ho8
15.05.05, 12:44
prosze o rozsadne komentarze bez żadbych złosliwości,chamski docinków i ironi
interesuje mnie wasze powazne zdanie.
jestem męzczyzną mam 23 lata i znałem sie z moja zoną 8 lat .
Po niecałych 2 latach małżeństwa wyprowadziłem sie z domu (pare dni temu)na
prosbę mojej żony.Mieszkalismy z tesciami ,mamy 1,5 rocznego synka i od
pewnego czasu sie miedzy nami nie układa są cały czas ogromne kłotnie a mimo
wszystko czuje że oboje sie jeszcze Kochamy.
Moja zona wiele razy mówiła mi zebym sie mi wyprowadził im bardziej strałem
sie tym częciej przy każdej nawet banalnej sprawie słyszałem "wyprowadz sie ,
wynoś sie itd" Czułem od pewnego czasu że to ja utrzymuje to małżeństwo przy
zyciu i to ja tylko "walczę" a przy każdej sprawie czułem zniechęceni mojej
żony i tylko jedną odpowiedz zebym sie wyprowadził.
mineły 3 dni od kiedy jestem sam i spotykamy sie tylko po to zebym zajął sie
synkiem a ja już nie mogę wytrzymać tej samotności,bólu i poczucia winy że to
ja nie potrafiłem ją zrozumieć i to ja zniszczyłem jej zycie...
Nie chodzi o to że nie potrafię być sam bo potrafię ale czuje ze umiera we
mnie w środku jakaś część ,że straciłem PRZYJACIELA i OSOBĘ KTÓRA KOCHAM ...
Czuje piętno obowiazku wychowania syna i wiem że to bedzie egoistyczne ale
czy w takiej sytuacji nie lepsza jest śmierć??
Po co mAM ŁUDZIĆ SIE ŻE KIEDYŚ BEDZIEMY JAK JUŻ MOŻE NIGDY NIE BEDZIEMY
razem? A jezeli bedziemy to to już nogdy moze nie być to samo...
NIKT MI JEJ nie zastąpi i to wiem na pewno?
Prosze o poważne komentarze bo nie jestem frustratem tylko osobą która nie ma
już sensu zycia i zastanawia sie nad śmiercią.