janis33
11.01.13, 11:28
Nie radzę sobie z relacjami z mamą. Potrzebuję porady, ponieważ chciałabym uleczyć sytuację, a nie mogę sobie z tym poradzić.
Jestem wdzięczna moim rodzicom za to, że mnie wychowali, poświęcili czas i pieniądze, aby dać wykształcenie i zależy mi na dobrych relacjach.
Są jednak 2 zakały i kości niezgody w rodzinie – religia i polityka.
Moja mama jest słuchaczką Radia Maryja. Mnóstwo czasu spędza w kościele lub modląc się. Mimo, że jest na wcześniejszej emeryturze nie oferuje nam swojego czasu, czy wnuczkom, ponieważ cały czas jest ,,zajęta”. Wszystkie święta, okazje kościelne, o 15.00 Koronka, więc nawet w trakcie spotkania wychodzi do innego pokoju odmówić, wieczorem Apel Jasnogórski. Kiedy jedzie na kilka dni z tatą nad morze, chodzi po kościołach i rozwiesza ulotki. W wolnym czasie pisze pisma do rządzących, czy zbiera podpisy.
Wszystkie rozmowy sprowadzane są do jednego. Zwykle kończy się narzekaniem na kraj, rządzących, masonerię i żydów. O tym że ludzie myślą tylko o konsumpcji. Wszystko uważa za zbędne: odpoczynek, ubrania, kosmetyki. Zabiera całą radość życia.
Jak coś nie jest po jej myśli obraża się i odkłada słuchawkę.
Ostatnio podczas rozmowy – która była dość miła, poprosiła abyśmy za ich zdrowie odmówili różaniec podczas jazdy samochodem, ponieważ wiedziała że zaraz wyjeżdżamy.
Nie lubię tego robić, niemiło wspominam zmuszanie nas do odmawiania różańca podczas jazdy kiedy byłam dzieckiem. Mówiłam jej o tym wielokrotnie. Powiedziałam, że mogę poświęcić dla niej mszę niedzielna, powiedziałam, że mam sobie nie kpić, obraziła się.
Tym razem zadzwoniła i poprosiła, abyśmy zlikwidowali w domu wszystkie gwiazdy pięcioramienne. Ponieważ jest to znak szatana. A mam tego trochę: tapety u dzieci w pokoju, choinka, lampki. Dla mnie to jest niedorzeczność. Taki gwiazdy są w wielu kościołach, również w naszym nad stajenką. Chce być mądrzejsza od papieża.
W zasadzie nie miała i nie ma powodów, aby na mnie narzekać, zawsze dobrze się uczyłam, teraz tez mam dobrą pracę, zadbany dom, jesteśmy szczęśliwą rodziną. Ale jest ostrożna w pochwałach, widzi same niedoskonałości, nie akceptuje mojego męża i często go przy mnie neguje. Mój mąż uważa, że powinnam mieć swoje życie i odciąć się, szczególnie jeśli są to toksyczne relacje, ale mieszkamy dość blisko siebie, poza tym są to rodzice i należy im się szacunek.
Nie chcę się z nią cały czas kłócić. Staram się mówić co mi się nie podoba, ale jak grochem o ścianę. Sama jestem osobą wierzącą i praktykującą, ale nie narzucam innym na siłę swoich upodobań.
Zajmie się dziećmi, kiedy ją poproszę, ale potem dzieci chodzą do szkoły powtarzają po niej, że są dziećmi bożymi, że gwiazdy powinny mieć 8 ramion, neguje nas, ze dzieci odmawiają pacierz na leżąco i długa jeszcze lista…
Czasem wstydzę się za nią podczas spotkań rodzinnych. Zamienia się wtedy w mentora i głosi.
Staram się utrzymywać kontakt, zadzwonić, czy spotkać się na niedzielnym obiedzie. Ale najczęściej wracam z takich spotkań poraniona psychicznie i z wyrzutami sumienia. Wzbudza we mnie jednocześnie uczucie litości i złości.
Z jednej strony nie chcę jej ranić, z drugiej nie mogę pozwolić sobie wejść na głowę.
Tak chciałabym mieć normalną, fajną mamę z którą można o wszystkim pogadać, pośmiać się, wzajemnie pomóc. Ale to chyba niemożliwe…
Co Wy na to?