rosaliakalina
13.07.18, 11:17
Cześć. Nie jestem ani stałą czytelniczką, ani użytkowniczką forum. Nie chcę rad, litości, nie oczekuję niczego. Muszę po prostu podzielić się pewną historią, wylać ją z siebie, wyrzucić. Może wtedy będzie trochę lżej. Jeśli masz czas i ochotę, przeczytaj.
Może ten post to trochę pożegnanie. Pożegnanie z ojcem, którego do końca nigdy nie miałam. Rodzice rozwiedli się, kiedy byłam małym dzieckiem, więc nie pamiętam za bardzo szczęścia rodzinnego. Mam jakieś zdjęcia, na których tata trzyma mnie na rękach, całuje, śmieje się. Mam też wspomnienia, w których jesteśmy razem, w których jest dla mnie dobry. Pojedyncze, bo nie widywaliśmy się za często. Te krótkie i rzadkie spotkania wystarczyły jednak, bym zdążyła zbudować sobie jego wyidealizowany obraz cudownego ojca. Dziecko, żeby przetrwać złapie się przecież wszystkiego.
Kiedy byłam nastolatką, ojciec założył nową rodzinę, urodziło mi się wkrótce rodzeństwo. Byłam cichym, nieśmiałym, może nawet zahukanym dzieckiem. Nie znałam zazdrości, wystarczyło mi to, co mam. Wizyty u taty raz do roku, w wakacje, jego odwiedziny kilka razy w roku, telefony na urodziny. To wydawało i się normalne i zaspokajało moje niewielkie potrzeby.
Macochę na początku lubiłam i ona mnie chyba też. Miałyśmy dosyć kumpelskie relacje, dopóki ja niczego nie oczekiwałam, dopóki akceptowałam taki stan rzeczy, jaki mi fundowali.
Kiedy dorosłam, wplątywałam się w jeden toksyczny związek z mężczyzną za drugim. Po jakimś czasie zdałam sobie z tego sprawę, że sama siebie krzywdzę i poszłam na terapię. Tam zaczęłam wszystko widzieć. Widzieć siebie. Siebie i swoje potrzeby. Po dwudziestu paru latach dotarło do mnie, że mój ojciec właściwie mnie porzucił.
Dopiero wtedy zobaczyłam to, co latami wypierałam albo uważałam za normalne. Kiedy my z mamą klepałyśmy biedę, moje przyrodnie rodzeństwo opływało w luksusy. Dostawałam alimenty, ale one wystarczały na pokrycie podstawowych potrzeb. Mimo to głupio było mi prosić o dodatkową kasę np. na buty. W tym samym czasie mój brat i siostra jeździli na drogie obozy, dostawali laptopy, własne telewizory, telefony komórkowe, najdroższe ubrania. Całą rodziną jeździli na zagraniczne wczasy, na które nigdy mnie nie zabrali. Nigdy nie zaproponowali, żebym pojechała z nimi albo np. spędziła z nimi święta. Nie zapraszali mnie także na rodzinne uroczystości, jak komunie, bierzmowania czy wesele przyrodniego brata.
Jak łatwo się domyśleć przez ten brak kontaktu nie mam z przyrodnim rodzeństwem praktycznie żadnego kontaktu. Kiedy chciałam tatę odwiedzić zaczynały się wymówki. Macocha źle się czuła, bolała ją głowa albo np. stwierdzała, że musi podawać mi herbatę i po mnie sprzątać, więc nie będzie mnie zapraszać do domu. Przestałam tam przyjeżdżać. Mimo to ojciec kiedy się w końcu spotykaliśmy gdzieś na mieście ciągle miał do mnie pretensje, uważał, że to moja wina, że ona mnie nie lubi. Ze mogłabym jej się jakoś przypodobać, że to ja powinnam interesować się co u młodszego rodzeństwa, zapraszać ich gdzieś itd.
Na studia wyjechałam do innego miasta i mieszkałam w akademiku, utrzymując się za 300 zł miesiecznie. To możliwe. Kiedy skończyłam studia od razu poszłam do pracy, bo wiedziałam, że nikt mi na utrzymanie nie da. To było dla mnie zupełnie normalne i oczywiste. Byłam niesamowicie dumna, kiedy uzbierałam na wkład własny i dostałam kredyt na mieszkanie.
Kiedy moje rodzeństwo wyjechało na studia, ojciec wynajął im mieszkanie, potem kupił każdemu po samochodzie, a kiedy skończyli studia każde z nich dostało od ojca mieszkanie.
Bardzo długo wmawiałam sobie, że winna jest tylko moja macocha. Że to ona tak dba i walczy o swoje dzieci, zeby niczego im nie zabrakło, żebym nie była dla nich zagrożeniem. Dowiedziałam się nawet, że firma ojca i oba domy są na nią, zebym tylko nie mogła dziedziczyć.
W końcu zrozumiałam, że to on to wszystko przystemplował. Ze zgodził się na wykreślenie mnie. Ze nie mam ojca. Kiedy mu to powiedziałam, kiedy odważylam się powiedzieć w twarz mojemu idealizowanemu dotychczas ojcu, ktorego tak strasznie kochałam i potrzebowalam, że mnie zawiódł i zawodzi cały czas, ze nic o mnie nie wie, nie wie kim jestem, co lubię, co robię, nie pogratulowal mi zadnej pracy naukowej, którą napisałam, on poskarżył się swojej rodzinie. W efekcie zadwonił do mnie brat i wyzwał od desperatek. Zapytał jak śmieć denerwowac ich cudownego ojca? Jak śmiem mieć do niego jakiekolwiek pretensje? Powiedzial, że nikt z nich nie chce mnie więcej widzieć i że dla ich rodziny nie istnieję.
Wiem, że nic już tu nie wskóram. Zostałam sama z rozczarowaniem, że ktoś, kto był dla mnie ideałem, okazał się tak słabym i ułomnym człowiekiem. I że tym człowiekiem jest mój ojciec. Choć czy na pewno? Czy taka osoba zasługuje na takie miano? Nic od nich nie chcę. Wiem, że to już nie do odrobienia i odbudowania. Do ojca nie odzywam się od roku, on do mnie też nie. Nie walczył.
Mam tylko nadzieję, że żal i ból po tej stracie będzie kiedyś mniejszy. Dziękuję za wysłuchanie.