A już myślałam, ze się pozbierałam. I właśnie się okazało, jak moje poczucie
pewności siebie i własnej wartości na glinianych nogach stoi.
Ostatnio pisałam pracę licencjacką. Promotorka jak u kamyczka - łaskę nam
robi, że się nami zajmuje.
Prace piszemy praktycznie sami, bo nic nie można się od niej dowiedzieć. No i
napisałam. Tak jak mi się wydawało, że jest dobrze, po swojemu. Oczywiście
baba całej pracy nie przeczytała, ale sporny był rozdział 4 (Analiza i
wnioski) który przeczytała prawie w całości na zajęciach.
Kobita była niezbyt zadowolona ale przyjęła i dopuściła mnie do obrony.
Stwierdziła, ze jak pisze z własną koncepcją to trudno, jej się to średnio
podoba, ale przyjmuje, obrona 19 lipca.
Super nie? Otóż nie

Mój kolega ze studiów w skrócie stwierdził, że przyjęła bo:
a) się mnie boi,
b) mnie nie lubi,
i że:
c) udupi mnie na obronie, albo mi taką recenzję strzeli, że poza 3 nie wyjdę

A druga recenzentka jest bardzo wymagająca.
I co? Ano teraz siedzę i się zamartwiam.
I cały czas myślę, czy ja faktycznie jestem taka straszna, że się mnie ludzie
boją? Czy ja faktycznie jestem taka okropna?
Czy ona mnie naprawdę aż tak nie lubi? Dopóki on tego nie powiedział, jakoś
nie zauważyłam, a teraz nie mogę przestać myślę, ze on ma rację.
I że mnie na pewno udupi.
I myślę, czy tej pracy nie przerobić, chociaż niby ona przyjęła.
Naprawdę nie wiem co mam robić. Przerabiać, nie przerabiać? Już obsesyjnie nie
mogę przestać myśleć, jak przerobić

Oto jak można przekuć sukces w porażkę. Może pozorny sukces?
Czuję się okropnie, jak zbity pies. Chce mi się wyć i umrzeć. Masakra

Jestem kompletnie załamana