dankazaba
15.08.06, 19:34
może się czepiam mojego biednego męża,ale potrzebuję waszej rady, bo miotam
się jak zwierzę w potrzasku.
jak spędzacie czas ze swoimi mężami, żonami czy partnerami w ogóle.
mój mąż jest typem samotnika. nie ma przyjaciół, znajomych, nawet jego
rodzina jest bardzo okrojona, gdyż jest jedynakiem, a rodzice już dawno nie
żyją. kiedy go poznałam leczyłam rany po wcześniejszym związku- bardzo
dynamicznym wręcz szalonym, spontanicznym i ogólnie nastawionym na zabawę.
dodam tylko, że ten partner był starszy od mojego męża o 5 lat, a tyle w nim
było życia, ikry, flirtu- tego czegoś, co tak pociąga kobiety. szalone dni,
upojne noce, zabawy na dyskotekach do białego rana, miłość na plaży czy
innych fajnych miejscach,rowerowe wypady za miasto. ale to co się burzliwie
zaczęło skończyło się jeszcze burzliwiej. i pojawił się mój mąż. spokojny,
opanowany, troskliwy, opiekuńczy- wspaniały kandydat na męża. nie byłam w nim
bez pamięci zakochana, ale myślałam że to uczucie przyjdzie z czasem. to był
i jest związek z rozsądku. drugi raz gdybym miała podejmować decyzję na pewno
zastanowiłabym się bardziej nad jego sensem. kocham męża jako partnera,
ponieważ jest moim ogromnym przyjacielem, zawsze mogę liczyć na niego, pomaga
w pracach domowych bez żadnego proszenia z mojej strony, ale... czasami nie
mamy o czym ze sobą rozmawiać. bywa tak, że gdy jedziemy samochodem do
pracy /12km/ to prawie słowem do mnie się nie odezwie. zagaduję go ale nie
chce mi się ciągle wymyślać tematów do rozmowy. już mnie to męczy. moja mama
też mi czasami docina że wzięłam sobie za męża niemowę i odludka, chociaż pod
żadnym innym względem nic absolutnie do niego nie ma. z nikim nie utrzymujemy
kontaktów, nie spotykamy się bo on nie lubi i uważa za stratę czasu, nie
wychodzimy do żadnych lokali bo on się źle w nich czuje, nigdy ze sobą nie
tańczyliśmy przez 3 lata naszego małżeństwa, chociaż ja to uwielbiam. przez
te jego ograniczenia nasz związek staje się jałowy. mąż nie jest egoistą i
próbował kilkakrotnie ze mną wyjś na piwo do knajpki czy rower, ale to było
takie męczące dla niego /to było widać,chociaż nie skarżył się/, że już nie
próbuję go namawiać. chciałabym z nim poflirtować, chciałabym żeby mnie
pouwodził, rozkochał w sobie, chciałabym żeby cokolwiek z siebie wykrzesał. a
tak jak dwie foki siedzimy w domu i obrastamy w tłuszcz. stałam się przez to
apatyczna, a mój popęd prawie zanikł. nie mam bodźców to tego żeby chcieć sie
z nim kochać. i tu rodzi się frustracja /chociaż rozmawiamy o tym- tzn
najczęściej ja mówię on słucha / narzeka w żartach że seks ma limitowany, ale
ja potrafię zaangażować się emocjonalnie gdy nie czuję pociągu fizycznego i
psychicznej bliskości. aż tak się czepiam??