yulia19791
04.01.07, 21:29
Część! Wreszcie mam czas, by opowiedzieć Wam naszą historię - KU POKRZEPIENIU
SERC!
Bartek urodził się 11 września 2006r. w 27 tygodniu ciąży (+3 dni). termin
rozwiązania mieliśmy na 8 grudnia. Oczywiście miałam cesrskie cięcie w celu
próby ratowania życia płodu.
Przyczyną naszych nieszczęść okazało się moje nadciśnienie, na które
chorowałam już przed ciążą. W pierwszych tygodniach ciąży spadło mi ono do
normalnego poziomu, a więc lekarze stwierdzili, że mogą mi wycofać leki na
jego obniżenie. Moja ginekolog była temu przeciwna, ale ponieważ tę decyzję
podjęła pani profesor, jej przełożona, ona na to przystała. A ja tez nie
protestowałam, bo głupia myślałam, ze każdy lek w jakiś sposób dziecku
szkodzi.
Jednak od początku moja ciąża (stymulowana hormonalnie ze względu na zespół
policystycznych jajników) została uznan za zagrożoną, więc leżałam od samego
jej początku. I tak nie udało się uniknąć krwawień w 6 i 16 tygodniu, których
przyczyny nigdy nie ustalono. Pod koniec lipca byłam na usg i stwierdzono, że
mam zbyt mało wód płodowych, a dziecko jest o jakieś 2 tygodnie za małe. 4
września kolejna wizyta u ginekologa - te same wskazania do leżenia. Pani
doktor skierowała mnie 8 września do szpitala (Polna w Poznaniu) na badanie
krzywej cukru na oddział endokrynologii. Miałam iść od razu do domu, ale moja
pani doktor powiedziała, że mam zostać jeden dzień na obserwacji, bo może
potrzebne będzie położenie mnie na patologii ciąży.
Wieczorem pilęgniarka zmierzyła mi ciśnienie: 160/120. Podała leki i za
godzinę powtórzyła pomiar - bez zmian. Wezwała lekarza z porodówki, a ten
kazał mnie przewieźć do siebie na oddział. Kolejne końskie dawki leków nie
pomagały - ciśnienie 160/120 jak zaczarowane. W sobotę zrobiono mi usg
przepływów i okazało się, że dziecko jest wielkością na 25 tydzień, a łożysko
niewydolne. Nastąpiła centralizacja przepływu krwi - organizm dziecko
kierował ją do rozwoju narządów, a nie starczało już na wzrost ciałka.
Stwierdzono, że prawdopodobnie dziecko już nie będzie się mogło rozwijać i
jeżeli niczego nie zrobimy - umrze. Dano mi dwa zastrzyki surfaktantu. W
poniedziałek powtórzono badania - ich wynik był taki sam. O godz. 10
przyszedł lekarz i opowiedział o całej sytuacji. Podkreslił, że to tylko
PRÓBA ratowania zycia dziecka. Nie byliśmy świadomi możliwości dzisiejszej
medycyny i nie wierzyliśmy, że bedziemy rodzicami. Do dziś mamy o to do
siebie duże pretensje - kto jak kto, ale my powinniśmy byli wierzyć.
O godz. 15:53 w poniedziałek 11 września przyszedł na świat Bartuś. Ważył 650
gram. To była nasza prywatna katastrofa.
Oceniono go na kolejno 4, 5, 6 punktów wg skali Apgar. Sztucznie wentylowany
od urodzenia. Zespół zaburzeń oddychania, niewydoloność oddechowa.
niedokrwistość. W pierwszych dobach - stan niestabilny. Objawy zapalenia płuc
wewnątrzmacicznego. Żółtaczka. Wylew krwi 2 stopnia.
Ja odważyłam się pójść do niego dopiero w środę. I to tylko dlatego, ze do
tej pory widział Bartka tylko mój mąż, a ja nie chciałam, go samego z tym
zostawiać. To co tam zobaczyłam moja pamięć wyrzuciła juz dawno, dziś nie
pamiętam tamtych obrazów.
Stopniowa poprawa stanu zdrowia. W 14 dobie życia zakończono sztuczną
wentylację. Masa ciała spadła do 600 gram. Potem zaczęła rosnąć i już nigdy
nie spadała.
W 2 tygodniu kardiolog stwierdził niedomykalność zastawki mitralnej 4
stopnia. Ale lekarze powiedizeli, że to temat na operację za parę lat, więc w
ogóle się tym nie przejmowaliśmy. Dziś już wiemy, że sprawa nie była taka
prosta. Jednak wyraźnie stwierdzili, że nie ma ŻADNYCH szans na zmianę tego
stanu. W 58 dobie ten sam kardiolog stwierdził niedomykalność I stopnia i
powiedział, ze takiego czegoś jeszcze w swoim życiu nie widział. Stwierdził,
że owszem, niedomykalność zastawki może się cofnąć, ale nie w przypadku
mitralnej. Nam zdarzył się kolejny cud.
W 19 dobie zakażenie, na drugi dzień respirator. Bylam pewna, że to konieć.
Serca nam pękły. Powrócił do samodzielnego oodychania w 28 dobie życia.
Od 30 doby tachykardia - do 200 uderzeń serca/minutę. Po kilku dniach dniach
serce zwolniło do normalnej prędkości.
Od 6 tygodnia dysplazja oskrzelowo-płucna. Bartuś był tlenozalezny do 48 doby
życia (m.in. tlen do inkubatora w momentach licznych bezdechów). Respirator
23 dni.
Skłonność do anemii - w 1, 4, 17, 25, 48 i 67 dobie życia przetoczono krew.
W 68 dobie laseroterapia - retinopatia 3 stopnia.
Żywienie przez sondę rozpoczęto w 6 dobie życia: mój pokarm + Bebilon pepti.
Zaczynaliśmy od 2 ml. Około 60 doby życia rozpoczeto naukę picia. Załapał od
razu, choć kosztowało go to dużo wysiłku.
Miał również (i ma do dzis) przepukliny pachwinowe obustronne i pępkową.
W 75 dobie (24 listopada) przy wadze 1890 gram WYPISANY DO DOMU! Jadł wtedy
40 ml.
Dziś waży 3070 gram, je 70-90 ml 8 x dziennie. Do 2800 gram jedliśmy bebilon
nenatal i mój pokarm, który skończyl się tydzień temu. Przeszliśmy na bebilon
1, ale od tygodnia walczymy z zapraciami, więc znowu zmiana na bebiko omneo.
Dziś byliśmy u chirurga - zaplanował operację przepukliny na 12 kwietnia,
chyba, że uwięźnie. Ale mój mąż dzielnie je odprowadza kilka razy dziennie.
Trzy kontrole okulistyczne po laserze nie przyniosły niczego poza
stwierdzeniem, że choroba na razie nie postępuje (zabieg był 17 listopada).
To nam teraz najbardziej leży na sercu. 8 stycznia kolejna wizyta u okulisty -
żyjemy nadzieją, że nastąpi koniec tego tematu w naszym życiu.
Istniało również zagrożenie niedosłuchem - ale kolejne badanie powteirdziło,
że Bartuś słyszy prawidłowo.
Również kardiolog stwierdził, że kolejne badanie powinno się odbyć w czerwcu -
dla świętego spokoju - a potem to już co 2 lata profilaktycznie.
Bartuś jest więc z nami, wszyscy oszaleli na jego punkcie. Jesteśmy nadal
pełni obaw i starsznie się boimy, ale najważniejsze, że więcej już za nami.
Mam nadzieję, że Wasze historię skończą się podobnie - razem w domku.
Jeżeli mogę Wam służyć radą to piszcie: julia.karczewska@neostrada.pl