Piszę pod nowym nickiem ze względu na ustawienia prywatności, liczę na to, że rozpoznacie mnie po moim charakterystycznym stylu (i braku komentarzy i postów ze starego nicka).

Więc się nie witam.

No więc mam dość. Mam wrażenie, że wali mi się ostatni bastion "normalności" (co widać z tego, że piszę o piątej rano, hurra, ciekawe ile można nie spać). Tym bastionem jest praca. Chodzi mi o relacje niejako publiczne, więc nie liczę związku i przyjaźni. Spieprzyłem studia (choć jest jeszcze szansa na obronę pracy mgr, tylko trzeba ją jeszcze napisać). Poobiecywałem coś różnym osobom niejako oficjalnie i nic nie zrobiłem, wychodzę na niesłowną świnię, najgorsze jest to, że w ogóle o tym nie pamiętam, a potem nagle sobie uświadamiam. Z innego poletka, mam problemy dermatologiczne, a nawet nie myję się wieczorem i a potem świecę oczami u dermatologa. I różne takie.
Opieprzył mnie szef, nie do końca ma rację, ale niech mu będzie. Opuszczam się, może nie w jakości pracy, ale we frekwencji i punktualności (co nie wpływa na pracę, bo jest zadaniowa, a zadania wykonuję cały czas). Najgorsze jest to, że znowu wchodzę w stary schemat, czyli "o mój Boże, nagle mi się zaczyna walić na głowę". Schemat: 1. jest w miarę, daję radę 2. jest fatalnie, idę do lekarza 3. świat zewnętrzny komunikuje mi, że było źle już wcześniej (chociaż w tym konkretnym przypadku świat zewnętrzny mógłby coś powiedzieć wcześniej)
O ironio, poprzedni szef uważał, że jestem profesjonalny, skrupulatny i w ogóle och i ach, a bynajmniej nie byłem w okresie remisji.
Chciałbym znaleźć pracę, która będzie mi naprawdę odpowiadała (moja obecna praca nie ma obiektywnie żadnego znaczenia, sad but true). Boję się, że mi się to nie uda, a jeżeli tak, to potem nie będę w stanie jej utrzymać. Nie chcę żyć na rencie (której bym pewnie i tak nie dostał) i nie chcę żyć za grosze...
Jest mi teraz ciężko i źle, mam dość tej jebanej depresji podającej się za normalny stan, ale po cichu pieprzącej mi życie. No bo jeśli mogę wyjść z domu i iść do pracy, to jest dobrze, nie? - tak sobie tłumaczę. Nie leżę w łóżku cały dzień, nie mam ochoty skrócić swoich cierpień, to jest dobrze? Gówno prawda.
Chociaż trochę remisji, chociaż trochę (z) górki, czy mi się nic nie należy po ponad 10 latach choroby?!
Mam ochotę iść do szpitala na kilka miesięcy na oddział dzienny, niech mi nareszcie się poukłada lepiej! Ale nie mam oszczędności, żeby sobie pozwolić na taki luksus.
Narzekam, zacząłem w zeszły piątek brać Coaxil, ale to, że pomoże mi za jakieś dwa-trzy tygodnie kompletnie mnie nie urządza.
Wystarczy, narzekam, wszyscy pewnie wymiękną w połowie posta. świta, czas złożyć znużoną głowę na miękką poduszkę...