Mój Franiu, pewnie tak jak większość wcześniaczków, został ochrzczony w
szpitalu przez pielęgniarkę zaraz po urodzeniu.
Dla mnie jasne od początku było, że chciałabym dla niego chrztu w kościele.
Dowiedziałam się od znajomego księdza, że taka uroczystość nie jest już pełnym
chrztem - jest to tylko namaszczenie dziecka (którego nie było w szpitalu)
oraz ogłoszenie o przyjęciu go do grona wiernych.
Dla nas jest to b ważna uroczystość, chcemy żeby Franek miał chrzestnych jak
inne dzieci, żeby ..było tak normalnie. Rozumiecie? Poza tym od kilku miesięcy
myśleliśmy o tym, żeby ta Msza była połączona od razu z Mszą dziękczynną za
jego życie i zdrowie.
Właśnie wróciłam z kancelarii. Gdy wyłożyłam sprawę ojciec (franciszkanin
zresztą) spojrzał na mnie wielkimi oczami i powiedział: Ale pani ma przecież
ochrzczone dziecko. Sprawa jest już załatwiona, tylko go do ksiąg wpiszę.
Więc ja swoje: że to dla nas ważne, że tamten chrzest to dlatego że umierał
(tu zaczął mi się głos łamać, łzy w oczach na samo wspomnienie), że chcemy
żeby tak jak inne dzieci, poza tym jest przecież specjalny obrządek dla takich
dzieci itd.. Dopiero jak zobaczył, że zaraz mu się rozryczę na amen, to
złagodniał.. Zaczął mówić łagodnym głosem i że dobrze, zarezerwował wybrany
przez mnie termin. Po powrocie ze szpitala z małym (jutro jedziemy), mam
wrócić podać dane chrzestnych i dopełnić formalności.
Uff.. dobrnęłam do końca

Pytanko: jak to u Was wyglądało? Czy chrzciliście dzieci po tym szpitalnym
chrzcie? Czy mieliście z tym jakieś problemy?