Dodaj do ulubionych

coś za coś...

11.08.06, 15:28
Kobieta- jaka miłość ze strony faceta taki sex, Mężczyzna- jaki sex ze strony
kobiety taka miłość... ;) chyba jest w tym ziarenko prawdy- da się ustalić
jakiś kompromis w takich sytuacjach ?
Obserwuj wątek
    • socata Re: coś za coś... 11.08.06, 15:34
      tak; facet powinien odwrócić relacje i jak okaże miłość to będzie miał seks a
      kobieta niech nic nie robi tylko czeka aż facet odwróci relacje...:-)))
    • maria55 Re: coś za coś... 11.08.06, 15:40
      Zabawne. Właśnie myślałam o tym.. tylko że ja wymyśliłam że to jest tak:
      Facet po sexie ma uczucie załatwionej sprawy więc może się już teraz zająć
      czymś innym..
      Kobieta, szczególnie po tym udanym sexie tak jakby nie może się odkleić od
      tego - w końcu została zdominowana, nie?
      Czego ja nie cierpię u mojego faceta to że nawet na czuły gest, tak samemu z
      siebie, go potem nie stać - bo tyle ważnych spraw dookoła - bo ja już nie
      ważna...
      Niestety prowokuje to we mnie uczucie bycia używaną. Przedmiotowego traktowania
      mnie.
      Chyba to nie dziwne że następnym razem się ociągam?
      Co wy na to, samce?
      • yoanna_yo Re: coś za coś... 12.08.06, 21:19
        Nie byłam mężatką , ale kilka lat w stałym związku. Ponieważ rzeczywiście po namiętnym stosunku następowało momentalne ochłodzenie, wyjasniłam mu,że potrzebuję tzw. części trzeciej ( cz.1 - gra wstępna, cz.2 - finały i cz.3 - czułe chwile pozwalające mi dojść do siebie :)) równie długie jak poprzednie.
        Szybko na to przystał, mimo iż sam nie miał specjalnie ochoty, a z czasem nawet polubił.
        Ja w "rewanżu" po prostu nigdy nie odmawiałam, chociaż nie zawsze miałam ochotę, bo jego libido było większe od mojego. Kawa na ławę mówiałam mu kiedy mam ochotę naprawdę na igraszki, a kiedy żeby się po prostu szybko uwinął.
        Taki szczery układ bardzo nam odpowiadał, wilk syty i owca cała.
        W sumie jak podczytuje to forum, to ten mój ex był wzorem otwartości na komunikację w sprawach sypialni, bez jakichś stereotypów i obrażań.
        szkoda tylko że nie umiał tego przełożyć na pozostałe sfery, ale to już inna historia:))

    • ajida Re: coś za coś... 11.08.06, 15:53
      ja zauważyłam taką prawidłowść- w sumie to mnie to śmieszy- że mam zawsze po
      sexsie godzinny okres tzw. ochronny dla kobiety ile ja rzeczy mogę wtedy z
      mężem obgadać, jak jest miło i sympatycznie a potem z każdą godziną mam
      wrazenie że gdzieś mój mąż przepada...moze mam za duży dom i za dużo pokoi :)
      pozdrawiam
    • 30-tka-2-ka Re: coś za coś... 11.08.06, 17:46
      A wiecie, ze ja po porządnym seksie lubię się przespać? O niczym nie rozmawiać,
      a już broń Boże 'o interesach', tylko zamknąć oczy, wziąć go za rękę i zasnąć
      jak kamień ciałko przy ciałku?
      • maria55 Re: coś za coś... 11.08.06, 18:23
        Wypowiedź z innego postu obrazuje o czym tu mówimy:

        Re: całusy , pieszczoty , dotyk - czy brak tego
        aguska3 10.08.06, 14:28 + odpowiedz


        Dla mnie bardzo ważne jest samo przytulanie i pocałunek lub chociażby wzięcie
        za rękę. I może wszystko wyglądało by inaczej w moim związku gdyby istniało coś
        takiego. Mój mąż jak chce się do niego przytulić, odrazu uważa że to
        zaproszenie do seksu. A jak mu próbuje wytłumaczyć ze chce tylko się
        poprzytulać to twierdzi ze faceci sie nie umieją "tylko" przytulać. Zawsze
        liczą na coś więcej. Więc mój kontakt z mężem nawet tym zakresie ograniczyłam
        do minimum.
    • 30-tka-2-ka Re: coś za coś... 11.08.06, 19:10
      Każdy przeżywa zbliżenie na swój sposób i ma inne oczekiwania. Jednak czasem
      warto dokonać jakichś przewartościowań. Ja już nie oczekuję od seksu sacrum,
      jedności dusz, itd. Nie wnoszę całego ładunku emocjonalnego, z żalami,
      oczekiwaniami i uprzedzeniami do łózka - a w każdym razie staram się. Chcę za
      to maksimum przyjemności i robię wszystko, by ją osiągnąć. Dobrze mi z tym,
      lubię się porządnie zmęczyć, spocić, zedrzeć trochę gardło - wtedy nie mam już
      nawet sił na rozmyślania i rozpamiętywania - choć wątek pewnie by się znalazł,
      jak to w życiu...
      • maria55 Re: coś za coś... 11.08.06, 20:11
        ...??? a co z, po prostu, byciem kobietą???
        Czy istotnie nie ma różnicy? Czy sex jest funkcją? Taką jak sikanie?
    • clued_up Re: coś za coś... 12.08.06, 21:26
      Czy jest funkcją - nie wiem, być może. Jednak z pewnością nie taką jak sikanie,
      a raczej jak spożywanie wyśmienitego posiłku i to bez ryzyka otyłości. Niby
      jest to zaspokajanie potrzeby fizjologicznej, ale z finezją i przyjemnością.
      Samemu można wybrać danie, które się najbardziej lubi i spożyć je według
      uznania - srebrnymi sztućcami, bądź palcami i mlaskając, w zależności od
      nastroju i apetytu. Dla mnie to się nie kłóci z byciem kobietą, przeciwnie -
      teraz, gdy wreszcie wiem, że lubię, a w dodatku co lubię i jak lubię, z
      kobiecością mi po drodze, bez poczucia wstydu, winy czy uczucia zdominowania.
    • sonner Re: coś za coś... 13.08.06, 00:02
      No pieknie. Jak dla mnie seks jest czescia milosci. Wiec o co chodzi??
      Jednym slowem sprowadza sie to do tego. Bedziesz grzeczny to dam Ci d..... A za
      takie cos to ja mowie DZIEKUJE!!!!!
      KObiety nie handlujcie seksem bo to jest poprostu domowa prostytucja!!!! A potem
      sie zastanawiaja gdzie ta milosc, skoro same sprowadzaja ja do towaru.
      • karol.01 Re: święte słowa,święta słowa.., 13.08.06, 12:32
        ale dużo żon-partnerek (odważę się napisać, że baaardzo dużo) wyssały tę
        swoją "filozofię handlowania seksem" z mlekiem matki.

        sonner napisał:

        > No pieknie. Jak dla mnie seks jest czescia milosci. Wiec o co chodzi??
        > Jednym slowem sprowadza sie to do tego. Bedziesz grzeczny to dam Ci d..... A
        za
        > takie cos to ja mowie DZIEKUJE!!!!!
        > KObiety nie handlujcie seksem bo to jest poprostu domowa prostytucja!!!! A
        pote
        > m
        > sie zastanawiaja gdzie ta milosc, skoro same sprowadzaja ja do towaru.
        >
        >
        >
        >
    • karol.01 Re: można zawsze wypracować kompromis, 13.08.06, 12:34
      kiedy mąż zgodzi sie na wszystkie warunki żony, ale niech go ręka boska broni
      przed stawianiem jakichś swoich warunków :)

      ajida napisała:

      > Kobieta- jaka miłość ze strony faceta taki sex, Mężczyzna- jaki sex ze strony
      > kobiety taka miłość... ;) chyba jest w tym ziarenko prawdy- da się ustalić
      > jakiś kompromis w takich sytuacjach ?
      • wolfinka Re: można zawsze wypracować kompromis, 13.08.06, 14:07
        To ja ci wysprzatalem caly dom , a ty mi nie chcesz dac. To jest dopiero cos za
        cos.Boze broń kobiety przed takimi beznadziejnymi facetami.
        • karol.01 Re: baba o zupie, a .., 13.08.06, 15:54
          przeczytaj jeszcze raz, albo dwa razy, mój poprzedni post :)
      • riften Re: można zawsze wypracować kompromis, 13.08.06, 23:19
        W moim małżeństwie było bardzo dobrze do czasu urodzenia dziecka. Potem równia
        pochyła. Najpierw myślałem że to okres przejściowy. Wiadomo pewien szok, nowa
        sytuacja.. ale nie. Początkowo nie robiłem nic aby doszło do zbliżenia. Prosiła
        o czas na dojście do siebie. Po pół roku sytuacja się ustabilizowała na poziomie
        raz na miesiąc. Mam duże potrzeby i wcześniej moja partnerka też takie miała.
        Oczywiście, skoro sytuacja zaczęła tak wyglądać, nadal nie naciskałem,
        próbowałem o nią walczyć. Kwiaty tak bez okazji, spokojnie znosiłem wszystkie
        jej humory, nie naciskałem, ustępowałem, robiłem wszystko żeby tylko czuła się
        szczęśliwa. Tak było przez pięć lat. Wiele rozmów, do niczego nie prowadzących.
        Wiele cichych dni. W końcu zaproponowałem żeby iść do poradni rodzinnej bo nie
        widzę innego wyjścia. Odpowiedź, ok. Znalazłem, umówiłem na spotkanie i
        oczywiście ona nie chciała iść. Przestałem wierzyć że coś się zmieni. Przez ten
        czas, z różnych powodów nabawiłem się depresji. Nie zapomnę jej nigdy, że kiedy
        byłem w kryzysie zamiast próbować mnie wspomóc potrafiła tylko krytykować, robić
        awantury, nie odzywać się. W tym okresie straciłem pracę, tak więc miałem czym
        się martwić. Mimo tego nadal starałem się utrzymywać dobre relacje między nami.
        Obecnie nie będę już prowadził dialogu porozumienia. Nie warto. Teraz ja
        zaczynam stawiać warunki i wymagać. O nie, nie myślcie sobie że ją do czegoś
        zmuszam. Ma prosty wybór i konsekwencje też są jasne. Ja mam potrzeby, tłumiłem
        je wystarczająco długo. Ona może nie chcieć sexu, ok. Ja tego potrzebuję i też
        ok. Teraz robię tak: umawiam się z dziewczyną z którą kiedyś byłem. Wiem, że
        nadal jeśli zechcę to mam z nią sex załatwiony, taka propozycja już padła. To
        był kiedyś taki otwarty układ, i nadal obowiązuje chociaż ja nie korzystam.
        Sytuacja jest jasna. Jak w domu nie dostanę to idę do niej. Ciekawe ale nagle
        relacje się poprawiły, a wystarczyło tylko kilka spotkań z koleżanką takich na
        kawę czy do kina. Nadal nie zdradziłem, ale po pięciu latach bycia na każde
        skinienie żony, nauczyłem się że z terrorystami się nie negocjuje i mam takie
        same prawa.
        Reasumując; jednak można odwrócić sytuację i każdy ma tutaj obowiązek żeby się
        starać oraz pracować nad wzajemnymi relacjami. Jeśli jedna strona przegina, w
        moim wypadku żona tak robiła przez te pięć lat, to musi się spodziewać
        konsekwencji swoich działań. Teraz już nie mam oporów psychicznych przed zdradą.
        W zasadzie uważam, że mam do tego prawo w ramach rekompensaty za stracony czas.
        Nie jestem niczyją własnością żeby mi mówić co mam robić, co chcieć a czego nie,
        żeby za wszystko się na mnie odgrywać.
        • misssaigon Re: można zawsze wypracować kompromis, 14.08.06, 00:06
          riften popieram i podziwiam za te 5 lat - nie sadze abym tyle wytrzymala bedac
          na twoim miejscu..."badz twardy jak Roman Bratny"
          • riften Re: można zawsze wypracować kompromis, 14.08.06, 05:05
            Przez te pięć lat prowadziłem dialog. Próbowałem przeciwdziałać rozpadowi.
            Wszyscy psychologowie mówią że należy rozmawiać. Tylko że ja mam wrażenie że
            mówiłem do ściany. Starałem się spełniać jej oczekiwania, ale zawsze coś było
            nie tak. W najlepszym razie moje starania były ignorowane. Musiałem sprawdzić
            zanim podejmę decyzje czy ze mną jest wszystko w porządku. Kiedyś wybierałem
            prostsze rozwiązania i nie były do końca słuszne. Nigdy bym się nie dowiedział,
            czy robię dobrze gdybym nie zaryzykował. Musiałem się dowiedzieć czy nie jestem
            aż taki okropny, że powoduję konflikty. Teraz wiem że to nie o mnie chodzi.
            Ustępowanie nic nie daje, poza efektami w postaci autodestrukcji. Jak dorastałem
            musiałem się nauczyć kochać, okazywać uczucia bo tego z domu nie wyniosłem.
            Zawsze wierzyłem że jest coś więcej, niż tylko zimno, chłodne relacje i taki
            dobry dom chciałem stworzyć w oparciu o spokój i wzajemne zaufanie. Cóż wydaje
            mi się teraz że inni jednak nie cenią tych wartości, a jak ktoś próbuje być taki
            to się go wykożystuje. Każdy dzień uczy czegoś nowego, ale zastanawiam się do
            czego ta nauka doprowadzi bo jej finał zobaczę dopiero na końcu życia.
            • riften Re: można zawsze wypracować kompromis, 14.08.06, 05:08
              ups, ale byka walnąłem ;) ale o 5 rano chyba mam prawo :D
        • sonner Re: można zawsze wypracować kompromis, 14.08.06, 00:24
          Brawa dla tego Pana!!!!
          Ja w podobnej sytuacji, wlasnie wchodze w 5 rok. I dochodze do tego samego
          wniosku. Jeszcze raz Brawo!!!
          • riften Re: można zawsze wypracować kompromis, 14.08.06, 04:22
            Widzisz, tak to jest. Zadajesz sobie pytania dlaczego, czy coś z Tobą nie tak,
            co jeszcze możesz zrobić. Starasz się, ale zawsze ma to gdzieś. Odrobinę uczucia
            wydziela Ci dopóki są pieniądze, jeśli coś od Ciebie chce itp. Tylko... Ja
            kiedyś wierzyłem w miłość, wierzyłem że oboje chcemy żeby było lepiej. Teraz nie
            wiem już w co wierzyć. Kiedyś spierałem się z koleżanką, tą od kawy, że miłość
            istnieje. Ona twierdziła że wszystko jest pewnego typu układem. Po latach może
            będę musiał przyznać jej rację. To nie jest wesołe, może raczej nawet tragiczne.
            Dla mnie najbardziej bolesne jest to że kiedy przeżywałem osobistą tragedię, bo
            brak pracy tym właśnie jest, żona tak po prostu traktowała mnie jak śmiecia.
            Jakoś bardzo ciężko jest mi to wszystko teraz poukładać sobie w głowie. Bardzo
            nie chcę przyjąć do wiadomości, że wcale mogła mnie nigdy nie kochać, że to
            wszystko mogło być tylko perfidną grą. Ja.. nadal ją kocham, chociaż nie jestem
            już tego tak pewny. Kiedyś, w czasie którejś z rzędu rozmowy sama się przyznała
            że specjalnie mnie tak traktowała. Wtedy właśnie zacząłem mieć wątpliwości,
            zobaczyłem że tak naprawdę kocham ją, ale tą sprzed lat. Natomiast obecnie
            jestem z kimś, kto wygląda, mówi tym samym głosem, ma ten sam zapach, ale jednak
            myśli i zachowuje się zupełnie inaczej. Obco, zimno. To jest pewnego typu
            matnia. Jedno jest pewne, jeśli jednak mnie kocha to teraz ona będzie musiała o
            mnie walczyć, udowodnić to. Na razie jest lepiej, więc może nie wszystko
            stracone. Nie będzie już taryfy ulgowej, bo nie stać mnie już na to. Jestem
            spokojny, ale kumuluję w sobie całą złość, rozczarowanie, smutek i samotność.
            Emocje czasem, we mnie eksplodują, a wtedy lepiej się nie zbliżać. Po tych
            latach ładunek jest naprawdę potężny. :) Udało jej się wiele, bo skonfliktowała
            moją wewnętrzną istotę. Dopóki człowiek posiada równowagę wewnętrzną, oba
            czynniki są na tych samych poziomach, to wiele potrafi znieść. Kiedyś byłem
            bardziej cierpliwy, potrafiłem się lepiej kontrolować, byłem w zgodzie ze swoimi
            potrzebami, emocjami, istotą ducha i ciała. Jak jesteś w podobnej sytuacji, to
            zadbaj o to żeby właśnie nie dać się skłócić wewnętrznie bo stracisz całą swoją
            siłę. Człowiek słaby jest podatny na manipulację, staje się niewolnikiem i traci
            swoje człowieczeństwo. Ja się nigdy do końca nie poddałem. Po prostu dawałem
            czas na zmianę, na przemyślenie sytuacji, pozwoliłem się czasowo zdominować bo
            sądziłem że to coś pomoże. Można powiedzieć że złożyłem w imię miłości taką małą
            ofiarę z siebie. Przypłaciłem to depresją, wewnętrznym konfliktem i nic to nie
            dało. To był błąd w logice. Obecna sytuacja jest tę trochę moją winą. Pozwoliłem
            jej poczuć się moją właścicielką...
            • misssaigon riften 14.08.06, 09:06
              zal i rozgoryczenie prowadzi do roznych dziwacznych wnioskow - nawet takich ze
              milosci nie ma a zwiazek to beznamietny handlowy uklad miedzy malzonkami (nie
              mylic z partnerami)

              wszyscy wiemy ze "zycie jest be" - slogan szczegolnie trafiajacy do przekonania
              kiedy tkwimy w matni - jak to ujales... ja wychodze zzalozenia ze czlowiek
              nigdy nie dostanie sparwiedliwej odplaty od Losy za energie, czas, emocje,
              zaangazowanie, ktore wlozyl w konkretna zyciowa sytuacje - nie mzoemy powiedziec
              ze poniewaz zrobilismy wszytsko i jeszcze wiecej to teraz siadamy i czekmay az
              przyjda do nas owoce tego - nierealne...

              chociazbys sie staral nastepne 5 lat- efektow dalej moze nie byc..
              niektorzy w takiej sytuacji jak twoja mowia..."zmien partnera" - ja mowie -
              "zmien metode".

              utrata pracy jest pewnego roidzaju sprawdzianem dla zwiazku - z wlasnego
              doswiadczenia wiem, ze wyjatkowo trudno wtedy wytrzymac z partnerem szczegolnie
              jesli to przytrafi sie mezczyznie. Mezczyzni przezywaja to o wiele gorzej od
              kobiet i czasami bywaja rownie nieznosni jak kobieta w ciazy.

              ewolucja milosci w zwiazku byla juz wielokrotnie omawiana na tym forum -
              niestety czasami okazuje sie ze zamiast w drugim czlowieku zakochani jestesmy we
              wlasnym uczuciu do niego, w wyidealizowany wizerunku - ktory musi runac w
              momencie jak juz opadna emocje zwiazane ze stanem zakochania...jesli w tym
              okresie para nie wypracowala narzedzi komunikacji , rozwiazywania problemow -
              zwyczajnej przyjazni - to nastepuje stopniowe acz konsekwentne oddalanie sie od
              siebie - dzieje sie to czesto - bo ludzie mysla ze tak wspaniale bedzie zawsze -
              w zwiazku z tym nie trzeba nic robic tylko czerpac z tej milosci...i czerpia
              dopoki dna nie zobacza...

              abstrahujac od moich powyzszych "wywodow" - radzialabym Tobie, abys stal sie dla
              swojej zony zypelnie innym, nieznanym czlowiekiem....zmienil sposob bycia,
              wyglad zewnetrzny, poszerzal swopja autonomie w zwiazku....nie powinienes byc
              tym do bolu znanym , domowym zwierzeciem, ktorego wszystkie slabe strony sa
              dobrze poznane i wykorzystane do manipulacji - radzilabym pojsc do psychologa
              zeby zrobic rzetelny obrachunek z zyciem, a wlasciwie z tym konkretnym jego
              etapem....
              ponadto...jesli twoja zona sygnalizuje teraz chec czestych kontaktow fizycznych
              - ignoruj ja tak dlugo jak sie da, niech ona teraz "pogoni kroliczka"....
              pozdrowienia - wierze ze ci sie uda...
              • riften Re: riften 15.08.06, 03:35
                > wszyscy wiemy ze "zycie jest be" - slogan szczegolnie trafiajacy do przekonania
                > kiedy tkwimy w matni - jak to ujales... ja wychodze zzalozenia ze czlowiek
                > nigdy nie dostanie sparwiedliwej odplaty od Losy za energie, czas, emocje,
                > zaangazowanie, ktore wlozyl w konkretna zyciowa sytuacje - nie mzoemy powiedzie
                > c
                > ze poniewaz zrobilismy wszytsko i jeszcze wiecej to teraz siadamy i czekmay az
                > przyjda do nas owoce tego - nierealne...
                >

                hmm... zatem jesteśmy w opozycji. :) Ja uważam że człowiek dostaje od życia tyle
                ile daje, nic więcej i nic mniej. Trochę jak taka łamigłówka dla dzieci z
                przepychanymi kosatkami. Przepchniesz jedną, na jej miejsce następną i tak
                dalej, ale ilość kostek jest stała.

                > chociazbys sie staral nastepne 5 lat- efektow dalej moze nie byc..
                > niektorzy w takiej sytuacji jak twoja mowia..."zmien partnera" - ja mowie -
                > "zmien metode".

                Tu się z Tobą zgodzę. Jednak te pięć lat wcale nie jest do końca stracone. Jest
                ważnym doświadczeniem, koniecznym wręcz do zmiany "metody". Ostatecznie zmiana
                metody może też się wiązać ze zmianą partnera. ;)

                > utrata pracy jest pewnego roidzaju sprawdzianem dla zwiazku - z wlasnego
                > doswiadczenia wiem, ze wyjatkowo trudno wtedy wytrzymac z partnerem szczegolnie
                > jesli to przytrafi sie mezczyznie. Mezczyzni przezywaja to o wiele gorzej od
                > kobiet i czasami bywaja rownie nieznosni jak kobieta w ciazy.
                Ja raczej taki nie jestem. Moje depresje brały się z układu generalnego życia.
                Czyli, szukam pracy, kolejne podania, rozmowy, znów bez odzewu i to mnie
                podcinało. Potem wracam do domu i tam słyszę że jestem nikim, że nie mam pracy,
                że celowo to robię, ciąg dalszy. Tego nigdy nie zapomnę. Ciekawe jest to że w
                czasie swojego bezrobocia w zasadzie byłem aktywny zawodowo i to dość mocno.
                Tylko że w zasadzie robiłem zlecenia dla mojej połowicy więc nie zostałem
                doceniony. ;)
                > ewolucja milosci w zwiazku byla juz wielokrotnie omawiana na tym forum -
                > niestety czasami okazuje sie ze zamiast w drugim czlowieku zakochani jestesmy w
                > e
                > wlasnym uczuciu do niego, w wyidealizowany wizerunku - ktory musi runac w
                > momencie jak juz opadna emocje zwiazane ze stanem zakochania...jesli w tym
                > okresie para nie wypracowala narzedzi komunikacji , rozwiazywania problemow -
                > zwyczajnej przyjazni - to nastepuje stopniowe acz konsekwentne oddalanie sie od
                > siebie - dzieje sie to czesto - bo ludzie mysla ze tak wspaniale bedzie zawsze
                > -
                > w zwiazku z tym nie trzeba nic robic tylko czerpac z tej milosci...i czerpia
                > dopoki dna nie zobacza...
                Niby tak, ale nie mogę się z tym zgodzić w naszym wypadku. Gdyby tak było
                stopniowo bym zaczynał dostrzegać rozbieżności, a nie nagle taki zwrot o 180.
                Nadal ją kocham w pewnym sensie, jednak jest mi ciężko wierzyć że ona nadal mnie
                kocha. Generalnie chodzi o to że nie wierzę w miłość jednostronną. Tworzy to
                pewien konflikt wewnętrzny. Muszę się przekonać czy mnie kocha, bo inaczej sam
                stracę uczucia. Strefa emocjonalna jest bardzo delikatna. Utrzymanie poziomu
                uczuć leży na obu stronach solidarnie. Jedna tylko strona nie jest w stanie tego
                utrzymać, o tym miałem okazję się przekonać.

                > abstrahujac od moich powyzszych "wywodow" - radzialabym Tobie, abys stal sie dl
                > a
                > swojej zony zypelnie innym, nieznanym czlowiekiem....zmienil sposob bycia,
                > wyglad zewnetrzny, poszerzal swopja autonomie w zwiazku....nie powinienes byc
                > tym do bolu znanym , domowym zwierzeciem, ktorego wszystkie slabe strony sa
                > dobrze poznane i wykorzystane do manipulacji - radzilabym pojsc do psychologa
                > zeby zrobic rzetelny obrachunek z zyciem, a wlasciwie z tym konkretnym jego
                > etapem....
                > ponadto...jesli twoja zona sygnalizuje teraz chec czestych kontaktow fizycznych
                > - ignoruj ja tak dlugo jak sie da, niech ona teraz "pogoni kroliczka"....
                > pozdrowienia - wierze ze ci sie uda...
                hmm.. nie jestem podatny na manipulację. Pomiędzy podatnością a pozwalaniem na
                to jest zasadnicza różnica. Miałem kiedyś robione testy na asertywność i jestem
                taką właśnie niemal 100% asertywną jednostką. Jeśli chodzi o zmiany to ja jestem
                nie reformowalny. Bardzo ciężko zmieniam zdanie i raczej potrzebuję do tego
                bardzo mocnych argumentów. Nie jestem taki żeby raz dwa się zmienić. Nie
                potrzebuję tego, bo i tak jestem silny w sobie. Fakt że pozwalałem na
                manipulację był moim wyborem, nie przymusem. Nie mam od czego uciekać, a raczej
                stoję przed kolejnymi drogami do wyboru. :D
                • misssaigon Re: riften 15.08.06, 08:40
                  dzis to nawet moge sie zgodzic ze obydwoje mamy racje:))
                  ale...ale atrofia zwiazku, zanik wiezi emockonalnych i fizycznych zwykle dzieje
                  sie z winy obydwu stron...
                  chocby nawet trudno bylo te wine w sobie mozna było zobaczyc albo nie widzialo
                  jej wcale...to ona istnieje....czasami wydatnie wspomagaja
                  okolicznosci...czasami sa inne powody - jak np glebokie kompleksy i niska
                  samoocena, ktora z milego partnera robi satrape jesli tylko pojawia sie
                  sprzyjajace okolicznosci...w tym przypadku takimi wydawala sie utrata pracy
                  przez ciebie...jesli udalo by sie zdusic twoje poczucie wartosci, uwierzylbys ze
                  jestes nic nie wart - wtedy zapewne nie opuscilbys zony , ktora widac sie bardzo
                  tego obawia...
                  mysle ze ona zdaje sobie sparwe ze na dluzsza mete wasz uklad jest niewydolny i
                  stad jest zlosc - moze jednoczesnie nie jest w stanie zmusic sie do seksu, lub
                  kosztuje ja to zbyt duzo...(poczytaj posty kobiet, ktore pisza - "nie moge, nie
                  jestem w stanie sie zmusic")

                  zastanawiam sie czy zalezy ci aby zona wykonywala swoje "malzenskie obowiazki"
                  li tylko zobawy przed porzuceniem? mi to by jednak uwlaczalo ...
                  ale mozna i tak...postraszyc kochanka, odejsciem - zadziala na pewien czas,
                  kiedy zona znow sie poczuje pewnie - moze wrocic do swoich zwyczajow.

                  kilka osob na forum (na przestrzeni ostatniego roku)potweirdziło, ze powrot do
                  satysfakcjonujacego i dobrowolnego seksu w malzenstwie jest molziwy nawet po
                  kilku latach "posuchy", inne osoby zmieniły forum na "Rozwód ...i co dalej" ,
                  inne znowu dalej sie frustruja przymusowa abstynencja.

                  szkoda, ze tak kategorycznie stwierdzasz, ze ty jestes niereformowalny...a twoja
                  zona jest reformowalna? jak myslisz? uda ci sie zmienic ja nie zmieniajac siebie
                  jednoczesnie? jakos watpie...
                  • riften Re: riften 17.08.06, 09:29
                    Oczywiście że ja też ponoszę za to winę w jakimś stopniu. Zgadza się. Tylko że
                    próbowałem z tym walczyć, na drodze dialogu, chciałem ustalić przyczyny i je
                    wyeliminować, iść do specjalisty żeby poznać zewnętrzny punkt widzenia. Ona to
                    cały czas torpedowała. Myślałem że jak będę się starał być taki jak ona chce to
                    będzie lepiej. Widzisz, ja nie muszę się zmieniać. Mam bardzo mocny szkielet,
                    taki wewnętrzny, dlatego mogę sobie pozwolić czasem na działanie wbrew sobie.
                    Nie byłem sobą przez te parę lat. Teraz staję się znów taki jak dawniej.
                    Próbowałem przeciwdziałać sytuacji, ale to po prostu nic nie dało, więc nie ma
                    sensu dalej się katować. Teraz jestem znów taki jak byłem. Wygląda na to że to
                    pomaga. Może klucz leży właśnie w tym żeby się nie zmieniać, żeby zachować
                    własną odrębność, nie traktować związku tak "dosłownie", nie iść na ustępstwa i
                    stawiać jasne warunki.
                    Wcale nie grożę tak bezpośrednio odejściem. Ja tylko sygnalizuję, że jestem
                    wolny i wcale nie jestem czyjąś własnością, oraz że nikt nie ma prawa ograniczać
                    moich praw. Tylko tyle.
                    Co do mojej żony, to właśnie zmieniła sie bardzo szybko i bardzo na gorsze.
                    Zaczęła wykorzystywać to że chciałem załagodzić sytuację. Myślę że może właśnie
                    to poczucie "własności" ją tak zmieniło. Chciałbym żeby znów stała się tą osobą
                    z którą się ożeniłem. Ja tylko wylewam taki kubeł zimnej wody i mówię: obudź się
                    bo sam dalej tego nie będę ciągnął, straciłem zaufanie i chciałbym zobaczyć że i
                    tobie zależy. Jeśli nie zobaczę efektów to podejmę kolejne decyzje. Na razie nic
                    nie przesądzam, ale idzie ku lepszemu. Każdej nowej sytuacji zawsze się
                    przyglądam dość długo zanim wyrobię sobie zdanie. Stąd też cały ten czas
                    cierpliwie znosiłem wyładowywanie się na mnie, ale ta sytuacja nie mogła trwać
                    wiecznie.
                    • matylda_n Re: riften 17.08.06, 20:59
                      Wiesz Riften, doszedłeś do ciekawych wnioskow a to dobrze rokuje na przyszłość.
                      Wiekszość z nas przechodzi jakies swoje osobiste kryzysy dlatego nie chce sie
                      odnosić do postępowania twojej żony i szukac dlaczego była taka a nie inna.
                      Dobrze, że odkryłeś, że nie można rezygnować z siebie w związku, że poświęcanie
                      się na dłuższa metę tylko pogłębia problem a w ogóle go nie rozwiązuje. Każda
                      kobieta potrzebuje mężczyzny, który jej zaimponuje a nie popychadła, którym sie
                      będzie wyręczać. W wiekszości przypadków zdominowany facet, to przegrany facet.
                      Uważaj tylko abyś nie przegiął w druga stronę z ta swoją odrębnością :)
                      Powodzenia życzę
        • karol.01 Re: podziwiam Ciebie Riffen, 14.08.06, 11:36
          u mnie jest tak 3 lata po urodzeniu dziecka. Pierwsze półtora roku to częste
          kłótnie i nerwy, raz z mojej winy, drugim razem z winy żony. Przeszliśmy typowy
          konflikt po urodzeniu opisywany przez terepeutów. Ale ja z tego pierwszego
          okresu pamiętam też wspólne spacery, wspólne wieczory, wspólne wyjazdy na
          zakupy, dużo wspólnych chwil, kiedy był smiech, zabawa itp. Moja żona pamięta
          jedynie kłótnie i awantury - i teraz twierdzi, że wszystkie kłótnie o moja wina
          (chociaż dawniej przyznawała się nie raz do winy).
          Oczywiście prze te 3 lata seks nie istniał, albo istniał tylko w szczątkowej
          wersji, zawsze z mojej inicjatywy.
          Kiedyś byliśmy dobraną pod względem seksu parą - mieliśmy bardzo duże potrzeby,
          podobne wymagania itp.
          Teraz jesteśmy tylko rodzicami, rozmawiającymi tylko na tematy rodzicielskie,
          śpimy oddzielnie, widzimy się zazwyczaj tylko wieczorem, mijamy sie w
          przedpokoju, kuchni, na spacery z dzieckiem chodzimy osobno, zimno, a
          przynajmniej chłód.
          Było kilka przymiarek do poradni małżeńskiej wymuszonych przeze mnie - ale żona
          po 1-2-ch wizytach rezygnowała.
          Powoli dojrzewa we mnie myśl o rozwodzie - nie wiem, czy już nie dojrzała...

          ps.: co do sytuacji materialnej to byłą i jest bardzo dobra u nas -
          ale "niestety" to ja utrzymuję dom...

          pozdr.

          riften napisał:

          > W moim małżeństwie było bardzo dobrze do czasu urodzenia dziecka. Potem równia
          > pochyła. Najpierw myślałem że to okres przejściowy. Wiadomo pewien szok, nowa
          > sytuacja.. ale nie. Początkowo nie robiłem nic aby doszło do zbliżenia.
          ..................
          • karol.01 ps.: podziwiam dlatego, 15.08.06, 10:48
            żeś tak długo wytrzymał. Ja nie miałem tyle cierpliwości - powiedziałem sobie,
            szkoda życia, czas korzystać z życia :).

            pozdr.
            • riften Re: ps.: podziwiam dlatego, 17.08.06, 09:43
              No ale wytrzymałeś 3 lata. :) Wcale nie taki zły wynik. Ciekaw jestem dlaczego
              twoja żona rezygnowała z wizyt. Mnie się nie udało mojej nawet tam
              zaprowadzić... może więc Twoja sytuacja nie jest aż tak tragiczna. Ja bym
              widział w tym, że jednak poszła, próbę jakiegoś dialogu.
              • karol.01 Re: ps.: podziwiam dlatego, 27.08.06, 12:32
                No nie, aż tak łatwo to nie było :).

                Po każdej wizycie okazywało się potem, po pierwszej kłótni, że zrobiła mi
                łaskę, albo robiła to tylko dla mnie - bo przecież u niej wzystko w główce jet
                w porządku...
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka