujesz, a on "twardziel"
      dusi to w sobie.

      I jeszcze jedno, do faceta trzeba czasami powiedzieć wprost i ostro. Obawiam
      się, że 90% z facetów w takich sytuacjach nie rozumie niewerbalnych
      komunikatów umizgów i zalotnych słówek typu "co będziemy robić dziś wieczorem".
      • your_and Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 24.04.06, 12:26
        remax2 napisał:
        > W co może uciec porządny facet, kochający rodzinę a nie znajdujący
        > zrozumienia ? Alkohol nie, kochanka nie, zostaje praca...

        Alkohol to najczęstrza ucieczka, do tego generalnie akceptowana kulturowo. W
        pracę mają szansę nieliczni odnajdujący pasję zadowolenie w tym co robią...
        • remax2 Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 24.04.06, 12:33
          Statystycznie oczywiście najczestsza... ale ich żony raczej rzadko pojawiają
          się na tym forum (bo diagnoza problemu jest dość oczywista). Za to żon
          pracoholików widzę tu (i w moim otoczeniu) raczej sporo.
    • aga13021 Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 24.04.06, 12:40
      Trudno to nazwac telepatia, bo sie nie znamy, ale jakims przyciaganiem mysli,
      albo jak wolisz - desperacja. Ten problem towarzyszy mi od poczatku naszego
      malzenstwa, tylko zbyt czesto sie nad tym nie zastanawiam (cwicze to od kilku
      lat i przekonuje siebie ze seks nie jest wazny, bo to ciagle powtarza maz,
      ktory nie jest zbytnio temperamentny), bo szkoda mi nerwow, a rozmowy nic nie
      daja, bo slysze, ze to moja wina, bo jestem niedobra, nie szanuje go i tylko
      czasem doskwiera mi bardzo (tak jak teraz), ze jestem niezaspokojona, mloda
      kobieta, ktora traci najlepsze lata swojego zycia. Z boku wszystko wyglada
      noramlnie, malzenstwo, ktoremu nic nie brakuje, dziecko, wspolne spacery, ale
      jakby zobaczyc jak wyglada nasze zycie od sypialni-totalna porazka. Maz jest
      dobrym ojcem i mezem dbajacym o dom i jest tylko to jedno "ale" -jemu seks jest
      do niepotrzebny do szczescia. A nawet jesli dochodzi do zblizen - to i tak
      czasem z tego nic nie wychodzi, a potem slysze, ze to moja wina, bo on nie umie
      sie przestawic, po dniu pelnym szarpaniny (do konca nie wiem o co mu chodzi) na
      udany seks - wiec lepiej nie probowac, zeby sie nie rozdrazniac. Trixie2
      piszesz, ze maz ciagle deklaruje milosc do Ciebie, moj tego nie robi i przy
      kazdej nadarzajacej sie okazji narzeka jaka to jestem okropna. No coz,
      pozostaje tylko znowu uspic moje potrzeby i jakos bedziemy dalej "spokojnie"
      zyc-tylko czy na tym polega nasze krotki zycie?...
      • barbie-torun trudno zrozumieć 24.04.06, 13:10
        owszem mąż ma chorobę, która spowodowała spowolnienie chodzenia ale nie ma nic
        wspólnego ze współżyciem nawet konsultowałam z sekksuologiem, bo tak sie składa
        ze mój gin to też seksuolog
        pończoszki, haleczki też go nie biorą
        a kłótnie dość często wybuchają o błahostki
        i całe dąsy nie trwają dłuzej jak godzinkę
        mąż jest nerwowy i wybuchowy w domu
        a w pracy łągodny i 100 razy dziennie mówi przepraszam i dziękuję
        potrafi dogadać się z ludźmi, współprowadzi działalność gospodarzcą

        jestem zdesperowana
        nie układa sie nam już od dawna i nie tylko w łóżku
        nie mam wykształcenia a mąż jest na stanowisku
        i nigdy w zadnej kwestii nie przyznaje mi racji
        nawet w kuchni czy w ogródku
        nie móiąc juz o polityce bo ja akurat zadnych wiadomości nie oglądał
        to po co sie ze mną żenił?
        pokochał mnie taką jak byłam
        mieliśmuy i mamy wspólne zainteresowania zawodowe
        pracujemy w tym samym sektorze

        myślałam o separacji
        i ryczeć mi się chce
        ale dokad odejdę
        wielokrotnie rozmawiamy ale bez skutku
        "miałem ciezki dzien, odłóżmy na potem, może rano, muszę odespać..." itp
        a ja już jestem coraz starsza wiec kiedy nacieszę się seksem
        nie mam pomysłu na rozwiązanie problemu
        mąż rzadko pije, raz na2-3 miesiace gdzieś z kolegami wyjdzie,
        do kina zawsze z dziećmi chodzi
        po pracy wraca do domu albo dzwoni ze zostanie na zebraniu
        wiec nie ma tej "trzeciej" strony

        wypaliłam się chyba
        ciężko mi tak zyc
        a wszyscy w rodzinie i znajomi mi zazdroszczą tego "bogactwa"
        czyli domu i udanych dzieci
        • tomek_abc Re: trudno zrozumieć 24.04.06, 14:21
          barbi

          myśle ze dałaś sie wtłoczyć w pewien schemat....
          ON biznesmen- pan na stanowisku, spędzający wiekszośc czasu w pracy (bo w sumie
          pracowanie coby nie mówić jest znacznie prostsze niz bycie dbrym ojcem i dobrym
          mężem) i pewnie jeszcze mówi, jaki on to strasznie zapracowany, taki
          zapracowany, że nie ma na nic siły , nawet na seke
          Ona żona biznesmena - dom, dzieci , ogródek....
          Do schematu brakuje tylko TEJ 3ciej np asystentki lub koleżanki z pracy
          oczywiscie młodszej i bardzo kochającej jego (kasę).

          Niestety ten gatunek (tzw biznesmeni) tak ma, czyli wszytsko wie najlepiej,
          utożsamia wartość człowieka z zajmowanym stanowiskiem i stanem konta.

          Jaki wniosek dla Barbi?
          Przestać tylko myśleć o domu, dzieciach, ogródku i nie uważać że jedynym
          powołaniem jest bycie dobrą zona i matką.
          A mąż? jesli nie jest za późno to kiedyś zrozumie, że nie warto tyrać po 12
          godz po to aby kupić sobie nowy samochód, a może padnie na zawał koło 40ki,
          czego oczywiscie nie zyczę.
          Lepiej pczywiscie zwolnić dobrowolnie niż zwolnić po zawale.



          • remax2 Re: trudno zrozumieć 24.04.06, 14:48
            > A mąż? jesli nie jest za późno to kiedyś zrozumie, że nie warto tyrać po 12
            > godz po to aby kupić sobie nowy samochód, a może padnie na zawał koło 40ki,

            A może on tyra po 12godz na dobę, nie zeby zarobić na nowy samochód, ale zeby
            nie wracać zbyt swzybko do domu do gderającej zony ? Moze w parcy mu lepiej niż
            w domu ? Bo w pracy się realizuje, jest doceniany, itd... a w domu tylko
            wymówki i brak zrozumienia ?
          • kawitator Re: trudno zrozumieć 24.04.06, 17:32
            Niestety ten gatunek (tzw biznesmeni) tak ma, czyli wszytsko wie najlepiej,
            > utożsamia wartość człowieka z zajmowanym stanowiskiem i stanem konta.
            > A mąż? jesli nie jest za późno to kiedyś zrozumie, że nie warto tyrać po 12
            > godz po to aby kupić sobie nowy samochód, a może padnie na zawał koło 40ki,
            > czego oczywiscie nie zyczę.
            > Lepiej pczywiscie zwolnić dobrowolnie niż zwolnić po zawale.
            >
            Tomku Podaobaja mi sie twoje opinie zamieszczane na tym forum Widocznie wiesz
            co mówisz W twojej wypowiedzi zacytowanej powyżej widac ze o tym aspekcie
            zycie nie masz za dużego pojęcia. Gwarantuję Ci ze żaden "biznesmen" poza
            oczywiscie firmami kilkuosbowymi nie pracuje dla samochodu, domku czy wycieczki
            do chin. To są rzeczy absolutnie uboczne .Motywacje do takiej wytężonej pracy
            leża w troche innym miejscu. Pasja , ambicja, chęc wyprzedzenia innych, władza
            zwiazana z pozycją, a nawet odpowiedzialnośc za los tych kilkudziesieciu lub
            kilkuset osób które pracują razem z tobą. Jesteś liderem musisz pokazac że
            jeteś najlepszy. Jak lubisz przebywac w domu, pracowac 8 godzin, miec urlop i
            zagwarantowane to do budżetówki. Będziesz paracował w socjaliźmie. Doba jest
            za mała aby miec i byc w pełni. Kobietom i tak nie dogodzisz taka już ich
            natura. Puszczani w trabę (maja do nich pretensje jeśli wolisz)sa zarówno
            bezduszni technokraci pracujący po 16 godzin i zapewniający swoim kobietom
            wszystko poza swoja obecnościa jak i faceci co to związek uczucia i opieke nad
            i bycie z rodziną stawiają ponad wszystko.
            • tomek_abc Re: trudno zrozumieć 24.04.06, 17:53
              kawi

              tak sie składa, ze nie pracuje w budżetówce
              i kiedyś też uważałem, ze kariera, pieniądze , władza.....
              to coś co człowieka kręci
              na szczęście zmądrzałem
              i teraz bardziej cenię wiedzę (nie tylko tę wyuczoną, ale wiedzę jak życ) od
              tego kto jak duża prowadzi firmę i jakie ma wyniki(finansowe)
              Bil Gates juz nie jest i nie bedzie moim idolem;)

              Ps najbardziej zapracowani są "biznesmeni"
              Biznesmeni czesto pracują mniej, może dlatego że nie uważają sie za
              niezastapionych i za wszechwiedzących;)
              • kawitator Re: trudno zrozumieć 24.04.06, 18:54
                odpowiadam na waleniach
      • matylda_n Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 24.04.06, 13:16
        >a rozmowy nic nie
        > daja, bo slysze, ze to moja wina, bo jestem niedobra, nie szanuje go i tylko
        > czasem doskwiera mi bardzo (tak jak teraz), ze jestem niezaspokojona (...)

        Ty piszesz o swoich niezaspokojonych potrzebach, masz żal, że jemu o nich
        powiedziałaś a on nic z tym nie zrobił. A co ty zrobiłaś aby przestać
        być "niedobrą", zacząć okazywać mu szacunek itd. Próbowałaś jakoś zmienić te
        aspekty waszego życia, o których on mówił ?

        >A nawet jesli dochodzi do zblizen - to i tak czasem z tego nic nie wychodzi, a
        potem slysze, ze to moja wina, bo on nie umie sie przestawic, po dniu pelnym
        szarpaniny (do konca nie wiem o co mu chodzi)

        To może warto było by wyjaśnić sobie o co chodzi. Nie wystarczy mówić o swoich
        potrzebach trzeba jeszcze umieć słuchać co inni do nas mówią.
        Pozdrawiam
        • aga13021 Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 24.04.06, 13:38
          Pracuje nad soba, staram sie go sluchac, ale niestety wszystko co zrobie-
          spotyka ogolne niezadowolenie, tylko slysze wciaz inne argumenty, a to, ze nie
          dbam o dom, ze nie gotuje, potem, ze przeciez nie chodzi o gotowanie i
          sprzatanie, bo to robie, tylko o brak szacunku. Wszystko zalezy od jego
          nastroju, generalnie ciagle slysze, ze go nie rozumiem, bo ma wciaz depresje, a
          co z moim nastrojem? Ale zgadzam sie, ze prawda lezy posrodku - ja tylko od
          czasu do czasu ponawiam jakies proby uzdrowienia calej sytuacji, inicjujac
          zblizenia, ale robie to coraz rzadziej-zeby sie nie denerowac.
          • matylda_n Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 25.04.06, 11:54
            Oboje musicie razem zadycydować, że chcecie zmienić nieco wasz związek i
            wzajemne relacje i razem te zmiany wprowadzać. To wymaga sporo wysiłku i
            zaangażowania, wspólnych rozmów o waszych emocjach, oczekiwaniach i dużego
            dystansu do siebie i partnera. Jeżeli mąz zarzuca ci brak okazywania jemu
            szacunku to niech wyjaśni jednocześnie w jaki sposob chciałby aby ten szacunek
            był mu okazywany. Taki problem najlepiej jest omawiać na konkretnym
            przykładzie. Poproś go aby zastanowił sie i wskazał sytuację, w której nie
            okazałaś mu tego szacunku. Jeżeli nic nie przypomina sobie w danej chwili, to
            niech będzie czujny i jak kolejny raz poczuje brak szacunku, niech poprostu o
            tym powie. Kobiety i mężczyźni nieco inaczej okazują i odbierają pewne
            podstawowe uczucia jak chociażby szacunek. Sedno tkwi w tym aby nie próbować
            zmienic partnera i nie wmawiac mu własnych emocji a spróbowac przyjąć do
            wiadomości to jak on sie czuje w danej sytuacji (nawet jeżeli wydaje nam sie to
            dziwne) i jezeli nam na partnerze zależy to poszukamy wspónie sposobu co robić
            aby ponownie nie dopuszczać do podobnych sytuacji i nie sprawiać partnerowi
            przykrosci. Wiadomo, że wielu przyzwyczajeń nie da sie zmienic na pstrykniecie
            palcami dlatego obojgu wam przyda sie spora dawka wyrozumiałości.
            Pytasz się, co z twoim nastrojem, oczywiście taka postawa tyczy się obojga
            partnerów.
            Spróbuj popracować nad tym aby on poczuł sie rozumiany (w jego męskim
            pojmowaniu tego słowa) a z czasem pojawi się pewnie u niego i ochota na
            intymność.
      • romulus11 Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 26.04.06, 05:14
        Jestes bardzo inteligentna osoba wrazliwa pelna oczekiwan i nadzieji.Jednak
        sprawa jest trudna a chyba beznadziejna.Poprostu on tak ma i nie
        potrzebuje.Zadne sztuczki nie pomoga chyba ze na bardzo krotka mete,Decyzja
        nalezy do Ciebie.Trwam tak dalej lub zmieniam sie i swoj swiat.Kazdy wybor jest
        zly to pewne.Ale nikt za Ciebie tego wyboru nie dokona,jak rowniez nie uleczy
        Twego zwiazku.Tak wiem chce sie krzyczec i wyc ale rowniez trzeba zyc.Pozdrawiam
        zyczac slusznego optymalnego wyboru.
    • ipanema007 Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 24.04.06, 18:43
      Mam wlasna teorie na temat braku seksu w malzenstwie. Bardzo duzo ludzi ma
      problem z brakiem seksu lub stopniowym spadkiem czestotliwosci seksu w
      malzenstwie lub dlugotrwalym zwiazku. Czasem brak seksu spowodowany jest koncem
      milosci, ale wielu ludzi chce nadal trwac w swoim zwiazku, ktory uwazaja za
      udany i nadal darza swojego partnera wielkim uczuciem. To pomaga zrozumiec na
      czym polega problem. Nie jest on latwy do rozwiazania. Mysle ze glowna
      przyczyna jest nasz dzisiejszy swiat, styl zycia, system wartosci, problemy
      codziennosci, brak pieniedzy i czasu, klopoty rodzinne i wszechobecnosc golizny
      i seksu, co kompletnie nas znieczula i budzi wrecz obrzydzenie tandeta i
      wulgaryzmem. I latwosc zaspokojenia seksualnego, seks dla leniwych dzieki
      pornografii, internetowi, telewizji itp. I fakt ze zona lub maz staje sie
      domownikiem, rodzina, kims bardzo bliskim, a wiec tym samym przestaje byc juz
      obiektem seksualnym. Jest zaufanym przyjacielem, a ze mechanizmy seksualne
      czlowieka sa takie, ze reagujemy na to co nowe i tajemnicze, to trudno jest
      ekscytowac sie domownikiem i zaufanym przyjacielem. To boli, bo czlowiek
      chcialby idealnej milosci, wspolnoty dusz, umyslu i cial ale mechanizmy
      pozadania sa inne, niezalezne od nas. Reagujemy inaczej. I tu jest zrodlo
      problemu. Mysle, ze wiedzac o tym i chcac robic wysilek, mozna swiadomie pomoc
      zwiazkowi starajac sie byc atrakcyjnym dla partnera zarowno poprzez nasz
      wyglad, ale takze byc atrakcyjnym majac radosc zycia, pasje, w naszym podejsciu
      do pracy, w sprawach zawodowych i w naszych zainteresowaniach. Mysle ze
      atrakcyjna jest radosc zycia i pasja zycia wogole. To cos, co sprawia ze
      czujemy sie szczesliwi. Smutek, zalamanie, depresja i zale i pretensje do
      partnera ze nie chce seksu paradoksalnie poglebiaja problem. Nasze szczescie i
      radosc zycia dziala jak magnes przyciagajac innych. Wtedy nasz partner bedzie
      nas dalej postrzegal jako atrakcyjnych. I moze co jakis czas dojdzie do seksu
      miedzy malzonkami czy partnerami. Nigdy nie bedzie juz czestych upojnych nocy
      jak na poczatku zwiazku, bo tak sie nie da w zyciu pelnym stresow i obowiazkow.
      Ale moze raz na tydzien, na dwa lub na trzy tygodnie, czy raz na miesiac (w
      zaleznosci od sytuacji i temperamentu) uda sie na isc na specjalna randke, czy
      zorganizowac specjalny wieczor/popoludnie/ranek bedac specjalnie i swiadomie
      uwodzicielskim, wesolym i atrakcyjnym dla partnera. Mysle tez, ze niestety
      najstarsza rada dziala, czyli flirtowanie z innymi by malzonek/partner poczul
      ze jego zona/maz podoba sie innym. A to jest najtrudniejsze gdy czlowiek nie
      jest juz mlody, gdy ma nadwage, pretensje i zal do partnera, gdy jest
      zaniedbany i zalamany, ma niskie poczucie wartosci, problemy zawodowe i
      rodzinne, brak pieniedzy i ogolnie gdy wie ze mlodosc odchodzi... I jesli nie
      jest sie typem kokietki czy podrywacza, to takie dzialania nie przychodza
      latwo. I gdy jest sie wybrednym, koneserem tego co piekne i wartosciowe...
      Bo rzadko pojawia sie ktos godny glebszego zainteresowania. Kobiety nie chca
      flirtowac z byle kim, z pijakami i prostakami, ktorych pelno na imprezach.
      Potem trudno sie od takich odczepic...
      Mezczyznom jest troche latwiej, bo jesli kobieta jest ladna to na party, mozna
      jej wybaczyc brak inteligencji, wiec flirtowanie nie jest trudne. Odrobina
      uwodzenia innych nikomu nie zaszkodzi, a zazdosc mzoe uswiadomisc parnerom ze
      ktos moze ich nam odebrac. Ta prawda stara jak swiat ciagle dziala, bo reakcje
      ludzkie sa niezmienne w sytuacji zagrozenia.
      No i mysle, ze warto wyjezdzac jednak na wspolne wakacje, weekendy, od czasu do
      czasu wyskoczyc gdzies razem by sie odstresowac i uciec od codziennosci. By
      bylo troche nadzwyczajnie i uroczyscie. Bycie domownikiem jest trudne. Czlowiek
      chce miec prawo do chodzenia w pizamie, do brudnych wlosow, do bycia
      nieogolonym, do PMSu, okresu, krosty na nosie czy chandry. Nie sposob wygladac
      super caly czas. A jednak niestety trzeba starac sie byc atrakcyjnym, na tyle
      ile sie da oczywiscie. To wymaga bardzo duzo pracy i pieniedzy. Ale moze warto
      inwestowac w siebie tak samo jak sie inwestuje w akcje, meble, samochod, czy
      dom. Mysle ze warto tez poprawiac mankamenty urody, bo w koncu licza sie
      rezultaty i efekt koncowy. I latwiej sie patrzy na ladna zone niz na brzydka.
      Warto nawet pozyczyc pieniadze by naprawic zeby, kupic krem
      pzreciwzmarszczkowy, isc do fryzjera, kupic eleganckie ubranie czy zaczac diete
      i aktywnosc fizyczna. Nie trzeba tez za duzo o tym mowic partnerowi, tylko
      robic to w miare dyskretnie (na tyle na ile sie da) ale bez wtajemniczania w
      szczegoly. Jak chodzenie do dentysty czy kosmetyczki. Liczy sie efekt a nie
      detale. Partener nie chce wcale znac szczegolow tego co robimy w lazience i
      dlaczego. Kazdy powiniem miec pewna sfere prywatnosci tylko dla siebie. I tak
      trzeba zyc. Ciekawie dla siebie i wtedy dla partnera i dla zwiazku. Bo
      szczescie jest w nas. Nasza zdolnosc do przezywania radosci powinna wychodzic
      ze srodka naszego ja, a nie zalezec od partnera. Malzonek ma byc partnerem w
      zyciu, a nie rusztowaniem. Dzisiaj malzonkowie zyja razem ale jako dwie
      indywidualnosci, nie jako dwie podpory. W dzisiejszych czasach mamy zwiazki
      partnerskie, bo nie da sie utrzymac tradycyjnego modelu malzenstwa, ktory byc
      moze wcale nie byl zly. Po prostu mamy w zwiazkach wolnosc i rownosc. Dlatego
      seks takze sie zmienil. Kobiety staly sie patnerkami, a nie obiektami
      pozadania. Dlatego nie moze juz byc w "tych sprawach" tak jak bylo kiedys.
      Musimy znalezc nowe sposoby, nowa droge to odnalezienia radosci i fascynacji
      partnerem w malzenstwie, w nowym swiecie nasyconym seksem, golizna i
      wulgarnoscia. Kazdy z nas musi wypracowac sobie swoj wlasny system reakcji i
      satysfakcji seksualnych, by moc funkcjonowac w dzisiejszej rzeczywistosci. I
      kazdy z nas powinien dbac o swoje zdrowie seksualne tak jak dbamy o zdrowie i
      kondycje fizyczna, zamiast zamykac sie w sobie i odrzucac seks ze stalym
      partnerem wogole. Mozna tez pomoc sobie biorac hormony lub srodki
      farmakologiczne lub naturalne, ktorych jest masa na rynku. Mysle ze o
      seksualnosc nalezy po prostu dbac i swiadomie starac sie naprawiac i ulepszac
      to co zaczyna szwankowac. Czlowiek powinien dazyc do bycia lepszym we
      wszystkich sferach zycia, a wiec takze w sprawach seksualnych. W koncu skoro
      naukowcy przepowiadaja ze mozemy zyc do setki, to czekaja nas dlugie lata
      aktywnosci seksualnej. Problemy seksualne nie znikna, ale beda coraz
      powazniejsze, bo dojda sprawy wieku i obnizonej sprawnosci fizycznej.
      • borysses Zachęta 30.04.06, 17:00
        Zachęcam wszystkich do przeczytania postu ipanema. Oko wiedzione wrodzonym lenistwem może się chcieć odwrócić, ale przeczytać warto.

        I od siebie.

        Myślę, że taki list jak trixie mogłaby napisać moja żona. Myślę, że mógłby być w tonie jeszcze bardziej rozpaczliwy niż jej. I myślę, że żaden post będący prawdą samą w słowach zamkniętą nie mógłby jej pomóc. Ponieważ ja po prostu nie chcę i wiem, że żadne starania tego nie zmienią.
        Powody nie są tutaj istotne. Chodzi mi o to, że taka sytuacja jest możliwa.
        I jeżeli wydaje się, że przecież można odejść...wątpię, żeby on pozwolił. Raczej zacznie kłamać i mówić to, czego będziesz chciała słuchać. Że Cię kocha, że dzieci, że dom...
        Tak, sa tacy mężczyźni. Są takie związki. Wierzę, że są sytuacje, w których mądrze jest się rozstać. Lub zaakceptować.
        Świat bardzo sie zmienił. Setki lat tradycji i doświadczeń naszych babci i pradziadków, cała ta wiedza z której można by kiedyś czerpać garściami okazuje się być tak przydatna jak sztuka cerowania rajstop. Dziesiątki pokoleń uczyły się jak tworzyć rodzinę i w tak bardzo niewielkim stopniu my możemy korzystać z tego dzisiaj - zbyt wiele rzeczy wygląda zupełnie inaczej.

        Gdybym ja musiał poradzić coś swojej żonie, powiedziałbym:
        Żyj dla siebie. Dla naszego dziecka. Dla swoich przyjaciół (których nie masz), dla znajomych (z którymi sie nie spotykasz), dla książek, ludzi, weekendów, wakacji, słońca, pracy, muzyki, wartości. Jesteś piękną, zadbaną kobietą. Jesteś ambitna. Dlaczego całe swoje żyie sprowadziłaś do próby związania mnie ze sobą? I czy na pewno, gdyby Ci się udało, byłabyś szczęśliwa? Nie kochałabyś mnie tak jak jak mnie kochasz, gdybym był takim, jakim chcesz. Zacznij w końcu żyć dla siebie.
    • kipuros Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 24.04.06, 19:35
      on potrzebuje sexu w godzinach napięcia wtedy kiedy wszystko w nim jest
      gotowe...to znaczy w godzinach pracy.... a wieczorem to on luzuje i nic mu juz
      nie potrzeba poza spokojem...jak oderwiesz go od pracy na cztery dni to
      zapewniam ze bedzie chciał....ale oderwij zeby nawet nie myslał...
    • jaa1977 Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 24.04.06, 19:42
      moim zdaniem sama sobie odpowiedzialas
      najwazniejsze z tego co piszesz to to ze zatracasz sama siebie, stajesz sie
      taka, jajiej sama nie lubisz
      i to jest klucz do odpowiedzi na wszytskie twoje rozterki - od dlugiego czasu
      masz potrzeby ktore nie sa zaspokojone (powiedzmy otwarcie - sluszne potrzeby,
      normalne, kobiece, podstawowe). z tego co piszesz probojesz sobie
      przetlumaczyc, ze bez ich zaspokojenia mozesz zyc (bo dobry opiekunczy nie
      zdardza kocha dzieci, poda kocyk itd). ale jak widac nie mozesz. robienie sie
      zrzedliwym babskiem jest tego dowodem. taka nie mozesz pozostac. bo to rownia
      pochyla. takiej siebie nie lubisz=nieakceptujesz=zaczniesz niedlugo siebie w
      ogole nie akceptowac=depresja=nerwica i przesrane zycie. nie da sie zyc w
      niezgodzie z soba i nielubieniem siebie. to wykonczy najtwardszego.
      to co teraz mozesz zrobic to:
      - stanac w prawdzie ze soba i powiedziec, ze bez pewnych rzeczy nie mozesz zyc,
      chocbys byla polaczeniam billa gatesa z margaret thacher i realizowala sie na
      wszytskich innych zyciowych polach
      - zastanowic sie jakie sa realne szanse zaspokojenia twoich potrzeb w tym
      zwiazku - czy kiedykolwiek tak bylo. nie czy bylo dobrze - bo napewno bylo, jak
      jestesmy zakochani to wszystko jest ok. tylko czy ten konkretny facet moze je
      zaspokoic
      - jesli tak, to otwarcie mu powiedziec to wsyztko co anpisalas, zaczynajac od
      wyklarowania rzecyxz, ktore w nim doceniasz, i po prostu dac mu ultimatum
      - jesli nie - skoncyzc to
      sprawa jest powazna - dizeci itd. ale niefajy zwiazek mozna ciagnac do momentu
      kiedy ten stan jeszcze nie anrusza ciebie, twojej osobowosci itd. natomiast w
      momencie kiedy ty tracisz siebie juz nie mozna tego znosic. masz jedno zycie.
      to tak naprawde wszytsko co masz. to ty jestes w tym zycu najwazniejsza - nie
      zwiazek, nie dzieci. ty. i jak czujesz ze ktos ci ciebie sama zabiera, to co ci
      wlasciwie zostaje? co chcesz uzyskac, co jest wartoscia, z ktorej bedizesz
      dumna pod koniec zycia? to, ze udalo ci sie wytrwac z tym zwiazku (co jest
      niewatpliwie wazne, nie bagatelizuje wartosci malzenstwa) czy raczej to, ze w
      swoim zyciu bylas tym, kim chcialas byc, ze staralas sie dazyc do jakiejs wizji
      siebie, ktora mialas?
      ale mysle ze ci sie uda uratoiwac ten ziwazek. walcz. pomysl co jest dla ciebie
      wazne i walcz o to. powodzenia
      • zuzanna56 do barbie-torun 25.04.06, 12:23

        A może twój mąż jest naprawdę bardzo zmęczony? Może to pogoda i brak słońca tak
        go męczy? A może ma jakieś problemy w pracy?
        Nie martw się, to na pewno minie. I nie myśl że jesteś od niego gorsza bo masz
        niższe wykształcenie. Myśl o sobie pozytywnie. Na pewno jesteś wartościowym
        człowiekiem.
        Może spróbuj sobie sprawić jakąś drobną przyjemność, idź do fryzjera albo kup
        jakiś ciuch.
        Będzie dobrze.
        • barbie-torun dzięki zuzanna 26.04.06, 19:32
          dzieki zuzanna

          postawiłam na swoim
          po prostu porozmawialiśmy
          powiedziałam co czuję i dlaczego mi źle
          dałam mu sie wyspać a nad ranem czyli 5.00 do dzieła
          i o dziwo ochota była i efekt udany :)
          a dzisiaj nowe siły witalne we mnie wstapiły
          a tak sie bałam że to dłuzej p[otrwa taki marazm

          pozdrawiam Was dziewczyny
          i życzę powodzenia
    • lily25 Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 26.04.06, 19:51
      Bardzo Ci współczuję,a tak nawiasem mówiąć to poczułam się jak bym czytała o
      sobie i moim małżeństwie. Niby nieźle a jednak. Nie mamy jeszcze dzieci, a jak
      tak dalej pójdzienigdy mieć nie będziemy.
      • dziubas_2006 Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 26.04.06, 23:26
        Mam podobny scenariusz w swoim małżeństwie. Jestem na forum dopiero od około
        miesiąca i czytam różne tematy, strasznie "nas" dużo tzn. z takimi samymi
        praktycznie problemami. Nie rozumiem facetów... brak mi słów. Ja już opadłam z
        sił i nie wiem co mam robić ale z tego co widzę to nikt z nas tego nie wie ani
        nikt niczego mądrego jeszcze nie doradził ( a przynajmniej ja tego nie czytałam
        bądź nie wyłapałam). Jeśli znajdzie się ktoś kto ma jakiś dobry pomysł to
        bardzo proszę odezwij się. Wiele z nas może na tym skorzystać.
    • scholastyka2 Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 27.04.06, 14:13
      Trixiei2, moze spróbujcie w poradni małzeńskiej? Osoba trzecia, w tym przypadku
      terapeuta może pomóc, ponieważ nie ocenia i widzi wszystko z boku, przez co
      moze się przyjrzeć waszym problemom "na zimno". Terapeucie można powiedzieć o
      wszystkim co leży na sercu, o rzeczach,których własna żona nigdy nie usłyszy,
      bo to wstyd, albo poczuje się urażona albo po prostu nie wypada.
      Jestem w związku od 10 lat, po ślubie 6, i obecnie przeszliśmy kryzys
      małzeński. Mąż znudzony mną zakochał się w koleżance z pracy i przez 3 miesiące
      mnie oszukiwał. Jak się wydało -oboje chcieliśmy się rozejsć, ale spróbowalismy
      terapii, choć kosztuje nas sporo (!) ale warto spróbować. Wiem, ze mój mąż nie
      powie mi nigdy pewnych rzeczy o których rozmawia z terapeutą ale może właśnie
      tak trezba. Czasem potrzebna jest pomoc osoby trzeciej, jesli samemu nie widzi
      się wyjścia z sytuacji. Rozejść się jest bardzo łatwo ale czy o to chodzi, żeby
      być samemu? Znależć drugą osobę, która będzie spełniać nasze oczekiwania,
      będzie wymarzona, piękna, dobra i namiętna , jest trudno. Znalezienie takiej
      osoby może potrwać. Więc może lepiej było by poświęcić na poznianie swego męża?
      Ja dziś widzę, ze nie znałam swojego mężczyzny, choć myślałam, ze tak jest.
      Zaskoczył mnie, dziś patrzę na niego inaczej, dałam mu szansę.

      Pomyślałam też, że może pomogło by jak by Twój małzonek zobaczył jak cię
      adoruje inny mężcZyzna? Poczuł się trochę zazdrosny?

      Myśl o sobie ale i o tym czy naprawdę chcesz zmienić faceta?
    • novumx Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 06.05.06, 18:09
      Też bym tak ponarzekał tyle, że u nas jest odwrotnie. I co ????
    • lilia9 Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 06.05.06, 22:15
      Może powinnaś być troszkę bardziej niedostępna...czy wychodzisz często ze
      znajomymi, czy starasz się ładnie wyglądać zawsze gdy on jest w domu? czy mąż
      jest Ciebie pewien na 100%?może wprowadź do swojego związku troszkę tajemnicy?
      ubierz się wystrzałowo, wyjdz z domu i wróć wieczorem do domu. Gdy on zobaczy
      Cię w świetnym nastroju, na pewno nie ominie go myśl:gdzie ona była??? nutka
      zazdrości to ważny punkt w poznaniu swojej partnerki jako ciągle pieknej i
      pociagającej kobiety...(która przecież mogłaby mieć wielu...) wszystkiego
      dobrego
    • sunday_bore Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 06.05.06, 23:28
      1. Kosmetyczka, fryzjer, sport dwa razy w tygodniu
      2. Kiedy już poczujesz się jak bogini zacznij na jego oczach flirtować z innym
      facetami
      3. Potem zrób to co Bree van der Kampf z "Gotowych na wszystko" - narzuciła
      futro na seksowną bieliznę i rzuciła męża na łóżko.

      Jeżeli pomimo to nic się nie zmieni to kup sobie psa. Mój kocha mnie bardziej
      niż wszyscy mężowie na świecie.

      A tak na serio, to czy oprócz odwożenia dzieci do dziadków robicie coś razem
      (bez dzieci)? Jeździcie na wycieczki w niedzielę, uprawiacie działkę albo
      chodzicie do kina?
      • trixie2 Do Boryses 13.05.06, 07:02
        Chodzimy i do kina, i gdzie tylko...
        Mamy wspólne zainteresowania
        ja nie wyglądam jak uciśniona żona
        mam i pasje, i w ogóle nie sądzę, żebym była nudna
        i potrafię się podobać innym

        I w ogóle, każdy z Waszych postów wywołał we mnie lawinę przemyśleń
        Przez moje życie przewaliło się wiele chwil rozpaczliwych i pięknych

        Ipanema - bardzo mądre to, co napisałeś/aś, każde słowo. Dziękuję.

        Borysie - to, co napisałeś, zelektryzowało mnie. Tak, ja sama takie wyjście
        znalazłam - żyć dla siebie, to dobra inwestycja w każdej opcji - ale co, gdy
        oprócz życia pełną piersią, do pełnych żagli potrzeba pełni z bliskim
        człowiekiem?
        A... mógłbyś napisać, czemu nie masz chęci na bliskość z Twoją żoną?
        • borysses Re: Do Boryses 13.05.06, 21:59
          Na pytanie nie odpowiem, ale że stoi za nim nadzieja na zmianę, (przez możliwe podobieństwo przyczyn), opowiem jeden krótki rozdział z historii swojego związku.

          Wstępem myśli, jakie towarzyszyły mi w tamtym okresie - poniższy wywód jest dla potrzeb niniejszego postu w ogromnym stopniu uproszczony, proszę o wyrozumiałość.

          Przyjmijmy, że związek pozbawiony seksu to nie jest związek partnerski. Bez wątpienia może być wspaniały i można go sobie wyobrazić na setki sposobów. Ale nie będziemy takiej relacji nazywać związkiem partnerskim. Dlatego, że ona się w obszarze odczuć i zachowań różni od tej, której towarzyszy seks. (sens logiczny: związek z seksem od związku bez seksu różni się nie tylko seksem). Idąc dalej, przyznawszy pożyciu funkcję krytyczną, bo stanowiącą o istnieniu związku lub nie, musimy przyznać, że jakość seksu jest jakością związku w przyjętym przez nas znaczeniu.

          Przemyślawszy rzecz od tej strony, sytuacja, w której żona pociągała mnie znacznie mniej niż większość kobiet w jej wieku, po pierwsze, wyglądała raczej kiepsko, po drugie nie dawała żadnej nadziei na satysfakcjonującą jakość życia. Powstało pytanie, czy jestem w stanie świadomie przenieść swoje rozproszone zainteresowania seksualne na żonę i na niej je skupić.
          Na podstawie tamtych doświadczeń twierdzę, że jest to możliwe. Twierdzę również, że możliwość ta jest ograniczona (jednak nie całościowo), przez zaangażowanie drugiej strony.
          Dla Ciebie istotna jest informacja, że praca ta musi być wykonana przez osobę której problem dotyczy. To bardzo ważne stwierdzenie. Oznacza to tyle, że wszystkie rady dawane Tobie są radami skierowanymi pod niewłaściwy adres.

          Powtórzę: jest to ogromne uproszczenie.

          Jeszcze jedna uwaga, która może, ale nie musi, odnosić się do Waszej sytuacji, a właściwie może, ale nie musi dotyczyć Twojego męża (lecz cóż to za szlachetna wymówka).

          „Znałem wielu filozofów, którzy zapominali o jedzeniu i czytali przy posiłku, gdy w końcu do niego zasiedli. Ludzi ci postępowali tak, jak według Platona postępować powinni: nie unikali obżarstwa dzięki moralnemu wysiłkowi, lecz po prostu interesowały ich inne sprawy. Prawdopodobnie filozof powinien ożenić się, płodzić i wychowywać dzieci z takim samym roztargnieniem, lecz od czasu emancypacji kobiet stało się to trudniejsze. Nic dziwnego, że Ksantypa była jędzą.”

          Za „Dzieje Filozofii Zachodu” Bertranda Russella.
    • jaboszko Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 21.07.06, 00:02
      Tixie2 napisz, czy cos sie zmienilo. Sledze Twoj watek i zawsze placze jak
      czytam to co napisalas, bo odnajduje w nim siebie no i uzalam sie nad soba:)
      • trixie2 Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 24.07.06, 06:10
        Oj wiele się zmieniło, a wszystko razem taki kołowrotek... Było dużo rozmów do
        dna, które niczego nie rozwiązują. W każdym razie niewiele się dowiedziałam,
        natomiast sama doprowadziłam się do krańcowej rozpaczy. Moje wynurzenia,
        analizy i gadanie zgodne z zasadami małżeńskiej psychoterapii chyba nikomu się
        na nic nie przydały.
        Doszłam do wielu wniosków, m.in. że on jest emocjonalnie niekompetentny, że ja
        jestem szurnięta itp.
        Potem postanowiłam temat skreślić.
        Temat skreślony się nieco wygładził, zasklepił, zagoił.
        Powstało wiele tematów życiowych.
        W których mamy generalnie różne zdania.
        Temat główny (wątku) chyba w końcu zdechł.
        Coś się we mnie zablokowało, wolę w ogóle niż takie wiercenie w ranie.
        Na to w ogóle mąż zareagował nagabywaniem - a ja się opędzam.
        No cóż, jakby nie było, luksus... Sytuacja taka ożywczo normalna... ślizganie
        się po powierzchni.
        Mnie tak jest lepiej, pozbierałam się do kupy, zaczęłam spać, jeść, radzić
        sobie z dniem.
        Z nami jest lepiej - nie ma kłótni, tematy sporne jakoś się rozwiązują, jest
        wiele dobrej woli z obu stron. Nawet czasem jakiejś bliskości. O dziwo jakieś
        przebłyski porozumienia. Ja, sama w sobie, dostrzegłam trochę "win", które mogą
        być dla męża trudne do przyjęcia, ale jestem ostrożna z dzieleniem się
        wszystkim, co wymyślę.
        Staję się chyba kobietą po przejściach.
        Co dalej, nie wiem. Śniło mi się raz, że nabrzmiewał klimat oczekiwania,
        umówiliśmy się, a mąż przyszedł nie sam - i mówi, słuchaj, nie wypadało odmówić.
        Ten sen wytrącił mnie z równowagi.

        Może tak mogłaby wyglądać prawdziwa droga do jakiegoś nowego - okrężna,
        prawdziwa, musiałoby powstać jakieś nowe porozumienie, czułość, bo ja wiem.
        Ale chyba nie bardzo w to wierzę, nie mam siły na nowe zawiedzione nadzieje...
        W każdym razie nie dołujcie się! Każda historia jest inna, a jakieś
        predyspozycje do smędzenia to się ma chyba w sobie... To jest pewnie 3/4
        wszystkiego... Jedni umieją, inni nie. Się trzymajcie miło.
        • woman-in-love Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 24.07.06, 08:25
          to skrajne umęczenie tematem i apatia oznaczaja lekkie skruszenie ego, sen tez
          jest ważny, daje do myślenia. Myślę, że właśnie pozwól płynąć czasowi i "niech
          sie rzeczy dzieją". Za wiele chcemy czasami aranzować.
          • misssaigon Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 24.07.06, 08:59
            moze rzecz cala jest prostsza a mianowicie taka, ze czesc mezczyzn nie
            potrzebuje bliskosci w zwiazku, ani nawet poza, nie chce zyc w zwiazku
            symbiotycznym, nie interesuje go "pokrewienstwo dusz" chce po prostu realizowac
            w zwiazku swoje potzreby zwiazane z zaspokojeniem glodu, bezpieczenstwa,
            stabilizacji, wychowania potomstwa...i kompletnie nic wiecej...
            • groszek_73 Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 24.07.06, 11:39
              misssaigon napisała:
              > moze rzecz cala jest prostsza a mianowicie taka, ze czesc mezczyzn nie
              > potrzebuje bliskosci w zwiazku, ani nawet poza, nie chce zyc w zwiazku
              > symbiotycznym, nie interesuje go "pokrewienstwo dusz" chce po prostu realizowac
              > w zwiazku swoje potzreby zwiazane z zaspokojeniem glodu, bezpieczenstwa,
              > stabilizacji, wychowania potomstwa...i kompletnie nic wiecej...

              podobnie jak część kobiet :)
              • misssaigon Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 24.07.06, 12:19
                wyglada to jak bezbolesne przejscie z bezpiecznej strefy domu rodzinnego do
                rownie bezpiecznego acz aseksualnego stadła malzenskiego...
                • woman-in-love Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 24.07.06, 14:56
                  aseksualne stało małżeńskie - to Ci sie udało misss, brrrrr
    • solitaire Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 24.07.06, 21:12
      Po kilku latach wygasa tak zwana "chemia". I to jest główna przyczyna.
      • florcia-a Re: Pomóżcie mi zrozumieć... mój mąż też nie:( 05.08.06, 07:39
        Już wiele osób Ci doradzało , przeczytałam wszystko - aż mnie oczy bolą , hi,
        hi...
        Do rzeczy - jak sama widzisz , nie jesteś jedyna w takiej sytuacji, ja opowiem
        Ci troszeczkę o tym , co sama robię w podobnych sytuacjach.
        Zacznę tak : Jestem w związku 10 lat, od 7 jesteśmy małżeństwem, mamy 2
        dzieci , mogę powiedzieć , że się kochamy bardzo , i pewnie tak było zawsze ,
        ale tego nie dostrzegałam. W codzienności łatwo się zagubić , jak to zwykle
        bywa mąż zatracił się w pracy , do tego stopnia , że nawet we śnie mówi coś ,
        jakby pracował . Ja jestem w domu , mam czas i ochotę na seks prawie cały
        czas ... były chwile załamań , rozczarowania - tak jak u Ciebie. Ale nie
        byłabym sobą , jakbym sie tak łatwo poddała , postanowłam to zmienić i choć
        wiem , że dawna ta największa namiętność nie wróci , chcę i będę nadal
        szczęśliwa i zaspokojona .
        Udaje mi się jak do tej pory , oto co wypróbowałam na moim mężu , działa
        dobrze - gwarancji , że podziała i na twojego męża nie daję , każdy jest inny ,
        ale warto spróbować.
        Przede wszystkim musisz koniecznie być wesoła , choćby nieraz nie wiem jak Cię
        ściskało w gardle , nie pokazuj tego , w zamian uwodzicielsko się uśmiechnij ,
        tak , tak , właśnie uśmiech jest w tym wszystkim najistotniejszy , tylko nie
        śmiej się hałaśliwie , długo.
        Zmuś się , przestaw myślenie na całkowity optymizm , pomyśl sobie tak , kto nie
        próbuje nigdy nie wygrywa !!!
        Warto próbować , tym bardziej , że masz dobrego męża .
        Właśnie DOBREGO , czy tak o nim myślisz ?
        Poszukaj w nim wszystkiego co najlepsze i staraj się tylko o tym myśleć , wad
        nie dostrzegaj , przynajmniej na razie :)
        Kolejno , aby zwrócić na siebie jego uwagę absolutnie nie wciągaj go w długie
        rozmowy , nie oczekuj deklaracji , tłumaczeń itp.
        Mężczyżni nie cierpią długo w nocy rozmawiać , i wogóle nie naskakuj na niego ,
        nie obwiniaj , nie krytukuj ( czasowo oczywiście :)
        Przy tym wszystkim nie nażucaj się , ale niech Cię zobaczy niby przypadkiem
        całkiem nagą np. pod prysznicem , a ty udawaj , że go nie widzisz , i myj się
        zmysłowo dotykając własnego ciała , bez przesady oczywiście .
        Lub na przykład wcześniej połóż się do łóżka i udając , że śpisz , zsuń kołdrę
        i odsłoń co nie co , rzadko który mężczyzna odwróci wzrok , raczej cię dotknie,
        a przynajniej popatrzy , pobudzi to jego wyobrażnię.
        Możesz jeszcze wymyśleć wiele innych scenariuszy uwodzenia , ale
        najważniejsze , nie krytykuj go , nie oczekuj , że to poskutkuje w 100 % od
        razu i koniecznie, ale to koniecznie naucz się go chwalić , doceniać i
        najlepiej przy świadkach.
        Jedno tylko wiedz , trzeba znać pewną granicę , za słodka być nie możesz , bo
        od takich kobiet też mężczyżni uciekają.
        Bądz tajemnicza, spokojna , zadbana , wykorzystuj bieliznę , koniecznie ,
        niech cię czasem w niej widzi , nie licz , że od samego takiego widoku rzuci
        się na ciebie , ale kuś go , niech o tobie myśli i niech na nowo Cię
        zapragnie ...
        Tego Ci z całego sreca życzę i mam nadzieję , że kiedyś przeczytam Twojego
        posta pt. " Jestem szczęśliwa "
        • trixie2 Lęk przed bliskością? 15.08.06, 10:32
          Najpierw, dziękuję bardzo, Florciu, za jasny i optymistyczny list. Starałam
          się... i częściowo realizuję.

          No i, właśnie, licząc nadal na mądre doradztwo, napiszę, co u nas... Ano
          różnie. Generalnie tak: rodzinnie dobrze, a nawet bardzo dobrze. Atmosfera
          odświeżyła się nieco. Jest też dobrze po przyjacielsku - rozmowy, słuchanie
          muzyki, roztrząsanie spraw życiowych, dyskusje akademickie, udzielanie sobie
          wsparcia w kwestiach np. pracowych, dowcip. Dzieci też jakieś radośniejsze.
          Natomiast po łóżkowemu nie jest wcale, i to co wyżej, jest chyba tego
          konsekwencją - temat został skreślony do odwołania. Ponieważ wywoływał
          napięcia, oczekiwania, nadzieje, stres, żal, wymówki, poczucie zawodu.
          Jak sobie radzę? na początku, dobrze. Psychicznie odetchnęłam od poczucia
          permanentnej życiowej klęski. Zaczęłam lepiej spać, przestała bolec mnie głowa,
          kołatać serce itp. Brak świadomie zamierzony był lepszy od braku zadanego;)
          Mąż na początku robił aluzje, podrywał, zagadywał, ale nie w tonie natarczywym,
          racej niezobowiązująco-flirtującym. Och jakie to miłe uczucie. Przez jakieś
          dwa - trzy miesiące trwał taki stan. Dotychczas bywało tak, że gdy mąż wreszcie
          miał ochotę, seks był - bo mimo doświadczeń uznawałam, że jak nie teraz to
          nigdy;), że seks zbliża, że to może zrobić nam tylko lepiej... No i miałam
          postanowienia oraz nadzieje, na których się kończyło, szykowałam koszulki, a
          tygodnie mijały za tygodniami i tak w koło Wojtek... Jak wiercenie w ranie.
          Powrót tematu, dyskusje i zamiast seksu i radości - kwasy.
          Więc teraz ciesząc się atmosferą flirtu, nie reagowałam.
          Po jakimś czasie wyjaśniłam mężowi, że jest to moja świadoma decyzja - nie stać
          mnie na emocjonalną huśtawkę, dlatego nie chcę tykać bolesnego tematu,
          wyłączyłam seks z życia jak np. złamaną rękę. Aż się zagoi... Na samą myśl o
          tym, że miałabym czuć znowu ten jego przymus, żal, kiedy zamiast spodziewanego
          miłego wieczoru usłyszę chrapanie męża wychodząc z łazienki, czuję fizyczny
          ból, ciężar w piersi, drętwieją mi palce, zapominam oddychać.
          Co więcej, mam wrażenie, ze jemu ta sytuacja odpowiada - bezpieczna rola
          nagabującego męża zgodna ze stereotypem gonić zajączka, w dodatku bez
          konsekwencji w postaci realizacji... No nic, mąż się zmartwił, zrozumiał,
          nastał dobrych dni ciąg dalszy, pomoc w domu, zajmowanie się dziećmi, drobne
          gesty w stosunku do mnie, nawet ciepłe słowa i wyznania przed wyjściem do
          pracy - "zawsze i wszędzie czuję, że znalazłem cię i wybrałem jako tę
          jedyną", "kocham cię i po wszystkich naszych zakrętach wciąż jestem tego pewny".
          Aż przyszedł wieczór jakiś spokojny, bez problemów na podorędziu, nastrojowy,
          zrobiło się intymnie. Pomyślałam, ze nasze terapeutyczne oddalenie zatoczyło
          koło... czułam między nami bliskość, a w sobie nową nadzieję, ten żal się
          wyżalił i może można powoli zaczynać od nowa?...
          Wiele razy w takiej sytuacji byłam pewna - byliśmy oboje, myślałam - że
          zmierzamy "pod jabłonkę". I wiele razy, wbrew wszelkim znakom na ziemi i
          niebie, mój mąż, nazwijmy to ogólnie, usuwał się - ale nigdy wprost, tylko albo
          zasypiał, albo nagle pogrążał się w pracy, a regułą była postawa "absolutnie
          nie wiem o co chodzi"
          Tym razem pewna byłam, że tym razem nie, to niemożliwe - dzisiaj to na pewno -
          był tak stęskniony przecież - jesteśmy o krok.
          Dziwne, naprawdę, nadzieja matką głupich - że kobieta tyle razy zrobiona w
          bambuko może jeszcze uwierzyć! Bo oczywiście i tym razem mąż założył słuchawki
          na uszy i udawał, że nie słyszy i nie widzi. Poszłam spać - pięć razy kręcąc mu
          się przed nosem - patrząc, jak zdycha moja głupia radość - czując gorycz swojej
          naiwności. Resztę nocy spędziłam na zastanawianiu się, co zrobić teraz? udać,
          że nic się nie stało? czy znowu wymówki i żale?
          Po dwóch dniach jak gdyby nigdy nic rozmawialiśmy o tym - powiedziałam
          spokojnie, że niczego z tego nie rozumiem - tego zawracania w pół drogi - to
          wygląda, jakbyś się bał bliskości?... Jedyna odpowiedź, jaką dostałam, to -
          "może coś w tym jest".

          No i tyle. Czy istnieją białe małżeństwa? Czy takie jak nasze ma szansę
          funkcjonować? I co dalej będzie? Czy nasze małżeństwo, oparte na przyjaźni i
          wspólnych celach, lojalności, szacunku, ma szansę istnieć? Jak będzie
          ewoluować? Nie żyjemy z dnia na dzień, oboje mamy ciekawe zawody, mąż spala się
          w pracy, teraz, kiedy ja przestałam tyle zrzędzić, mamy bliższy kontakt
          (emocjonalny...) Czy fala bliskości fizycznej nadejdzie jeszcze? Czy można tak
          żyć, czy też pojawi się rozpad - mąż odkryje jakąś nową jakość?... Pojawi się
          ktoś trzeci... Można funkcjonować bez seksu?
          Uważałam się za osobę o sporym temperamencie. Uważałam tę sferę za najlepsze,
          co człowiek ma. Miałam tyle do dania, otwarta na branie. Kiedy uświadamiam
          sobie w końcu, że koniec moich szarpań, rezygnuję, mnie to ominęło i ja tego w
          życiu nie mam - ogarnia mnie rozpacz. Ale może mam oprócz tego dużo...
          No a teraz bardzo proszę, może ktoś oceni chłodnym okiem, co z tego wynika? Co
          dalej?
          Dodam jeszcze, ze mój mąż podoba się kobietom - choć nigdy nie był
          kobieciarzem. Symptomów "innych" też nie zauważyłam... Jest introwertykiem, nie
          umie wyluzować, jego życie to głównie praca. Wydawał mi się zawsze jakiś
          taki... zasznurowany, spętany, zachodziłam w głowę - uraz jakiś? tajemnica? Nic
          nie znalazłam... poza władczą, bardzo apodyktyczną matką i wycofanym z zycia
          rodzinnego dużo starszym ojcem. Rozmawialismy wiele, mąż twierdzi, że przebył
          ze mną ogromnie długą drogę do świata uczuć.
          A może wina tkwi we mnie, za dużo gadam i może mam jakiś kastrujący wpływ na
          niego... Obecnie z pewnościa czuje się negatywnie przeze mnie oceniany - no,
          ale jak mam inaczej?... Zresztą co mogę, oddaję mu przecież.
          I co teraz?...
          • remax2 Re: Lęk przed bliskością? 18.08.06, 17:08
            Cześć, muszę przyznać, że z dużą uwagą przeczytałem tego długachnego posta.
            Bardzo dużo podobieństw widzę z moimi doświadzceniami, przemyśleniami,
            pytaniami, choć u mnie role damsko-męskie odwrotne, niż u Ciebie.
            Ale tak jak u Ciebie, atmosfera dobra, przyjacielska, wspólne tematy i
            dyskusje, dzieci szczęśliwe, długo możnaby opisywać dobre strony.
            A z drugiej strony łóżkowa klapa przez wiele lat.

            Ileż ja razy stosowałem metodę złamanej ręki, bo tak rzeczywiście było
            prościej, dobrych pare lat w ten sposób zeszło (aczkolwiek zawsze co 2-3
            miesiące metoda się załamywała). No i ileż było wieczorów, które wydawało, że
            muszą się skończyć zespoleniem, a ..nie skończyły się.

            Po tych wszystkich latach i doświadzceniach zaryzykuję stwierdzić, że tzw
            białe, albo "prawie białe" małżeństwo jest możliwe (- ale sie zaraz na mnie
            gromy posypią). Ze strony mojej żony, tak wynika z wszystkich rozmów, problem
            nie istnieje. Ja nauczyłem się z tym żyć, choć nigdy się nie pogodziłem.
            Największym problemem (i podejrzewam, że tak jest u Ciebie) było, co zrobić z
            potrzebą akceptacji i oceną własnej wartości. Wiesz co czuje kobieta, którą
            odtraca partner, to samo działa w drugą stronę. Ten problem mam za soba,
            pokonałem go "na rozum" - widzę swoje sukcesy (praca, dom, zainteresowania)-
            wiem, że to co mam do zaoferowania jako człowiek i mężczyzna jest w dobrym
            gatunku - ta swiadomosc musi wystarczyć i wystarcza.

            A życie niesie niespodzianki, których nigdy nie przeiwdzisz. Po kilku latach
            posuchy i złamanej ręki posatnowiłem parę miesięcy temu spróbowac jeszcze raz
            odświeżyc nasze życie intymne (a dobijamy do 40ki). Sporo wysiłku to
            kosztowało, ale ku mojemu zaskoczeniu udało sie, kochamy się częściej niż
            kiedykolwiek do tej pory. Pewnie za chwilę to wygasnie, ale nauczyłem się
            cizeszyć tym co jest - to druga kluczowa cecha charakteru w "prawie białym"
            małżeństwie.

            To tyle, oczywiście to tylko przykład z mojego życia. Na pytania które
            postawiłaś w swoim poście musisz odpowiedzieć sobie sama.
            • misssaigon Re: Lęk przed bliskością? 18.08.06, 18:34
              trixie - tak sobie teraz uswiadomilam ze sytuacja w rodzinie twojego meza
              idealnie sprzyjala ujawnieniu sie homoseksualizmu...

              jakolwiek - wspolczuje ci serdecznie - chociazbym miala piecioro drobnych
              dzieci i i wspolny majatek nie do podzielenia - to nigdy w zyciu "bialego
              malzenstwa"
              • trixie2 Re: Lęk przed bliskością? 19.08.06, 05:42
                Misss,
                rozważałam wielokrotnie wersję homo - ale nie mam nijak powodów, żeby ją uznac
                za prawdziwą. Żadnego śladu, nic. Poza brakiem seksu of course;/ Łacznie z
                wystosowaniem pytania wprost - ani zmieszania, ani wycofania, nic podejrzanego
                jednym słowem. Choć oczywiście nic pewnego na tej ziemi.

                Remax, cenne Twoje uwagi... Nie wiem, może dlatego, że jestem kobietą, uważam,
                że mam gorzej jednak;) Bardziej naturalna wydaje mi się (i ze względu na jakieś
                gładsze wpisanie się w stereotyp, może trochę bardziej do zniesienia?)
                sytuacja, gdy to mężczyzna jest tym zabiegającym. Pewnie, że akceptacji i
                bliskości, no i potwierdzenia wartości potrzeba obu płciom - ale ja, jako
                kobieta to już kompletnie ruchu nie mam... Czuję się okropnie podejmując temat,
                a grę babskimi sposobami bez odzewu chyba jeszcze gorzej. Na ironię, nie jestem
                typem zimnej ryby... przeciwnie, mam świadomość swojej "babskiej mocy" i paru
                innych walorów - tylko, co z tego. Na mojego męża z jakiegoś powodu nie
                działa...

                Dziś temat powrócił, niestety. Nie przyniósł żadnego wyjasnienia, nie
                dowiedziałam się też, jak mój mąż znosi celibat, pominąwszy kilka skleconych w
                popłochu kłamstw ("oczywiscie że mi brakuje") oraz milczenia, plus standardowy
                żal, że znowu jęczę. Stanowczo lepiej było bez tego tematu. Nas naprawdę,
                kurczę, wiele łączy!... Czasem przychodzi niż i człowiek się musi rozżalić na
                jakiś temat - a ten jest dyżurny...
                Mój mąż uważa, że białe małżeństwo to bezsens. Czyli co? "Czekam". Na co? Aż ja
                coś zrobię czy samo się zrobi?...
                Od dłuższego czasu robię rachunek i wychodzi mi niezbicie, że nie chcę (nie
                umiem? brak mi odwagi?) rozstać się. Plusów jest naprawdę wiele... Co w zamian?
                Może święty spokój? Mam silny charakter i dość samodzielną naturę, mimo to po
                kilku latach zmagania z tym problemem ze zdumieniem skonstatowałam, że
                nabawiłam się nerwicy, a im bardziej czuję się dobrze z wierzchu, tym bardziej
                wychodzi spodem:(
                Dziś jest taki dzień, że strasznie mi ciężko na duszy i samotnie. Mąż poszedł
                spać... Przespać problem, a nuż się sam załatwi.
                Łatwo powiedzieć, mimo piątki dzieci nie byłabym z nim. Też bym tak powiedziała
                zapewne parę lat wcześniej... Ja długie lata czułam się kochana. Nawet teraz
                tez czasem się zastanawiam... Co prawda wraz z tą sferą życia, którą przychodzi
                mi skreślić po tej szarpaninie, jakbym kawał siebie odrzucała wstecz. Czy bez
                tego kawała jestem sobą jeszcze? A kto to wie?... Bez męża będę sama całkiem
                (choć niby lepsza samotność kompletna niż we dwoje), stracę lojalnego
                przyjaciela, który nigdy mnie nie zawiódł (poza tym szczegółem...) Nasze
                wspólne marzenia staną sie nieaktualne, trzeba będzie wymyślać życie od nowa.
                Boże, w życiu nie myślałam, że mnie to spotka... Chyba jestem dosć naiwna i na
                pewno mało oryginalna...
                • lolant Re: Lęk przed bliskością? 19.08.06, 09:10
                  Czy ja dobrze wyczytałam , macie pięcioro dzieci ? Może on unika seksu z tego
                  właśnie powodu, może nie chce już następnego ? Jeśli nie to jest powodem , to
                  wiesz co , skoro wszystkiego już próbowałaś , to może spróbuj jeszcze
                  zadecydować za niego , tzn. wieczorem powiedz - dziś będziemy się kochać , czy
                  tego chcesz , czy nie i będze cudownie - zobaczysz ... może on lubi , żebyś
                  była stanowcza i przejęła inicjatywę ? Mój np. bardzo lubi , a kiedy czasem się
                  żalę , że już długo nie byliśmy ze sobą , to mówi - bo nie przychodzisz do
                  mnie .
                  ???

                  Jak wypróbujesz , to daj znać , czy pomogło , albo jaka była jego reakcja :)
                • niezapominajka333 Re: Lęk przed bliskością? 19.08.06, 09:19
                  Napisałaś, ze odkąd przestałaś prowokować, namawiać, dążyć do zbliżenia
                  atmosfera stała się lepsza. Więcej bliskości, mniejsze napięcie, nawet jakieś
                  deklaracje uczuciowe. Wyjaśniłaś mu, że zrezygnowałaś z tej sfery życia, a on
                  niby się zmartwił, ale chyba nareszcie poczuł się bezpiecznie. Teraz on mógł od
                  czasu do czasu wystąpić z propozycją czy wyznać uczucie, mając pewność, ze na
                  tym się skończy.
                  No dobrze - lęk przed bliskością, ale jak było przed ślubem? Też taki
                  przyjacielski typ? Też nie dążył do bliskości, do okazywania uczuć?
                  A teraz jeszcze jedna sprawa? Jak ty namawiasz do zbliżenia? Bo z tego, co
                  wywnioskowałam, to starasz się kusić, delikatnie sugerować.
                  Gdy inicjujesz seks, on nie mówi wprost, ze nie chce. On mówi, że jest
                  zmęczony, że ma jakąś pilną pracę, stara się nie dostrzegać twojego kuszenia,
                  seksownej bielizny - ma wtedy inne zajęcia – książka, film, muzyka, pilna
                  praca….
                  Czasem zadajesz pytania, czy nie potrzebuje seksu, czy białe małżeństwo ma
                  według niego sens. On odpowiada, że absolutnie nie i daje szereg sensownych
                  usprawiedliwień obecnego stanu. A jak nie da się inaczej, to idzie spać i ma
                  nadzieję, ze rano ci przejdzie.
                  No to teraz pora na pytania.
                  Czy on nie potrzebuje seksu, czy nie potrzebuje go z tobą.
                  Jak wyglądały jego poprzednie związki? Ile lat już jesteście razem? Czy kiedyś
                  było dobrze pod tym względem? Kto wtedy inicjował seks? Jeśli tak, to od kiedy
                  jest gorzej? Czy możesz powiązać to z jakimś wydarzeniem? Czy kiedykolwiek
                  zdarzyły mu się się kłopoty z potencją? Jaka jest różnica wieku między wami?
                  Takich pytań jest sporo, ale chodzi mi o jedną rzecz. Przydałoby się przyjrzeć
                  się twojemu związkowi tzw. chłodnym okiem obserwatora. Odrzucić na bok emocje i
                  zobaczyć fakty takie, jakimi są, nawet jak nam się to nie podoba. Zebrać te
                  informacje, przyjrzeć im się na nowo i wyciągnąć wnioski. Żeby zacząc leczenie,
                  trzeba postawić trafną diagnozę.
                  Gdyby twój mąż związał się z kobietą, która nie ma zbytniej ochoty na seks,
                  jego małżeństwo funkcjonowałoby całkiem poprawnie, żeby nie powiedzieć
                  wspaniale.
                  Podobno zdrowy facet potrzebuje seksu, a jeśli nie ma ochoty kochać się ze
                  swoją kobietą, to nie znaczy, że nie pociągają go inne, albo, ze nie
                  rozładowuje napięcia poprzez masturbację.
                  Żeby mieć argumenty w rozmowie, trzeba najpierw zebrać informacje. Żeby je
                  zebrać, trzeba obserwować. Rozmowa na konkretny temat niewiele daje w twoim
                  przypadku .
                  Odrobina dystansu i dyskretna obserwacja. Twój mąż unika rozmów na temat braku
                  ochoty. Czego nie chce powiedzieć?
                  Że go nie pociągasz? Że woli sam? Że ma kogoś, kto bardziej go fascynuje? Że
                  woli facetów? Że ma kłopoty z potencją? Że nie ma ochoty w ogóle?
                  Na razie stosuje metodę uników, może po to, żeby cię nie ranić, może boi się,
                  że odejdziesz, znajdziesz sobie kochanka, a może po to, żeby uniknąć
                  cierpienia, jakie sprawi tobie i sobie tym tłumaczeniem. Na razie udaje się nie
                  rozgrzebywać bolesnych miejsc, więc jest dobrze. Nie trzeba niczego zmieniać,
                  chodzić do psychologa, seksuologa, poradni rodzinnej. Tworzy wizerunek faceta,
                  który jak najbardziej chce seksu, ale okoliczności jakoś dziwnie są
                  niesprzyjające. Pomyśl – jak zmieniłaby się atmosfera między wami, gdyby
                  powiedział ci wprost, że nie chce , że ma kogoś, że go nie pociągasz, że woli
                  szybko rozładować napięcie sam ? Jeśli problem wynika z takiej przyczyny, to
                  nie licz na szczerość w rozmowie. Szczerości doczekasz się wtedy, jak
                  zaobserwujesz, zbierzesz dowody i przedstawisz je i powiesz, żeby przestał
                  udawać.
                  Do tego radziłabym trochę poeksperymentować. Inicjować seks inaczej, bardziej
                  zdecydowanie, nie odpuszczać, nie przyjmować wykrętów. Jak założy słuchawki na
                  uszy, to mu je zdejmij, telewizor wyłącz i zabaw się w lekką dominację. Niech
                  to będzie zabawa typu dzisiaj ja tu rządzę, a ty masz się podporządkować. Nie
                  pozwól mu uciec, zasłoń mu oczy chustką, przywiąż mu ręce choćby symbolicznie,
                  zabroń mu się ruszać i spróbuj go rozbudzić. Zacznij mu robić loda, a
                  jednocześnie nie pozwól mu na erekcję.
                  Zobaczysz, jak bardzo będzie się bronił, czy nie ma jakichś kłopotów ze
                  wzwodem, a jeśli nie ma, to czy ciąg dalszy będzie dla niego równie
                  przyjemny. Konwencja zabawy pozwoli ci lżej znieść ewentualne odrzucenie i
                  pozwoli ci obserwować jego reakcje. Właściwie to ostatnie powinnam ci wysłać na
                  prima, ale może tu przejdzie. W razie czego proszę o skasowanie.

                  • trixie2 Niezapominajko:-) 21.11.06, 05:02
                    Tak dokładnie mełłam Twój post, że sił mi brakło - ręce mi opadły - no, po
                    prostu poległam mierząc się z tym, co napisałaś, bo to daje dużo do myślenia -
                    że nie starczyło mi weny, żeby podziękować - a bardzo to powinnam zrobić.
                    Trochę czasu minęło, ale w celu kontynuowania terapii usystematyzuję (sobie;)

                    niezapominajka333 napisała:

                    > No to teraz pora na pytania.
                    > Czy on nie potrzebuje seksu, czy nie potrzebuje go z tobą.
                    > Jak wyglądały jego poprzednie związki?

                    Jestem jego pierwszą kobietą, był jakiś przelotny związek przede mną.

                    >Ile lat już jesteście razem?
                    12.

                    >Czy kiedyś
                    > było dobrze pod tym względem?

                    Tak. W zasadzie do czasu pojawienia się dziecka. Im wcześniej, tym było lepiej.
                    Czułam się szczęśliwa, chociaż teraz widzę, że to, co teraz urosło, wtedy już
                    było, ale w takiej formie, że nie uniemożliwiało nam szczęsliwego wspólnego
                    bycia razem.

                    > Kto wtedy inicjował seks?

                    Głownie mąż. Na początku byłam pełna inwencji - ale mąż powiedział mi parę
                    razy: nie pasuje ci to, masz narcystyczne zapędy.

                    >>Jeśli tak, to od
                    kiedy
                    > jest gorzej? Czy możesz powiązać to z jakimś wydarzeniem?

                    Najwyraźniej - od czasu, kiedy pojawiło się dziecko. Mąż twierdzi teraz, że go
                    to przerosło, ale i tu trudno wpisać nas w typowy schemat odsunięcia męża na
                    bok, było właściwie wręcz przeciwnie. Ale pamiętam jeszcze bezdzietny urlop,
                    kiedy ja chciałam tańczyć i cieszyłam się na noc z nim, a on chciał tylko spać.
                    Albo powrót z kilkudniowej delegacji, kiedy siedział i milczał, a ja miałam
                    oczy coraz większe ze zdumienia, zawodu, żalu... podobno miał kłopoty służbowe.

                    >Czy kiedykolwiek
                    > zdarzyły mu się się kłopoty z potencją?

                    Nie, nigdy. Zawsze był sprawny.

                    >Jaka jest różnica wieku między wami?

                    Prawie żadna.


                    > Gdyby twój mąż związał się z kobietą, która nie ma zbytniej ochoty na seks,
                    > jego małżeństwo funkcjonowałoby całkiem poprawnie, żeby nie powiedzieć
                    > wspaniale.

                    Też na to wpadłam.

                    >Pomyśl – jak zmieniłaby się atmosfera między wami, gdyby
                    > powiedział ci wprost, że nie chce , że ma kogoś, że go nie pociągasz, że woli
                    > szybko rozładować napięcie sam ? Jeśli problem wynika z takiej przyczyny, to
                    > nie licz na szczerość w rozmowie.

                    Nie wiem, jakby się zmieniła. Myślałam o tym. Chyba wolałabym prawdę, nawet
                    każdą (prawie każdą?). Może na szczerości i lojalności można by zbudować
                    więcej, niż na tej narastającej obcości. W każdym razie wspólnie. A na pewno
                    uczciwie... Spostrzegłam, że przestałam mu ufać, właściwie nie wierzę mu -
                    nawet nie w konkretach, po prostu widzę, że on żyje osobno, choć nie sądzę,
                    żeby trupa w szafie ukrywał.

                    >Szczerości doczekasz się wtedy, jak
                    > zaobserwujesz, zbierzesz dowody i przedstawisz je i powiesz, żeby przestał
                    > udawać.

                    Będzie się zapierał w żywe oczy i wykręcał kota ogonem, tak jak w innych
                    sprawach, niestety coraz liczniejszych.

                    No i co?...

                    P.S. Jesteś terapeutą?..
                    Dziękuję i pozdrawiam:)
                • victta Re: Lęk przed bliskością? 17.11.06, 15:47
                  Moja rada:Postaraj sie opanowac emocje i na chlodno obserwuj swoj problem.
                  Zrob tak:co wieczor podchodzisz do meza(nie uwodzisz,nie kusisz) i
                  mowisz:Kochanie,mam ochote sie dzis z toba kochac.Jesli maz odmawia,bo
                  praca,zmeczenie i cos tam jeszcze,nie denerwujesz sie,nie zalamujesz
                  sie,bierzesz do reki gruby czarny flamaster i robisz w kalendarzu minus.I tak
                  kazdego dnia.Bez zlosci,krzywdy,urazy-staraj sie opanowac te uczucia.Podejdz do
                  tego tak jakbys prosila go o kubek kawy.Po miesiacu masz prawdopodobnie
                  kalendarz z 30 czarnymi krechami.Wiec dalej-robisz sobie i jemu kawke lub cos co
                  tam lubicie,wyciagasz kalendarz i mowisz:Bardzo Cie kocham,jestes dobrym ojcem i
                  mezem.Chce ci powiedziec,ze mimo tego nie jestem szczesliwa,czuje sie
                  nieatrakcyjna,niepozadana itp.(Forma ja czuje ,jest wazna)Sex jest dla mnie
                  bardzo wazny,bo swiadczy o jakosci mojego zycia,lecz my go nie
                  uprawiamy-pokazujesz mu kalendarz.To byla pierwsza czesc wypowiedzi.Druga
                  czesc-Proponuje,zeby rozwiazac ten problem,wizyte u sexuologa.Teraz reakcja
                  meza:zgoda,czyli jest ok, lub brak zgody,a brak ten zademonstruje w postaci
                  biernej agresji,czyli wyjdzie i czasnie drzwiami lub czynej agresji np.mowiac ci
                  ze wmawiasz sobie problem.Przeczekujesz to ,nie dajesz wciagac sie w
                  dyskusje,nie przerywasz mu, nie tlumaczysz sie.Gdy jego emocje opadna i juz
                  wiesz ,ze nie pojdzie do sexuologa(co w waszym przypadku jest konieczne,bo sama
                  tego nie rozwiazesz),mowisz:Kochanie,w takim razie musze znalezc osobe,ktora
                  pomoze mi rozladowac moje sexualne napiecie.I oczywiscie ,to nie ma byc grozba
                  lub szantaz,musisz to zrobic-szczerze i uczciwie.Gdy jedno z partnerow trzyma
                  lodowke na klucz, a my jestesmy glodni i on/ona o tym wie,to albo musimy zmienic
                  lokal(rozwod) albo isc do baru(kochanek/kochanka) albo umrzec z glodu,bo w biale
                  i szczesliwe malzenstwo nie wierze.
                  Trzymaj sie.
    • prosty_facet Wyłania się z tego .... 17.11.06, 19:09
      Zwykły związek jakich miliony w tym kraju ...... Ludzie przepracowani i znudzeni
      szarą codziennościa ....
      • trixie2 Re: Wyłania się z tego .... 21.11.06, 01:41
        O, nie. Ja na pewno nie jestem znudzona codziennością - wręcz przeciwnie, wciąż
        uważam, że życie jest warte kochania (:-) i mam nadzieję.
        Która jednak z tym panem pozostaje matką głupich.
        Statystyki - przerabiałam, spokojne rozmowy przerabiałam, na formę "ja czuję"
        tak skrupulatnie uważałam, że mąż dostaje wysypki na dźwięk mojego głosu.
        Zdarzyły się nawet wybryki w tych statystykach, kiedy to nadeszła jedna i druga
        upojna noc. Otworzyły mi się oczy, że być może mąż, poza sprawnością, nigdy nie
        byłby w stanie ofiarować nam nic więcej - bo po prostu seks nie jest dla niego
        tym, co ja sobie wyobrażam.
        Po takiej nocy ja jak zwykle spodziewałam się wszystkiego dobrego, mąż
        zadzwonił z pracy że kocha, a po niej zaległ na sofie mając w dupie mnie i
        resztę i tylem go widziała. Zamiast rozkwitu (wszak mąż wiedział już, że żona
        chętna i gorąca) nastąpiła, jakby celowa? epoka lodowcowa.
        Może, gdybym związek urządziła w stu proc. wkładem własnym, to by się dobrze
        miał. Ilekroć jednak chciałabym, żeby druga połowa odcisnęła piętno swojej
        indywidualności w czymkolwiek poza pracą, robi się pusto:((
        Dziękuję za to, że chcecie dzielić się ze mną swoimi przemyśleniami i radami.

        • zorka99 Re: Wyłania się z tego .... 21.11.06, 08:43
          Trixie, czytałam o Twoich problemach, mam podobnie. Nawet prawie znalazłam
          sobie kogoś innego. Jednak nie jest to wyjście dla mnie. Zauważyłam duże
          podobieństwa naszych mężów: praca jako priorytet, być może podświadomy lęk
          przed następnym dzieckiem(?), apodyktyczna i dominująca matka. Może Ci to
          cokolwiek pomoże: mąż uważa, że bardzo drażni go okazywanie przeze mnie
          czułości i to go odstręcza. Czy ma to związek z dominującą matką? Jak mam się
          powstrzymywać, skoro brakuje mi czułości i dotyku? On normalnie się mnie chyba
          boi, ucieka w pracę, gdyż tam jest bezpieczny... Aha, jeszcze twierdzi, że to
          są jego problemy i nie ma to związku ze mną(???). Rzeczywiście dużo pracuje,
          nie potrafi wyluzować się, cały czas wyczuwam u niego jakieś napięcie. Wiesz
          Trixie, kilka lat temu była u nas sytuacja odwrotna i nigdy nie uwierzyłabym,
          że kiedyś tak będzie - jak teraz. Napisz, jeśli coś wymyślisz. Białe małżeństwo
          jest chyba możliwe, ale musi być to decyzja obu stron.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka