lakme80x
15.12.13, 09:12
Jesteśmy prawie trzy lata po rozwodzie, cztery po rozstaniu, a wciąż nie jestem w stanie ułożyć sobie normalnych relacji z byłym mężem. Mamy córkę i o to rozbija się cały problem z jego strony. Nie udało się "dogadać" co do opieki polubownie i ustalić nieograniczeonego kontaktu, bo wtedy przychodził po córkę jak chciał, a jak coś mu się nie spodobało to wcale. Ustaliłam więc kontakt sądownie, bo zależało mi na dobrej relacji dziecka z ojcem. Widzą się często, bo dwa razy w tygodniu po przedszkolu do wieczora i co drugi weekend. Tych spotkań on przestrzega, nie mogę nic zarzucić i wiem, że kocha córkę, jest dla niej dobrym ojcem, ale... No własnie sama juz do konca nie wiem, czy naoprawdę tym dobrym ojcem jest. Problem pojawia się zawsze, gdy chodzi o jakąś "pomoc" która wykracza poza ustalenia sądowe. Np. gdy ja muszę wyjechać służbowo, mam pilną sprawę do załatwienia, jestem chora, itp. nie mam w moim mieście rodziny do pomocy, wiec naturalne, że proszę jego. Przykłady: córka jest chora, mnie zepsuł się samochód (on mieszka 7 min. od nas), proszę o to by zabrał ją do lekarza, bo nie chcę jej tłuc autobusem, on odmawia, bo "ma swoje życie" a dzisiaj nie jego dzień. Córka miała zapalenie stawu kolanowego, nie wiedzialam co się dzieje, zabrała ją z przedszkola, po 3 godzinach jeżdzenia od lekarza do lekarza wylądowałyśmy w szpitalu, okazało się, że musi tam zostać całą noc prawie na badaniach, dzwoniłam żeby przyjechał - nie, on ma swoje życie, akurat był na randce. Kiedy on jest chory, tylko pisze sms, że nie przyjdzie. wiadomo, jest chory - nie może. Kiedy ja leżę w łóżku z grypą i ledwo mogę ruszyć ręką - nie ma mowy, żeby wziął na ten czas córkę - ma swoje życie. I tak ze wszystkim, zero ustępstw, zero współpracy, zero elastyczności. Tylko wtedy, gdy on ma jakieś sprawy, to ja idę mu na rękę. W moją stronę to nie działa. Kilka dni temu przeszedł samego siebie. Jestem w trakcie przeprowadzki: dwa mieszkania rozgrzebane, ze starego muszę się zaraz wyproweadzic, całe spakować, w nowym nie ma ciepłej wody, mnóstwo mam latania, załatwiania, składania mebli, przewożenia, itp. Bardzo ciężko to ogarnąć z kilkuletnim dzieckiem pod pachą. Poprosiłam byłego o pomoc - czy nie wziąłby córki na kilka dni aż się przeprowadzimy. Co usłyszałam? Oczywiście - nie, on ma swoje życie. Mam sobie poradzić sama. Brak mi już słów i sił. Nie dociera do niego tłumaczenie, że córka to przecież też jego życie, że to też jego dziecko, że nie proszę o pomoc w moich sprawach, ale w tych związanych z dzieckiem, ze ja idę mu na rękę, gdy potrzebuję, że za jakiś czas córka będzie przecież widziała i rozumiała, co on wyprawia, itd, itp. Jego odpowiedź: mam się wreszcie odczepić, bo ciągle czegoś chcę i nie daję mu życ, że on jest dobrym ojcem, bo zajmuje się nią w dni wyznaczone przez sąd, że skoro chciałam mieć dziecko przy sobie, to teraz muszę sobie radzić. Jak wspomniałam, nie mam tu nikogo do pomocy, nie mam też tyle kasy, żeby szukać niani na takie okazje, czasem pomagają mi koleżanki, ale nie mam też sumienia ciągle ich prosić o pomoc. Jak przemówić byłemu do rozsądku? Dodam, że to nie jest spokojny typ, próbowałam rozmów, działało na chwilę, zwykle kończy się wyzwiskami i awanturą oraz dziesiątkami obraźliwych smsów z jego strony.