gimme_gimme
20.03.04, 20:17
Jestem samotna bardziej niż to można przypuszczać. Nie mam za sobą żadnego
trwałego związku i spędzam kolejny wieczór sama. Już nie o to chodzi, że
kolejny sobotni wieczór - jest to od Bóg wie kiedy kolejny samotny wieczór w
ogóle.
Przestałam już wierzyć, że zmieni się moje życie. To może śmieszne, bo
dopiero skończyłam 30 lat, a to nie jest wiek zmurszałego pnia i wiele
jeszcze mogłoby się zdarzyć.
Patrzę na moich znajomych - dosłownie już wszyscy są w związkach, mają dzieci
lub właśnie na nie oczekują. Oglądanie ich uświadamia mi, jak bardzo
pozostałam w tyle w stosunku do nich. Można by rzec, zatrzymałam się na
pewnym etapie rozwoju - moim jedynym "osiągnięciem" życiowym jest własne
mieszkanie. Prawda, że to śmieszne?
Mam problemy z zaakceptowaniem siebie, nie potrafię nawet okazać mężczyźnie,
że mi się podoba, narażam się zatem na to, że mnie rani nieświadomie, sam o
tym nie wiedząc.
Moi znajomi i przyjaciele poszli dalej normalnym trybem. Przez pojęcie
normalnego trybu pojmuję to, ze ludzie dorastają, łączą się w pary, próbują
razem żyć, mają dzieci. Oczywiście nie wszyscy są szczęśliwi i wielu
przeklina swoją obecną sytuację, zdaję sobie z tego sprawę.
Rzecz w tym, że mnie nie dano nawet takiej szansy. Nie było nikogo, z kim
mogłabym zaryzykować i spróbować "budować swoje szczęście". Patrzę na ludzi i
im zazdroszczę, nawet jeśli znajdują się w nieszczęśliwych układach. Bo oni
są bogatsi o doświadczenia, których mi nie było dane zaznać.
Paradoksalnie czasem sobie myślę, że gdyby ktoś mi opowiedział historię taką
jak powyższa, okropnie współczułabym bohaterce - że jest taką strasznie
biedną osobą. Bo jest. Ta osoba to ja.