kwiatpolny
10.04.07, 11:16
Kochani,forum podczytuję od dosyć dawna i bardzo cenię Wasze towarzystwo. Tyle
tytułem wstępu.
Od pewnego czasu gryzę się z moim problemem,a że nie bardzo mam z kim
porozmawiać to postanowiłam tutaj się wypisać. Otóż problem dotyczy mojego
małżonka i jego podejścia do posiadania potomstwa. Jesteśmy ze sobą ponad 5
lat z czego mieszkamy razem 4 a od półtora jesteśmy małżeństwem. Od zawsze
wiedziałam,że nie ciągnie go do posiadania dzieci,drażnią go,unika kontaktu.
Nigdy go nie naciskałam,nie stawiałam pod murem tak samo z resztą jak w wielu
innych kwestiach,staram się aby nasz związek był partnerski nie tylko z nazwy.
Nie “wychowuję” swojego męża, wychodząc z założenia ,że takiego sobie wzięłam
i takiego mam.
Niestety ta kwestia zaczyna mnie chyba zjadać i przerastać. Nie ma dnia żebym
o tym nie myślała, rozmowy coraz częściej schodzą na ten temat,nie tylko z
mojej inicjatywy. Czasem sam je prowokuje. On wie co mnie gnębi i zna moje
argumenty. Ja znam jego argumenty i.......nic. Nie wiem co dalej. Jak mu
przetłumaczyć,że to dla mnie naprawdę ważne, nie chodzi o to żeby już teraz
zaraz,ale żeby ta furtka była otwarta,żebym miała poczucie że on tego tak
drastycznie nie odrzuca...problem w tym,że właśnie tak jest. Są, były chwile
kiedy mi obiecywał, że napewno do końca 2005 roku pomyślimy...potem że do
końca 2006 a teraz...teraz są inne priorytety. Oczywiście w tym wszystkim
zapewnia ,że to ze mną chce spędzić swoje życie z nikim innym,że ja jestem
najważniejsza. Kiedy pytam jak to się ma do moich potrzeb-milczy.
Zapytacie to o czym rozmawialiście przed ślubem,trzeba było to ustalić. Ale
tak było od zawsze,ślub nie był momentem przełomowym w naszym życiu, był
naturalną konsekwencją bycia razem,niczego nie ustalaliśmy,niczego nie
zakładaliśmy.
Dla dopełnienia obrazu może dodam że oboje jesteśmy w okolicach trzydziestki,
materialnie napewno byśmy sobie poradzili,mamy gdzie mieszkać.
Teraz może garść jego argumentów:
-ja jestem zbyt leniwa
-on nie jest zdolny do poświęceń
-napewno się do tego nie nadajemy
-nie wyobraża sobie nas w tej roli
-samorozwój jest ważniejszy niż sprowadzanie na świat kolejnych istnień (to
kluczowy argument)
-nie potrzebuje w życiu nikogo poza mną ( to też ważne,nie jest rodzinny, z
własną rodziną ma nikły kontakt)
To wszystko oczywiście odbija się na naszym sexie.Od ślubu nie biorę tabletek,
generalnie źle się po nich czułam,zaczęłam mieć problemy z pękającymi
naczynkami. On oczywiście o tym wie, czasem wspomina ,że mogłabym wrócić do
tabletek ale nie naciska. Mój organizm,a może moja podświadomość zaczęła
jednak od pewnego czasu dziwnie reagować. Zauważyłam że od skończonego okresu
do dni płodnych mam ochotę na sex a potem...tragedia. Nie wiem,może sama się
tak nastawiłam, że jeśli nie ma szans na zapłodnienie to go od siebie
odsuwam,sex uważam za zbędny. To oczywiście prowadzi do spięć,bo on zawsze
miał duży temperament, ja raczej umiarkowany.
Rozmowy nic nie dają,awanturowała się nie będę więc co dalej...?