Kobiety, ratujcie!
W środę zaczął mi wyłazić ząb, w czwartek zaczęła się gorączka, wiec
skoro to 8 na dole to gorączka musi być (tak mi powiedział
dentysta). Nic z tym nie robiłam. W piątek zaczęło boleć gardło, do
tego wysoka gorączka 39,8 st., którą zbijałam polopiryną. Ale cały
czas żyłam przekonaniem, że to od zęba i tak spuchłam, że aż gardło
pobolewa. Sobota identyczna, chociaż z rana czułam się lepiej, za to
wieczorem nie mogłam już nic przełknąć.
Niedziela rano - koszmar, język i szyja spuchnięte, zajrzałam do
lustra i zobaczyłam wielkie białe kropki na podniebieniu. Od razu
jazda na SOR i diagnoza: angina paciorkowcowa. Dostałam Augmentin i
Fluconazole, do tego psikam Hascoseptem.
Od wczoraj jestem u rodziców, mam tu siedzieć dopóki nie
wyzdrowieję. Chłopaki są z mężem, póki co - są zdrowi.
Ale ja zachodzę w głowę, czy mogli ode mnie złapać to cholerstwo?
Wcześniejsze objawy to tylko gorączka, dopiero reszta wczoraj rano.
Na moje pytanie każdy lekarz kręci głową i "nie jest w stanie
powiedzieć".
Ja pytam was, bo macie na pewno w tej sprawie duże doświadczenie i
na pewno wiecie, po jakim czasie dzieciaki łapią choroby i czy to
już by wylazło do tej pory? Dalej robimy im inhalacje 2 x dziennie,
czy to w jakiś sposób ich ochroni? I czy anginą można się zarazić
tylko przez kontakt, ale wtedy, gdy są już te ropne naloty, czy
wtedy, gdy jest sama gorączka?
Może ktoś zna odpowiedzi na te pytania i mi pomoże...
Bo ja już dostaję w łeb

-------
Jaś (1740 g) i Michaś (1540 g)
31 tc, ur. 17.10.2009 r.