lady_lula
22.01.13, 20:47
Sprawa wyglądała tak: wypatrzyłam w sklepie przecenione spodnie, fajne, stwierdziłam, że kupię. Kasjerka skasowała, cena na paragonie jeszcze o 20 zł niższa niż na metce z przeceną. Upewniłam się, że to nie pomyłka, niby nie, no ok. Moja mama spodnie przyuważyła, stwierdziła, że za takie grosze to ona też chce, śmignęła do sklepu i tu się okazało, że kasjerka jednak źle coś nabiła i spodnie kosztują te 20 zł więcej. Powiedziałam, że biorę portasy, paragon i idę zapłacić różnicę, zwłaszcza, że podobno w części sklepów w takich sytuacjach obciążają kosztami pomyłki kasjerkę. Na co mój pan mąż oznajmił, że to jest skrajne naiwniactwo, że sklep sobie wrzuci w straty (mąż pracuje w handlu) a kasjerka weźmie te moje 20 zł do kieszeni i i kupi sobie flachę.
Tu dodam, że rozmowa niestety odbywała się przy dzieciach, a mnie lekko trafił szlag, bo może ze dwa dni wcześniej tłukłam młodej do głowy, że jak np. znajdzie w szkole dwie dychy na podłodze to nie może iść do sklepiku i sobie kupić słodycze, tylko powinna oddać pieniądze w sekretariacie, bo ktoś ich może szukać.
Mój mąż wychował się w rodzinie, która kręgosłup moralny ma giętki, teściowie nie widzą nic zdrożnego w wyłudzaniu renty na lewe papiery jak kto może, głoszą hasła typu znalezione - nie kradzione, jeżeli można coś z pracy "załatwić" to ok, bo przecież to niczyje itp.
Moi rodzice natomiast wpajali nam zawsze zasady, że kradziez to kradzież, nawet drobna, i nie ma co do tego ideologii dorabiać. Nieskasownaie biletu w tramwaju to też kradzież.
W każdym razie z małżonkiem poprztykaliśmy się niewąsko, w pewnym momencie zezwałam go od pieprz... złodziei o moralności Kalego i teraz się zastanawiam czy to ja jestem jakimś mamutem na wyginięciu, czy zdołam w dzisiejszym świecie uchronić moje dzieci przed takim relatywizmem moralnym? Przeraża mnie to przekonanie, że czyjaś potencjalna czy rzeczywista nieuczciwość usprawiedliwia (niby) moją własną :-/