dziewczyna_rzeznika
12.01.11, 15:45
Dorosłość mnie emocjonalnie obciąża.
Od wczoraj nie jestem nastolatką i źle mi z tym. Bo zawsze można było zrzucić winę na wiek, hormony i inne bzdety.
A teraz? Teraz mija miesiąc za miesiącem a ja stoję w miejscu.
Kiedyś było życie, pogowanie pod sceną, picie, palenie (oczywiście jako środek pobudzający do twórczego działania), nocne włóczenie się. Pamiętam, miałam taką fajną paczkę, taka Anka chociażby. Do dziś pamiętam jak potrafiłyśmy przegadać całą noc o poezji Gałczyńskiego, rozszyfrowywałyśmy wzory chemiczne substancji, którymi ućpał się Witkiewicz malując obrazy.
Z zapartym tchem słuchało się Jeffersonów albo Doorsów.
Oglądało się "Casablancę".
A dzisiaj?
Mnie gdzieś wywiało, żyję z facetem, który mógłby być moim ojcem, Anka jest postulantką w zakonie, nawet boję się z nią spotkać, żeby nie dostrzec w jej oczach choćby cienia współczucia, pobłażania dla sposobu, w jaki wiodę życie. Bo to ja miałam iść do zakonu,a nie ona. Życie potrafi jednak zaskakiwać. Wszystko się zmieniło, nie chodzę do kościoła, nawet nie chce mi się szukać żadnego Boga, książki, oprócz tej wymuszonej przez studia, dawno nie miałam w ręku. Zresztą świadomie chyba po nią nie sięgam bo wiem, że coś się we mnie zmieniło, że nie umiem przeżywać sztuki tak, jak kiedyś.
W ogóle nic nie jest tak, jak kiedyś, nic nie jest tak, jak być powinno. Patrzę na swoich rówieśników, jak się rozwijają, jak odkrywają swoje pasje.
Ja mam wrażenie, że wszystko już było, że wszystkiego już doświadczyłam . I że nic mnie nie czeka.
Dekadentyzm w pełnej krasie, to ja :(